Najwyższy lot/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Najwyższy lot
Pochodzenie Biblioteka Autorów Polskich
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Wydanie trzecie
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator okładka: W. Kossak
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
F. ANTONI OSSENDOWSKI
NAJWYŻSZY LOT
WYDANIE TRZECIE
Wydawnictwo Polskie R. Wegnera logo red.jpg
POZNAŃ
WYDAWNICTWO POLSKIE
<R. WEGNER>



Okładka według obr. W. Kossaka
*
Wszelkie prawa zastrzeżone
*
Drukarnia Narodowa w Krakowie
*
Printed in Poland






PRZEDMOWA

Każdy rok przynosi nam zwycięstwa na różnych polach.
Zwycięża polski polot myśli, wyobraźni, mięśni i odwagi.
Pierwsza ruszyła po zwycięstwo — młodzież nasza — ta z legjonów, z tajnych organizacyj wojskowych, z korpusów tworzących się na obszarach odwiecznego wroga naszego — Rosji carskiej i na śnieżnej pustyni Sybiru, z szeregów młodzieńczych ochotników r. 1920-go...
O Nich to opowie „Najwyższy Lot“.

Autor.

Warszawa, 1935 r.


MATKA.
I.

Dowiedziała się w październiku dopiero, że jej Michaś zginął bez wieści w jednej z bitew pod Warszawą.
Przyjechała do stolicy, obiegła wszystkie urzędy wojskowe, obeszła wszystkie szpitale, przyjrzała się każdemu rannemu, myśląc, że odnajdzie synka-jedynaka, pociechę i radość życia, wypytywała każdego, ale Michasia nie znalazła i nic się o nim nie dowiedziała.
— Niech pani czeka — pocieszano ją w jakiejś kancelarji wojskowej, — może dostał się do niewoli i napisze.
Zdrętwiała, zgrzybiała nagle, powracała do domu, tocząc walkę z sumieniem.
— Tyś mu pozwoliła iść! Tyś błogosławiła to chłopię 14-letnie! — mówiło surowym głosem sumienie.
— Dla ojczyzny to uczyniłam! — odpowiadała stroskana dusza.
— To była zbrodnia! — rzuciło sumienie twarde słowo.
— Nic puścić, odmówić błogosławieństwa — byłoby gorszą zbrodnią, gdy kraj stał przed zgubą! — broniła się matka.
— Powinni byli iść dorośli, nie dzieci! — jątrzyło dalej sumienie.
— Obrońcy kraju powołali dzieci, gdy zabrakło chętnych wśród dorosłych.
— Niechby zginął taki naród! — smagnęło sumienie.
— O, nie! — oburzyło się serce Matki-Polki. — My, kobiety, wpoiłyśmy w synów miłość do kraju i gorące poczucie obowiązku. Nastał czas i — poszli, nie dali upaść narodowi!...
W wagonie 3-ciej klasy usiadła w ciasnym przedziale obok wyniszczonego, chudego i bladego człowieka w płaszczu żołnierskim. Na piersi miał krzyż walecznych.
Zawiązała się ogólna rozmowa. Żołnierz był w dywizji, która broniła Warszawy, wracał na wieś po wyleczeniu ciężkich ran.
Matka jęła wypytywać o pułk syna, o ataki przeciwko bolszewikom i opowiedziała, że przepadł jej bez wieści chłopak i że zapewne dostał się do niewoli.
— Może prędko napisze coś o sobie... — zakończyła swoje opowiadanie i zadumała się ciężko.
Myśli jej przerwał żołnierz. Surowym wzrokiem patrzał jej w oczy i ponurym, jakimś znękanym głosem cisnął:
— Nie napisze!...
— Dlaczego? Wielu naszych już się skomunikowało z rodzinami, będąc w niewoli — mówili pasażerowie, chcąc uspokoić kobietę, która nagle śmiertelnie zbladła.
— Tam do niewoli nie brano! — odparł żołnierz.
W przedziale zapanowało milczenie. Matka schyliła głowę na piersi, a dreszcz zimny i przejmujący wstrząsnął tą głową zrozpaczoną, ramionami i kurczowo zaciśniętemi palcami wychudzonych rąk.
Znowu zabrzmiał ponury głos:
— Przepadł bez wieści?... Znane bajdy!... Poprostu go zabito i wrzucono do ogólnego dołu razem z swoimi i Moskalami... Przepadł bez wieści!...
Odchrząknął z jakąś niemą wściekłością i zaczął zapalać papierosa.
Rozmowa się urwała.
Pociąg mknął, warczały osie i turkotały koła, a w ich takt biegły myśli pasażerów — tragiczne, smutne lub obojętne. Wesołych nie było, bo wszelką wesołość zatruwała skulona, drżąca postać zrozpaczonej kobiety, której wyrwano i zamordowano nadzieję.

II.

Po całej ziemi polskiej śmierć hojną ręką rozrzuciła kopce mogilne. Niektóre z nich znaczą krzyże drewniane, lub kołki, wbite po rogach. Większość jednak prędko utraciła i te oznaki szacunku i troski ludzi o swych obrońców. Nielitościwa, bezmyślna ręka targnęła się nawet na te świętości, pamiątki narodowe, powyrywała kołki, spaliła upadłe krzyże. Kopce zaczęły się zapadać, a skrzętny rolnik zaorał je i pokrył kobiercem złotego żyta. Dużo takich mogił napotkać można w ziemi warszawskiej, a nawet tuż pod bokiem wesołej, hucznej stolicy.
Minęły, ciężkie, krwawe czasy, gdy pod niebiosa wysławiano żołnierza, obrońcę serca Polski; szara jednostajność życia zamgliła te wspomnienia i z dniem każdym głębiej i głębiej pogrążają się w otchłani zapomnienia drogie, sławne, święte imiona bohaterów.
Pamiętają o nich tylko matki.
Krzyże upadłe podnoszą, kwiatami i wieńcami ze świerku upiększają kopce, pod któremi leżą zmieszane z innemi kości odważnych a sercem czystych synów. Zapomnienie i obojętność tłumu wynagradzają westchnieniem, łzą matczyną i modlitwą.
Jedna z matek od roku błąkała się po całej ziemi warszawskiej, odnalazła wszystkie mogiły żołnierskie, a przy każdej na twarz padała, ziemię całując i z łkaniem beznadziejnem szepcąc:
— Michasiu, synku, odezwij się! Czyś tu?...
Lecz kopce milczały i prężyły się ramiona czarnych krzyżów, zastygłych w powietrzu. W jesieni wiatr szemrał w krzakach lub na ściernisku, w lecie — żyto gwarzyło, żałując tych łez lub dziwiąc się trosce i męce matczynej.
A ona tymczasem wciąż szukała i pytała o grób syna niemych mogił, ledwo dostrzegalnych kopców i krzyżów pochylonych.
Milczenie i cisza odpowiadały jej, a więc szła dalej i dalej, szukając, wołając bezdźwięcznym głosem, w którym drgały łzy, a chwilami przerywała ten niemy szloch burza nienawiści, straszliwych przekleństw i szału.
Ludzie po wsiach już ją znali i na jej widok ze smutkiem kiwali głowami, odprowadzając ją zatroskanemi oczami.
Zadawała im pytanie jednostajne, jak plusk fali na piaszczystym wybrzeżu:
— Czy była tu bitwa? Jakie pułki przelewały tu swoją krew? Czy nie widziano tu chłopaka pięknego, o włosach kruczych i oczach śmiałych, piwnych, chłopca, który na imię miał Michaś?
Prawie już nie czekała na odpowiedź i szła dalej, gnana jakąś żądzą szukania, jakąś potrzebą pędzenia wciąż dalej ku nieznanemu celowi. Błąkała się tak tygodniami, później znikała na parę miesięcy, powracała do domu i znowu się zjawiała, jeszcze bardziej wynędzniała, jeszcze bardziej nieszczęśliwa, zgnębiona, walcząca z rozpaczą i obłędem.
Po ostatniej włóczędze matki po kopcach i mogiłach żołnierskich pod Warszawą, przyszła zima, rzuciła na ziemię biały całun, ukryła pod nim podorywy, miedze, doły i zapadłe już kopce.

III.

W tym czasie matka, szukająca grobu syna, przybyła znowu.
Zatrzymała się w domu znajomego wieśniaka i odrazu wyszła na pole, gdzie na niskim, przysypanym śniegiem kopcu stał wysoki, krzyż drewniany.
Ten krzyż najwięcej przyciągał kobietę i zwykle po kilka razy powracała, wpatrując się w kopiec, leżący u jego stóp, jakgdyby chciała dojrzeć drogie kości.
Niebo było pogodne, przejrzyste, tysiące gwiazd świeciło nad ziemią, śpiącą pod miękkim, białym pokrowcem. Księżyc, jasny i obojętny, wypłynął z poza lasu i sunął coraz wyżej, zapalając na śniegu miljony jarzących się i mieniących wszystkiemi barwami płomyków. Migotały na szklistej powierzchni śniegu i gasły na chwilę tylko wtedy, gdy przed obliczem księżyca sunęły długie smugi białych obłoków, płynących od północy. Było cicho i martwo dookoła, tylko zrzadka zalatywał wietrzyk i z suchym szelestem poruszał stwardniałą słomę ścierniska.
Kobieta z załamanemi rękami stała przed białym kopcem i coś szeptała. Może jak zwykle pytała:
— Michasiu, synku! odezwij się! Czyś tu?
A może modliła się gorąco i uparcie...
Długo tak stała i gdy już miała odejść, nagle zauważyła, że na szczycie kopca coś się poruszyło. Drgnęła i oczy nieprzytomne w bolesnej nadziei wbiła w to miejsce.
Jakieś wiotkie cienie, postacie chybkie i nieuchwytne, widma przejrzyste unosiły się nad śniegiem i majaczyły w powietrzu, drgając na tle dalekiego, ciemnego boru. Unosiły się i opadały, chybotały i skłębiały się korowodem tajemniczym, milczącym, a pełnym znaczenia.
Znikały i znowu się zjawiały, aż się podzieliły i szybować zaczęły na skrzydłach niewidzialnych, lekkie i chyże.
Nieznane twarze, postacie obce, a bliskie i drogie zarazem. Pocięte czoła, skrwawione oblicza, przestrzelone piersi, zwisające bezwładnie ręce, wynędzniałe rysy, poniszczone i porwane na strzępy ubrania.
Pląsały w przepojonem blaskiem powietrzu, wznosząc ramiona do góry; oczy zapadłe zwracały się ku niebu i otwierały usta, jakgdyby w śpiewie triumfalnym.
Płomienie w tych męczeńskich oczach, radość nieziemską w wynędzniałych rysach, uśmiech szczęścia na zsiniałych ustach dostrzegła stojąca w zachwycie i w porywie oczekiwania kobieta.
Coraz hardziej promiennym, barwnym i radosnym stawał się korowód widm przejrzystych, a z ich ust płynąć zaczęła bezdźwięczna pieśń triumfu i nieśmiertelności.
Każde słowo, każda zwrotka tej pieśni zakradała się do serca i duszy kobiety — a ona zrozumiała szczęście i ukojenie tych, których z kopca mogilnego wywołała pogodna noc zimowa, a może modlitwa i rozpacz Matki...
Powoli wygładziły się zmarszczki bólu na stroskanej twarzy kobiety; nieznany gość — uśmiech, błysnął w wypłakanych oczach i zmiękczył, rozpromienił surowe zarysy warg.
Czekała, bo wiedziała już, że przyjdzie...
Z korowodu widm wysunął się cień — mały, wiotki i szybki. Zsunął się z kopca i prawne niewidzialny cisnął się do rąk kobiety, podnosił twarz swoją do jej ust, padał do nóg i znowu wzbijał się w górę i w oczy zaglądał.
— Chodź tu, Michasiu! Przytulę cię do piersi, okryję, bo zimno ci, boś ledwie ubrany. Chodź już, chłopusiu, chodź tu, do matuli, mój synku malutki! Takem się stęskniła, takem się namartwiła! Chodź już, chodź!... Utulę, ogrzeję...
Coraz liczniejszy stawał się korowód. Już nie tylko na kopcu majaczyły cienie. Całe pole kotłowało się od nich.
Ciemna, ciężka chmura sunęła na księżyc. Zerwał się wicher. Zazgrzytała śnieżyca...
Krzyż, skrzypiąc żałośnie, kołysał się pod wściekłem smaganiem mroźnego wichru...


IV.

Nad rankiem wieśniak, jadący niedaleko kopca, spostrzegł czarną plamę na śniegu. Podjechał, śnieg rozgrzebał...
Ujrzał kobietę. Leżała uśmiechnięta, z ustami łagodnie rozchylonemi, a ręce jej tuliły kogoś do martwej piersi...



SOCJAŁ.
I.

Robotnik z wielkiej fabryki metalurgicznej w Warszawie, Walenty Sosnowski, powrócił znużony do domu.
Był zły i trochę podpity.
Właściwie podpił też ze złości, gdyż dowiedział się, że towarzysze wybierają do fabrycznego socjalistycznego komitetu innego prezesa, na niego zaś nie chcą głosować.
W domu czekano na Sosnowskiego z kolacją.
Syn-jedynak był tu również, już wymyty i przebrany.
Ojciec był dumny z Władka. Na zebraniach robotniczych chłopak już wygłaszał mowy, a o Marksie i Beblu prawił tak, jakby ich znał osobiście. Syn dużo czytał, i czytanie nie szło na marne.
Władek odrazu zauważył, podobnie jak i pani Sosnowska, że ojciec był zły i „zawiany“.
Przy kolacji stary robociarz opowiedział strapiony o zawodzie, który go spotkał, i tak zakończył:
— Teraz już ja dla nich niedobry, gdy przyjechał ten wyjadacz Kurkowski! A gdy trzeba było skakać do oczu dyrekcji i z rosyjską policją się mitrężyć — to byłem dobry?
Syn uśmiechnął się i zauważył:
— Kurkowski — szczekacz! Nic nie czytał oprócz głupich broszurek niemieckiej fabrykacji. Długo się nie utrzyma, zasypie się!
— Ja też nie dużo czytałem — burknął ojciec.
— No, tak — zgodził się chłopak. — Ale ojciec — szczery socjał, śmiały i uczciwy, a Kurkowski karjerę robi... gębą. A gdy do czego przyjdzie, da nura! Widziałem ja takich krzykaczy!
Sosnowski zamyślił się, i po chwili rzekł do syna:
— Posiedzenie w sobotę, Władku. Pójdziemy razem, a ty nawymyślaj tam im o tego Kurkowskiego! Dobrze?
Chłopak zaciął się i przybladł, jakgdyby miał coś do powiedzenia, lecz milczał.
Po wieczerzy Sosnowski zauważył, że żona ma zapłakane oczy, a usta jej kurczowo drgają.
— Co ci jest, matko? — zapytał mąż.
Milczała, więc stary, zajęty swemi myślami, więcej nie pytał.
Rodzina zaczęła się już przygotowywać do spoczynku, gdy nagle Władek, schylony nad książką, podniósł głowę i rzekł, zwracając się do ojca:
— Ojcze, chciałem ci powiedzieć, że wstąpiłem do armji ochotniczej.
— Co? — wyszeptał z przerażeniem w głosie Sosnowski. — Ty? do armji?
— Tak! Wołają młodzież, bo inaczej Moskale zdobędą Warszawę, a wtedy — koniec! — odparł chłopiec.
Stary milczał. Przeszedł się po pokoju, usiadł, znowu się zerwał i zbliżył do syna.
— Za ziemian, za fabrykantów będziesz walczył? — pytał.
— Za Polskę, ojcze! — odrzekł syn, podnosząc na niego oczy.
— A socjalizm, a partja? — pytał dalej Sosnowski.
— Wszystko będzie po staremu! — uśmiechnął się syn.
— Jakże to?
— Musimy naprzód mieć kraj, w którym socjalizm mamy szerzyć — odpowiedział syn. — Jeżeli nie obronimy naszej Polski, to moskiewscy komuniści będą nas uczyć socjalizmu!
Zaśmiał się, a widząc, że ojciec słucha go uważnie, dodał:
— Długo nam jeszcze czekać, aż socjalizm polski będzie czynny. Nie można, ojcze, socjalizować nędzy. Trzeba się podnieść, wzbogacić, a wtedy dopiero rozmawiać o sprawiedliwości w podziale bogactw. To — jasne!
Ojciec milczał. Oczy spuścił i usiadł głęboko zamyślony. Władek obszedł stół, zbliżył się do niego i, położywszy mu rękę na ramieniu, począł mówić, coraz bardziej zapalając się:
— Wszystko furda! Socjalizm, partja, walka o zarobek, Marks, Kurkowski i my sami! Wszystko nic nie warte wobec tego, co się dzieje. Polska, dla której tylu zginęło i panów i robotników i narodowców i socjałów, Polska ginie, tonie, bo ją zalewa Moskwa swojemi bandami. A gdy zaleje, rzuci się na nas Niemiec, wtedy — koniec, koniec już na zawsze, do kresu wieków! Czy rozumiesz, ojcze? Czy rozumiesz?
— Nie daj, Boże! — wyszeptał stary.
— A widzisz? — ucieszył się syn. — Teraz każdy Polak powinien iść, a porachunki zostawić na potem, gdy spierzemy pyski Moskalom.
Syn usiadł i zabrał się do książki, ojciec pozostał w głębokiej zadumie. Około pierwszej dopiero położył się stary do łóżka, ale nie spał, kręcił się do rana, wzdychał i myślał.
Czasami mruczał:
— Oni, psia ich mać, Sybir i więzienia naszymi przepełniali, a teraz im się znowu Warszawy zachciało!
Zdrzemnął się dopiero o świcie.
Gdy rodzina wypiła poranną kawę, a ojciec wybierał się do fabryki, syn podszedł do niego i rzekł:
— Dziś idę do koszar, ojcze, chcę się pożegnać. Bądź zdrów!
Stary objął syna i nagle oparł mu twarz na ramieniu, a szerokie bary zaczęły mu drgać i trząść się. Szlochając mówił przez łzy:
— W imię Boże, idź! Idź! A bij się, jak Polak! Daj im za znęcanie się, za krew i mękę naszą! Idź! Idź!

II.

