Na szczycie Tannu-Ołu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Na szczycie Tannu-Ołu
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


NA SZCZYCIE TANNU-OŁU.
I.

Nastąpiła chwila rozstania.
Ciężka chwila, bo bez nadziei, bez promienia wiary.
Nareszcie odeszli, bojąc się oglądać, bojąc się dosłyszeć jakiś szept lub westchnienie pozostałych.
Gdy weszli na wysoki grzbiet górski, dokąd zaprowadziła ich ledwie dostrzegalna na śniegu ścieżka leśna, zatrzymali się i spojrzeli nadół.
Przez wierzchołki modrzewi, czarnych i smutnych, dojrzeli polanę i wznoszący się nad nią słup dymu. Wiedzieli, że było to ognisko, przy którem pozostawili 134 swoich towarzyszów niedoli.
Bystrooki Bielecki rozpoznał nawet na śniegu czarne postacie leżących i siedzących ludzi.
— Pozostali — szepnął — pozostali na zawsze!
Towarzysz jego, wysoki, blady robociarz kolejowy, Małcużyński, jęknął jakoś żałośnie i schwycił Bieleckiego za ramię:
— Henryku! — szepnął. — A może źle zrobiliśmy, żeśmy odeszli? Może powrócić i razem...
Bielecki, mały, krępy blondyn, żołnierz „Syberyjskiej Polskiej Dywizji“, żachnął się nagle i prawie krzyknął:
— Razem? Co razem? Dokończ, psia krew!
Małcużyński milczał.
— Zdychać razem — chciałeś powiedzieć? — krzyknął znowu Bielecki. — Ty wiesz przecie, że tam, na dole — tylko śmierć... Jeżeli my nie dojdziemy, jeżeli nie znajdziemy konsula polskiego — tam — mogiła!...
Towarzysz milczał i z rozpaczą w oczach patrzał nadół, gdzie w mroźnem powietrzu, wysoko ponad wierzchołki modrzewi żałobnych wzbijał się dym.
Poszli dalej w ciężkiem milczeniu. Ślizgali się na zmarzłych, lodem pokrytych odłamach skał, brnęli przez głębokie zaspy śnieżne, z trudem przedzierali się przez gęste zarośle i przełazili przez stosy zwalonych drzew.
Ubrani byli dziwnie, jak na tę porę roku, gdy na Sajanach szaleją mrozy i wściekłe śnieżyce. Mieli na sobie tylko niebieskie bluzy wojskowe, na nogach szmaty, obwiązane powrozami. Jeden miał czapkę żołnierską z orzełkiem polskim, drugi był w kołpaku futrzanym. Małcużyński niósł na plecach worek z pobrzękującym w nim kociołkiem i blaszanemi kubkami, Bielecki dźwigał karabin, siekierę i łopatkę żołnierską do odgrzebywania śniegu przy ognisku.
Wlekli się powoli, ale nie wypoczywali i nie zatrzymywali się.
Każdy był pogrążony w swoich ciężkich myślach.
Małcużyński przyśpieszył naraz kroku, zrównał się z idącym na przedzie towarzyszem i niepewnym głosem rzekł:
— Rząd polski musiał chyba posłać kogoś do Mongolji, żeby pomagał żołnierzom dywizji i Polakom, uciekającym z sowieckiej Syberji? Prawda?
— Słyszałeś wczoraj narady w obozie? Wszyscy myślą, że ktoś tam jest od rządu do pomocy i opieki nad Polakami! — odparł Bielecki. — Nikt jednak nic nie wie, więc posłano nas, najsilniejszych.
— A czy znajdziemy? Czy aby dojdziemy? — padło nieśmiałe, pełne trwogi pytanie.
Towarzysz milczał. Rzucił tylko okiem przed siebie, gdzie jeden po drugim wyżej i wyżej piętrzyły się łańcuchy górskie, pokryte czarnemi lasami, lub nagie, śniegiem połyskujące i ostremi skałami najeżone.
— Tam! — rzekł, wskazując ręką na południe.
— Czy aby dojdziemy? — powtórzył blady robotnik, z trwogą zaglądający w oczy Bieleckiemu.
Ten nagle zatrzymał się i porwał za karabin.
