Mechanik ze Lwowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mechanik ze Lwowa
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


MECHANIK ZE LWOWA.

Gdy Janek Starościak w r. 1914-tym wyruszał ze Lwowa na wojnę, obdarzono go dwiema dobremi radami.
Staruszka matka, kreśląc nad głową syna znak krzyża, rzekła ze łzami w głosie:
— Gdy będzie ci bardzo źle, Janku, westchnij do Boga i proś o pomoc!
Dyrektor fabryki, gdzie chłopak pracował, jako monter, posłyszawszy, że Starościak wstępuje do pułku, przyszedł do niego i, uścisnąwszy rękę, powiedział:
— Powodzenia i zwycięstwa, drogi panie! A pamiętaj, że zwycięża ten, kto umie zwyciężać.
— Jakże się zwycięża, panie dyrektorze? — zapytał, uśmiechając się, Janek.
— Najpierw zbiera się ścisłe wiadomości o nieprzyjacielu, potem następuje szybka decyzja, a, gdy się nie uda, należy unikać zniechęcenia. Zwycięstwo musi przyjść!
Z temi radami i szczupłym tobołkiem przybył Jan Starościak do pułku i w parę dni później jechał pociągiem, zbliżając się do frontu rosyjskiego.
Wkrótce chłopak już bił się, odbywał warty, chodził na wywiady, słowem — wojował.
Widocznie, jednak, austrjaccy generałowie nie znali przepisów zwycięstwa, wskazanych przez Jankowego dyrektora, bo bitwę przegrali, a całe dwa pułki oddali do niewoli rosyjskiej. Z temi oddziałami wpadł w ręce kozaków Janek Starościak ze Lwowa.
Ponieważ był Polakiem, Moskale wysłali go aż na Syberję, do małego miasteczka, Kurhanu, stojącego tuż przy kolei.
Sprytny, wesoły i pracowity Janek, pozostawiony na wolności, doskonale się urządził, bo znalazł pracę w dużym zakładzie mechanicznym, a szanujący Polaków Sybiracy polubili go serdecznie.
Janek jeszcze we Lwowie słynął, jako tancerz nielada, więc i w Kurhanie tym talentem zyskał sobie uznanie wśród panienek i pań miejscowych. Niejedna z nich nawet wzdychała pokryjomu, zaglądając w piwne oczy zgrabnego Polaka i zachwycając się jego białemi, jak u młodego wilka zębami.
Lecz pan Starościak pracował i ciułał grosz po groszu, aż się tego nazbierała pokaźna kwota. Tańczył dla rozrywki i wprawy, bo obawiał się, że jego odwieczny rywal we Lwowie — Jurek Baczko prześcignie go w sztuce tanecznej. Pannom i paniom syberyjskim palił chłopak ogniste komplimenty, aż się rumieniły, a w duchu się śmiał i o żadnych amorach nie myślał.
Spodziewał się pan Starościak, że w Kurhanie całą wojnę przetrwa, tem bardziej, że już wieści zaczynały krążyć o rozruchach w wojsku rosyjskiem, o zbliżającem się zawieszeniu broni i wybuchającej rewolucji.
Istotnie rewolucja przyszła i razem z nią zamieszanie w życiu Rosji, a echa tego wszystkiego dotarły do Syberji.
W kilka miesięcy później władzę ujęli w swoje ręce jacyś bolszewicy, o których monter ze Lwowa pojęcia zielonego nie miał i poznał ich dopiero wtedy, gdy po miastach syberyjskich ludzie zaczęli się wzajemnie mordować do czasu, aż przyszedł jakiś admirał Kołczak i na krótko uciszył rozpasane namiętności Sybiraków.
Wtedy nastąpiły wypadki zgoła nieoczekiwane, a radosne.
W Syberji Polacy otrzymali wezwanie Piłsudskiego i Hallera do tworzenia wojska polskiego, które miało bronić powstającej ze zgliszcz i ruin niepodległej Polski.
— Aha! — pomyślał Janek. — W to mi graj! Jestem na rozkazy...
W tydzień potem, sierżant Starościak paradował w niebieskim mundurze i czapce z orzełkiem polskim, gdyż wstąpił do 5-ej Syberyjskiej Dywizji Polskiej.
