Przejdź do zawartości

Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 — Henryku! — szepnął. — A może źle zrobiliśmy, żeśmy odeszli? Może powrócić i razem...
 Bielecki, mały, krępy blondyn, żołnierz „Syberyjskiej Polskiej Dywizji“, żachnął się nagle i prawie krzyknął:
 — Razem? Co razem? Dokończ, psia krew!
 Małcużyński milczał.
 — Zdychać razem — chciałeś powiedzieć? — krzyknął znowu Bielecki. — Ty wiesz przecie, że tam, na dole — tylko śmierć... Jeżeli my nie dojdziemy, jeżeli nie znajdziemy konsula polskiego — tam — mogiła!...
 Towarzysz milczał i z rozpaczą w oczach patrzał nadół, gdzie w mroźnem powietrzu, wysoko ponad wierzchołki modrzewi żałobnych wzbijał się dym.
 Poszli dalej w ciężkiem milczeniu. Ślizgali się na zmarzłych, lodem pokrytych odłamach skał, brnęli przez głębokie zaspy śnieżne, z trudem przedzierali się przez gęste zarośle i przełazili przez stosy zwalonych drzew.

 Ubrani byli dziwnie, jak na tę porę roku, gdy na Sajanach szaleją mrozy i wściekłe śnieżyce. Mieli na sobie tylko niebieskie bluzy wojskowe, na nogach szmaty, obwiązane powrozami. Jeden miał czapkę żołnierską z orzełkiem polskim, drugi był w kołpaku futrzanym. Małcużyński niósł na ple-