Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chciał już swoim zwyczajem powzdychać, poskarżyć się na swój i towarzysza los, rozczulić się, ale ten mu przerwał pytaniem:
— Przecie bolszewicy was socjałów-robotników szanowali, to czemu uciekłeś do lasu?
— Bo to, widzisz, gdy już żołnierze polskiej dywizji dostali się do niewoli i z więzienia zaczęli uciekać, jam ich ukrywał, pieniądze i chleb dawał i odsyłał dalej...
— Aha, już wiem! — domyślił się Bielecki. — Bolszewicy dowiedzieli się o tem?
— Tak, dowiedzieli się i wpakowali mnie do więzienia. Partja poręczyła za mnie, a ja uciekłem do lasu. Spotkałem tam kryjących się naszych żołnierzy i cywilów i żyłem z całą kupą, jak sam widziałeś.
— Widziałem! — mruknął Bielecki. — Spóźniliście się, do djabła! Trzeba było w maju ruszać, a wyście zaczęli dopiero we wrześniu. Złapała was zima i pomarzliście.
— Wszyscy pomarzli na śmierć, lub prawie na śmierć... — jęknął Małcużyński. — Pięćdziesięciu dwóch zginęło, a reszta ma nogi, ręce i twarze odmrożone. Stopy i dłonie poodpadały i gnije to wszystko, jak u mnie.
Wyciągnął do ognia lewą rękę, z której zdjął