Porzucił chłopak warsztaty, Kurhan, miejscowe panie i panienki i zamieszkał w koszarach polskich w Nowo-Mikołajewsku, tuż nad brzegiem mocarnej Obi, która żółtym, mętnym potokiem płynęła z niebotycznego, śnieżnego Ałtaju do Oceanu Lodowatego.
Polskie oddziały, podług umowy, zawartej pomiędzy dowództwem dywizji a rządem admirała Kołczaka, ścigały i tępiły luźne bandy miejscowych bolszewików, w pień ich wycinając pod Kaińskiem i Sławgorodem. W bitwach tych nieraz bardzo ciężkich i krwawych, odznaczył się wesoły, ognisty Starościak, aż nadano mu przezwisko — Władek Waleczny.
Wkrótce w kompanji nikt już nie znał sierżanta Starościaka, lecz wszyscy — od dowódcy pułku do lada ciury, co z cywila do wojska poszedł, mówili o Władku Walecznym. Dlaczego przezwano go Walecznym, o tem wszyscy wiedzieli, lecz z jakiej przyczyny zmieniano mu imię — tego nikt nie mógł objaśnić.
Gdy z Rosji wdarły się na Syberję wojska bolszewickie i rząd Kołczaka zaczął zmykać na wschód, Władek z swoim pułkiem posuwał się w stronę Władywostoku, skąd dowództwo miało zamiar przerzucić dywizję morzem do Polski.
Ciężka była droga przez Syberję.
Polacy bronić się musieli przed ścigającym ich mrowiem czerwonych zbójów, przebijać się przez bandy powstających chłopów i robociarzy, nieopatrznie cieszących się z przyjścia bolszewików, którzy umieli porywać ich krzykliwemi obietnicami.
W ciężkie te i niebezpieczne czasy imię Władka Walecznego powtarzano nieraz. Tam z trzema szeregowcami napadł cały oddział Moskali i rozpędził go na cztery wiatry, w innem miejscu zarzucił granatami warsztaty kolejowe, bronione przez karabiny maszynowe nieprzyjaciela, to znowu drogę pociągowi polskiemu utorował.
Na nic jednak nie zdała się odwaga sierżanta, bo bolszewicy pod Krasnojarskiem na hak przywiedli dowództwo polskie, zawarłszy z niem ugodę i złamawszy ją nazajutrz.
Polacy schwytani w potrzask dostali się do niewoli bolszewickiej.
Widząc, jak rodacy giną od kul czerwonych zbójów, umierają na dur plamisty po więzieniach i puchną z głodu, przypomniał sobie Władek Waleczny rady matki i dyrektora-Austrjaka.
Westchnął do Boga, prosząc o pomoc, a później zaczął uważnie się rozglądać i kombinować.
Zebrał wmig potrzebne informacje, decyzję zaś powziął tak szybką, że tegoż dnia dozorcy więzienni próżno szukali Władka Walecznego. Zwiał, ulotnił się jak kamfora.
Błąkając się od wioski do wioski, gdzie był mile widziany, gdyż umiał szybko naprawiać pługi, maszyny do szycia, strzelby myśliwskie, zegarki i statki domowe, posuwał się Władek Waleczny na południe, idąc brzegiem wartkiej rzeki Jenisej.
Po trzech miesiącach włóczęgi dostał się nareszcie do miasta Minusinsk, gdzie w owe czasy szalała, pławiąc się we krwi, ponura, zbrodnicza „czeka“ bolszewicka.
Jednak sprytny sierżant miał na nią sposób. Zbliżając się do miasta, zakopał swoje polskie papiery, pozostawiając tylko dawne dokumenty austrjackie i na dobitkę medal, na wojnie zarobiony, a ozdobiony podobizną cesarza Franciszka-Józefa.
Śmiało wkroczył Władek Waleczny do miasta gdzie nieznaną osobę porwano i stawiono przed komisarzami.
— Jestem dawnym jeńcem austrjackim, — oznajmił łamaną mową rosyjską, — lecz teraz jestem wolnym obywatelem, gdyż wojny niema. Jestem mechanikiem, monterem. Pracowałem w Kurhanie, lecz teraz tam nawet kartoflami najeść się nie można, więc przybyłem tu, gdyż, podobno, jest to kraj urodzajny i gościnny.
