Ona (Rodziewiczówna, 1931)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Ona
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Wydanie piąte
Data wydania 1931
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV

Sewer w niedzielę, o świcie, stawił się w chacie mamki. Stara gorzej się czuła znowu i leżała, skarżąc się na łamanie w kościach i niemoc ogólną. Chwilę z nią pogwarzywszy, zostawił zasiłek pieniężny i poszedł na spotkanie Kostusi aż do miejsca gdzie przeszłym razem się rozstali. Tam czekał długo, myśląc, jak ją powita, jak radośnie spędzą dzień cały.
Tymczasem słońce wzbiło się wysoko, a dziewczyny widać nie było. Sewer, zaniepokojony, spojrzał na zegarek i znowu do chaty zawrócił, pocieszając się myślą, że mogła przyjść inną drogą.
Ale i w chacie Kostusi nie było.
Ciężkie myśli obiegły serce chłopaka. Niezdolny miejsca zagrzać, poszedł na cmentarz, posiedział chwilę na wale, gdzie wówczas razem byli, obszedł ścieżki wszystkie, które z nią przebywał i o południu znowu zajrzał do chaty — napróżno.
Wówczas, targany niepokojem i zawodem, po raz wtóry poszedł drogą przez las aż do skraje pola. Popatrzył na Podgaj, poczekał jeszcze godzinę i potem poszedł do dworu, czając się wśród zbóż, zapadając po rowach. Dotarł chmielników i tam się ukrył, naglądając, nasłuchując. Od czasu do czasu zcicha gwizdał. Tak do późnej nocy czekał, dręczony złem przeczuciem. Ale Kostusi nigdzie nie dojrzał, nigdzie nie dosłyszał.
Noc była, gdy zdecydował się odejść nareszcie.
Powracał pieszo, znękany i rozdrażniony. Gorycz poruszała mu męty w duszy. Krew szalona poczynała jak wrzątek kotłować, nasuwając mu złe myśli i dzikie uczucie wściekłości. Zaczął złorzeczyć w duchu, że posłuchał Kostusi, zaczął powracać do zażegnanych przez nią projektów, marzyć o zemście i walce z ojczymem.
Szedł prędko, mrucząc złowieszczo. Ręce zaciskał machinalnie w pięści, gryzł wargi spieczone, a na czoło od gorąca krwi wzburzonej występował mu pot kroplisty.
Głupcem był, że jej uległ, głupcem, że cierpliwość obiecał. On i cierpliwość! Zawiodła go, nie z własnej woli zapewne, ale z siły rzeczy samej. Niewolnicą była, a kiedyż niewolnik może obietnicy najświętszej dotrzymać. I tak będzie dalej, tak będzie zawsze, jeśli on do czynu się nie weźmie! Czyn zaś w pojęciu Sewera był to wybuch, druzgocący wszystko, co śmiało mu stanąć na drodze.
Zrodzony z ojca, niesłychanie gwałtownego i matki wrażliwej i nerwowej, właściwości te odziedziczył. Pieszczony bardzo w dzieciństwie, spotęgował je do możliwych granic. Gdy stracił ojca, a matka zapomniała o nim, ogarnięta nowem uczuciem, gdy do domu, gdzie on dotąd był władcą i bożyszczem, wszedł obcy człowiek i zepchnął go brutalnie na ostatnie miejsce, gdy go zaczęto poniewierać i karcić o byle co, wady te dorosły namiętności, zagłuszyły wszelkie dobre instynkty. Nabył jeszcze mściwości i zaciekłego uporu, wybuchy szału graniczyły prawie z obłędem.
Wcześnie opuścił dom zohydzony. Po świecie dokazywał i broił. Wieści, które dochodziły do matki, zniechęciły ją zupełnie do syna. Rudakowski umiał to wyzyskać. Sprawiało mu to piekielną radość, gdy krnąbrnego młodzieńca doprowadzał do wybuchu; pastwił się nad nim z upodobaniem, ufny w swą siłę i stanowisko. Że go dotąd nie doprowadził do samobójstwa, było szczególnem zrządzeniem losu. Dziwił się temu Rudakowski, może pragnął w głębi duszy.
Ale Sewer się nie zabijał, bo Sewer miał długi, a pomimo wszelkich swych wad, Sewer był uczciwy.
Miłość, co go ogarnęła raz pierwszy tak potężnie, przez czas jakiś ułagodziła niesforną duszę: scichł i spokorniał; okropne sceny, które wrzały w Stamierowie, urwały się nagle. Sewer wątpił, Sewer żył w niepewności uczucia Kostusi, roztargniony był i obojętny na świat cały. Osiągnąwszy wzajemność, zapragnął całkowitego szczęścia; zły demon obudził się wobec oporu ojczyma. Teraz po zawodzie ostatnim, gotował się straszny wybuch.
Żebyż Kostusia tam była, Kostusia ze swą słodyczą miłości, ze stanowczością bohaterstwa. Ale Kostusi nie było owego ranka, gdy Rudakowski ostatni już bój stoczył z pasierbem.