— Słuchaj! — rzekł ponurym, groźnym głosem. — Słuchaj! nie mamy nic do wyboru, tam — zginęlibyśmy. Tu, być może, dojdziemy, ocalimy siebie i tamtych... Jeśli zginiemy, czyż nie jest to obojętne, czy tu, czy tam, gdzie w krzakach już leży tylu naszych zmarzniętych?... Widziałeś chyba, że niektórym już kruki i krogulce oczy wydziobały? Więc milcz i idź, duszo piekielna, bo, jeżeli będziesz mi ducha odejmował, podsycał zwątpienie, to — widzisz? mam w lufie ostatni nabój, a wsadzę go w twoją głowę!
Ostatnie słowa wykrzyknął z jakąś szaloną rozpaczą i umilkł. Odwrócił się i poszedł dalej, lecz po chwili znowu się zatrzymał i już spokojniejszym głosem rzucił, nie patrząc na towarzysza:
— Idź i pamiętaj, że, cokolwiek się stanie, nie porzucę cię, będę przy tobie do ostatka!
Na wynędzniałej twarzy Małcużyńskiego ukazał się uśmiech.
Znowu dogonił Bieleckiego i, dotykając jego ramienia, zawołał:
— Ja też przysięgam... na Matkę Boską!
— A ty rób, jak chcesz — nie dbam o to... — mruknął żołnierz.
Szli dalej, myśląc każdy o swojem. Myśli to były jednak ciężkie i bolesne, bo twarze im się chmurzyły, ciężko podnosiły się i opadały piersi, a oczy nieraz zachodziły mgłą.

II.

Słońce zapadać zaczęło za dalekie szczyty. W głębokich dolinach już pełznął mrok. Rozlegały się nocne głosy puszczy, tajemnicze i trwogą przejmujące.
— Trzeba stanąć! — powiedział Bielecki, obejrzawszy się za nadciągającym z tyłu towarzyszem. — Noc już się zbliża. Rozpal ognisko, a ja tymczasem pójdę poszukać coś do jedzenia...
Małcużyński wybrał niewielką polankę pomiędzy modrzewiami, zakrytą ze wszystkich stron olbrzymiemi głazami i konarami zwalonych przez burze drzew, i, wziąwszy od towarzysza łopatę i siekierę, zaczął rozgrzebywać śnieg. Bielecki zaś, powiesiwszy swój karabin na gałęzi, poprawił szmaty na nogach i pokulał w stronę krzaków, rosnących na zboczach góry.
Już ogień płonął pomiędzy drzewami, w kociołku gotowała się woda, do której Małcużyński wrzucił malutką szczyptę herbaty, gdy rozległy się kroki powracającego Bieleckiego. Opierał się na wyciętym w lesie kiju, kulał jeszcze bardziej. Podszedł do ogniska i z ciężkim jękiem upadł na śnieg.
— Trochę porzeczek znalazłem... Mrozy były ostre i jagody pomarzły... Wszystkie poopadały... — rzekł, podsuwając nogą czapkę bliżej do ognia.
Małcużyński nalał herbaty do kubków. Zaczęli pić, dmuchając w gorący płyn i ciężko oddychając. Jeden po drugim schylali się nad czapką i brali czerwone jagody, kwaśne i zmarznięte.
Skończywszy jeść, nacięli cienkich gałązek i usłali sobie legowisko tuż przy ogniu, podsycanym od czasu do czasu kawałkami suchego drzewa, zebranego przez Małcużyńskiego.
Leżąc, gwarzyć zaczęli leniwie, z długiemi przerwami, a, jak to zwykle bywa w obliczu natury i czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa, poruszali wspomnienia z ubiegłego życia.
— Gdym przyjechał na Sybir ze swoich stron, z początku dobrze poszło — mówił cienkim głosem Małcużyński. — Pracy wszędzie dużo, a robotnika brak! Płacili dobrze i grosza sporo się uciułało. Wybierałem się z roku na rok, aby powrócić do swoich. Jestem z pod Lidy... Aż tu naraz wojna, a później — rewolucja... Ugrzązłem... A teraz...
Chciał już swoim zwyczajem powzdychać, poskarżyć się na swój i towarzysza los, rozczulić się, ale ten mu przerwał pytaniem:
— Przecie bolszewicy was socjałów-robotników szanowali, to czemu uciekłeś do lasu?
— Bo to, widzisz, gdy już żołnierze polskiej dywizji dostali się do niewoli i z więzienia zaczęli uciekać, jam ich ukrywał, pieniądze i chleb dawał i odsyłał dalej...
— Aha, już wiem! — domyślił się Bielecki. — Bolszewicy dowiedzieli się o tem?
— Tak, dowiedzieli się i wpakowali mnie do więzienia. Partja poręczyła za mnie, a ja uciekłem do lasu. Spotkałem tam kryjących się naszych żołnierzy i cywilów i żyłem z całą kupą, jak sam widziałeś.