— Kto nic pracuje, ten nie je! — zauważył, uśmiechając się, jeden z bolszewików.
— Abgemacht! — odparł Władek. — Jestem gotów pracować.
Komisarze naznaczyli go szefem warsztatów, gdzie naprawiano separatory i inne maszyny mleczarskie.
Władek pracował, jadł, rozglądał się i kombinował.
Dowiedział się, że niedaleko od miasta przechodzi granica Urianchajska, za którą rozciąga się prawie niezależny kraj, a dalej, o jakie 500 kilometrów Mongolja, prowincja chińska.
— Półtysiąca kilometrów to — bagatelka! — zadecydował zuchowaty sierżant. — Mniejszy to dystans, niż od Lwowa do Minusinska!
Chociaż nie miał Władek mapy i nigdy nic przedtem o Minusinsku i Mongolji nie słyszał, jednak jego geograficzne spostrzeżenia były zupełnie ścisłe.
Od Minusinska bowiem do Mongolji było znacznie bliżej niż od Lwowa do Minusinska.
Rozglądając się po mieście, natrafił na pewną grupę rosyjskich oficerów, dwóch Niemców — byłych jeńców wojennych i polskiego żołnierza, po nim do miasta przybyłego, gdyż temu też zbrzydło puchnąć z głodu w więzieniu krasnojarskiem.
Cała paczka głowiła się nad tem, w jaki sposób, nie zwracając na siebie uwagi władz, dostać się do Urianchaju, a stamtąd dalej — do upragnionej Mongolji, którą Władkowi pokazano nareszcie na mapie.
— To taka ta Mongolja? — zawołał sierżant. — Cholernie długa i szeroka!...
Naradzano się przez kilka dni, spierano się o każden szczegół, skakano sobie do oczu, co widząc, Władek Waleczny porozumiał się z kolegą Polakiem Piotrem Urbanowiczem, oraz Niemcami, i w krótkim czasie potem nabyte u chłopów konie człapały już pod zbiegami, przekradającymi się na południe zarośniętą ścieżką leśną.
Liczne posterunki strażnicze, rozstawione przez bolszewików aż do mongolskiej granicy, zmusiły towarzyszy niedoli do rozstania się i do dalszej ucieczki w pojedynkę, aby nie budzić podejrzenia w strażnikach i osadnikach rosyjskich.
Władek Waleczny, pozostawszy sam, jechał ostrożnie, a, nie mając już żadnych o nieprzyjacielu informacyj, coraz częściej wzdychał do Boga i gorąco błagał Go o pomoc.
Pewnego pogodnego poranka las nagle się skończył i przed zbiegiem otwarła się szeroka równina, przecięta szosą.
— Nie lubię stepów! — mruczał do swego konia Władek. — Lada bałwan dojrzy na nim jeźdźca, a nawet pieszego przechodnia. Licho nadało tę głupią, łysą równinę!
Jednak dzień minął pomyślnie. Jadący szosą osadnicy nie zwracali uwagi na sunącego na uboczu jeźdźca, lecz po zachodzie słońca, Władek spostrzegł mknący wóz z siedzącemi na nim trzema postaciami.
Powożący chłop okładał konia batem i wóz toczył się szybko. Nagle stanął, a jeden z siedzących powstał i zaczął wymachiwać w stronę Władka futrzaną czapą, coś wykrzykując.
Aby nie wzbudzić podejrzenia, Władek, namacawszy rewolwer w kieszeni kurty, zaczął powoli się zbliżać.
— Coś za jeden? — krzyczał wysoki, barczysty drab. — Dlaczego nie jedziesz szosą, tylko kryjesz się na stepie? Pokaż papiery!
Władek poznał w drabie jednego z minusińskich komisarzy, kilkakrotnie odwiedzającego warsztaty, gdzie pracował zbieg.
Nic nie odpowiadając, Władek uderzył konia przez pysk i, zawróciwszy młyńcem, pomknął przez step.
Natychmiast huknęło za nim kilka strzałów, kule gwizdnęły przeciągle koło ucha jeźdźca. Koń potknął się i runął, śmiertelnie ugodzony.