Krótko trwał bój. Sewer już nie parlamentował, nie przekładał swych potrzeb, nie rezonował. Krew zalewała mu oczy i mózg.
— Oddasz mi, złodzieju, coś ukradł przez tyle lat swej gospodarki na mojej ziemi! — wołał ochrypłym głosem.
— Dość masz, że ci kawałek chleba rzucam z tej ziemi z łaski, bo to wszystko moje! — krzyczał ojczym.
— Zapłacisz moje długi?
— Ani szeląga, rozpustniku!
— Dasz mi część majątku?
— Nic nie dam! Matka cię przeklęła; jesteś przyczyną jej śmierci!
— Będę więc przyczyną i twojej, psie! — ryknął Sewer.
Rzucił się na niego, do gardła, jak zwierz. Twarz miał wykrzywioną i straszną, w oczach obłęd, na ustach pianę. Odrazu powalił na ziemię przeciwnika i dławiąc go, sam chrapał jak zdławiony.
— Ludzie! Ratunku! — wybełkotał Rudakowski.
Służba wpadła ze wszech stron, rzuciła się panu na pomoc. Powstała okropna scena.
Dziesięć rąk oderwało Sewera od ofiary, ale wtedy on jak odyniec począł się sam bronić. Siły miał nieludzkie w takich razach. Padali ludzie jak snopy, rozlegały się jęki, hałas łamanych sprzętów, klątwy, wrzawa.
Rudakowski podniósł się z ziemi, na dziedziniec wyskoczył. Po chwili nadbiegli pod jego przewodnictwem parobcy z postronkami. Mrowie otoczyło szaleńca, zarzucono mu pętle na szyję, na ręce, na nogi. Wówczas uległ i upadł, wijąc się jak wąż, rycząc nieludzkim głosem. Skrępowano go i jak tłumok wzięto na ramiona. Rudakowski szedł przodem, otworzył pusty lamus murowany, zamczysty, z kratami u okien. Uprzątnięto izbę w okamgnieniu. Zdjęto więźniowi pęta z rąk, położono go na ziemi i zostawiono tak w stęchłej piwnicy.
Za wyckodzącemi Rudakowski drzwi zamknął, i grożąc kluczem, rzekł z naciskiem:
— Wiedziałem, że tem się skończy. Zwarjował nieborak! A teraz gęby stulić! Stało się nieszczęście i basta. Jak kto zapyta, powiedzieć, że go niema. Ja tak każę — słyszycie! Marsz do roboty!
Rudakowski nie żartował. Bano się go jak ognia. Ludzie szeptali między sobą, ale poza Stamierów doszły tylko głuche wieści. Zresztą Sewer niedawno przybył w rodzinne strony i oprócz Podgaja, mało gdzie bywał. Tajemnica mogła się długo uchować.
Gdy go niesiono do lamusa, więzień zemdlał, ocucił go chłód i ból. Pokaleczony był, a od postronków podrętwiały mu nogi. Ocucił się tedy i nieprzytomnym wzrokiem powiódł wokoło. Nie zrozumiał, gdzie był i co się z nim stało. Chciał powstać i poczuł pęta. Wówczas pojął wszystko. Sznury potargał, rzucił się do drzwi, wstrząsnął niemi, daremnie, rzucił się do krat u okien, zębami je gryzł, napróżno. Jak dziki zwierz obszedł ściany, na spleśniałych cegłach krwawił palce, znowu do drzwi się dobijał, aż wreszcie poczuł się w matni, zgubionym na wieki, bezsilnym wobec tego żelaza i kamieni, i upadł twarzą do ziemi, wyjąc z wściekłości.
Potem wstał znowu i szukać począł, czem się zabić. Postronek miał pod ręką i już na kratę go zarzucał, gdy się znowu opamiętał.
A Kostusia?
Ta myśl wróciła mu równowagę, ale zarazem zaświdrowała bólem w sercu. Czemu jej nie posłuchał, czemu nie dotrzymał obietnicy! Wstyd go ogarnął i upokorzenie ogromne. Przybity, znękany fizycznie i moralnie, ukrył się w najciemniejszy kąt piwnicy, osunął się na ziemię i zapadł w półsen, półmajaczenie. Wybuchy jego kończyły się zwykle taką ogólną prostracją.
Rudakowski wieczorem zaledwie przypomniał sobie więźnia. Nie otworzył jednak drzwi, ale przez okno zajrzał do wnętrza.
Sewer siedział w kącie i na widok tej znienawidzonej twarzy zadrżał nerwowo.
— Wypuść mnie zaraz! — krzyknął groźnie.
— Hi, hi, hi! — zaśmiał się tamten szatańsko. — Dałem ci przecie, czegoś chciał: część matczynego majątku! Co? Dział ci nie przypada do smaku! Hi, hi, hi! Warjatom nic więcej nie potrzeba! Na, masz chleba kawałek i siedź cicho, bo jak będziesz hałasował, każę ci żelazne okienice wstawić w okna!
Zarechotał raz jeszcze z szatańskim triumfem i zniknął. Do nóg Sewera potoczył się chleba kawałek, młody człowiek wstał i wyrzucił go za okno. Nie postało mu nigdy w myśli, by niewola ta miała długo potrwać. Przecie go muszą uwolnić, nie mogą więzić samowolnie. Czekał więc swobody.