— Widziałem! — mruknął Bielecki. — Spóźniliście się, do djabła! Trzeba było w maju ruszać, a wyście zaczęli dopiero we wrześniu. Złapała was zima i pomarzliście.
— Wszyscy pomarzli na śmierć, lub prawie na śmierć... — jęknął Małcużyński. — Pięćdziesięciu dwóch zginęło, a reszta ma nogi, ręce i twarze odmrożone. Stopy i dłonie poodpadały i gnije to wszystko, jak u mnie.
Wyciągnął do ognia lewą rękę, z której zdjął szmaty. Z czarnej, ropiącej rany sterczała kość. Dłoni nie było zupełnie, a czerwone, jakieś lśniące w ogniu plamy i centki czerwieniły się aż do łokcia.
— Dobrze jeszcze, że prawa ręka i nogi ocalały! — westchnął z jakąś ulgą.
— Zapewne! — odburknął towarzysz i zaczął odkręcać brudne szmaty z lewej nogi. Wkrótce ukazał się czerwono-siny, bezkształtny kawał mięsa na spuchniętej, sczerniałej i ranami pokrytej stopie. Schylił się, spojrzał, zaklął... Po chwili począł odrywać kawałki odpadającej skóry i mięsa, i, zaciąwszy zęby, okładać śniegiem, który topniał i przemywał zanieczyszczone rany.
— Dostało się i tobie, — zauważył Małcużyński — chociaż do nas już na samym końcu przybyłeś...
— Dostało się! — mruknął żołnierz, zwijając się w mały kłębek przy ognisku i przykrywając się z tyłu gałęziami.
Umilkli. Noc zapadła. Księżyc płynął, obojętny i zimny, co chwila znikając za mknącemi obłokami. Zerwał się powiew wiatru od północy, ale wnet ustał. Dwaj Polacy, zbłąkani w dzikiej puszczy środkowej Azji, milczeli. Czerniły się ich nieruchome postacie przy ognisku. Spali, czy nie? Od czasu do czasu przewracali się z jękiem i westchnieniem z boku na bok, aby ogrzać zziębniętą część ciała lub dorzucić kilka kawałków drzewa do przygasającego ogniska.
Cisza całym swoim ciężarem padła na ziemię. Żaden dźwięk nie mącił jej niemego spokoju, gdy nagle przeraźliwy, pełen rozpaczy krzyk rozdarł ciszę.
Małcużyński zerwał się na równe nogi i, drżąc na całym ciele, pytał:
— Co to? co to?
Bielecki leżał skulony i tylko ręce mu drgały kurczowemi ruchami, ciężko oddychał i rzęził. Nagle wyprostował się, krzyknął żałośnie, łkając i jęcząc:
— Coście z nią zrobili? Jak mogliście puścić ją samą? Szukajcie, bo oszaleję... Marychno! Marychno!...
— Śni mu się coś niedobrego — pomyślał robotnik i trącił śpiącego nogą. Ten poruszył się i zaczął oddychać spokojniej.

III.

Szli tak kilka dni, lecz coraz wolniej. Wspinali się wyżej i wyżej, gubiąc stale kierunek i zapadając w głęboki śnieg. Mróz ścinał krew w żyłach i zmuszał do zatrzymywania się i nacierania śniegiem odmrożonych twarzy i rąk. Jagód już nigdzie nie było, żywili się opadłemi liśćmi, suchą, brunatną trawą i resztkami zgniłych grzybów, które czasami udawało się wygrzebać z pod śniegu.
Pewnego razu Małcużyński nie mógł się podnieść po noclegu. Bolały go wszystkie kości i głowa pękała z bólu. Jęczał i płakał, jak dziecko, nie skarżył się już jednak i nie narzekał.
— Umrę tu, zostaw, nie dojdę do tych gór! — wyjąkał, trzęsąc się z zimna.
Na horyzoncie, jak szafirowa ciemna wstęga, ciągnął się graniczny grzbiet Tannu-Ołu. Za nim leżały odłogiem stepy Mongolji, gdzie iść byłoby łatwiej i gdzie można było spotkać osady ludzkie, w których spodziewali się odnaleźć Polaków.
Bielecki zamyślił się głęboko. Coś rozważał.
— Zostaw mnie, idź! — jęknął z rozpaczą robotnik.
— Milcz ty — psiawiaro! — zaryczał na niego żołnierz. — Nie zostawię, ale pójdę, może coś upoluję...