Władek Sosnowski, którego koledzy przezywali „Socjałem“, bo lubił prawić o Marksie i o walce klasowej, oddawna już był w pułku. Bił się o głodzie i chłodzie, a zawsze był wesół i drwił ze wszystkiego.
— Jaśnie wielmożny panie, — mówił żartobliwie do takiego samego jak on ochotnika, szlachcica, — pamiętaj pan o konieczności socjalnej sprawiedliwości!
— No dalej? — pytał, uśmiechając się, kolega.
— Bo to, widzicie, okrutnie dziś strzelałem do Moskala i pozostało mi tylko 15 naboi. Widzę, że macie sporo tych orzechów, — podzielcie się w imię socjalnej równości!
Kolega dał paczkę i rzekł:
— A jakbyście u bolszewików prosili? W imię czego?
Wesoły Władek natychmiast odparł:
— Tam byłoby prościej! Kolbą w łeb w imię komunizmu: tobie nic, a mnie — wszystko! Zagarnąłbym pełną garścią!
Na takich żartach upływał ochotnikom czas pod Radzyminem, a podczas bojów, ciężkich i zażartych, synowie ziemian, wieśniaków i robotników niczem się pomiędzy sobą nie różnili.
Robotnik przebijał bagnetem Moskala, napadającego na ziemianina, szlachcic i przyszły dziedzic ratował życie synowi gospodarza wiejskiego, a z pola bitwy wynosił syna robotnika, partyjnego socjalisty. Nie było więc i nie mogło być różnicy, gdyż przed wszystkimi była jedna i ta sama wspólna mogiła.
Władek w jednej potyczce pod Radzyminem odznaczył się szczególnie. Natłukł bolszewików, a dwóch lekko rannych wziął do niewoli i do obozu przypędził.
— A toś się, chłopcze, napracował! — mówił do niego oficer, dowodzący całym oddziałem.
— Za naszą mękę, poniewierkę i krew, panie kapitanie! — odrzekł robociarz. — Pamiętam, jak mi ojciec to na pożegnanie powiedział. A przecież on — szczery socjalista, i jeżeli tak powiedział, znaczy to, że wielka była nasza męka. Niech więc zapłacę za nią Moskalom!
— Nie minie cię „Virtuti Militari“, już ja w tem! — rzekł, odchodząc, oficer.
W pół godziny później oddział rzucono do kontrataku.
W pierwszym szeregu obok kapitana biegł z wesołą miną Władek Sosnowski.
— Niech żyje socjalizm! — dochodziły okrzyki z rosyjskich szeregów.
— Pokażę ja wam socjalizm! — odkrzyknął Władek.
Wtem bolszewicy dali salwę. Kapitan zatoczył się i upadł na lewy bok. Żołnierze, widząc to, zachwiali się i zaczęli się cofać.
Moskale biegli naprzód, aby porwać rannego oficera, który z trudem dźwignął się i wydobył rewolwer.
— Stój — rozległa się nagle głośna komenda.
Cofający zatrzymali się, a Władek Sosnowski znowu krzyknął:
— Naprzód! Nie oddamy dowódcy!
I pomknął ku bolszewikom. Dobiegł w porę do rannego, bo już okrążali go Moskale. Bagnetem i kolbą odpędził napastników, i wtedy właśnie nadbiegło jeszcze kilku chłopców z pułku. Zdawało się, że bitwa na nowo się rozpali. Bolszewicy pchnęli świeżą kompanję. Polacy po rozpaczliwej obronie zmuszeni byli jednak do odwrotu. Odchodzili, unosząc z sobą oficera i broniąc się przed ścigającymi ich wrogami. Lecz coraz to któryś z ochotników ubywał i z każdym niemal krokiem grupka ich stawała się mniejsza i szczuplejsza.
Upadło naraz dwóch ochotników, a ciężko ranny kapitan, dźwigany przez nich, runął na ziemię. Podbiegł do niego Władek Sosnowski, podniósł i, wziąwszy na plecy, ruszył krzycząc:
— Zasłaniajcie kapitana, chłopcy!
Bolszewicy coraz gęściej strzelali, szerząc zniszczenie wśród Polaków. Ci zaś uszli jeszcze kilkaset kroków, aż rozległa się salwa. I zmiotło jak wichrem tę garstkę odważnych. Polegli wszyscy — pozostał tylko Władek Sosnowski.
Zatrzymał się zdumiony, gdyż jakoś dziwnie zaciężył mu na plecach ranny kapitan. Ostrożnie opuścił go na ziemię i zdążył jeszcze zauważyć, że oficer miał czaszkę strzaskaną, ale w tej chwili sam upadł piersią na pierś kapitana i pozostał sztywny, wyprężony jak struna.
Po chwili ciało Władka zaczęło się zlekka poruszać, jakgdyby płaszcząc się i wciskając w ziemię którą ukochał więcej od socjalizmu, bo to była ziemia swoja — polska, ziemia ojców, ich krwią napojona i użyźniona męką aż do nadejścia wielkiej chwili odrodzenia.



CZUWAJ!

Nic nie pomogło!
Ani 4-ty rok stutljów w starej wszechnicy jagiellońskiej, ani poważny nastrój rodziny profesorskiej, ani głęboka rozwaga samego Jana Surzyckiego.
„Uczony Jaś“, „profesor Jan“ — jak go nazywali koledzy, niedługo namyślał się, gdy na odrodzoną Polskę rzucił się wróg, chcąc wyzyskać jej słabość i brak wewnętrznej organizacji.
— Nauki, przekonania, sympatje, przywiązanie — wszystko nabok! — mówił nieraz pełen rozwagi Jan do starych kolegów-druhów harcerzy. — Teraz cała racja w szabli i karabinie. Więc niech tymczasem wytchnie sobie beze mnie i chemja rolnicza, i teorja irygacji, i selekcja, i botanika! Ja zaś, dostawszy urlop, wezmę się do szabli. Czuwaj! Czuwaj nad miłą, wypieszczoną marzeniami, odżywianą krwią dziadów naszych, Ojczyzną! Czuwaj! Bo jest jeszcze słaba, jeszcze nie nabrała rozpędu, jeszcze drogi jej życia kryje mgła niezbadana. Mówcie to wszędzie i zawsze, druhowie! Niech naród nie żałuje, niech nie szczędzi krwi młodzieży, mężów i starców, bo przeżywamy groźną godzinę, a jeżeli ma się skończyć klęską, to i tak nikt z nas żyć już nie zechce! Zmordowały nas te tragiczne oczekiwania, nadzieje, marzenia, krwawe, straszliwe ofiary, hańba poddaństwa najeźdźcom i rabusiom... Dalej w tem trwać nie możemy, nie chcemy! Lepiej śmierć!
— Co do mnie — ciągnął dalej — to wiecie co? Śmierć za kraj uważam za największe szczęście dla siebie... Gdyby tylko nie smutek, jaki sprawiłbym rodzicom...
Tak mówił Jan Surzycki, jeden z najstarszych harcerzy krakowskich, noszący w swem sercu hasła harcerstwa, te zdrowe, proste, jak prawda, pojęcia, a przez usta jego mówili przodkowie, skromni lecz szlachetni w swej wiernej służbie zgnębionej Ojczyźnie, a więc pradziad Józef Surzycki, oficer polski za czasów Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego i obrońca Modlina: dziad Tomasz, dowódca powstańców na Podlasiu w r. 1863 i nareszcie ojciec, profesor Stefan Surzycki, którego za Panowania carskich zbirów więziła cytadela warszawska.
Krew to przemawiała, stara, dobra, szlachetna, gorąca a ofiarna krew polska.
Słowo stało się czynem.
Już w październiku 1918 r. Jan Surzycki działał, jako ochotnik w lotnych oddziałach harcerskich przy 4-ym pułku piechoty legjonów, w listopadzie wszedł do komendy pociągu pancernego „Śmiały“ i odważnie walczył o zdobycie Przemyśla, zajętego przez powstańców ukraińskich. Otrzymał ranę, lecz natychmiast po wyleczeniu powrócił do komendy i bił się przy odsieczy i obronie Lwowa.
„Gwiazda Przemyśla“, lwowskie „Orlęta“ i „Krzyż Walecznych“ zdobiły jego pierś, lecz te odznaczenia żądały od niego coraz to większych czynów.
Rozumiał Jan, że działać bagnetem lub szablą potrafi każdy, ale że brakuje inteligentniejszych żołnierzy do specjalnej broni, więc przeniósł się do ciężkiej artylerji, z którą obznajmił się szybko i dokładnie. Jego robotę bojową widziała Małopolska Wschodnia, a później odczuły na sobie hordy bolszewickie na Podolu.
Nastały czasy spokojniejsze i mury starej wszechnicy znowu ujrzały poważną, myślącą twarz akademika-bohatera, mającego już szarżę oficerską. Znowu książki, laboratorja, nauka i myśli inne, — o wolnej, pokojowej, dążącej do najwyższej cywilizacji Polsce...
Lecz przyszła nowa wojna.
Pięść teutońska, zdrada krzyżacka uderzyła w starą ziemię Piastową, w perłę Polski — w Górny Śląsk.
— Do broni, bracia! Nikt nas nie obroni, jeśli będziemy milczeć i czekać! — mknęło po wsiach i ciastach pełne zapału hasło.
Jan Surzycki znowu chowa książki i czapkę akademicką i wdziewa stary, dymem prochu nieraz owiany uniform oficerski.
Znowu armaty, znowu obóz, koledzy 12 pułku artylerii polowej, pochód, pozycje, szybkie ostrzeliwanie wroga...
„Uczony Jan“ dobrze kieruje swojemi działami, a one zioną na wrogów rykiem urwanym i śmiercią.
— Czuwaj! — myśli młody podporucznik. — To potop nowy na Rzeczpospolitą. Od niemieckiej granicy do starych Dzikich Pól i Smoleńska suną ku naszej ziemi krwawe potwory. Musimy bić tak, aby świadków klęski nie zostało, aby nikt już nie śmiał marzyć o napadzie na świętą ziemię naszą. Każda kula, każdy pocisk, każde pchnięcie bagnetu powinno wylać wrażliwą krew, w sercu nieprzyjaciela wzbudzić lęk, Polsce sławy i spokoju przysporzyć!
Czuwał nad tem poważny młodzieniec, ale nie długo.
9 maja 1921 r. dostał rozkaz zajęcia ze swoją baterją pozycji we wsi Stare Koźle i współdziałania w uderzeniu na Kędzierzyn.
Baterja wyjechała na wyznaczony posterunek. Rozpoczął się atak na Kędzierzyn. Artylerja przygotowała go. Podporucznik, wierny swoim hasłom, obmyślił wszystko dobrze i rozpoczął bojową robotę. Po kilku strzałach wyszedł, aby skontrolować skuteczność ognia. Stał na wyniosłości gruntu, niewrażliwy na przelatujące szrapnele i kule karabinów maszynowych, które ze wszystkich stron szczękały sucho i groźnie.
Z radością spostrzegł dobre rezultaty, przekonał się, że na ostrzeliwanym przez niego odcinku ogień nieprzyjacielski począł słabnąć. Już się odwrócił, aby odejść i dalej prowadzić atak, gdy nagle wybuchnął szrapnel niemiecki, i jeden z odłamków ugodził oficera. Padł bez jęku, bez ruchu, oddając ziemi, której bronił, ziemi prastarej, Piastowej, swą młodą, gorącą, wierną krew.
W chwili ostatniej życia doleciał go ryk jednego z dział jego baterji i w tym ryku rozróżnił potężne słowo, drogie od dzieciństwa hasło: „Czuwaj!“
A z krwi młodzieńczej wyrosły trawy mocne i wonne, kwiaty ogniste i gorące, które nie dadzą zapomnieć śmiałego, uczciwego okrzyku harcerza i oficera, nad życie miłującego ojczyznę:
— Czuwaj nad Polską! Czuwaj!...
To hasło z nabożeństwem powtarzać będą przyszłe pokolenia, gdy ujrzą wielką, potężną, sławną Polskę.
Wszystko przetrwa, wszystko wytrzyma ziemia męczenników i bohaterów! Nie masz siły większej i trwalszej nad siłę ofiarnego ducha!
— Czuwaj!



CZAROWNIK W OPAŁACH.

Kapitan Rokicki i porucznik Powała-Leszczyński sunęli na czele niewielkiego oddziału konnych strzelców.
Kapitan nie mógł ukryć troski na ogorzałej twarzy. Dostał rozkaz nabycia od chłopów owsa dla koni i prowjantów dla ludzi i to go dręczyło.
Nie było to łatwe do wykonania, bo Poleszuki, podjudzani przez bolszewików, hardo się trzymali, starannie ukrywając po lasach i bagnistych kępach wszelkie zapasy żywności.
— Bez strzelania się nie obejdzie... — mruknął, zwracając się do porucznika.
Powała wzruszył ramionami i spokojnie odparł:
— Tyle się strzelało już na tej wojnie, to postrzelamy sobie jeszcze trochę.
— Wiecie, przecież, że dowództwo zaleca dobre stosunki z ludnością! — zawołał niecierpliwym głosem kapitan.
— Zaczniemy po dobremu — odpowiedział porucznik — a, gdy już nic nie pomoże, sami weźmiemy, a pieniądze wójtowi włożymy za pazuchę.
— Wtedy zaczną strzelać!
— Jak oni zaczną, to my skończymy — uśmiechał się Powała. — Owies i prowjant musimy dostarczyć, bo w pułku głód...
Rozmowa się urwała.
Konie człapały po rozmiękłej drodze, z trudem wyciągając kopyta z błota i co chwila wpadając w wykroty.
Przed zachodem słońca oficerowie ujrzeli dużą wieś.
Już zdaleka spostrzegli, jak chłopi biegali w popłochu, wynosili dobytek z chat i pędzili w stronę lasu.
— Widzę, że żywność mają Poleszuki — zauważył Powała.
Kapitan spojrzał na mówiącego.
Twarz porucznika pozostawała spokojną i, jak zwykle wesołemi błyskami jaśniało zdrowe oko, a drugie — sztuczne i nieruchome patrzyło przed siebie z zimnym uporem.
Zjechawszy ze stromego brzegu i przeprawiwszy się przez dość głęboką rzeczkę, oddział wjechał do wsi.
— Zawołać do mnie wójta lub sołtysa! — krzyknął kapitan do wyglądających z poza płotu chłopaków.
Wkrótce stary Poleszuk o powichrzonej, kołtuniastej czuprynie i zbitej w dwa kłaki brodzie, stał przed oficerami. Spoglądał spodełba nieufnym wzrokiem, miętosząc w ręku baranią czapkę.
— Chcemy kupić owsa dla koni i żywności dla ludzi — rzekł kapitan.
— Nijakiej żywności nie mamy, panie oficerze — odburknął wójt. — Sami głodem przymieramy...
Długo przekonywał i namawiał go kapitan, aż zniecierpliwiony zawołał:
— Pamiętaj, chłopie, że jak sami szukać zaczniemy, a znajdziemy — nie będę wtedy z tobą długo gadał.
— Jak chcecie... — mruknął stary, rzucając ukośne spojrzenie na zbiegających się zewsząd chłopów.
— Jeżeli dowiem się, że ukryliście żywność, będę was miał za wrogów Polski i za przyjaciół bolszewików. A wiecie co was za to czeka? — podniósłszy się na strzemionach, mówił kapitan i groźnie zmarszczył brwi.
Chłopi milczeli, ponuro patrząc w ziemię.
Kapitan się wahał. Nie lubili bowiem oficerowie przemocą zabierać ludności potrzebnych dla wojska zapasów i rzeczy, nawet wtedy, gdy płacili za wszystko sumiennie. Zaczął więc oficer kusić Poleszuków sutą zapłatą, obiecywał szczególną opiekę nad mieszkańcami wioski i wdzięczność dowództwa.
Nic jednak nie skutkowało.
Pozostawał więc tylko ostatni sposób. Zaaresztować wójta i starszyznę, kazać strzelcom przetrząsnąć chaty i spichrze, a, gdyby i to nie pomogło, zagrozić rozstrzelaniem kilku gospodarzy, zażądawszy znoszenia żywności.
Ciężka to była i przykra dla oficerów sprawa.
— Jeżeli nie chcecie po dobremu... — zaczął kapitan Rokicki, lecz nagle przerwał mu porucznik Powała.
— Panie kapitanie! — rzekł, podnosząc prawą rękę do daszka czapki. — Być może, że ci dobrzy ludzie sami nie wiedzą, gdzie mają zapasy. Pochowali je przed bolszewikami, zapomnieli, teraz sami nie mogą znaleźć i przymierają naprawdę z głodu.
Rokicki ze zdumieniem słuchał swego porucznika.
Ten zaś ciągnął dalej:
— Ja sam pójdę z tym szanownym, sędziwym starcem szukać i nie wątpię, że znajdziemy!
Poleszuki, nic nie rozumiejąc, nieufnie przyglądali się mówiącemu.
Porucznik zeskoczył z konia i, ująwszy wójta za rękę, rzekł:
— Chodź, staruszku!
Chłop naciągnął na kołtuniastą głowę czapę i, ociągając się, szedł za oficerem.
Porucznik Powała wiedział, co robił.
Gdy kapitan przekonywał chłopów, on uważnie badał okolicę i spostrzegł, że w oddali, gdzie wezbrana rzeka utworzyła duże rozlewisko, czerniała spora kępa, ku której ze wszystkich sił pędziły cztery łodzie — dłubanki, gnane wiosłami. Mimo, że jedno tylko oko posiadał młody oficer, jednak wyraźnie odróżnił chłopów, chylących się na wiosłach, oraz worki i skrzynie, znajdujące się w łodziach.
Tymczasem, porucznik, krocząc obok wójta, szedł wzdłuż ulicy, ciągnącej się aż do brzegu rzeki.
Kręcił głową na wszystkie strony i coś mruczał.
— Co wy, panie, gadacie? — zapytał go nareszcie zaciekawiony wójt.
— Powiadam, że prawdę mówiliście, że nic nie macie — rzekł z westchnieniem porucznik.
— Tak jaż wam mówił, panie! — ucieszył się chłop.
— A jednak czuję, że wy sami nie wiecie, co posiadacie! — mówił dalej Powała. — Znajdę dla was żywność, a wy zato nam trochę sprzedacie. Tylko, że mi oczy łzami zachodzą, więc jeszcze nie widzę...
Powiedziawszy to, porucznik stanął i, najspokojniej w świecie wyjąwszy jedno oko, zaczął je przecierać chustką.
— No, teraz już będzie dobrze! — zawołał. — Wnet wszystko dojrzę.
Obejrzał się, usłyszawszy za sobą tupot nóg.
Wójt zmykał, zakasawszy poły sukmany i wrzeszczał, jak gdyby go ze skóry obdzierano.
— Sąsiedzi, to — czarownik! On wszystko znajdzie, bo oczy wyjmuje i przeciera! Straszny to człowiek! Nieszczęście może na wieś sprowadzić, urzec na całe życie. Znoście, sąsiedzi, owies, hrykę, a dodajcie im dwa wory suszonych ryb i wołu. Niech tam z kępy migiem nazad wiozą. Oj, Chryste, Matko Przeczysta, nastrachał się ja, gdy on oko wyjął, a ono łyskało na dłoni... Oj, sąsiedzi, niesamowity to oficer i jak z takim czarownikiem wojować?!... Chryste!...
Nazajutrz o świcie, kapitan Rokicki wypłacał gospodarzom należne kwoty za owies i prowjanty, a porucznik Powała zajadał gorące, masłem ociekające rżane pierogi z cebulą i rybą.
Zakończywszy rachunki i pobrawszy pokwitowanie, kapitan ruszył na czele swego oddziału.
— Coście wy tam wykombinowali, kolego? — pytał kapitan rad, że tak spokojnie i szczęśliwie wywiązał się z ciężkiego zlecenia.
— Moje szklane oko pomogło! — zaśmiał się Powała.
— Czarownik z was! — zawołał Rokicki.
— Do usług, panie kapitanie! — odparł, salutując, krotochwilny oficer.



