Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szmaty. Z czarnej, ropiącej rany sterczała kość. Dłoni nie było zupełnie, a czerwone, jakieś lśniące w ogniu plamy i centki czerwieniły się aż do łokcia.
— Dobrze jeszcze, że prawa ręka i nogi ocalały! — westchnął z jakąś ulgą.
— Zapewne! — odburknął towarzysz i zaczął odkręcać brudne szmaty z lewej nogi. Wkrótce ukazał się czerwono-siny, bezkształtny kawał mięsa na spuchniętej, sczerniałej i ranami pokrytej stopie. Schylił się, spojrzał, zaklął... Po chwili począł odrywać kawałki odpadającej skóry i mięsa, i, zaciąwszy zęby, okładać śniegiem, który topniał i przemywał zanieczyszczone rany.
— Dostało się i tobie, — zauważył Małcużyński — chociaż do nas już na samym końcu przybyłeś...
— Dostało się! — mruknął żołnierz, zwijając się w mały kłębek przy ognisku i przykrywając się z tyłu gałęziami.
Umilkli. Noc zapadła. Księżyc płynął, obojętny i zimny, co chwila znikając za mknącemi obłokami. Zerwał się powiew wiatru od północy, ale wnet ustał. Dwaj Polacy, zbłąkani w dzikiej puszczy środkowej Azji, milczeli. Czerniły się ich nieruchome postacie przy ognisku. Spali, czy nie? Od czasu do czasu przewracali się z jękiem i westchnieniem