— Nie zostanie ci wtedy na obronę żadnego naboju! — szepnął Małcużyński.
— Jeden nabój — nie wielka pociecha, i tak się nie obronimy! — odparł spokojnie Bielecki i poszedł, rzuciwszy na leżącego kupę suchej trawy ze swego posłania.
W lesie było cicho. Na śniegu długo nie było widać żadnych śladów. Puszcza milczała, i żaden głos żyjącej istoty nie dochodził do Bieleckiego, który, utykając i krzywiąc się z bólu za każdym krokiem, brnął przez zaspy.
Naraz zatrzymał się i zaczął oglądać śnieg. Spostrzegł dziwny ślad. Zdawało się, że człowiek niedawno szedł tędy boso. Wyraźnie odbiły się na śniegu wklęśnięcia gołej stopy.
— Nie odszedł daleko! — miarkował żołnierz. — Ślad całkiem świeży...
Zgadł, gdyż ten, co pozostawił po sobie dziwny ślad, był bardzo blisko.
Nie uszedł Bielecki nawet stu kroków, gdy z gąszczu młodych modrzewi podniosła się olbrzymia czarna postać, wyjrzała i znowu zapadła w krzaki. Żołnierz, poszedł do zarośli, a gdy się zbliżył, czarna postać znowu się zjawiła i runęła w jego stronę. Teraz dopiero Bielecki zrozumiał, że szedł ku niemu, podniósłszy się na tylne łapy. niedźwiedź. Miał rozwartą paszczę i ryczał, wyrzucając kłęby pary.
Żołnierz nie czuł żadnego strachu, był dziwnie obojętny. Zatrzymał się przy pniu upadłego modrzewia, położył na nim karabin, udeptał śnieg i mocniej oparłszy się na zdrowej nodze, wymierzył.
Strzelił, gdy dzieliła ich przestrzeń jakich dwudziestu kroków.
Stokrotne echo poniosło huk wystrzału, aż hen! ku szczytom skalistych Ułan-Tajga. Ale Bielecki nie słyszał tego, bo cały zamienił się w uwagę... Trzymał już w ręku bagnet i śledził każdy ruch zwierza. Ten po wystrzale padł, lecz po chwili podniósł się, chwytając się potwornemi łapami za pierś i z rykiem łapiąc powietrze. Słaniał się i sunął powoli ku strzelcowi, ale nie doszedł. Zachwiał się, upadł, drgnął kilka razy i pozostał bez ruchu.
Z wielkim trudem przywlókł Bielecki osłabłego towarzysza na miejsce walki, rozpalił ognisko i upiekł na bagnecie, jak na rożnie, kilka kawałków mięsa. Wypoczywali tu przez parę dni, aby nabrać sił. Małcużyński wkrótce już zaczął chodzić. Była nadzieja, że pójdą dalej.
— Teraz dojdziemy! — mówił już pewniejszym głosem robotnik. — Dużo mięsa zabierzemy ze sobą i dojdziemy!
Bielecki milczał. Nie miał tej nadziei, gdyż stopa mu już prawie całkiem zgniła i odpadła, obnażając kości, a przenikliwy, nieznośny ból podnosił się wyżej, sięgając kolana.
— Pewno — dojdziemy! — rzekł nareszcie. — Głupio byłoby teraz umrzeć, tu, w Azji. Poszedłem mając 17 lat, do polskich legjonów, aby walczyć z Moskalami o Polskę — byłem w pięciu atakach i żadnej rany nie otrzymałem. Później dostałem się do niewoli i aż na Sybir rzucili mnie Moskale. Z trzystu kolegów, pięciu zaledwie zostało. Dwa razy łapał mnie tyfus — wylizałem się. Zaczęła się formować przeciwko bolszewikom dywizja — odrazu poszedłem i walczyłem pod Kaińskiem, Barnaułem i Sławgorodem i nic mi nie było! Wierzyłem, że nasza dywizja razem z wojskami syberyjskiego rządu dojdzie do Moskwy i z tyłu na bolszewików uderzy, i że do kraju się przerwiemy w dobrym ordynku i za Polskę już walczyć będziemy. Upadł rząd syberyjski, bolszewicy nas oszukali i do niewoli wzięli. Ilu naszych zginęło! Jatki to były! Przetrwałem i to... Idę teraz i muszę dojść, jeżeli istnieje sprawiedliwość na świecie! Muszę, słyszysz? — muszę!