W KOLEGJUM ŚW. LUDWIKA.

— Henri Kossowski! Henri Kossowski! — wołał pękaty monsieur Delarue, wychowawca szóstej klasy w Kolegjum św. Ludwika w Paryżu.
— Henri Kossowski! Henri! Henri! — dopomagali uczniowie, czyniąc niebywały hałas i zgiełk.
Henryk jednak nie słyszał, bo był bardzo poważnie zajęty.
Miał właśnie spotkanie z zaklętym wrogiem-siódmoklasistą, Maurycym Lefèvre’m.
Siódmoklasista, już mocno wąsaty, barczysty i rozrosły, słynął jako atleta. Nie lubił silnego i zwinnego Polaka, dokuczając mu przy każdej sposobności. Długo znosił to Henryk, aż pewnego razu nie wytrzymał i machnął Lefevre’a naodlew w twarz. Wywiązała się bójka, po której Henryka odprowadzono do szkolnego szpitala, lecz odtąd Maurycy starannie unikał nowego spotkania.
Natomiast Kossowski marzył o tem, aby zmierzyć się z nim jeszcze raz. Nie bał się już atlety, gdyż spostrzegł, że o ile jest straszny w pierwszem spotkaniu, o tyle szybko słabnie, gdy walka się przeciąga.
— Zmęczę go i wytchnie mi się jak odkorkowana lemonjada — myślał, szukając przeciwnika i przy każdej okazji zaglądając do lokalu siódmej klasy.
Dziś nareszcie spotkał się z Maurycym i, stanąwszy przed nim, powiedział zupełnie spokojnym głosem:
— Spróbujmy się jeszcze raz, kolego!
Rozpoczęli pojedynek. Henryk już oberwał parę potężnych ciosów, lecz czuł, że „lemonjada“, wyszumiawszy się, zaczyna słabnąć.
Kossowski szybko się uwijał koło przeciwnika, gdy naraz ucapił go za kołnierz monsieur Delarue i wrzasnął:
— Znowu bójka?! Co za nieznośny polski temperament! Stój! Przyszła dla ciebie depesza... pilna!...
Zły był chłopak, że oderwano go od roboty, lecz, poprawiwszy na sobie ubranie, wziął depeszę i zaczął czytać.
Twarz mu zbladła i groźnie się nachmurzyły brwi.
— Jutro odjeżdżam... — oznajmił cichym głosem.
— Dokąd? — zapytał wychowawca.
— Do Polski... Powstanie Ukraińców... Lwów zagrożony... Starszy brat już w wojsku. Ojciec telegrafuje, że wszyscy muszą bronić ojczyzny... Jadę jutro!
Nazajutrz Henryk Kossowski, żegnany przez profesorów i kolegów, opuszczał piękny ginach Kolegjum Św. Ludwika.
Przed odejściem rozejrzał się uważnie i, spostrzegłszy Maurycego, krzyknął mu:
— Dokończymy później, jeżeli powrócę...
— Dobrze! — odkrzyknął Lefèvre. — Powracaj szczęśliwie, Henri!
Gdy chłopak odjechał, koledzy długo mówili o nim, zazdroszcząc oczekujących go przygód na wojnie i silnych wrażeń.
Profesorowie kiwali głowami i rozprawiali o Polsce, podziwiając zaciętą ofiarność w obronie swej wolności i prawdy.
— To już nie dzielność, moi panowie — odezwał się dyrektor kolegjum, — lecz bohaterstwo, poświęcenie ojczyźnie wszystkiego, co jest najdroższe, nawet dzieci własnych! Wielki to naród i świetna będzie jego przyszłość!
Henryk Kossowski przybył do Polski.
Na granicy spotkał go ojciec.
W kilka dni później chłopak był już w oddziale kapitana Boruty-Spiechowicza i, klnąc po francusku, zdobywał Górę Św. Jacka i nacierał na cofających się Ukraińców.
Po skończonej odsieczy Lwowa, Henryk pomaszerował na wschód, aby bić się z bolszewikami; dwa razy ranny, po krótkiej kuracji, powracał do pułku i bił się dalej.
Gdy młode polskie wojsko odparło zuchwałe, dzikie hordy czerwonych zbirów, Henryk Kossowski mógł już powrócić do Paryża.
Całe Kolegjum wraz z profesorami stanęło w szyku na podwórzu, aby powitać bohatera.
Sam dyrektor wprowadził chłopaka i wszyscy ujrzeli na piersi Henryka krzyżyk Virtuti Militari i francuski medal walecznych.
Długo wiwatowali uczniowie kolegjum i profesorowie, lecz dyrektor podniósł rękę do góry i wszystko ucichło.
— Panowie, — zaczął dyrektor, — witamy szczęśliwie powracającego do naszego grona przyjaciela, kolegę i wychowanka. Powrócił z wojny, gdzie życie swoje narażał codziennie, nie myśląc ani o sobie, ani o zaszczytach. Walczył za ojczyznę, która musi być wolna i wielka. Kraj, za który nawet dzieci życie swoje oddają, jest wart świetności i szczęścia. Pamiętajcie o tem, młodzi Francuzi, i przechowajcie dawne tradycje przyjaźni Francji i Polski. Niech żyje Polska! Niech żyje młody bohater — Henryk Kossowski!
Była to bardzo uroczysta i podniosła chwila.
Profesorowie ściskali ręce Henrykowi, a koledzy tak się darli, wiwatując, że nawet kilku policjantów, zaniepokojonych wrzawą, zajrzało na podwórze Kolegjum.
Nareszcie uczniowie rozpierzchli się po gmachu, śpiesząc do klas.
Wieczorem Henryk Kossowski podszedł do Lefèvre’a i rzekł:
— Powróciłem, więc możemy zakończyć nasz pojedynek...
— Z przyjemnością — odparł Maurycy. — Starannie uprawiałem boks!
— Co do mnie, to przez czas wojny zarzuciłem wszelkie sporty — rzekł Henryk. — Cóż chcesz — wojna!
Chłopcy zakończyli swój pojedynek.
Maurycy Lefèvre został odprowadzony do szpitala, a Henryk umył się i spokojnie usiadł przy stole, aby odrobić lekcje.
O pojedynku dowiedział się dyrektor i, zawoławszy do siebie Henryka, zapytał go:
— Jak się to stało, żeś zwyciężył Lefère’a, który jest atletą?
— W wojsku uczono nas, że kto chce zwycięstwa, musi rzucić naprzód przed siebie swoje serce, a później pamiętać tylko o tem, aby dotrzeć do niego, zwalczając wszystkie przeszkody! — objaśnił chłopak. — Tak uczyniłem w pojedynku i — zwyciężyłem.
— Jest to dobry sposób, lecz do tego trzeba być prawdziwym mężczyzną — zauważył dyrektor.
— Na wojnie widziałem dziewczyny i małych chłopaków, którzy, rzucając przed siebie serce, zwyciężali, lub umierali z uśmiechem na ustach... — rzekł poważnym głosem Henryk.
Dyrektor nic nie odpowiedział. Zamyślił się głęboko.



Z DALEKA PRZYBYŁ.

Jak ziemia szeroka i długa, rozrzuceni byli Polacy przez tragiczny los ojczyzny.
Jednym z najodleglejszych posterunków, gdzie przechowywano ojczystą mowę i pamięć o sławie polskiej, było małe miasteczko w dalekim Turkiestanie napół azjatyckie, napół rosyjskie, zwane Wierny.
Wtulone pomiędzy zbocza niebotycznych gór miasteczko to oddawna znało Polaków.
Urosłe z niedużej osady Sartów, Dżungarów i innych Mongołów Azji Środkowej, leżało przy dawnym historycznym szlaku odnogi „Zielonej Nefrytowej Drogi“, wielokrotnie wspominanej przez skrzętnych chińskich kronikarzy. Tą drogą ciągnęły przed dziesiątkami wieków karawany kupców chińskich na zachód do Persji, Grecji i Rzymu, później hordy wojowników azjatyckich, nad którymi powiewały sztandary Attyli, Temudżyna, Batu chana i Tamerlana Chromego; kamienie i studnie tej drogi widziały gońców chana Krymskiego z Bachczyseraju i padyszacha prawowiernych ze Stambułu, gdy obmyślali nowy krwawy najazd na Europę i gdy rzucali wici bojowe w mrowie dzikich koczowników. Gdy się odbywały te wielkie wojny półksiężyca z krzyżem, Nefrytową Drogą i przez Wierny ciągnęły smutne orszaki jeńców, których gnano, aż hen, poza wielki mur tajemniczych Chin. A wśród tych jeńców i branek często rozlegały się głosy:
— Jezus, Marja!...
— Ojczyzno nasza! Polsko umiłowana! Dla Ciebie cierpienia i niewolę znosimy...
W Wiernym, gdzie przed wiekami nieraz popasali gnani z zachodu Polacy i Polki, wzięci w jasyr azjatycki, urodził się Bolesław Dekański.
Jego oczy dziecięce widziały szczyty groźnego Tiańszanu, uszy słyszały chrapliwą mowę walecznych tubylców, a pamięć przechowała rzewne opowiadania matki o Polsce, Polakach i ich twardych i krwawych losach.
Od dzieciństwa rozpalono w sercu i duszy chłopięcia ogień umiłowania Ojczyzny i palił się ten ogień przez całe krótkie, lecz piękne życie Bolka. Wybujał on i wzmógł się jeszcze bardziej na tle barwnej dziczy azjatyckiej, ożywiony w wyobraźni dziecka opowiadaniami matki i książkami polskiemi. Romantyczną żądzę przygód i czynów dla dobra swego kraju, o którym w domu tak serdecznie marzono i do którego wzdychano z wygnania, rozniecił jeszcze bardziej pobyt na Ukrainie, dokąd przerzucono rodziców Bolka. Tu, w Humaniu, tak łatwo było o niezatarte jeszcze ślady dawnych dziejów, gdyż w pieśniach i gadkach ludowych pozostały imiona głośnych watażków kozackich, a obok nich polskich hetmanów i przesławnych rycerzy.
To też matka nie zdziwiła się, gdy pewnego razu Bolek wpadł do domu i zawołał:
— Dziś czytaliśmy w gimnazjum odezwę generała Hallera, który z Murmanu wzywa wszystkich Polaków pod broń. Mam 16 lat, umiem strzelać, mam silne ręce — idę! Mamusiu, jakżeż jestem szczęśliwy! Nareszcie, dla swoich, za ojczyznę!
Twarz mu pałała, w oczach jarzyły się iskry uniesienia.
Nazajutrz już zapisał się do oddziału polskich ochotników, a w kilka dni później wraz z innymi chłopcami wysłano go do Polski i przydzielono do 21-go pułku piechoty.
W pułku czekało go wielkie zmartwienie.
Bolek był małego wzrostu, szczupły i wątły, dowództwo więc nie zgadzało się na przyjęcie go do szeregów bojowych i przez kilka miesięcy spełniał tylko służbę wartowniczą przy magazynach i składach. Stojąc na warcie lub w wolnych chwilach w koszarach, zapamiętale zajmował się gimnastyką, aby stać się mocnym. Udało mu się. Pierś mu się rozszerzyła, barki się rozrosły, a mięśnie nabrały giętkości i siły.
Zaczął ponownie napastować oficerów swego baonu, aby go wysłano na front. Prosił tak uporczywie, stanowczo i błagalnie, że nareszcie pewnego pięknego dla siebie dnia usłyszał grzechotanie karabinów maszynowych i wymarzone od dzieciństwa gwizdanie kul na froncie mińskim. Ataki i kontrataki, marsze naprzód i wtył, wywiady — wszystko przetrwał mały a cichy zawsze Bolek Dekański.
W październiku 1919 roku pułk stanął do bitwy pod Połockiem. Sumiennie i odważnie bił się w szeregach chłopak polski, zrodzony na wygnaniu, w sercu Azji, do chwili, aż mu utkwiła kula w nodze. Rana była poważna. Lekarze w Krakowie a później w Warszawie nie mogli wydobyć kuli i pozostawili ją Bolkowi na pamiątkę z wojny.
Noga mu wciąż nieznośnie dokuczała, kulał chłopczyna, ale trzymał się ostro.
Znowu zaczął obijać progi urzędów wojskowych, prosząc się na front do swego pułku.
— Nie możemy brać inwalidów! — odpowiadano mu stanowczo.
Bolek zrozumiał, że już nic na to nie poradzi i wstąpił do szkoły podoficerów, lecząc się jednocześnie forsownie.
Ukończył szkołę i wysłano go do pułku jako kaprala do ćwiczenia rekrutów. Noga bolała go czasem dotkliwie, lecz nauczył się nie kuleć, ilekroć dojrzał zdaleka oficera.
Ta chytrość pomogła Bolkowi. Dostał się do litewsko-białoruskiej dywizji i z nią maszerował wszędzie, dokąd ją rzucały losy wojny. Bił się kilkakrotnie i, utykając, a czasami nawet podpierając się kolbą, chodził do ataku na bagnety, biorąc karabin w rękę dopiero wtedy, gdy wróg był o kilka kroków od szeregów.
Oficerowie i żołnierze podziwiali nieraz zimną krew i pogodny zawsze nastrój chłopca.
— Jakby na przechadzkę idzie do ataku ten malec! — mówiono o nim.
Nareszcie przedstawiono go do „Virtuti Militari“.
Serce Bolka wezbrało radością.
— Oj! W domu będą szczęśliwi i dumni ze mnie! — myślał chłopak, uśmiechając się do siebie.
Wiedział, że zasłużył na ten krzyż sumienną i szczerą pracą, ale był rad, że ojczyzna ją oceniła, ojczyzna, o której teraz włącznie myślał i którą kochał z całej siły, nad życie i zdrowie mały, kulawy kapral, co szedł do ataku, jak na przechadzkę, podpierając się karabinem.
Bolek brał wraz z dywizją udział w nieszczęśliwych bitwach pod Grodnem, gdzie polskie wojska zmuszono do odwrotu.
20 lipca poczęła się cofać litewsko-białoruska dywizja.
Najpierw wyruszyła artylerja. Kompanja, w której służył Dekański, otrzymała rozkaz zatrzymania bolszewików około przeprawy przez most, aby działa mogły odejść dalej i zająć dogodną pozycję.
Bolszewicka kawalerja kilkakrotnie rzucała się do ataku, lecz wprawna i ostrzelana wiara szybko ją rozpraszała celnemi salwami.
Nareszcie sztab bolszewicki, zrozumiawszy zadanie kompanji i widząc niebezpieczeństwo wznowienia boju, jeżeli artylerja zajmie nową pozycję, rzucił na obrońców mostu znaczne siły.
Zasypano szańczyki Polaków gradem kul i pocisków armatnich. Takiego ognia nigdy jeszcze nie widziała kompanja, lecz siedziała, jak mysz, zaszywszy się w ziemi. Wytrzymała — straty jednak były wielkie. Zginęli wszyscy oficerowie i Bolek wkrótce zauważył, że komenda przypadła jemu, jako kapralowi.
A był to ostatni czas, aby ktoś objął komendę, gdyż bolszewicy, przekonani, że w szańcach pozostała tylko mała garstka obrońców, ruszyli z krzykiem do ataku.
— Chłopcy! — krzyknął Bolek Dekański, wstając i swoim zwyczajem opierając się na karabinie, jak na lasce. — A podpalcie-no most!
Kilku żołnierzy ześlizgnęło się ze stromego brzegu i spełniło rozkaz. Most płonął dobrze, bo był zbudowany ze smolnych, sosnowych desek i belek.
Gdy żołnierze powrócili, Bolek rzucił okiem na swoją kompanję. Mało z niej już pozostało. Później zmierzył okiem przestrzeń, dzielącą szańce od napierających bolszewików, którzy co kilka kroków padali na ziemię, kryjąc się przed celnemi strzałami Polaków.
Po chwili kulawy kapral wygramolił się z szańczyka i krzyknął:
— Chłopcy za mną! Niech żyje Polska!
I pobiegł, kulejąc i opierając się na karabinie, aż porwał go, gdy bolszewicy byli tuż przed nim. Wiara pędziła obok kaprala, często wyprzedzając go i gęsto padając trupem.
— Bij! Za Polskę! — rozlegały się ochrypłe głosy...
Później te głosy umilkły... Umilkły na zawsze...
Nikt już nie powrócił do swoich.
Wiara została w polu wraz z kulawym kapralem, cichym Bolkiem Dekańskim, bo szła nie na życie, ale na śmierć w najcięższej chwili walki o Ojczyznę, o honor i szczęście swego narodu.



WYRWANA KARTA.
I.

