Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie mógł. Próżno błagał go żołnierz, groził i pomagał mu wstać. Małcużyński był już obojętny. Czuł, że doszedł do ostatniego kresu.
— Słuchaj! — mówił, pochylając się nad nim, Bielecki. — Już jesteśmy na szczycie Tannu-Ołu, już tam za lasem widzę, jak góry zniżają się i w stepy przechodzą. Zbierz wszystkie siły, i idź, bo tam — ludzie, stada...
— Tam śmierć... — jęknął robotnik. — I tu śmierć...
Bielecki odszedł od niego, siadł na kamieniu i jął wpatrywać się w ognisko, z wiszącym nad nim kotłem. Woda długo nie chciała się zagotować. Wiatr zdmuchiwał na bok płomień, i języki ognia tylko zrzadka lizały czarne dno naczynia.
Leżący po drugiej stronie ogniska Małcużyński, poruszył się nagle gwałtownie i wyjąkał coś niezrozumiałego.
— Zaraz! — odezwał się Bielecki. — Jeszcze woda nie kipi.
Gdy na powierzchni wody zjawiła się piana i pękać zaczęły duże bąble, żołnierz napełnił blaszankę i podszedł do towarzysza.
— Pij, rozgrzej się! — mruknął, schylając się nad nim.
Leżący nie odpowiedział.