Znowu szli... Dnie... tygodnie... Mięso dawno już zjedli, a żywili się po dawnemu liśćmi, trawą i gorącą wodą.
Po raz drugi upadł Małcużyński i podnieść się nie mógł. Próżno błagał go żołnierz, groził i pomagał mu wstać. Małcużyński był już obojętny. Czuł, że doszedł do ostatniego kresu.
— Słuchaj! — mówił, pochylając się nad nim, Bielecki. — Już jesteśmy na szczycie Tannu-Ołu, już tam za lasem widzę, jak góry zniżają się i w stepy przechodzą. Zbierz wszystkie siły, i idź, bo tam — ludzie, stada...
— Tam śmierć... — jęknął robotnik. — I tu śmierć...
Bielecki odszedł od niego, siadł na kamieniu i jął wpatrywać się w ognisko, z wiszącym nad nim kotłem. Woda długo nie chciała się zagotować. Wiatr zdmuchiwał na bok płomień, i języki ognia tylko zrzadka lizały czarne dno naczynia.
Leżący po drugiej stronie ogniska Małcużyński, poruszył się nagle gwałtownie i wyjąkał coś niezrozumiałego.
— Zaraz! — odezwał się Bielecki. — Jeszcze woda nie kipi.
Gdy na powierzchni wody zjawiła się piana i pękać zaczęły duże bąble, żołnierz napełnił blaszankę i podszedł do towarzysza.
— Pij, rozgrzej się! — mruknął, schylając się nad nim.
Leżący nie odpowiedział.
— Pij! — powtórzył Bielecki i, wsunąwszy mu rękę pod głowę, uniósł ją do góry, lecz natychmiast opuścił, patrząc z przerażeniem na towarzysza. Ten leżał sztywny, ze skrzepłym na twarzy wyrazem bólu i z otwartemi, szklanemi oczami, w których żyła jeszcze rozpacz, ostatnia, pełna zgrozy, straszna, bez granic.
— Umarł... — szepnął żołnierz i nagle zaczął się śmiać.
Przez śmiech rwały mu się słowa.
— Nie doszedł... ha! ha... ha!... A mówił: „Teraz dojdziemy!“ Doszedł — a jakże?...
Śmiech przechodził stopniowo w krzyki obłędne, aż zerwały się, ciężkie, wstrząsające całem ciałem łkania.
Żołnierz długo płakał, opuściwszy głowę na ręce, oparte na kolanach, ale jakaś myśl nurtowała go uporczywie.
— Coś trzeba zrobić? Koniecznie... Natychmiast... Ale co?... co?
Podniósł głowę, aby spojrzeć na zmarłego, i spostrzegł łopatkę, wbitą w kupę odrzuconego śniegu.
— A — a! — pomyślał. — Mogiła...
Utykając, zaczął się krzątać. Zgasił ognisko i łopatką jął kopać dół w odmarzniętej ziemi. Kopał długo i mozolnie, gdyż żelazo ciągle trafiało na kamienie. Nareszcie dół głęboki na jakie dwa łokcie był już gotów. Zauważył, że jest za krótki, ale odrazu domyślił się co ma czynić. Podciągnął zmarłego do krawędzi dołu i zaczął go spychać, starając się, aby przyjął siedzącą postawę. Udało mu się to po mozolnej pracy. Małcużyński siedział w mogile z otwartemi oczami, i wyglądał na przerażonego człowieka, który schronił się do rowu.
— Jak w okopie... — mignęła Bieleckiemu myśl.
Zaczął zasypywać dół i wkrótce głowa umarłego znikła. Wtedy Bielecki ułożył nad nim trzy spore kamienie i węglem naznaczył na jednym — krzyż.
Zaczął odmawiać pacierz za zmarłych, ale słowa modlitwy nie przychodziły mu odrazu, plątały się i brzmiały bez znaczenia. Powtarzał raz po raz:
— Wieczny odpoczynek racz dać — racz dać mu, Panie... Panie...
Przerwał i zamruczał do siebie:
— Węgiel się zetrze... Śladu nawet nie pozostanie...
Spojrzał na czarny modrzew, stojący tuż przy świeżej mogile. Kiwnął głową z zadowoleniem. Zdjął czapkę i oderwał z niej srebrnego orzełka. Za pomocą rękojeści bagnetu wtłoczył godło Polski w korę azjatyckiego drzewa na szczycie Tannu-Ołu.
Odrazu uspokoił się i jakby zapomniał o Małcużyńskim.
Zebrał do worka rzeczy; siekierę, łopatkę i bagnet zatknął za pas i poszedł.