Władek Waleczny przypomniał sobie radę matki i, poleciwszy się opiece boskiej, wziął nogi za pas i gnał jak wicher. Za nim z turkotem i brzękiem pędził wóz, rozlegały się krzyki i strzały. Chłopak zrozumiał, że bolszewicy dogonią go lub ustrzelą.
— Siły wrogów znam dokładnie — mignęła Władkowi myśl, — więc pozostaje tylko szybka decyzja...
Sierżant wpadł w jakiś wykrot w ziemi, i, ukrywszy się dobrze, wyjął rewolwer.
— Boże Wielki, daj zwycięstwo! — szepnął, wznosząc oczy ku niebu.
Wóz tymczasem całym pędem zbliżał się do kryjówki zbiega.
Gdy był o jakie pięćdziesiąt kroków, Władek strzelił.
Woźnica gwałtownie zawrócił konie, lecz pod groźbą rewolwerów komisarzy, odjechawszy na znaczną odległość, stanął.
Bolszewicy zeskoczyli z wozu i zaczęli się zbliżać, krzycząc:
— Poddaj się! Poddaj się, bo i tak cię weźmiemy!
Władek zaczaił się, jak borsuk w norze i nie odzywał się.
— Poddaj się! — krzyczeli komisarze, nie ośmielając się iść dalej.
— Pocałuj Lenina w piętę lewej nogi — mruknął sierżant.
— Weźmiemy ciebie przecież, ty — nie durny, rozumiesz to sam! — doradzali bolszewicy.
— Prędzej was djabli wezmą niż wy mnie! — pomyślał Wkładek.
Bolszewicy postąpili kilka kroków naprzód, a, widząc, że zbieg nie strzela, szybko poszli naprzód. Myśleli, widocznie, że przeciwnik nie posiada naboi.
Sierżant dopuścił ich na dwadzieścia kroków, a wtedy kropnął dwa razy do znajomego komisarza, który natychmiast podniósł obydwie ręce do góry i padł na miejscu.
Towarzysz jego nie czekał na swoją kolej i, nie strzeliwszy ani razu, zaczął zmykać ku wozowi, aż dudniło.
Ale woźnica, widząc co się tu święci i obawiając się, że i sam coś w tej bitwie może oberwać, zaciął konie i popędził, pozostawiając bolszewika na stepie.
Władek, oszczędzając naboi, nie strzelał za uciekającym drabem i, wyczekawszy, aż ten znikł za pagórkiem, pobiegł dalej, aby jak najprędzej przebyć odsłoniętą równinę i ukryć się pod zbawcze skrzydła lasu.
Przed nocą dotarł do małej wioski. Czając się w krzakach, podszedł pod świecące się okno i zajrzał do wnętrza chaty.
Siedziało tam kilku starych chłopów. Mieli twarze niespokojne i stroskane. Władek zaczął nadsłuchiwać.
— Źle, sąsiedzie, — doszedł zaczajonego chłopaka ponury głos. — Bolszewicy coraz częściej najeżdżają do wsi. Nic innego — tylko węszą, coby nam zabrać. Źle...
— Czas skrzyknąć wszystkich, powyciągać karabiny i tym psim synom pokazać, co umiemy! — odezwał się inny.
— Niema co czekać dłużej! — przytaknął trzeci chłop. — Sojoci są gospodarzami tu, w Urianchaju, a nie ci czerwoni rozbójnicy. Sojoci pomogą nam... pokazać bolszewikom drogę do domu... kulami!
— E-e! — pomyślał Władek. — Bardzo zacni tu ludzie żyją.
Zapukał do drzwi i wszedł do izby.
— Skąd? Ktoś taki? — padły trwożne pytania.
— Z Minusinska. Jestem uciekinier, były żołnierz austrjacki — odparł Władek. — Przynoszę wam wieści od Iwanowa.
— Od którego? — pytali chłopi. — Od Wasyla?
— Nie wiem, jak mu na imię — odpowiedział sprytny chłopak. — A jak wygląda Wasyl?
— Taki wysoki, rudy...
— No, to właśnie od niego! — zawołał Władek. — Siedzieliśmy z nim razem w więzieniu. Gdy mnie, jako cudzoziemca, wypuszczono, kazał powiedzieć wam, że bolszewicy zamierzają zabrać wieśniakom krowy i konie dla wojska, a wszystkich chłopów na wojnę posłać.