Wszystko mu się uśmiechało. Życie pełne szczęścia, sławy i blasku stało przed Janem Rotwandem otworem.
Wyjechawszy z Warszawy do Paryża, nie tylko pobił wszystkie najtrudniejsze konkursy w Szkole Sztuk Pięknych, lecz, pracując już na wydziale architektury, otrzymał medal bronzowy. Pociągała go także rzeźba, a i w tej dziedzinie sztuki wróżono utalentowanemu młodzieńcowi sławną przyszłość.
Wówczas jak groźny głos nadciągającej burzy, rozległ się apel do wojny, której było sądzone zmienić oblicze i duszę ludów i państw na całym globie.
— Francja w potrzebie! Chwila „rewanżu“ nadeszła! — myślał Jan Rotwand. — Jeśli Polska nie została zapomniana przez świat, zawdzięcza to wyłącznie Francji. Wobec niej mamy dług honorowy! Wojna z Niemcami, to początek wyzwolenia Polski! Co tu rozmyślać i wahać się? Takie to jasne i proste!
Słowa te wymawiał Rotwand, wchodząc do biura, gdzie przyjmowano ochotników.
Tego samego dnia zapisano go do pierwszej formacji Polskiej we Francji, Bajończyków, i wkrótce wyruszył w pole.
Brać polska przechodziła różne koleje losu, lecz jedna droga była zawsze wolna — droga bitwy i chwały.
To też lała swoją krew obficie, nie oczekując zaszczytów i nagrody, gdy spłacała dług serca i honoru.
11 listopada Rotwand został podczas ataku ranny i kilka miesięcy przeleżał w szpitalu. W tym czasie dowiedział się, że odznaczono go krzyżem Legji Honorowej i Croix de Guerre.
Po wyjściu ze szpitala powrócił do legji, gdzie wkrótce awansował na podporucznika, a w parę dni później rzucono Bajończyków na krwawy front pod Carency, przezwany przez Francuzów „workiem śmierci“.
Dostawszy się na front w maju, Jan Rotwand odrazu wciągnął się w nieprzerwane bitwy na karabiny, kulomioty i ręczne granaty. Chwili wytchnienia nie mieli Bajończycy ani w dzień, ani w nocy, gdyż Niemcy forsowali te pozycje, chcąc w tem miejscu przerwać front. Polska komenda dostała wiadomość, że za kilka dni będzie przeniesiona na lewy, jeszcze bardziej niebezpieczny odcinek okopów.
7 maja, Jan Rotwand, „le brillant Jean“, jak go z kurtuazją nazywali oficerowie z sąsiedniego odcinka, zajętego przez francuską piechotę, kierował ogniem karabinowym. Od czasu do czasu młody oficer wyglądał przez otwory czołowego nasypu. Parę razy kula, trafiwszy w otwór gwizdnęła mu koło ucha.
— Strzeż się! — krzyknął mu któryś z kolegów. — Patrz przez peryskop, bo inaczej wpakują ci niklu do głowy.
— Nic mi nie będzie! — wesoło odparł młody podporucznik. — Wierzę w swoją gwiazdę i wiem, że powrócę z wojny szczęśliwie!
I dalej chodził po szańcu, zachęcał żołnierzy, telefonował do sztabu, zapisywał rozkazy.
Późno wieczorem, ogień w niemieckich okopach nagle ustał...
Zdziwiony podporucznik bacznie oglądał pasmo ziemi, przedzielającej szańce, zoranej granatami i gradem kul.
Zobaczył pale, pomiędzy któremi ciągnęła się sieć z drutu kolczastego, głębokie doły i wyrwy, uczynione przez wybuchy pocisków, lecz w szańcach było cicho.
Nagle Rotwand spostrzegł jakąś białą postać, zbliżającą się do polskich okopów. Postać ta dziwnie szybko rosła, jakgdyby pędząc z wichrem. Nareszcie stanęła przed szańcem, wprost przed oficerem, po drugiej stronie wału, białym szerokim płaszczem otulona. Czemś strasznem i zimnem wionęło od tego widma, lecz podporucznik uporczywie się w nie wpatrywał, gdyż poruszyło się i wyjęło ze zwojów swego płaszcza dużą księgę w czarnej okładce z napisem: „Życie“.
Blada dłoń jęła odwracać kartę po karcie, aż wreszcie jedna z nich zajaśniała jakimś niepewnym blaskiem. Rotwand wytężył wzrok i odczytał: „Życie Jana Rotwanda“.
Blade chude palce ostrym ruchem wydarły tę kartę. Rotwand krzyknął. Widzenie znikło.
— Śmierć! — pomyślał młodzieniec. — Śmierć przyszła uprzedzić mnie...
Tegoż wieczora, Jan Rotwand napisał taki list do rodziny:
„Moi wy ukochani!
„Długo się zastanawiałem i wreszcie zdecydowałem się napisać do Was słów parę. Trudno, abym sam was pocieszał, chcę jednak usprawiedliwić się przed Wami. Chciałbym, aby te słowa, skreślone moją ręką, mogły dać wam trochę spokoju i pociechy. Chciałbym, abyście wiedzieli, że nigdy, czy w chwilach spokoju, czy też w chwilach walki, w momentach ciężkich, nie przestałem myśleć o Was wszystkich, o Was, których kochałem i nigdy kochać nie przestałem. A jeżeli poszedłem dobrowolnie na zagładę, to przedewszystkiem dlatego, żem wierzył w swoją gwiazdę i siły, wierzyłem, że wrócę, a następnie chciałem, abyście mogli w zmartwieniu i trosce Waszej, z dumą powiedzieć, że syn wasz i brat spełnił, co mógł, spełnił swój obowiązek. Chociaż mam wiele do zawdzięczenia Francji, która mnie wychowała, jednak poszedłem do walki dla Polski, której jestem dzieckiem, z którą wiążą mnie radości i bóle, kultura i wiara, która mi drogą jest, jak Wy, przez lata udręki sybirskiej jednego dziadka i wędrówki na obczyźnie — drugiego[1]. Wierzyłem i do ostatniej kropli krwi w żyłach, do ostatniego tchnienia nie przestałem wierzyć w Jej zmartwychwstanie, a walcząc tu, walczyłem o wolność mej ojczyzny, o Waszą, moi ukochani, rodaków i własną wolność. W imię tej wiary proszę Was o przebaczenie za rozpacz waszą, której jestem przyczyną.
Widzicie żem spokojny, że idę z wiarą w powodzenie i wreszcie z wiarą, że wrócę. Jeżeli będzie inaczej, to tak widocznie było sądzone. Kochałem zawsze życie, bądźcie więc pewni, że nie po śmierć idę, szedłem po życie, bo wolność jest życiem. Jeszcze o jedno przebaczenie proszę. W listach swych całej prawdy wam nie pisałem. Od 11 listopada 1914 jestem w okopach pierwszej linji, gdzie byłem ranny. Coprawda, byłem dotychczas w miejscu spokojnem, ale dziś w nocy lub jutro rano idziemy do ataku w nowym, gorszym odcinku. Jesteśmy teraz w miejscu niebezpiecznem i ważnem, więc chciałem przed pójściem do ataku, chociaż listownie Was i zdala uściskać w myśli, Was, których kocham nad życie. Bądźcie szczęśliwi! Żegnajcie i przebaczcie mi, moi wy drodzy! Niech żyje Polska!

Wasz
Janek.“


II.

Od chwili napisania tego listu, młody oficer „le brillant Jean“, nie mógł się uwolnić od ciężkiego, przygnębiającego przeczucia śmierci. Chciał kilkakrotnie przyśpieszyć koniec, zaglądał do otworów w okopie, wysuwał się nad parapet. Kule leciały chmurami, lecz żadna go nie dosięgła. Z krwawych ataków wychodził nawet bez draśnięcia.
— Czyżby to był sen? — starał się uspokoić siebie Rotwand. — Może znużony zasnąłem i coś mi się niewyraźnego przywidziało?...
Lecz natychmiast wypływała przed nim dziwnie świecąca, biała karta, czernił wyraźny napis: „Życie Jana Rotwanda“ i drgały chude, blade palce, wydzierające z księgi życia jego kartę... Wtedy dreszcz łechtał mu boleśnie serce i kurcz ściskał gardło.
To zmaganie się z przeczuciem nieodzownej śmierci trwało do 16 Czerwca 1915 r., gdy już Bajończycy walczyli na nowym odcinku okopów. Niemiecka ciężka artylerja rozpoczęła gwałtowny atak na cały front Carency. Szańce Bajończyków zasypywano ciężkiemi granatami. Jednak rannych i zabitych śród Polaków tego dnia nie było.
O zachodzie słońca zaczął słabnąć ogień niemiecki. Już oczekiwano końca mozolnego dnia, gdy nagle nadleciał granat, upadł w polskim szańcu i wstrząsnął ziemię wybuchem, oślepił i ogłuszył. Gdy dym się rozwiał, ujrzano kilku Bajończyków, leżących na ziemi. Jedni byli porwani na strzępy, drudzy pozbawieni rąk i nóg, innych odłamki granatu przebiły nawylot. Wśród nich był podporucznik Jan Rotwand.
Przeznaczenie wyrwało kartę jego życia...



TABLICA W JAŚLE.
I.

Profesor Roman Saphier skończył wykład i wyszedł z klasy. W korytarzu oczekiwało go kilku uczniów starszych klas. Jeden z nich, Seweryn Marcinkowski ukłonił się profesorowi i zagadnął:
— Chcieliśmy się poradzić pana...
— Proszę! — rzekł profesor.
— Wydano odezwę do młodzieży, aby szła do armji ochotniczej...
— Czytałem! — kiwnął głową Saphier.
— Jednak różnie powiadają — ciągnął Marcinkowski. — Jedni chwalą, drudzy ganią odezwę Komendanta. Jedni mówią, że młodzież powinna iść, drudzy, że nie, gdyż potrzebna jest dla odbudowy kraju w dobie pokojowej.
— T-a-k! — przeciągnął profesor.
— Jak pan zapatruje się na tę sprawę? — spytał uczeń Sanocki.
Profesor chciał coś powiedzieć, ale się wstrzymał i po chwili mruknął:
— Mam swoje o tem zdanie, lecz, gdybym je panom wyłożył, zakrawałoby to na radę. Ja zaś nie mam zamiaru radzić. Macie od tego rodziców. Niech oni radzą!
Zapanowało kłopotliwe milczenie. Nagle Marcinkowski błysnął oczyma i rzekł:
— Słyszeliśmy, że pan profesor wstąpił już do wojska?
— Tak jest!
— Pan profesor jest taki zdolny i mógłby być potrzebny dla odbudowy kraju po wojnie — ciągnął Marcinkowski.
Rumieniec wystąpił na twarz profesora, oczy mu błysnęły gorącym, namiętnym ogniem.
— W życiu ludzkiem rzadko zdarzają się chwile, gdy człowiek może być bezpośrednio potrzebny dla wielkiej sprawy. Uważam, że taką chwilę przeżywamy obecnie. Dla mnie nieodwołalnym, mającym siłę potężnego rozkazu obowiązkiem jest obecnie zbrojna walka za ojczyznę. To jest wszystko i nic poza tem dla mnie nie istnieje!
Podniósł w uniesieniu głowę. Cały płonął.
Spostrzegłszy wlepione w siebie zachwycone, jarzące się oczy chłopców, zmieszał się trochę i rzekł:
— Mówiłem to tylko o sobie, panowie...
— Dziękujemy panu! — szepnął któryś z uczniów.

II.

Polska zmagała się o swoje życie, o honor, o historyczne przeznaczenie. Lała się krew i gasły życia na wszystkich frontach. Powodzenie następowało po niepowodzeniu i znowu przychodziły czasy ciężkie, niemal klęski. Lecz ducha nic nie gasiło, on więc zwyciężył i światu zniedołężniałemu pokazał cud. Przyszło wielkie zwycięstwo i triumf ostateczny Polski, a sprawiły go zastępy znanych i nieznanych bohaterów, którzy hojnie przelewali swoją krew i poszli po zwycięstwo lub po śmierć, jak czynili to ojcowie nasi pod Grunwaldem, Wiedniem, Chocimem i wszędzie, gdzie Polska potrzebowała ich ducha, życia i krwi.
Jeszcze nie zebrano wszystkich pamiątek o bohaterach naszych, bo życie jeszcze miota nas, jak ocean wzburzony.
Jednakże już tu i ówdzie miłością i nabożeństwem otoczono pamięć walecznych i wiernych synów narodu.

Tak jest w Jaśle. W gimnazjum miejscowem widzieć można tablicę wmurowaną, a na niej taki napis:
„W ojczyzny obronie w walkach z wrażą dziczy nawałą ofiarę życia złożyli w daninie:
Profesor Saphier Roman. Por. W. P. 6. IX. MCMXX.
Aman Antoni VIII kl. Lejpras Jan VIII kl.
Marcinkowski Sew. VIII kl. Urbanek Józef VII kl.
Soczek Jan VIII kl. Sanocki Jan VI kl.
Hrubal Tadeusz V kl.
Pod Firlejówką 6. IX. MCMXX.
„Ojców poszli śladem. Potomnym na przykład“.


III.

„Ojców poszli śladem“, gdyż otoczeni krociami nieprzyjaciół, czoła nie uchylili, o łaskę nie żebrali, lecz walczyli do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchu, aż padli pod ciosami szabel czerwonych kozaków.
„Potomnym na przykład“ — ich twardość, hart, odwaga i zrozumienie wielkiej chwili w dobie, gdy własną siłą, krwią i życiem służyli ojczyźnie i narodowi.
Tak!
Ojców poszli śladem, potomnym na przykład!



WYKUJĘ JEDEN DZIEŃ MŁODY!“

Po odbytej w szeregach austrjackich wojnie z Rosją, powróciwszy do domu z ciężką raną w piersi, podporucznik Józef Mazanowski szczęśliwie przyszedł do zdrowia. Tylko słaby był jeszcze i czasem pluł krwią. Nie przeszkadzało mu to jednak używać.
Piękny, zgrabny chłopak, bohater, a do tego tancerz wyśmienity, wszędzie był pożądanym, drogim gościem. Nieraz czuł na sobie młody oficer rozmarzone oczy kobiece, a że była to dopiero wiosna jego życia, młoda krew wrzała w nim i słodkie omdlenie nieraz ogarniało duszę.
Jednocześnie nurtowała go jakaś uporczywa, niedostępna myśl a nieznany głos szeptał:
— Czekaj na wielką chwilę i bądź gotów, bo oto zbliża się piękny i ognisty czas!
Gdy myśl ta głębiej i częściej jęła się wdzierać do serca i mózgu młodzieńca, porzucił rozrywki i cały oddał się muzyce i poezji.
Pewnego razu, późno wieczorem powróciwszy z przechadzki, usiadł i wpisał do swego albumu takie słowa:

„Na wiosny idącej gody,
Ująwszy ciężki swój młot,
Wykuję jeden dzień młody
I jeden najwyższy lot“...

Napisał i przeczytał raz jeszcze.
— O, gdyby los mi zesłał jeden prawdziwie młody dzień, dzień pełen zapału, uniesienia, bezgranicznego zadowolenia z siebie i dał mi możność zerwania się do najwyższego lotu, chociażby na chwilę, na jedno mgnienie oka, później niech przyjdzie męka i śmierć!
Aż mu oczy zapłonęły, a pierś podniosła się w rozkosznem westchnieniu. Naraz jeden z tych nieznanych tajemniczych dźwięków, które rozlegają się w nocy, a przychodzą, być może, z poza świata, wyraźnie ułożył się w wyraz ludzki, zrozumiały:
— Tak będzie!
W tej chwili w niezbadanej krainie, gdzie się ważą losy ludzi, ludów i państw, gdzie tworzą się plany życia jednostek i społeczeństw, gdzie zarysowują się tajemnicze szlaki czynu i myśli, został wydany wyrok na Józefa Mazanowskiego:
— Ma przeżyć dni młode o najwyższym locie, a po nich w męce opuścić ziemię, gdzie niemasz lotu, ino czołganie się w prochu.
Stało się według wyroku niezbadanej, tajemniczej Potęgi i Mądrości!
Już istniała wolna Polska, już z trudem krwawym dźwigała się z gruzów i grobów, gdy naraz dawny, zdradziecki wróg opanował Lwów.
Skrzyknęły się zuchy kresowe, i na ich czele stanął odrodzony Kmicic — waleczny, zuchwały, na śmierć i mękę niepomny rotmistrz Abraham.
Garstka bohaterów-opętańców śmiałym atakiem zdobywa „Górę stracenia“ i nie ustępuje już z niej, nie szczędząc krwi i życia. Dwudziesty pierwszy i drugi listopad, to dni wytężonego zmagania się z wrogiem.
Porucznik Mazanowski z kilkoma szaleńcami zdobywa teatr, dom ludowy, odwachy, zdziera z ratusza nieprzyjacielską chorągiew i wraz z towarzyszami podnosi polski sztandar.
Lwów był zdobyty, lecz trzeba go wciąż było bronić, bo hajdamackie bandy, przez Niemców i bolszewików podżegane, parły wciąż na stary polski gród kresowy.
Piękny młodzian pozostawał na najniebezpieczniejszych posterunkach, w najzacieklejszych bitwach i wywiadach. Szalał z zuchami, którzy wskrzesili, zdawało się, prastarą sławę bojową przodków, w Grzybowicach, Laszkach, Dublanach, Sokolnikach i Sołonce.
Nareszcie olbrzymie siły wrogów podeszły pod Lwów i rwały się do szturmu. Najcięższym dniem walk o miasto był dzień 28 grudnia 1918 r.
Mazanowski miał powierzoną do obrony daleko wysuniętą placówkę na lewem skrzydle w Persenkówce.
Nie wielu miał żołnierzy do pomocy, bo tylko sześciu.
Lecz bronili się przez cały dzień, a nacierające oddziały ukraińskie coraz częściej unikać zaczynały tego odcinka, gdyż celne strzały kładły wroga gęstym trupem.
Nareszcie zasypano bohaterów ogniem z kulomiotów. W szańczyku pozostał tylko porucznik Mazanowski.
Strzelał bez wytchnienia i nie chybiał.
Każdy strzał jego karabinu, był gońcem śmierci. Zabrakło nabojów. Młodzian dobył rewolweru i czekał spokojnie, aż się zbliżą Ukraińcy.
Podbiegli, a oficer zaczął strącać ich strzałami na ziemię.
Jeden z atakujących dopadł niewysokiej kupy jakichś gruzów, ukrył się za niemi i, położywszy karabin, długo i starannie mierzył do stojącego na okopie Polaka z dymiącym rewolwerem w ręku.
Oficer upadł, zalała go fala atakujących.
Józef Mazanowski dostał się do niewoli, lecz tegoż wieczoru polscy ochotnicy, zuchwałym kontratakiem zmusili nieprzyjaciela do odwrotu, zagarniając obozy, szpitale i artylerję.
Ranny oficer, ze strzaskanem biodrem, wrócił znowu do swoich. Odwieziono go do szpitala w politechnice.
Mieszkańcy Lwowa wiedzieli, że wśród tych, którzy dzielnie się przysłużyli miastu i sławą prawdziwą się okryli, jedno z czołowych miejsc zajął porucznik Józef Mazanowski, to też pobyt jego w szpitalu był nieprzerwanem pasmem wyrazów uznania, czci i podziwu.
Młody bohater czuł się prawie szczęśliwym.
Trwało to cztery miesiące...
Cztery miesiące bezgranicznych cierpień, mąk i bólu piekielnego...
W ciągu tego czasu bez skargi i żalu dogorywał nieustraszony szermierz, a gdy 20 kwietnia 1919 r. do łoża tego zaledwie 20-letniego pięknego młodzieńca, zbliżyła się śmierć i stanęła, patrząc mu w rozmarzone umęczone oczy, umierający posłyszał dochodzący zdaleka potężny głos:
— Pragnąłeś przeżyć dni młode i poznać najwyższy lot orli, a potem w męce opuścić ziemię, gdzie nie masz lotu, ino czołganie się w prochu!
Odlatująca nazawsze myśl zdołała jeszcze ująć uczucie głębokiej wdzięczności ku Temu, który dał mu siłę ducha i serca:

„Wykuć jeden dzień młody
i jeden najwyższy lot“...