Ale tymczasem godziny biegły, dni może, do ciemnicy jego nikt nie przychodził, tylko co wieczór przez kratę spuszczano chleb i wody dzbanek.
Długi czas obchodził się bez posiłku. Wreszcie głód począł mu szarpać wnętrzności, pragnienie palić ogniem. Raz jeszcze zdołał oprzeć się pokusie, wyrzucił chleb, rozlał wodę. Następnego dnia nie wytrzymał i spieczone usta do dzbanka chciwie przytulii, po dwóch dobach znowu jak wilk pożarł chleb suchy.
Ile dni minęło, nie pamiętał, zdawały mu się wiekami. Ciągle czekał uwolnienia, co chwila wstawał i u drzwi nasłuchiwał na głosy ze świata. Ale lamus stał samotny w kącie ogrodu i żaden ruch ni dźwięk doń nie dochodził, tylko co wieczór pan sam go odwiedzał na krótką chwilę.
Więzień teraz stracił już pamięć czasu. Hart jego opadł. Pewnego wieczora przemówił do Rudakowskiego:
— Długo mię więzić będziesz?
— Do śmierci — odparł spokojnie tamten.
— Jakiem prawem?
— Boś warjat, furjat! Takich wolno puszczać prawo zabrania.
— Czegóż chcesz ode mnie? Daj mi papier, napiszę ci zrzeczenie się ze wszystkiego. Żyć mi daj!
— Zrzeczenie mi twoje niepotrzebne. Tyś już istnieć przestał. Jesteś niepoczytalny, więc umarły. Żyć będziesz, ale tam, gdzie jesteś teraz.
— Żyć będę i na swobodę się wydostanę. Wówczas zginiesz. Puść mnie, będę milczał i nie zobaczysz mnie więcej.
— Jeśli się na swobodę wydostaniesz, to do zakładu dla obłąkanych pójdziesz. Swobody już niema dla ciebie.
Sewer był już tak zmęczony, że się ku niemu nie rzucił, głowy o kratę nie bił, pozostał w swym kącie osłupiały.
Powoli wskutek samotności, ciszy, rozpaczy poczęły mu się myśli plątać. Tracił pamięć i czucie.
Sam chwilami nie wiedział, gdzie był i co się z nim działo. Nie słysząc głosu ludzkiego, zaczął do siebie szeptać, stracił ochotę do ruchu. Po całych dniach nie ruszał się z miejsca, nie zmieniał postawy, oczami wodząc po szarych ścianach. Potem co wieczór zaczął doświadczać halucynacyj. Zwykle przychodziła doń Kostusia i zdaleka patrzała, słowa nie mówiąc, a oczy jej bywały strasznie gniewne. Czasem zjawiał się Rudakowski uśmiechnięty, ale Sewer jednakowo osłupiałemi oczami wpatrywał się w te widziadła, nie mogąc przemóc martwoty. W dzień jeszcze zdawał sobie sprawę ze swego położenia i ratunku czekał, w nocy mu było mu bardzo źle i ciężko.
Pewnego razu o niezwykłej porze posłyszał szmer pod oknem i półgłośną rozmowę. Nadstawił ucha.
— Jaśku! mówił głos jeden dziecinny — ty wiesz, co tu jest?
— Gdzie? — odpowiedział szept drugi, dziecka także.
— W tej izbie, za kratą.
— A co?
— Tam siedzi warjat.
— Co to warjat?
— To taki człowiek, któremu rozum się pomieszał.
— O jej! A co on robi, taki człowiek?
— Straszne rzeczy robi! Ludzi zabija, sam siebie kąsa, gorzej zwierzęcia.
— Strach! A ty jego widział kiedy?
— Widział, jak go tu nieśli, dziesięciu ludzi. A on się jak wściekły pies pienił.
— To on tutaj siedzi?
— Aha! Przez okno jemu sam pan jeść nosi.
— Żeby jego zobaczyć, co on tam robi?
— Można. Ja się o mur oprę, a ty mi na ramionach staniesz i zajrzysz przez okno. A potem ty mnie potrzymasz, a ja zobaczę.
— A jak on na nas wypadnie?
— Głupiś! To przez kratę nas nie dostanie...
Sewer słuchał, a po chwili ujrzał, jak do jego więzienia zajrzała głowa wiejskiego pastuszka. Dziecko ze strachu wstrzymywało oddech i wielkiemi oczami przyglądało mu się ciekawie.
Wtedy poczęło mu się już na serjo w głowie plątać.
Warjat, warjat, warjat!
Co to? Kto warjat? On? Co to warjat? On?
Co to znaczy: on? Kto to: on! Warjat! Co to warjat?
I tak dalej, to samo wkółko jął sobie powtarzać, bezmyślnie, machinalnie wreszcie.
W mózgu jego światło gasnące zatoczyło parę ostatnich kręgów i zapanował mrok.
Od więzienia jego upłynął właśnie miesiąc.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.