Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szedł, rzuciwszy na leżącego kupę suchej trawy ze swego posłania.
W lesie było cicho. Na śniegu długo nie było widać żadnych śladów. Puszcza milczała, i żaden głos żyjącej istoty nie dochodził do Bieleckiego, który, utykając i krzywiąc się z bólu za każdym krokiem, brnął przez zaspy.
Naraz zatrzymał się i zaczął oglądać śnieg. Spostrzegł dziwny ślad. Zdawało się, że człowiek niedawno szedł tędy boso. Wyraźnie odbiły się na śniegu wklęśnięcia gołej stopy.
— Nie odszedł daleko! — miarkował żołnierz. — Ślad całkiem świeży...
Zgadł, gdyż ten, co pozostawił po sobie dziwny ślad, był bardzo blisko.
Nie uszedł Bielecki nawet stu kroków, gdy z gąszczu młodych modrzewi podniosła się olbrzymia czarna postać, wyjrzała i znowu zapadła w krzaki. Żołnierz, poszedł do zarośli, a gdy się zbliżył, czarna postać znowu się zjawiła i runęła w jego stronę. Teraz dopiero Bielecki zrozumiał, że szedł ku niemu, podniósłszy się na tylne łapy. niedźwiedź. Miał rozwartą paszczę i ryczał, wyrzucając kłęby pary.
Żołnierz nie czuł żadnego strachu, był dziwnie obojętny. Zatrzymał się przy pniu upadłego mo-