KAPRAL ZOSIA.
I.

— Proszę, mateńko, oprzeć się o mnie! — mówił słodkim głosikiem niebieskooki Janek Bogusiński, wyskakując z tramwaju w Hanowerze i podając matce rękę, jak dorosły mężczyzna, który powinien opiekować się kobietą.
Ordynarni Niemcy i opasłe Niemki z uśmiechem żartobliwym, lecz zarazem z odcieniem podziwu patrzyli na rycerskiego chłopca o jasnych włoskach i zaróżowionej buzi.
Chłopiec jednak nie zwracał na niemieckie miny żadnej uwagi. Miał dzisiaj moc kłopotów. Spieszył się do gimnazjum, gdzie go oczekiwał pojedynek. Prawda, że nie na ubitej ziemi, lecz przy czarnej tablicy klasowej.
Niedawno wstąpił do gimnazjum, a trudno z tem szło, bo niemieckiego języka prawie wcale nie znał, więc przyjęto go warunkowo, jeżeli będzie celował w innych naukach.
Janek dużo podróżował z rodzicami, dużo widział i słyszał, znał geografję, jak nikt z kolegów. Najulubieńszym jego przedmiotem była matematyka; sam układał zadania, nad któremi suszyli sobie głowy belfrowie niemieccy. Obkuwał się Janek mimo wrodzonych zdolności straszliwie!
Dziś właśnie miał rozstrzygnąć się spór, kto zostanie pierwszym uczniem, czy on — mały Janek, jedyny Polak w całem gimnazjum, czy biały, jak mleko, o oczach gotowanego karpia, tłusty, jak półgęsek, Hans Bruckner, syn ławnika Hanoweru.
Ten spór miało rozstrzygnąć ćwiczenie piśmienne z matematyki.
Janek pożegnał swoją mateńkę przed gmachem gimnazjum i skierował się do klasy. Wkrótce wszedł nauczyciel i na tablicy wypisał temat wypracowania klasowego. Uczniowie pochylili się nad kajetami. Janek bardzo prędko rozwiązał zadanie i zaniósł je nauczycielowi, który ze zdziwieniem spoglądał na małego matematyka.
— Już? — zapytał, opuszczając okulary, które miał założone na czoło.
— Już, panie profesorze! — odpowiedział Janek i podążył do swojej ławki.
Gdy przechodził koło Hansa, który pocił się jeszcze nad zadaniem, ten wybałuszył na niego swoje bezbarwne, rybie oczy i z nienawiścią zasyczał:
— Polnischer Hund!
Janek drgnął. Coś rzuciło go w stronę Hansa. Zajrzał w rybie oczy kolegi, i, nic nic mówiąc, trzasnął go w policzek, aż rozległo się w klasie.
Hans ryknął płaczem. Janek przeżywał ciężkie chwile w oczekiwaniu surowej kary. Lekcja się skończyła. Nauczyciel zeszedł z katedry, przetarł okulary, co było oznaką powagi chwili, i rzekł:
— Jan Bogusiński uderzył Hansa Brucknera w twarz. To bardzo źle! Lecz ja nie mogę ukarać Bogusińskiego, gdyż Bruckner pierwszy go obraził. Wyraźnie słyszałem, co Bruckner powiedział. Jesteście mężczyznami, musicie załatwić tę sprawę sami, czy teraz, czy wtedy, kiedy będziecie dorosłymi.
Nauczyciel wyszedł z klasy. Janek wstał i przygotował się do bójki, lecz Hans płakał gorzkiemi, bezsilnemi łzami.
— Niemcy nie są wcale odważni! — pomyślał Janek, z politowaniem patrząc na drgające od łkań plecy Hansa...

II.

Przypomniał sobie Janek swoje zdanie o Niemcach w roku 1918, kiedy w Warszawie i innych miastach do kresu dochodziła potęga Niemców, trzymających w swojem ręku Polskę. Od skautów-kolegów, na placu gry w piłkę nożną, dowiedział się Janek, że już się tworzą małe partje, które, tylko patrzeć, jak się rzucą na Niemców i zaczną ich rozbrajać. Natychmiast wyprosił u matki kilkanaście marek niemieckich i kupił u Żyda za Żelazną Bramą stary, zardzewiały rewolwer. Nabojów do niego żyd nie miał, czy nie chciał sprzedać, a gdy Janek odchodził, kupiec szepnął, trwożnie się oglądając:
— Nu! Kawaler nie u mnie kupował tę zabawkę, bo ja tem nie handluję. Niech kawaler pamięta!
Janek był niezmiernie zadowolony, że nabył broń. Wyczyścił starannie rewolwer, od kolegi dostał trochę prochu i parę kawałków ołowiu i sam sporządził kilka naboi.
Pewnego dnia, siedząc z mateńką, usłyszał krzyki i gwizd andrusów ulicznych. Wyjrzawszy przez okno, zobaczyli, że tłum otoczył kilku niemieckich żołnierzy i rozbraja ich.
Jakby wiatrem wymiotło Janka z pokoju.
Porwał za swój rewolwer, wsunął go do kieszeni kurteczki i wybiegł na ulicę.
Nie zatrzymując się, doszedł aż do Mokotowa, gdzie stało sporo oddziałów niemieckich.
Po drodze, około kolejki wilanowskiej, spotkał jakiegoś grubego, rudego niemieckiego oficera, który miał przy sobie rewolwer w drewnianej pochwie i szablę. Janek podszedł do niego i, nic nie mówiąc, przyłożył mu swój rewolwer do piersi. Oficer jak na komendę podniósł ręce, a Janek odpiął mu szablę i rewolwer i spokojnym głosem rzucił:
— Jest pan wolny teraz. Proszę iść!
Tego dnia Jankowi udało się rozbroić jeszcze kilku niemieckich żołnierzy i złożyć odebraną broń w komendanturze polskiej.
Po tej wyprawie odczuł Janek najwyraźniej w świecie, że jego przeznaczeniem jest życie wojskowe...
Tegoż wieczoru zagadnął matkę, która zgodziła się z tem, że w chwili obecnej Rzeczpospolita potrzebuje jak najwięcej wiernych i dzielnych obrońców, gdyż powinni oni wywalczyć i ustalić szczęście i ład w wolnej ojczyźnie. Po naradzie rodzinnej postanowiono oddać Janka do szkoły kadetów w Modlinie. Tak się też stało.
W szkole poczuł się Janek w swoim żywiole. Wszystko mu się podobało i zajmowało. Bardzo prędko zaprzyjaźnił się z kadetami, szczególnie serdecznie zaś z Gwidonem Majewskim i Stefanem Chęcińskim, z którymi razem marzył o wzięciu udziału w wyprawie kijowskiej, na której mogliby prowadzić wojnę podjazdową, jak czynił to przy strasznym Jaremie Wilniowieckim, przesławny pułkownik Wołodyjowski i przyjaciel jego, Skrzetuski. Lecz byli mali jeszcze, o wiele mniejsi niż „mały pułkownik“, byliby zawadą w pochodzie, a co najważniejsze, nie przyszedł jeszcze wtedy na nich czas.
Przyszedł trochę później, wtedy, gdy najeźdźca moskiewski, walczący przeciwko Bogu i całej cywilizacji, ruszył na zachód i wtargnął w granice nieprzygotowanej do wojny Polski.
Wtedy rozległy się śmiałe, płomienne i szlachetne głosy Piłsudskiego i Hallera, wtedy to sypnęli się potomkowie starej, bitnej szlachty, wiarusów z czasów dawnych wojen i powstań, sypnęli się ci, co przechowali jeszcze pamiątkowe kosy kościuszkowskie, pod chorągwie garnęli się ci, którzy pamiętali słowa i przepowiednie Kilińskiego — i wtedy to armja polska, jeszcze bardzo młoda i niedoświadczona, rosła z dnia na dzień.
Żołnierzy było poddostatkiem, oficerów brakowało.
Bo powstających pułków zaczęto posyłać kadetów na instruktorów.
Wśród nich był i Janek Bogusiński z kolegami modlińskimi. Przydzielono go do 3-go pułku piechoty legjonów, złożonego ze starych legjonistów, którzy oddawna walczyli za Polskę na różnych frontach.
17-letni Janek otrzymał rangę kaprala i starannie musztrował swoją kompanję.
Lubiono go powszechnie w szkole kadetów, ale tu, w szeregach wiarusów lubiono go jeszcze bardziej. Gdy wychodził przed swoją kompanję i gdy rozlegał się jego dźwięczny, śmiały głosik, legjoniści starannie wykonywali komendę, jakgdyby mieli przed sobą doświadczonego bojowego kaprala; w koszarach zaś pocichu się śmiali z jego różowej, dziewczęcej twarzyczki, jasnych niebieskich oczu, rumieńca oburzenia, obrzydzenia i wstydu, gdy się czasem wyrwało jakiemu wiarusowi brudne słowo, i — dali mu przezwisko „Zosia“.
Lecz kapral „Zosia“ umiał zmusić wiarę do słuchania jego komendy i rozkazu, a w jego obecności żołnierze nie śmieli używać brzydkich słów.

III.

3-ci pułk został przerzucony w Lubelskie, gdzie odrazu wszedł w bój z konnicą moskiewską i w ciągłych potyczkach posuwał się naprzód. Pod Żukowem Budiennyj postanowił zatrzymać marsz pułku i skierował świeże siły do ataku.
Bitwa trwała długo. Walecznie bronili się wiarusi i ochotnicy, lecz, zmęczeni długiemi pochodami i ustawicznemi bojami, zaczęli się cofać.
Już wygiął się i pękał w kilku miejscach front pułkowy, już ten i ów z żołnierzy wymykał się w pole, gdy spostrzegł to Janek Bogusiński, a serce rozgorzało w nim, jak płomień.
Coraz bardziej i bardziej ugina się i wypręża front, już cofają się ze wsi szare szeregi żołnierstwa. Janek podbiega do porucznika, dowódcy bataljonu, i przykładając rękę do czapki, dziecięcym głosem mówi:
— Panie poruczniku! Stoję z drugą kompanją w rezerwie bez potrzeby. Znam swoich ludzi — chłopcy naschwał. Potrafimy utrzymać front i rozbić Moskali. Proszę o pozwolenie przejścia do kontrataku.
— Do szeregu, mały, do szeregu! — krzyknął porucznik.
— Panie poruczniku! — błagającym już głosem mówi Janek, pacholę-kapral. — Za chwilę spędzą naszych ze wsi, a tymczasem mógłbym zająć ją. Jeżeli zginiemy — strata niewielka, a korzyść może być. Czuję, że zdobędziemy wieś!
Porucznik spojrzał w twarz chłopca. Stał wyprostowany, blady, oczy mu świeciły odwagą i głębokiem przekonaniem. Oficer pomyślał chwilę i nagle rzucił:
— Prowadź!
Jak błyskawica zjawił się przed swoją szczupłą kompanją Janek.
— Chłopcy! — zawołał. — Do boju! Za mną!
Było tyle mocy i ognia w słowach kaprala „Zosi“, że żołnierska brać kopnęła się z miejsca i z okrzykami „Niech żyje Polska!“ „Bij Moskala!“ — gnała w stronę wsi.
Na czele pędził mały kapral. Zderzyli się z atakującymi Moskalami na bagnety i zaczęła się krwawa robota. Janek widział, jak jedna po drugiej zostawały za nim chaty Żukowa.
— Zdobędziemy wieś! — grało mu w duszy. — Naprzód chłop...
Nie skończył, zachwiał się i padł. Nawet nie drgnął, bo kula moskiewska wdarła się w jego odważne, bohaterskie serce.
Kompanja jednak już się zapaliła do boju, potężnie parła naprzód i zapędziła się daleko za wrogiem.
Wieś była zdobyta, a ten, który się do tego przyczynił, leżał z twarzą jasną i spokojną, jakgdyby spał w poczuciu, że uczynił tego dnia wszystko, co honor i serce nakazały...
Gdy legjoniści dowiedzieli się po bitwie o śmierci kaprala, otoczyli zabitego i chociaż znużeni i prawie wszyscy ranni, długo stali, patrząc ze smutkiem w spokojną twarz małego bohatera. Niejednemu łza błysnęła w oku, niejeden coś szeptał blademi ustami. Naraz przybiegł z czołówki, gdzie mu robiono opatrunek, jeden ze starych legjonistów, który stale przebywał z kapralem.
Ten stanął, jak wryty, jakgdyby zgrozą zdjęty, przed ciałem chłopięcia, i naraz z rozpaczą w głosie jęknął:
— Janku... poco... poco... tak?
Nie dopowiedział i ścisnął dłońmi głowę, opasaną bandażami.



JEDEN Z SIEDMIU.

— Chłopcy, pora spać! Co to za szepty po nocy? — zawołała matka ze swego pokoju, słysząc, że jej duma, siódmoklasista, muzyk i malarz Ludwiś, coś gorąco mówił półgłosem, a dwaj młodsi bracia od czasu do czasu szeptem mu odpowiadali.
— A więc przysięgacie? — spytał Ludwiś.
— Przysięgamy! — odpowiedzieli młodsi.
Potem wszystko ucichło.
Nazajutrz rano na kawę przyszli dwaj synowie, trzeciego nie było.
— Czemu Ludwiś tak się guzdrze i spóźnia? — spytał ojciec.
— Ludwik już nie przyjdzie... — odpowiedział, blednąc, młodszy z braci. — Poszedł na wojnę...
Upływa dzień po dniu. Zrzadka przychodzą kartki od czterech starszych synów, którzy oddawna są już w szeregach, lecz od Ludwika — nic.
— Taki słaby, chorowity, może gdzieś umiera w szpitalu? — ze łzami w oczach powiedziała pewnego wieczora matka.
Ojciec podniósł na nią oczy i surowym głosem rzekł:
— Wszystko może być... Na to wojna...
Lecz, jakby odpowiadając na troskę i niepokój rodziców, listonosz przyniósł kartkę połową z Zegrza. Ludwik pisał:
„Kochani Rodzice, będziemy pędzić bolszewików, bo tak ślubowaliśmy“.
Ślubu tego młodzież polska, śród której był ochotnik Ludwik Tatkowski, dochowała. Biła i pędziła Moskali, a gdy zmuszoną była odchodzić, kły pokazywała dotkliwie i przy najmniejszej sposobności znowu nacierała i rozpoczynała ataki, coraz śmielsze i krwawsze.
Jednym z takich był atak 16 sierpnia pod Prusinowcami. Po nieznacznem cofnięciu się spostrzegłszy, że nieprzyjaciel jest znużony długim bojem wstępnym, ochotnicy ruszyli na bagnety. Nikt tego porywu wstrzymać nie mógł, bo był to żywiołowy wybuch odwagi i gorliwej a szczerej służby ojczyźnie. Ochotnicy — młodzież i dzieci prawie — biegli z wesołemi okrzykami, ze śmiechem niemal.
— Na psubratów!
— Rwać rude brody!
Razem z innymi pędził z karabinem w ręce spokojny zawsze Ludwik Tatkowski.
Biegł i myślał, że oto biegnie obok niego Grześ Gruszecki, wysoki, wiotki chłopak. Ma zaledwie 15 lat. Biegnie, podskakując, i coś pokrzykuje. Wesół jest i szczęśliwy, a dziś w nocy płakał do rana, gdyż tęskni za domem i ulubionym kotem.
— Dzieciak! — mignęła Ludwikowi myśl, chociaż sam przecież był też dzieciakiem, tylko, że nigdy nie płakał i tęsknotę tłumił w sobie słowami:
„Teraz wojna, a tęsknota i miłość na później“!
Naraz Ludwik potknął się i upadł.
Chciał zerwać się i biec dalej naprzód, lecz nie mógł ruszyć z miejsca. Siadł na ziemi i ze zdumieniem spojrzał na nogę. Spodnie nad kolanem zaczęły jakoś dziwnie wystawać, jak pęcherz, gdy go nadymają. Chłopak dotknął ręką i natychmiast dłoń krwią się zbroczyła.
— Ranny jestem! — domyślił się.
Zagiął spodnie i obnażył nogę. Ciemna struga krwi ze świstem płynęła z kolana, a z buta też buchała krew...
— Głupia rana — pomyślał Ludwiś.
Lecz jednocześnie poczuł, że słabnie. W oczach zaczęły mu latać czarne i białe koła. Zemdlał.
Oprzytomniał ze straszliwego bólu. Noga zbrzękła, zsiniała, a krew płynęła i płynęła, aż się zebrała cała kałuża gęstej, szkarłatnej krwi.
— Cóż to? — pytał, przecierając oczy Ludwiś. — Raniono mnie, gdym rozbrajał Niemców w Rzeszowie? Nie! To pewno wtedy, gdy nas, wartowników, ostrzeliwali bandyci około magazynów wojskowych po Niemcach. Ale dlaczego dopiero teraz krew poszła?
Łamie sobie głowę chłopak, lecz nic nie może przypomnieć. Kładzie się na wznak i ręce pod głowę zakłada, lecz znowu siada i nadsłuchuje. Jakaś cicha, łagodna muzyka brzmi gdzieś niedaleko.
— Ja to grałem w domu, to — Schumann! — przypomina sobie, ale ból go chwyta tak straszliwy, że wić się zaczyna, krzyczeć i wyć...
Różniej milknie, bo znowu mdleje...
A krew wycieka z kolana i przez dziurki od sznurowadeł w bucie...
Słońce praży mu twarz. Chłopiec rusza spieczonemi ustami i bezwiednie szepce:
— Wody! Ratujcie!...
Lecz nikt nie przychodzi, gdyż cofnęły się polskie szeregi.
Nikt ze swoich nie przyszedł.
Ale zato przyszli bolszewicy, by obdzierać rannych i zabitych.
Ludwik, blady jak śmierć, leżał w kałuży własnej krwi.
Zdarto z niego ubranie, czapkę i buty...
Obudził się pod wieczór, od zimna, bólu i krzyków straszliwych.
Zobaczył, że szeregi polskie znowu idą do ataku, zdołał rękę wyciągnąć i wyszeptać:
— Wody...
Lecz było to już konanie. Konał długo, aż do wieczora, a gdy koledzy po odbiciu Prusinowic poczęli go szukać, znaleźli zwłoki Ludwika Tatkowskiego... nagie, zsiniałe, z twarzą, wykrzywioną bólem straszliwym.
Ślubował i ślubu dokonał.
Dokonali go i młodsi bracia. Lecz z siedmiu zginął tylko on jeden.
Spełnił, co mu kazało serce Polaka...
W podzięce za wierność ojczyźnie, nie mamy innej nagrody, jak przekazanie potomstwu sławnych imion bohaterów.
Śród takich imion świecić przykładem i chlubą będzie przez wieki imię Ludwika Tatkowskiego.