Chłopi spojrzeli po sobie porozumiewawczo.
— Mówiłem, że niema poco czekać dłużej — mruknął jeden z obecnych.
— Jak się widzi, — odparli inni.
— Mówił Wasyl, żebyście wydobyli broń, ukrytą po lasach, i oddziały tworzyli, wybijając bolszewików — ciągnął dalej Władek. — Prosił mnie, abym wam w tem dopomógł, bo, jako wojenny człowiek, znam się na tych rzeczach.
— Jutro zbierzemy wszystkich sąsiadów i naradzimy się ostatecznie — rzekł stary chłop, podnosząc się. — Jakżeż się to przekradł przez posterunki strażnicze?
Władek Waleczny opowiedział o swoich przygodach, a zakończył opowieść słowami:
— Ja już zacząłem prać bolszewików, bo komisarza na stepie rozciągnąłem!
Jeden z chłopów natychmiast wyszedł i, wskoczywszy na konia, pojechał sprawdzić opowiadanie przybysza.
Gdy powrócił, oznajmił:
— Jako żywo! Leży czarci syn, kulami ubity. Chwat z tego młodzika! Takiemu możemy zaufać.
Nazajutrz od rana sierżant rozpoczął formowanie partyzanckiego oddziału. Zewsząd szli i jechali do niego chłopi, osadnicy, kupcy, kozacy, ukrywający się po lasach i w górach a nawet tubylcy — Sojoci, prowadząc z sobą konie, zwożąc żywność, broń i ładunki.
Przez całą zimę Władek Waleczny nie wpuszczał bolszewickich oddziałów, ścigał podjazdy czerwonych kawalerzystów i bandy komunistycznych partyzantów, zapędzając się za niemi aż pod grzbiet Tannu-Ołu. Na wiosnę do oddziału Władka zaczęli napływać uciekinierzy-kozacy, żołnierze i oficerowie rosyjscy. Gdy się zaczęły niesnaski spowodu różnych szarż w dowództwie, Władek mruknął do siebie:
— No, czas na mnie, bo, rychło patrzeć Moskale za czuby się wezmą, oddział się rozleci, a mnie bolszewicy pod mur postawią i będzie po wszystkiem. Czas na mnie, wielki czas!
Pewnego ciepłego wiosennego wieczoru, dowódca zgromadził swój oddział i oznajmił, że zrzeka się komendy i odjeżdża, gdyż spieszno mu do polskiej armji, która, jak słyszał, potężnie grzmoci bolszewików.
Nazajutrz odjechał, odprowadzany przez szeregowców, oficerów i ludność okolicznych wiosek.
Znowu przedzierał się Władek Waleczny przez knieję, omijał drogi kołowe i niepewne osady, aż ujrzał śniegiem spowite, skrzące się szczyty pogranicznego z Mongolją grzbietu górskiego.
— Psia krew! — pomyślał chłopak. — Wysokie te kamyki! Jak się ja przez nie przedostanę?
Jednak Władek przedostał się bardzo szczęśliwie, aczkolwiek z nową przygodą.
Dzień drogi dzielił go od gór. Zatrzymał się na nocleg w gaiku modrzewiowym, rozpalił ognisko, nawarzył kaszy i, posiliwszy się, usnął twardym snem.
Obudził się nagle, gdyż poczuł, że coś ciężkiego przytłoczyło mu pierś. Otworzył oczy i ujrzał mongolską twarz Sojota, szybko i zręcznie wiążącego mu ręce. Dokoła stali inni i ponuro mu się przyglądali.
Władek umiał kilka słów po sojocku, więc odrazu wysypał cały zapas swej wiedzy. Żaden z napastników nic mu jednak nie odpowiedział. Wsadzono go na siodło i cały oddział ruszył w drogę.
O świcie Władka stawiono przed obliczem opasłego księcia sojockiego.
— Ułan? Cagan? — wykrztusił grubas dwa słowa, mlaszcząc sinemi wargami.
Chłopak się zamyślił. Nie znał tych słów.
— Ułan? Cagan? — powtórzył pytanie książę, przyglądając się jeńcowi.
Słowo „cagan“, przypominające „cygana“, nie spodobało się Władkowi, więc zuchowato wypalił:
— Ułan! Ułan!