Zrobiwszy już kilka kroków, obejrzał się i przeżegnał drzewo i kamień, naznaczony krzyżem.
Był teraz sam i szedł samotny dalej na południe. A musiał przeciąć te góry i zejść z nich na stepy Mongolji. Nie myślał o drodze, cierpieniach swoich, trudach, nie szukał łatwiejszych przejść. Szedł teraz naprzełaj, prosto, na południe.
Już dobrze ściemniało, gdy wszedł w głęboką dolinę, gdzie szumiał nie skuty lodem, pieniący się potok górski.
Zatrzymał się i zaczął urządzać obozowisko. Musiał rozgrzebać śnieg, uzbierać i narąbać suchych gałęzi, rozpalić ognisko, przynieść wody i poszukać jagód, trawy lub chociażby kory młodych drzew dla zaspokojenia szarpiącego wnętrzności głodu.
Odrzucił śnieg i usiadł na ziemi, z uczuciem śmiertelnego znużenia i zniechęcenia.
Myśl jednak czy instynkt gnał go, zmuszał do wstania i pójścia po drzewo.
— Zamarznę w nocy bez ogniska, lub osłabnę ostatecznie, jeżeli czegoś nie zjem! — powiedział do siebie głośno i uczynił wysiłek, żeby wstać. Uczuł straszliwy ból w gnijącej, zaognionej nodze, lecz nagle jakiś głos dobitnie szepnął:
— Poco? Nie umrzesz dziś w nocy — to umrzesz jutro w dzień...
— Dojdę! — warknął Bielecki i komuś pogroził pięścią.
— Dojdę!... — powiedział głośniej, a później krzyczeć zaczął z całej siły jedno tylko słowo:
— Dojdę! dojdę!...
Zerwał się i, nie zważając na ból, szedł, prawie biegł doliną, uderzając się o kamienie i drzewa i nie bacząc na kierunek. W oczach mu kołowały zielone ogniki, chyżo wirujące, i słyszał jakiś huk, krzyki i zgrzyty w głowie.
Padał i podnosił się. Odwiązały mu się szmaty na chorej nodze. Zerwał je i szedł dalej, nie czując bólu, gdy kością obnażoną uderzał o kamienie i wystające suche gałęzie.
— Dojdę... — szeptał w obłędnym uporze.
Wydało mu się, że jest w Karpatach, w legjonach, że idzie bić się za Polskę z wiarą w jej triumf i zmartwychwstanie, że ma, jak wtedy, 17 lat i że idzie za nim błogosławieństwo zapłakanej matki-wdowy i jej słowa ostatnie, gdy wsiadał do pociągu:
— Wracaj szczęśliwie!
— Wrócę, matulu, wrócę do wolnej Polski! — krzyczy z radosnym uśmiechem Bielecki, lecz uderza głową o zwisającą gałęź i pada na skrzepły śnieg.
Ostatkiem sił wspiera się na prawem ramieniu i unosi trochę znękane, zbolałe ciało, ale w tej chwili otula go jakieś błogie ciepło, oczy się kleić zaczynają, znika dręczące uczucie głodu i odczuwanego całą istotą lęku i beznadziejności... Zasypia... bez znów i bez przebudzenia.

IV.

Wypłynął księżyc, zimnem okiem rzucił na bladą, spokojną twarz obcego dla tych gór i puszczy człowieka i popłynął dalej. Powiał wiatr mroźny, zaszumiały wierzchołki drzew... Przeraźliwie skrzypnęła złamana gałąź... Po chwili wszystko się uciszyło... a wtedy, bez szmeru sunąc po głębokim śniegu długim sznurem, skradać się zaczęły jakieś ciemne cienie. Zrzadka błyskały czerwone ogniki ślepi. Nareszcie zbliżyły się. Księżyc przedarł się raz jeszcze przez gąszcz gałęzi i oblał te cienie płynnem srebrem.
Pełzły, płaszcząc się na śniegu, aż otoczyły śpiącego człowieka; nadsłuchiwały długo, czekały cierpliwie, czujne i miłosierne w tej nieświadomej chwili jego zgonu...
Gdy słońce wzniosło się nad Tannu-Ołu i zajrzało w głąb puszczy, zatrzymało się na chwilę zdumione.
Na śniegu, stratowanym i zrytym, rozrzucone były skrwawione kości ludzkie, szmaty niebieskiej bluzy, a o kilka kroków dalej leżała wypłowiała czapka polskiego żołnierza...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.