PASTUCH.

Na wiejskiej plebanji w głębi ziemi płockiej rozlokował się wygodnie podjazd bolszewicki. Księdza proboszcza Moskale związali i związanego popędzili kolbami, zmuszając go, aby wskazał, gdzie ma schowane wino i miód. Ksiądz, mocno poturbowany, z wielką krwawą blizną od zadraśnięcia bagnetem, otworzył skrytkę w komorze i wtedy oczom rozbestwionych bolszewickich najeźdźców ukazało się kilka dobrze omszałych butelek.
— Bieri, rebiata, i piej! — wrzasnął jakiś kudłaty żołdak o powiehrzonej brodzie i skośnych oczach. — Poco księdzu wino?
Zaklął strasznie i bluźnierstwa zaczął wyrzucać z plugawej gęby. Ksiądz aż przybladł, słysząc te słowa ohydne, wołające o pomstę do Boga.
Moskale tymczasem rzucili się do komory i zaczęli porywać butelki i, uderzając w denko szerokiemi dłońmi, wysadzać korki. Po chwili powrócili do plebanji, gdzie jeden z żołdaków rozłożył na stole zrabowane kiełbasy, jaja, chleb i rozpoczęli ucztę.
Pięciu ich było i księżego miodu wystarczyło, aby się popili. Zaczęli więc krzyczeć i podśpiewywać. Coraz to wstrętniejsze słowa padały z ich ust. Jeden z Moskali, zataczając się, podszedł do obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, zerwał go ze ściany i cisnął na ziemię.
— Pod Twoją obronę... — szepnął proboszcz, przymykając oczy, ale wnet je otworzył.
Ktoś wszedł do pokoju i, stanąwszy przy progu, śmiać się zaczął cienko i piskliwie.
Zdumiał się ksiądz, gdy ujrzał pastuszka Walka.
Niespełna rozumu był ów chłopak. Oczy mu ustawicznie biegały, jakby się czegoś bał, śmiał się bez przyczyny, chodził boso i bez czapki latem i zimą. Był niepiśmienny, gdyż nie mógł zapamiętać żadnej litery i zrozumieć dlaczego „B“ i „A“ ma się czytać „ba“, a nie „bea“. Z rachunkiem też mu nie szło i wszystkie liczby w sposób niezrozumiały składały się w jego chorej głowie na „dziewięć“.
Nikogo i nic nie lubił Walek. Nawet na jedzenie był obojętny. Mógł głodować po kilka dni i, gdyby ktoś litościwy nie nakarmił chłopca, napewno zmarłby kiedyś z głodu.
Tylko do kościoła w niedzielę zawsze przychodził i przesiadywał w nim aż do chwili, gdy kulawy Kazimierz wypraszał go i z brzękiem kluczy zamykał przybytek Boży. Modlił się chłopak gorliwie, płacząc i śmiejąc się naprzemian i często powtarzając jedno tylko słowo:
— Daj, daj, daj!...
Proboszcz pytał go nieraz, o co prosi Matki Boskiej. Walek trząsł wtedy głową, chichotał cienko piskliwie seplenił:
— Wiem, a nie powiem! Wiem, a nie powiem!...
Ten to Walek stanął teraz na progu księżej izby i cicho się śmiał, wydając cienki pisk. Przyglądał się wciąż bolszewikom i wciąż się śmiał. Po chwili wyciągnął czarną, spracowaną dłoń i palcem zaczął starannie rachować żołdaków.
Było ich pięciu, lecz Walek, przerachowawszy wszystkich, palnął głośno:
— Dziewięć...
— Tobie co tu potrzeba, szczenię? — wrzasnął pijany podoficer i cisnął w niego pustą butelkę, lecz chybił.
Pastuszek nic nie odpowiedział, tylko zachichotał głośniej i wyszedł.
Bolszewicy pili dalej. Jedni już spadli z tapczanu i leżeli pod stołem, chrapiąc jak konie, reszta, kiwając się, zasypiała, siedząc. Nareszcie stojący przy piecu, związany proboszcz przekonał się, że wszyscy posnęli twardym, pijanym snem, miotając się i wykrzykując ohydne przekleństwa.
Już słońce zaszło za lasem, zmrok zapadł, a po nim przyszła noc. Proboszcz wciąż stał, aż osunął się na ziemię, znużony i zrozpaczony. Widział w ciemności leżący na podłodze obraz Bogarodzicy i zaczął modlić się pocichu.
Ksiądz widocznie zdrzemnął się, gdyż nie słyszał, jak skrzypnęły drzwi i jak wślizgnął się do izby Walek. Dopiero wtedy otworzył oczy, gdy usłyszał głuche uderzenie o podłogę.
Księżyc świecił w okna i proboszcz poznał Walka-pastucha. Ten padł na kolana i pełznął w stronę obrazu, głośno bijąc się w piersi.
Podpełznął i zaczął się modlić, swoim zwyczajem szepcząc głośno:
— Daj, daj, daj!
Ucałował pokornie święty obraz, przeżegnał się i wstał.
Stanowczym krokiem, głośno tupiąc bosemi nogami podszedł do śpiącego w fotelu podoficera bolszewickiego i z jakimś dziwnym, potwornym chichotem uderzył go z rozmachem w twarz, poprawił z drugiej strony i zawył przeciągle:
— Daj, daj daj!
Żołnierz skoczył na równe nogi i jeszcze nieprzytomny i pijany wrzasnął:
— Do broni! Napad! Strzelaj!
Inni zaczęli zrywać się z podłogi i tapczanu. Nagle podoficer krzyknął przeraźliwie i padł nawznak, kopiąc ziemię nogami.
Schylony nad nim Walek podniósł się. W ręce mu coś błysnęło. Rzucił się na następnego żołnierza, i nim ten zdążył podnieść karabin, Walek odchylił się gwałtownie wtył i pchnął go z całej siły. Żołnierz upadł i nie ruszał się. Wtedy trzej pozostali pomknęli do drzwi, lecz Walek dopadł ostatniego i uderzył go z tyłu w szyję. Na ziemi pozostał trzeci Moskal, charcząc głośno.
Pozostali mocowali się z drzwiami, lecz drzwi były zamknięte. Wtedy obrócili się w stronę napastnika, starając się uderzyć go kolbami, lecz Walek jak wąż wywijał się, wyślizgiwał, odsadzał nagłemi szybkiemi ruchami, a kolby z rozmachem grzmociły podłogę, aż szczapy zaczęły z niej lecieć. Jeden z bolszewików, chybiwszy chłopca, niezgrabnie potknął się, a Walek w mgnieniu oka był już przy nim i zdążył dwa razy pchnąć go czemś, co połyskiwało w świetle księżyca.
Żołnierz usiłował wstać, lecz nie mógł, tylko głośno jęczał i oddychał szybko.
Ostatni z żołnierzy zdążył jednak dosięgnąć chłopca.
Ciężka kolba spadła mu na ramię, wytrąciła z ręki połyskujący przedmiot.
Ksiądz zobaczył, że był to ostry odłamek kosy, umocowany pomiędzy dwoma kawałkami drewna, związanemi grubym drutem.
Walek z jakimś skowytem upadł, a bolszewik wzniósł karabin i, przechyliwszy się wtył, chciał wymierzyć cios.
Walek w jednej chwili przypadł do nóg żołnierza i szarpnął do siebie. Bolszewik z rykiem upadł nawznak, a chłopak jak żbik wczepił mu się w gardło jedną ręką, drugą wyciągając ku odłamkowi kosy. Strzaskane ramię odmawiało posłuszeństwa. Żołnierz szamotał się z chłopakiem.
Nagle Walek jednym susem odskoczył od Moskala, porwał za swoją broń i, gdy żołdak, klnąc, usiłował wstać, całym ciężarem swego ciała padł na niego, pogrążając w jego boku ostrze.
Pastuszek jeszcze przez kilka chwil rzucał się około leżącego, nareszcie wstał i chichotać zaczął, wyciągając zdrową rękę naprzód i rachując leżące trupy:
— Jeden... dwa... dziewięć! — zawołał i znowu zachichotał cicho i złowrogo.
Obciągnął na sobie koszulę, podszedł do obrazu Matki Boskiej, przeżegnał się pobożnie i ostrożnie powiesił go na ścianie.
— Daj! — doszedł do księdza szept pastuszka. Walek rozciął powrozy, któremi był skrępowany proboszcz, i rzekł z piszczącym chichotem:
— Uciekajta, dobrodzieju, bo nowe Moskale od lasu jadą!
Ksiądz szybko wyszedł z izby, Walek został i usiadł na ziemi przy progu, tuż przy ostatnim zwalonym przez siebie żołnierzu. W prawej ręce trzymał swój tasak z kosy i uśmiechał się, chociaż przez twarz biegł czasami skurcz bólu, a wtedy dotykał strzaskanego ramienia.
Długo siedział Wałek, aż podniósł głowę i zaczął nadsłuchiwać. Na dziedzińcu plebanji rozległ się szczęk podków i kilku bolszewików, zsiadłszy z koni, skierowało się do domu księdza. Ktoś targnął klamką. Walek uskoczył na stronę i zaczaił się jak kot przy drzwiach. Po chwili drzwi z łoskotem wypadły pod uderzeniami kolb i do izby wkroczyli bolszewicy.
— Co to takiego? Naszych pobili? Kto?
— Ja! — zapiszczał Walek i runął na Moskali.
Stojący najbliżej odskoczył ze skrwawioną ręką, wyjąc z bólu, inni otoczyli i schwycili chłopca.
— Związać i pod ścianę z nim! — komenderował oficer.
Walek w porwanej, uwalanej we krwi i błocie koszuli stał ze związanemi rękami i nogami przy piecu i cienko, piskliwie śmiał się.
— Toś ty to uczynił, polski psie? — pytał oficer, podnosząc rewolwer.
— A ja! — brzmiała odpowiedź.
— Sam, bez pomocy?
— A juści, sam, tylko z kosom! — śmiał się Walek.
— Czemuś to zrobił, szczenię? — wrzasnął oficer.
— Matki Najświętszej broniłem i ziemi naszej też. Matka Częstochowska dała mi moc i spryt, bym wiedział już, poco Walek-pastuch żyje na ziemi! — odparł głośno i spokojnie chłopak, lecz już nie uśmiechał się i nie chichotał.
Później, gdy zapalono lampę i przeprowadzono rewizję w domu, gdzie nikogo nie znaleziono, oficer zbliżył się do chłopca. Walek uważnie zajrzał mu w oczy i później wzrok obrócił na stroskane oblicze Matki Zbawiciela świata i szepnął:
— Daj!...
Huknął strzał rewolwerowy. Walek z przebitą głową osunął się na podłogę, pozostawiając na białej powierzchni pieca szeroką, czerwoną smugę...



STARY“.
I.

17 lat dopiero miał Zygmunt Miller, gdy wstąpił do legjonów w Piotrkowie w r. 1914. Od tego czasu nie opuszczał szeregów, którym było sądzone bronić i utrwalić odradzającą się Polskę.
Walczył jako szeregowiec, a wyrobił się na dobrego i surowego dla siebie i innych żołnierza. I nie dziw! Bo już w 23 bitwach brał udział, śmierci nieraz zaglądał w oczy i nie wyprowadzało go z równowagi żadne nieoczekiwane niebezpieczeństwo.
Zrozumiał wielkie znaczenie ładu i posłuchu w wojsku i nie folgował sobie, ani też innym, później, gdy już gam prowadził żołnierzy do boju.
Legjoniści lubili tego poważnego młodzieńca, bardzo uprzejmego dla każdego i łagodnego. W chwilach, gdy nie było warty, wycieczki lub potyczki, wiara zwykle otaczała Zygmunta, a przy ognisku, czy w chałupie przy palącym się piecu, przed spoczynkiem, któryś z legjonistów podchodził do niego z prośbą:
— Opowiedzcie co znowu! Takie to fajne!
Zygmunt nie dawał się prosić i, usiadłszy wygodnie, zaczynał pogadankę. Cóż za różnorodne tematy poruszał oficer podczas tych krótkich wywczasów żołnierskich!
Opowiadał o świetnych dziejach dawnej Polski, o katowaniu dusz i ciał polskich na Sybirze, opisywał barwnie życie w innych krajach, mówił o słońcu i gwiazdach, o nieznanych zwierzętach i ptakach.
Szczególnie zaś lubiła wiara, gdy napamięć przytaczał urywki z przecudnych powieści Sienkiewicza o obronie Częstochowy, o bitwie pod Beresteczkiem, o księciu Jaremie Wiśniowieckim, o miłych polskiemu sercu rycerzach: Skrzetuskim, Podbipięcie, Wołodyjowskim i Kmicicu, a brać żołnierska za boki się brała, słuchając przechwałek i fortelów krotochwilnego Zagłoby.
Często też do chałupy Millera zjawiali się oficerowie i słuchali tych jego opowiadań, które odrywały wszystkich od ciężkiego, pełnego niebezpieczeństw życia bojowego. Narazie obecność starszych krępowała żołnierzy, lecz, gdy oficerowie siedzieli zadumani, uważnie słuchając, lub zaczynali się śmiać z jakiegoś wesołego kawału, albo też pytania różne zadawać Millerowi, skrępowanie pryskało. Wszyscy stawali się jedną rodziną, spojoną wspólnym celem życia. Przed większemi bitwami Miller opowiadał zazwyczaj więcej, starając się podnieść ducha, obudzić wesołość i pewność zwycięstwa.
Żołnierze nazywali go „Stary“ albo „Nauczyciel“.
I prawda! Jak stary żołnierz, rozumiał on duszę żołnierską i ludzką, a jak nauczyciel, umiał poprowadzić w należnym kierunku myśl swoich towarzyszy broni.
Ceniono go bardzo w pułku i, gdy Zygmunta posyłano w jakiejś sprawie pułkowej z obozu do miasta lub sztabu, wyglądano go niecierpliwie i narzekano:
— Psia krew! Gdzie to „nauczyciel“ zabłąkał się? Czy aby naszego „starego“ do sztabu nie wzięli, bo łakomi tam na niego.
Lecz nie dla służby w sztabach poszedł na wojnę młodzieniec, tylko dla bitew i ofiar, więc zawsze powracał do legjonu i przywoził z sobą nowe, ciekawe opowiadanie lub jaką książkę, jeszcze nie czytaną, a wtedy na nowo zaczynały się pogadanki wieczorne.
Nareszcie nastąpiły szczęśliwe dni, w których Polakom sądzonem było walczyć już pod polskim sztandarem.
Stanął pod nim natychmiast Zygmunt Miller, gdyż, nie zwlekając, wstąpił do polskiej armji.
Długa i sumienna służba bojowa, doskonałe referencje i popularność jego w legjonach zjednały mu uznanie. Mianowano go podporucznikiem i przydzielono do 36 pułku piechoty, w którym dowodzić miał kompanją w trzecim baonie.

II.