Odpowiedź ta miała fatalne skutki. Książę bowiem pytał jeńca, czy należy on do „czerwonych“, czy do „białych“.
Mongoł coś mruknął i wnet kilku tęgich drabów porwało Władka i rzuciło go do głębokiego dołu, wykopanego w ziemi i zamykanego drewnianą kratą.
Było to więzienie, zwykłe w Urianchaju, Mongolji, a nawet na kresach Chin.
— Do cholery ciężkiej! — zawołał Władek. — A tom się zasypał! Tak to jeszcze nigdy nie bywało! Hm... Hm...
Przypomniał sobie radę matki i zaczął wzdychać do Boga, prosząc o pomoc.
— Chyba się cud stanie, gdyż jakaż tu może być pomoc? Położyć się nawet nie mogę, bo ciasna, djablo ciasna jest ta ohydna dziura! Źle mi poszło z tym „ułanem“... Trzeba było do „cygana“ się przyznać...
Zaczął walić pięściami w kratę i krzyczeć:
— Nojon! Nojon!
Do rowu zbliżył się Sojot i, słysząc, że jeniec woła: „nojon“, co oznacza — książę, odciągnął kratę, dopomógł więźniowi wygramolić się, poczem odprowadził go do namiotu opasłego księcia.
— Cygan! Ja jestem prawdziwy, najprawdziwszy cygan, słyszysz, ty — worku z łojem? Cygan! Cygan! Cygan!
Książę wydął pogardliwie grube wargi i rzucił jakieś pytanie.
Władek domyślił się, iż żąda od niego dowodów.
Zaczął chłopak grzebać po kieszeniach kurty, szukając dowodów swej przynależności do „białych“ i nagle palce jego natrafiły na jakiś twardy przedmiot.
Chłopak wydobył z głębi bocznej kieszeni medal austrjacki na czerwonej wstążeczce. Na śmierć zapomniał o nim Władek, lecz w tej chwili mignęła mu genjalna myśl.
Wyprostował się dumnie i stentorowym głosem jął recytować:
— Imieniem nieboszczyka cesarza Franciszka-Józefa dekoruję cię stary, tłusty wieprzu, owym medalem! Oby cię z radości wielkiej szlag trafił jak najrychlej, małpo czarcia!
Efekt był niespodziewany, gdyż chłopak nie wiedział, że marzeniem każdego dostojnika mongolskiego jest medal lub inny order.
Jak małe, ucieszone dziecko, zerwał się z posłania książę i ręce łapczywie po medal wyciągnął.
— Czekaj! — doradzał mu Władek. — Nie śpiesz się, łojówko, dostaniesz! Ta joj!
Mrucząc te słowa w najczystszej mowie lwowskiej, wyciągnął szpilkę z klapy kurty i przypiął medal do zatłuszczonego chałatu książęcego.
Władek do więzienia nie powrócił, bo posadzono go na miękkiej poduszce przed kotłem z baraniną i drugim — z gorącą herbatą. Chłopak jadł, aż tłuszcz mu ściekał z brody a nawet z łokci, pił herbatę i zagryzał prażonem prosem.
Długo objaśniał Władek nowemu przyjacielowi, że jest „cyganem“, że chce jechać do Kobdo, że boi się „ułanów“, bo są to źli ludzie, bardzo źli!
Chłopak, wymawiając słowo „ułan“, krzywił się tak, jakgdyby łykał ocet, a z nim razem krzywił się książę i cała sojocka hałastra, przyglądając się uczcie, jeńcowi, swemu władcy i wiszącemu na jego piersi medalowi, który książę pieścił zatłuszczonemi palcami.
Nareszcie zrozumiano Władka. Dano mu dobrego wierzchowca i Sojota, który miał przeprowadzić go przez górski grzbiet i wskazać drogę do Kobdo...
...Piszący to opowiadanie o panu Janie Starościaku ze Lwowa, spotkał go już w Uliasutaj, gdzie przeżył z nim razem i innymi Polakami długie tygodnie, doświadczył ciężkich i niebezpiecznych przygód i wielkiej radości powrotu do wolnej ojczyzny.
Teraz Władek Waleczny osiedlił się w rodzinnym Lwowie.
Co robi?
Jest monterem, mechanikiem, elektrotechnikiem,



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.