Nic oprócz szlif nie zmieniło się w życiu młodego oficera.
Pozostał wśród swoich i ten sam cel mu przyświecał, a był to cel zrozumiały dla niego od chwili, gdy mając 17 lat, poszedł do legjonów nie dla sławy i zaszczytów, ale dla walki o wolność i świetność swego kraju.
Tak samo, jak w dawnych legjonach, w chałupie lub namiocie Millera zbierano się wieczorami i słuchano jego nieskończonych, zawsze czystych, szlachetnych, miłością do Polski i rodaków tchnących opowiadań. Prawda, że teraz było więcej oficerów, lecz ci, po dawnemu, wpadali po chwili w ogólny tok rozrzewnienia lub wesołości i nie krępowali żołnierzy, którzy przepadali za swoim „starym“.
Pewnego razu opowiadał Miller jakąś scenę z powieści „Ogniem i Mieczem“, gdy naraz wszedł bardzo srogi, rudy jak płomień major, którego żołnierze bali się i niebardzo lubili.
Podporucznik zakomenderował:
— Wstać!
A gdy surowy major pozwolił wszystkim usiąść i, oparłszy głowę na ręku, przygotował się do słuchania, Miller ciągnął dalej:
— Książę więc posłał na pierwszy ogień pułkownika Wierszułła. A był on taki rudy, jak ogień, tak nasz major, a, jak każdy rudy, odważny bardzo... kołnierze, jak jeden mąż, zwrócili uśmiechnięte, ale jednocześnie nieco strwożone twarze w stronę majora, a ten zupełnie niespodziewanie parsknął śmiechem i huknął:
— Hej, żebyśmy mogli tak wojować, jak wtedy wojowali, tobym i ja na podjazdy i harce chodził! Dobre to były czasy, chłopcy, oj, dobre! Ale i my pohulamy jeszcze!
Rozjaśniły się twarze żołnierskie i zniknął bez śladu na zawsze lęk i niechęć do surowego majora. Żołnierze, salutując go przy spotkaniu, radośnie i śmiało uśmiechali się do niego, jak do dawnego znajomego, bo już teraz przezwisko „Wierszułł“ pozostało przy nim, gdyż był zabijaką, jak dawny pułkownik książęcej tatarskiej chorągwi.
Nikt jednak z kompanji Millera, ani na chwilę nie myślał, żeby „stary“ albo „nauczyciel“ wybaczył im jakieś wykroczenie przeciw prawu lub dyscyplinie. Na służbie był wymagający, żartów nie lubił, lecz wiara wiedziała, że „stary“ wstawał jeszcze przed pobudką, nocami obchodził warty, a w boju był w pierwszym szeregu i strzelał okrutnie.
Widzieli go też żołnierze, gdy, ranny w obojczyk podczas ataku, doszedł do szańców bolszewickich i, nie mogąc sam walczyć, został w linji i komendy nikomu nie oddał; pamiętali też dobrze, że, ledwie podleczony, stawił się do pułku i dowództwo objął nanowo, po staremu opowiadał „fajne“ rzeczy wieczorami, nocami warty i czołowe posterunki kontrolował, z całą surowością wymagał służby, a po służbie zmieniał się odrazu w „starego“.

III.

13 sierpnia 1920 r. posunięto pułk pod Ossów, aby zatrzymać bolszewików, którzy parli na Warszawę.
Wieczorem zebrało się około Millera sporo żołnierzy i oficerów, bo mieli zapowiedzianą ciekawą pogadankę.
Podporucznik opowiadał o konstytucji 3-go Maja, a zakończył tak:
— My, Polacy, jesteśmy dziwnym narodem! Od wieków jesteśmy obrońcami i nauczycielami ludów i państw. Ciągle broniliśmy zachodnie państwa od najścia Tatarów i Turków, od zagłady chrześcijaństwa przez półksiężyc, a nic dla siebie za to nie żądaliśmy. Niewdzięcznością nam za to płacono, a my spokojnie i na to patrzyliśmy, i gniewu w nas nie było ani zawiści. Gdy ciężki los nas spotkał, obce jarzmo, uczyliśmy cały świat cierpliwości i hartu ducha, milcząc i wierząc w męce, że przyjdzie czas zmartwychwstania. Wiedzieliśmy, iż wszystkie stany oddadzą krew i życie swoje w ofierze Ojczyźnie, a nikt wywyższać się nie będzie i pysznić, bo wszyscy są równi przed Matką-Ojczyzną! To też teraz, gdy świat nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że znowu bronimy go przed nawałnicą wrogów wszystkich państw, wiemy, że jednak zrozumie to kiedyś i imiona nasze — żywych czy poległych, uważać będzie za imiona obrońców całej ludzkości. Spełniamy teraz wysokie i piękne zadanie, takie, jakie spełniał król Jan Sobieski pod Wiedniem. Broniąc Polski, bronimy Berlina, Wiednia, Paryża, Londynu i Rzymu. My to wiemy, my to czujemy, i to daje nam siły i odwagę, a w chwili zgonu radość, że idziemy na śmierć dla wielkiego dzieła.
Wszyscy rozeszli się pod wrażeniem słów „starego“ a obecny ksiądz Skorupka podszedł, pobłogosławił Millera i powiedział:
— Oby życie twoje było promienne, a gdyby Bóg sądził inaczej, niech zgon twój będzie jasny jak zachód słońca!
Nazajutrz rozgorzała bitwa pod Ossowem. Szczęśliwa bitwa, po której zaczęto gnać bolszewików dalej i dalej od Warszawy, aż wygnano ich z Polski.
W tej bitwie padł młody, pełen zapału ksiądz Skorupka, a Zygmunt Miller, którego on błogosławił minionej nocy, został śmiertelnie ranny.
Odwieziono go do szpitala Ujazdowskiego w Warszawie, gdzie obudził się na chwilę i szepnął:
— Widzę wielkie światło... Cały kraj w promieniach i tęczach... Jakie szczęście!...
Umilkł... bo nastąpiła chwila zgonu, a była jak pogodny zachód słońca...



SUPERBUS“.

— Czesław Filarski! — zawołał kapitan.
Z szeregu żołnierzy 6-go pułku artylerji, wystąpił młody chłopak i zatrzymał się przed oficerem.
— Rozkaz dzienny wspomina twój czyn: pierwszym strzałem swojej armaty rozbiłeś karabin maszynowy bolszewików.
Oczy chłopaka zabłysły dumą i radością, a twarz spłonęła.
Stał wyprostowany i milczał.
— W imieniu służby, dziękuję ci!
Kapitan mocno uścisnął rękę ochotnika.
Było to pod Radzyminem 15 sierpnia 1920 r., gdy bolszewików, dążących do Warszawy mężnie odparła polska armja, zasilona młodzieżą ochotniczą.
Czesław Filarski powrócił do szeregu, a później razem z swoją baterją — na kwaterę. Koledzy z gimnazjum w Jaśle zebrali się i zaczęła się jedna z tych pogawędek żołnierskich, na którą składały się wspomnienia z niedawnych czasów, gdy cała ta bohaterska dziatwa żyła jeszcze pod strzechą rodzinną.
— Czy pamiętasz, „Superbus“ — zapytał jeden z ochotników — jak to czytaliśmy filozofów, historyków i jak ty, nasz prezes, kazania prawiłeś o postępach cywilizacji i fatalnych skutkach wojen?
— Pamiętam doskonale! — zawołał zagadnięty Filarski. — Ale to dobre na zimno, a na gorąco — to i wojna wcale miła rzecz.
Zaśmiał się i mówił dalej:
— Siedząc w wygodnem mieszkaniu i popijając białą kawę, przez mamusię przygotowaną, tak przyjemnie było gawędzić o złotym wieku pokoju, postępu i szczęścia ludzkości, a w kilka dni potem, pamiętacie? Już zwoziliśmy sami, ciągnąc, jak konie, amunicję na Pragę, spaliśmy na gołej ziemi, niebardzo suto było z żywnością, a jednak humory mieliśmy przednie! Pamiętacie, jak łażąc po Warszawie, dość arogancko zaczepialiśmy każdego młodego cywila — pytając z przekąsem: „Kto szanownego młodziana do armji nie puszcza?“ E, wszystko wtedy się zmieniło, gdy odczytaliśmy odezwę Hallera. Filozofja, historja, cywilizacja — precz, poszły pod stół, a na pierwszy plan wylazły i rozpanoszyły się karabiny, kulomioty i armaty! Bo to nie o piękne słowa i myśli chodziło, tylko o Polskę!
Zgromadzeni żołnierze śmiali się wesoło.
— Nie poznają nas, gdy powrócimy do domu, czarni, obdarci i brudni, jak djabli! — zawołał jeden z ochotników i wystawił nogę w porwanym na strzępy bucie. — Jutro muszę lecieć i żebrać o buty, bo to podobno kupcy warszawscy naprzysyłali nam prezentów za odparcie Moskali.
Długo jeszcze siedzieli w chałupie i rozmawiali koledzy, a rej śród nich wodził, jak niegdyś w gimnazjum „entuzjasta Superbus“.
Jak gromił dawniej krwiożercze, wrogie kulturze pierwotne instynkty ludzi i barwnie malował grozę i ohydę wojny, tak teraz upajająco opisywał zgiełk i grzmot bitwy, doskonale imitując trzask strzelaniny karabinowej, grzechotanie kulomiotów, ryk dział i huk lecących i wybuchających pocisków armatnich.
Paliły się młode serca do nowych bojów za ojczyznę, do bohaterskich czynów, do chwały.
Było to szczere, młode, szlachetne uniesienie i zapał prawdziwie rycerski.
Wszystko się zmieniło, wszystko się zlało w jednnym porywie, zatarły się, znikły bez śladu różnice przekonań i poglądów. Wszyscy rozumieli się od pierwszego słowa i wszystkie serca biły jednym rytmem.
Nikt nie pamiętał o sobie, o wywczasie, o wygodach i o życiu spokojnem w tych dniach walki o byt kraju.
Wszystkie myśli były przy ojczyźnie, która zmagała się z wrogiem o swoją wolność i istnienie. Nawet wtedy, gdy śmierć już zaglądała w oczy i gdy odczuwano jej zimne, nielitościwe tchnienie.
Tak było i z Czesławem Filarskim, gdy, chory na zapalenie płuc i szkarlatynę, przywieziony z frontu 28 sierpnia, cicho, bez skargi umierał na łożu szpitalnem, szepcząc słabnącemi już ustami, z ostatnim błyskiem w gasnących źrenicach:
— Umieram, ale to — nic! Warszawę obroniliśmy!



WUJCIO“.

Gdy Austrja rozpoczęła wojnę z Rosją, a w Polsce zakordonowej rozległ się głos brygadjera Piłsudskiego, wzywającego młodzież do tworzenia legjonów polskich, na odzew ten natychmiast stawił się Bolesław Henclewski.
Koledzy i znajomi pytali młodego legjonistę:
— Cóż tak za Niemcami obstajesz? Chcesz bronić Habsburgów i Hohenzollernów?
Młody, ale zawsze poważny Bolesław odpowiadał:
— Nie Niemców idę bronić, ale wierzę i czuję, że ta wojna wskrzesi Polskę. Ojczyzna powinna mieć gotową i wyćwiczoną armję. Dlatego idę.
I poszedł. Walczył sumiennie i wkrótce został plutonowym. Wtedy właśnie stało się nieszczęście. W jednej potyczce Henclewski wziął do niewoli kilku rannych rosyjskich żołnierzy. W sztabie okazało się, że wszyscy są Polakami. Zeznali, że rosyjski sztab przeciwko legjonom wysłał pułki, złożone przeważnie z Polaków, chcąc bratobójczą walką i nienawiścią zatruć serca Polaków, legjony zdemoralizować, podburzyć i skłonić do poddawania się i zdrady.
Henclewski przez parę dni chodził, jak struty.
Żołnierze z jego plutonu, patrząc na niego, pytali się wzajemnie:
— Co się stało „Wujciowi“?
Nazywano go „wujciem“ z powodu poważnego charakteru i gderliwości.
„Wujcio“ jednak nic nie mówił, a stawał się coraz posępniejszy, chudszy i bledszy.
Nareszcie stawił się w sztabie swego 4-go pułku i prosił o zameldowanie go dowódcy.
Pułkownik, znając osobiście inteligentnego, odważnego i poważnego plutonowego, przyjął go natychmiast.
— Panie pułkowniku! — rzekł, prostując się Henclewski. — Proszę o przydzielenie mnie do sztabu.
— Co się stało? — spytał zdziwiony dowódca. — Taki zdolny bojowy podoficer do sztabu? Masz dwa medale i porzucasz pułk?
— Tak jest, panie pułkowniku! — odparł Henclewski. — Nie mogę tymczasem pozostać w linji...
— Ale dlaczego? Wytłumacz!
— Panie pułkowniku! Od paru dni chodzę, jak błędny. Przecież my zabijamy naszych braci! Rosyjskie pułki, które mamy przed sobą, złożone są z samych Polaków. Onegdaj wziąłem do niewoli rodaków i słyszałem ich zeznania w sztabie. Od tej chwili nie mogę strzelać do nieprzyjacielskich szańców, bo wciąż myślę, że godzę w pierś Polaka, może nawet jakiego bliskiego krewnego! Taki żołnierz, jakim jestem obecnie, — na nic! W sztabie mogę być pożyteczny, a gdy nas przerzucą na inny front lub Rosjanie wprowadzą na nasz odcinek inne pułki — natychmiast powrócę.
Pułkownik głęboko zamyślił się, nic nie odrzekł, ale przydzielił Bolesława Henclewskiego do biura wywiadowczego.
„Wujcio“ dowiedział się, że nieprzyjacielskie pułki składają się z Rosjan, Ukraińców i Tatarów i tegoż dnia powrócił do swego plutonu z taką miną i takiem gderaniem, jakby przed godziną dopiero go opuścił.
5 sierpnia 1916-go roku wypadł atak.
Szeregowi nie poznali swego plutonowego. Zwykle spokojny i zrównoważony, odważny, lecz nie zapalający się i nie unoszący zbytnio, tym razem kipiał cały z niecierpliwości i gniewu, mówiąc gderliwym głosem:
— Już ja wam, psie juchy, pokażę jak Polaków na Polaków posyłać! Ja wam zapłacę za naszą krew i za moją mękę!
Podczas ataku, żołnierze widzieli „Wujcia“, jak szalał w pierwszym szeregu, kolbą rozbijając łby i prując brzuchy bagnetem. Już trąbka zagrała, aby zatrzymano się w zdobytych szańcach, a „Wujcio“ gonił jeszcze i tłukł bez pamięci Moskali.
I zapłacił „psim juchom“ za to, że Polaków na Polaków posyłali!



GERMAN OLCZAK.

W pamiętnym roku 1831-ym walczył pod sztandarami polskiemi Marcin Tadeusz Olczak-Łada-Zwoliński, potomek starej szlachty, co to jeszcze z Krzyżakami za bary się brała i pod potężny Malborg zagony czyniła. Olczak zasłynął z waleczności i rozmachu nawet wśród orłów sławnej doby 1831 r. W one czasy ten poryw ważył najwięcej i najwyżej był ceniony. To też Olczaka odznaczono krzyżem „Virtuti Militari“.
Jednak, gdyby ktokolwiek potrafił zajrzeć do serca tego walecznego polskiego wiarusa, który wszystko porzucił dla walki za ojczyznę, zdziwiłby się, a może uląkł nawet. Wir, straszliwy wir myśli i uczuć trapił odważne serce. Nagłe zwątpienie, rozpacz lub wybuchy nadziei i radości niepohamowanej następowały po sobie.
Gdy stary wiarus umierał, przekazując rodzinie najświętszą relikwję — krzyżyk krwią własną zapracowany, stygnącemi już ustami wyszeptał:
— Oddajcie go temu w rodzie, który przetrwa palącą mękę i troskę o Polskę!...
Długo, z pokolenia w pokolenie przechodził krzyż Marcina Olczaka, lecz nikt z Olczaków nigdy nie śmiał uważać go za swój prawowity spadek po przodku.
Nastał krwawy, rozpaczliwy rok 1920, gdy walczyć z najeźdźcami rosyjskimi poszła młodzież i dziatwa polska.
Całe pułki tworzono z tych, którzy musieli zastąpić starsze pokolenia by podnieść wysoko godło i imię wolnej Polski. Niewielu z nich powróciło do ognisk domowych.
W 205-ym pułku piechoty było sporo młodzieży, którą rodzice w ofierze składali ojczyźnie, a wśród nich German Olczak, żołnierz-harcerz. Silny, zwinny, do broni wszelkiej przyzwyczajony, śmiało wszystkim w oczy patrzący, drużynowy harcerski — takim był 18-letni Olczak, uczeń gimnazjum Staszica w Zgierzu.
Pułk przechodził wszystkie koleje wojny. Rzucano go w różne miejsca frontu i harcerz widział dużo rzeczy okropnych, występnych prawie, ale przeżył też chwile najwyższego uniesienia bałwochwalczego niemal hołdu dla ducha swego narodu.
Ciężkie rozczarowania i zwątpienia w zwycięstwo Polski niedługo zatruwały mu serce i duszę. Wkrótce Olczak już płonął cały jedną myślą o triumfie Polski i, nie oszczędzając życia, walczył zapamiętale i zaciekle, jak niegdyś bili się z Krzyżakami-Teutonami jego waleczni przodkowie, Olczaki-Łada-Zwolińscy. W chwilach takiego zapału i gorącej wiary napisał list do matki-wdowy z przysięgą, że nie powróci do niej bez własnego „Virtuti Militari“.
I dopełnił przysięgi...
Z bitwy pod Makowem nie powrócił wcale.
Przepadł bez śladu, bez wieści...
Gdzie jest? Co się z nim stało?
Czy legł gdzieś na moczarach z bolszewicką kulą w sercu? Czy otoczony przez licznych wrogów bronił się do ostatka, nim szable kozackie porąbały młode ciało na strzępy?
Albo może wpadł w ręce wroga i stawiony przed sztabem armji czerwonej, z dumą odmówił wszelkich zeznań i zginął od kuli gdzieś pod ścianą brudnej chałupy?
Czy śmiertelnie ranny, umarł na sienniku czołówki sanitarnej, nie wyrzekłszy słowa nikomu, ten jeden z tysięcy?
Kto na te pytania da odpowiedź zrozpaczonej rodzinie i wdzięcznej Ojczyźnie?
Nikt... nikt...
A tymczasem, czyż nie piękną można snuć powieść, prawie legendę o płomiennej krwi pradziada, o jego męce duchowej, o jego porywach, co się odezwały w prawnuku, którego waleczność i bohaterstwo pozostały w mroku tajemnicy.
Rodzina, która znała młodzieńca i wiedziała, iż potrafi umrzeć pięknie i wzniośle, spełniła testament przodka i jego krzyżem ozdobiła portret Germana Olczaka.
Polska z r. 1920 nie zdążyła odznaczyć tym krzyżem młodego bojownika, lecz powinna zatwierdzić dla niego bojową nagrodę Polski z r. 1831.
Cześć młodym, walecznym, a skromnym i czystym sercom orląt polskich!
Niech imiona ich będą przekazane wraz z krzyżami, ich krwią zlanemi, przyszłym pokoleniom na wieczne wspomnienie jako wzór wierności, miłości i ofiarności dla Ojczyzny.
Jeszcze nieraz przyjdą czasy krwawe i ciężkie. Wtedy zjawią się te cienie poległych orląt, staną do szeregów żywych i walczyć będą za jedną świętą sprawę, którą osiągnąć można tylko w najwyższym locie.



WIERNOŚĆ BOJOWA.

— Andruszka, chodź no tu! — krzyknął młody, zawsze wesoły oficer ułanów, Bohdan Węcławowicz.
— Słuchaju! — odezwał się z kuchni ordynans, a po chwili zjawiła się niezwykle barczysta postać żołnierza-Białorusina o szerokiej, dobrodusznej twarzy, i wyprostowała się po wojskowemu przy progu.
Oficer zaśmiał się i zawołał:
— Nie „słuchaju“, a tylko „słucham“, jeżeli chcesz mówić po polsku, Andruszka!
— Słuchaju! — wypalił żołnierz, ale się natychmiast połapał i szeroką dłonią uderzył się w usta.
— Idź natychmiast do kancelarji i zapytaj, czy niema tam listów dla mnie! — rzekł Węcławowicz.
— Tak ja już dziesięć razy biegał, a nic i nic! — odezwał się Andruszka.
— Nogi ci odpadną, jeżeli jedenasty raz pójdziesz? — zapytał oficer.
— Nie odpadną! — odparł ordynans. — A tylko mnie złość bierze, że o panu poruczniku zapomnieli. Jak nas do tego przeklętego Niemirowa przysłali, tak i koniec, nikt nie pisze, a ty człowieku biegaj i biegaj do kancelarji!
— Nie podoba ci się w Niemirowie?
— Co się ma nie podobać? Służba to służba! Ale ten Niemirów, jak mogiła jakaś...
— No, idź już, Andruszka! — rzekł oficer.
— Słuchaju! — odpowiedział żołnierz i, obróciwszy na potężnych nogach swoje barczyste ciało, ruszył z dziedzińca.
Węcławowicz patrzał za nim i przypominał sobie, jak leżał na polu ranny, śród dragonów rosyjskich, w których służył podczas wojny światowej. Nie mógł się ruszyć, słońce piekło straszliwie, wysychały usta z pragnienia, a naokoło umierali, obłędnie jęcząc i miotając się ranni, gwizdały kule i wybuchały pociski niemieckie, wyrzucając do góry słupy ziemi, kamieni i szczątków ludzkich.
W nocy spostrzegł Węcławowicz małe, żółte światełko, które migało na pobojowisku. Niemcy rozpoczęli ostrzeliwać całe pole, lecz światełko wolno sunęło naprzód, to opuszczając się do samej ziemi, to unosząc się wyżej. Nareszcie zbliżyło się do leżącego nawpół żywego oficera i zniżyło do jego twarzy.
Wtedy Węcławowicz posłyszał głos swego ordynansa Andruszki:
— Panie poruczniku, panie poruczniku! Czy słyszycie mnie?
Węcławowicz, zebrawszy wszystkie siły, jęknął.
Wtedy Andruszka przeżegnał się pobożnie i, wyjąwszy flaszkę z wodą, zaczął wlewać łyk po łyku do ust oficera.
— To dobre! — mruczał przytem. — Na połowę z gorzałką.
Gdy oficer trochę wrócił do przytomności, żołnierz wziął go na szerokie bary i spokojnie poszedł w stronę rosyjskich okopów.
Wyratował go wtedy Andruszka, którego uważano za najgłupszego dragona w pułku.
Później, gdy rosyjska armja rozpadła się, a dowództwo przeszło w ręce żołnierzy-bolszewików, Węcławowicz postanowił drapnąć do tworzącego się wtedy korpusu polskiego, ale żal mu było ordynansa.
Pewnego razu zawołał go do siebie i zapytał:
— Jak ci się, Andruszka, podoba nowe „naczalstwo“?
Żołnierz splunął i odpowiedział też pytaniem:
— Co się ma podobać naczalstwo, które ja mogę bić po mordzie, kiedy mi się tylko zechce?
— Słuchaj, przyjacielu! Ja jutro jadę do polskiego korpusu, czy pojedziesz ze mną? Białorusini byli też synami Polski i tylko Moskale nas poróżnili. Przechodź!
— Słuchaju! — odrzekł swoim zwyczajem Andruszka, a w kilka dni potem paradował w ułańskim polskim mundurze, pozostając ordynansem porucznika Węcławowicza.
Przypomniał sobie te czasy oficer i zdziwiły go bardzo słowa żołnierza, że „Niemirów jak mogiła jakaś“. Andruszka prostemi słowy wyraził to, co czuł Węcławowicz od chwili, gdy przybył tu na czele kilku żołnierzy na zakup koni.
— Tak, tak! — myślał oficer. — Mogiła.
To przygnębiające wrażenie, jakgdyby przeczucie zbliżającego się nieszczęścia, nie opuszczało oficera od kilku dni.
Zawsze wesoły, krotochwilny łobuz, bursz dorpacki, pojedynkowicz, kiereszujący na bigos „oblicza barońskich synów“ lub dziurawiący im z pistoletów skórę, niegardzący olbrzymim kuflem piwa lub butelczyną starego wina, spochmurniał, stracił na humorze i śpieszył się z wykonaniem polecenia. Szło to jednak z trudem, bo rosyjskie żołnierskie sowiety mitrężyły sprawę. Siedział w Niemirowie już jedenasty dzień, kłócąc się z bolszewikami o każdego konia i z niecierpliwością oczekując listów z domu i z pułku od kolegów. Zauważył, że sowiety stawały się coraz to hardziej wyzywające, bezczelne i oporne.
— Psia krew! — myślał Węcławowicz. — Kiedy ja już skończę z tymi psubratami i bandytami?
Tok jego myśli przerwał Andruszka. Wpadł zdyszany bez czapki na podwórko i krzyknął:
— Panie poruczniku, do domu — prędzej! Bolszewicy zabijają naszych żołnierzy i całą bandą walą tu po pana.
Wpadli do chaty, zamknęli się i z bronią w ręku stanęli przy oknach.
Po chwili kupa pijanych żołnierzy i chłopów okolicznych wpadła na dziedziniec.
— Dawaj nam oficera! Oficera tu! — krzyknęli.
— Czego chcecie? — zapytał, otwierając okno, Węcławowicz.
Jeden z bolszewików strzelił do niego, lecz chybił. Oficer odpowiedział z rewolweru, a Andruszka z karabinu. Dwóch drabów pozostało na miejscu, a reszta rozbiegła się i pochowała się za studnię, za rogiem oficyny i w szopie.
— Czego chcecie? — powtórzył pytanie Węcławowicz.
— Sowiet postanowił aresztować was i odstawić do sztabu! — odpowiedzieli bolszewicy.
— Jakiem prawem?
— Ot, tobie prawo, przeklęty Polaku! — wrzasnął jeden i odrazu rozległo się kilka strzałów karabinowych.
Jedna kula przebiła oficerowi lewe ramię.
— Andruszka, pal! — zawołał Węcławowicz, strzelając z brauninga do bolszewika, który wychylił się z szopy.
Zaczęła się strzelanina. Bolszewicy wkrótce ruszyli do szturmu, lecz zaczęli się cofać, straciwszy trzech ludzi.
Za uciekającymi wypadł natychmiast krewki Andruszka, wyskoczywszy przez okno. Bolszewicy dali do niego salwę i Andruszka upadł z przestrzeloną piersią. Węcławowicz rzucił się do drzwi, żeby biec z pomocą ordynansowi, lecz bolszewicy otoczyli Andruszkę i wiązali go. Ten obdarzony końską siłą, walczył pięściami i nogami, przewracając na ziemię żołnierzy. Węcławowicz już dopadł walczącej kupy, gdy naraz jeden z bolszewików przyklęknął i strzelił do oficera. Węcławowicz zachwiał się, chwytając powietrze ustami jak ryba, wyciągnięta z wody. Zdążył spostrzec, że Andruszka leżał już na ziemi, a nad nim jak cepy wznosiły się i opadały z głuchym łoskotem kolby karabinów. Po chwili coś runęło na głowę Węcławowicza. Padł, aby już więcej nie powstać.
Chłop-bolszewik, który dopadł go z tyłu i ciął siekierą w głowę, krzyknął ochrypłym głosem:
— Czysta robota! — Aż mózg mu wyskoczył... Bijcie ich, towarzysze, na sieczkę. Dość nam tych burżujów-Lachów!...
Długo trwała krwawa orgja znęcania się nad trupami poległych. Lecz dusze ich odeszły daleko i nic ich dosięgnąć nie mogło w krainie, gdzie wszyscy są równi w obliczu kary i nagrody: szlachcic polski, oficer Bohdan Węcławowicz i Białorusin-wieśniak i ordynans-Andruszka, złączeni na zawsze krwią i wiernością bojową.



POTOMEK CARÓW.

Przed domem księdza dziekana Eugenjusza Światopełk-Mirskiego w Mohylowie, w lutym 1918 r. stało już kilka powozów, gdy zbliżył się długi, drabiniasty wóz chłopski, zaprzężony w dwie wychudzone szkapy. Wóz zatrzymał się obok eleganckiego powozu znanego obywatela ziemskiego, a siedzący na snopku słomy mały, chudy człowiek o śniadej, lecz marsowej twarzy, zeskoczył sprężystym ruchem na ziemię i wszedł do domu, rzuciwszy woźnicy:
— Czekajcie tu na mnie!
Ponury chłop obejrzał się za odchodzącym i poruszył ustami, jakby coś żuł.
Tymczasem przyjezdny zrzucił w przedpokoju kożuszek i futrzaną czapkę i pozostał w szarym frenczu oficerskim.
— Czy mogę widzieć się z księdzem dziekanem? — zapytał służącego.
— Ksiądz dziekan jest obecnie zajęty naradą z przyjezdnymi panami — odparł służący. — Może pan wstąpi za godzinę?
— Nie mogę! — zawołał gość. — Proszę natychmiast zameldować księdzu dziekanowi, że przybył „Wilk“.
— Wilk? — zapytał ze zdziwieniem służący.
— Tak jest, „Wilk“! — potwierdził gość. — Takie moje nazwisko. Spieszcie się, bo czasu nie mam wcale a spraw wiele — wiele.
Służący, ociągając się, wyszedł, lecz powrócił szybko i oznajmił:
— Ksiądz dziekan prosi pana do sali!
Wilk wszedł do sali, gdzie za długim stołem, pokrytym czerwonem suknem, siedziało kilka osób.
Na widok wchodzącego gościa powstał ksiądz olbrzymiego wzrostu i wspaniałej postawy. Na pięknej, rasowej twarzy o dumnem czole i dużym nosie świeciły się przenikliwe, śmiałe oczy.
Powaga i wspaniałość biły z każdego ruchu, a jakaś ujmująca i budząca poszanowanie łaskawość dźwięczała w każdem słowie księdza dziekana. Krew i rasa złożyły się na to, gdyż ten gorliwy, światły, ubóstwiany przez młodzież i starsze pokolenie ksiądz, gorący patrjota polski, był potomkiem możnych Waregów, którzy z mglistej Skandynawji przywieźli przed wiekami władców rosyjskich — Rurykowiczów.
Ksiądz wyciągnął prawicę do Wilka i rzekł, zwracając się do zebranych:
Panowie pozwolą przedstawić sobie pana Tomasza Pawłowicza, mego przyjaciela i wytrwałego pomocnika w naszych sprawach.
Przybyły, uścisnąwszy dłonie obecnych, zasiadł za stołem i jął opowiadać, że drugi korpus generała Dowbór-Muśnickiego już się zorganizował i że Polacy miejscowi muszą się utrzymać do przyjścia wojsk polskich, na których czele przyjdzie do Mohylowa pułk ułanów Krechowieckich, że polskie organizacje wojskowe i skauci wszędzie są już w pogotowiu i czekają tylko sygnału i wiadomości o stanie organizacji w ziemi Mohylowskiej, że bolszewicy z czerwonej armji i z chłopów białoruskich, rozagitowanych przez Sowiety, wietrzą wszędzie, przeczuwając jakieś plany Polaków. Wilk wymienił też kilka nazwisk osób podejrzanych o szpiegostwo i poinformował zgromadzenie co do istniejących haseł tajnych, używanych śród Polaków na Białej Rusi i Litwie.
Długo trwało posiedzenie w domu księdza Światopełk-Mirskiego, gdy nagle usłyszano głośną rozmowę w przedpokoju, jakieś szamotanie się i białoruskie przekleństwa, poczem drzwi do sali gwałtownie się otworzyły i wdarł się chłop, który przywiózł Wilka.
— Panoczku! — zawołał. — Ja i chudoba moja przemarzliśmy zupełnie! Nie mogę dłużej czekać, bo to i noc się zbliża. Jedziem!
Mówiąc to, ponury chłop patrzył z podełba na wszystkich, a oczy jego biegały po twarzach zebranych.
— Idź do koni, — rozkazał Wilk, — zaraz jedziemy.
Chłop wyszedł, a wkrótce pożegnawszy księdza i jego gości, pan Tomasz Pawłowicz opuścił salę.
W domu księdza trwały jeszcze obrady, gdy wóz z Pawłowiczem toczył się ulicami Mohylowa. Chłop zaciął konie i pędził szybko.
— Dokąd jedziesz? — spytał Pawłowicz, spostrzegłszy nagle, że wóz kieruje się nie do rogatek ale do miasta.
— Muszę do kuma na chwilę wstąpić! — mruknął woźnica, zacinając konie batem.
Nareszcie stanęli przed domem z powiewającą na nim czerwoną chorągwią. Chłop zeskoczył z wozu, oddał lejce pasażerowi i zniknął w ciemnej bramie.
Po chwili z domu wypadło kilku uzbrojonych żołnierzy. Schwycili Pawłowicza i zawlekli do jakiejś brudnej kancelarji, gdzie postawiono go przed kilkoma pijanemi żołnierzami-komisarzami z czerwonemi opaskami na rękawach. Tuż kręcił się chłop woźnica.
— Ktoś ty taki? — spytał Pawłowicza jeden z komisarzy.
— Obywatel miński, Tomasz Pawłowicz! — odpowiedział zapytany.
— Łże on, towarzysze, łże! Był u kniazia — księdza Światopełka i powiedział, że się nazywa „Wilk“. Pewno jakiś polski szpieg. Naradzali się tam pany. Wszystkich widziałem, a kto był to już wiecie.
— Słyszysz? — uderzając pięścią w stół, wrzasnął komisarz.
— Słyszę — odpowiedział Wilk — ale powtarzam, że nazywam się Pawłowicz i jestem z Mińska. Przybyłem do księdza w sprawie własnej i żadnym szpiegiem nie jestem. Oto są moje papiery.
Komisarze naradzali się przez parę chwil, poczem starszy klasnął w dłonie, a gdy wpadli żołnierze z warty, zawołał:
— Do „czeki“ z nim! Powiedzcie, że komisarz Łarjonow przysyła szpiega.
„Wilka“ wyprowadzono, a komisarze otoczyli chłopa, klepali go po plecach i mówili:
— Dobrze spisałeś się, Michale! Służba twoja dla rządu robotniczo-żołnierskiego i włościańskiego nie przepadnie. Wracaj teraz do domu i za Lachami patrz, co zamierzają!
— Dobrze, towarzysze... Ale ja myślałem, że zapłacicie mi za robotę, bo w domu nędza! — bełkotał chłop.
— No, z tem to później przychodź, bo teraz niema pieniędzy na to! Jedź już, jedź! — odpowiedziano mu chórem.
Ohydnie i strasznie klnąc w duchu, wychodził na ulicę zdrajca, który nie dostał swoich srebrników za krew Pawłowicza i innych, wydanych na pastwę zbrodniarzy moskiewskich.
W trzy dni później, mianowicie 26 lutego 1918 roku, o drugiej w nocy, kilka niewielkich oddziałów bolszewickich, prowadzonych przez komisarzy, przesuwało się ulicami Mohylowa. Komisarze mieli pod pachą teki, co zawsze oznaczało, że ma się odbyć rewizja prywatnych mieszkań i areszty polityczne. Jeden z oddziałów zatrzymał się przed domem księdza Swiatopełk-Mirskiego.
— Otoczyć dom, nikogo nie wpuszczać i nie wypuszczać! — rozległa się komenda i, gdy kilku żołnierzy stanęło przy bramie, drzwiach i oknach, reszta pod przewodnictwem komisarza zbliżyła się do drzwi głównych.
Komisarz zadzwonił.
Długo nikt nie odpowiadał. Nareszcie po drugim dzwonku, rozległ się wylękniony głos księżego sługi:
— A kto tam?
— Do księdza dziekana po spowiedź! — odezwał się komisarz.
— Zaraz zapytam księdza, — brzmiała odpowiedź.
— A śpiesz się, bo mróz!
Za kilka minut pachołek wrócił i rzekł:
— Ksiądz kazał puścić, skoro do spowiedzi...
— Do spowiedzi, do spowiedzi! — potakiwał komisarz.
Gdy się drzwi otwarły, banda wpadła na schody i wdarła się do mieszkania księdza.
— Gdzie wasz pop? — krzyknął komisarz, mierząc do pachołka z rewolweru.
— W tamtym pokoju oczekuje — jęknął drżący, wylękniony chłopak.
Komisarz pchnął nogą drzwi i wszedł, a za nim wtargnęli z tupotem ciężkich butów i trzaskiem karabinów żołnierze.
Komisarz, który ułożył już sobie obelżywe powitanie księdza, stanął jak wryty, a żołnierze mimowoli wyprostowali się i nie śmieli iść naprzód.
W oświetlonym pokoju, oparty ręką o stół stał ksiądz Światopełk-Mirski, „kniaź-ksiądz“, jak go nazywali Białorusini. Wyniosła, potężna postać, wspaniała, dumna, pańska twarz i szare, przenikliwe oczy coś przypomniały komisarzowi, który chodził niegdyś do szkoły cerkiewnej.
Myśl jego zaczęła pracować uporczywie i szybko.
— Gdzie ja takiego widziałem? — pytał siebie komisarz, wlepiając oczy w twarz księdza.
I nagle przypomniał sobie. Takie obrazy wisiały na ścianie w szkole, a wyobrażały carów w płaszczach i koronach, o pięknych, wspaniale wyniosłych postawach.
— „Kniaź-ksiądz“... Rurykowicz... starszy od Romanowych... — mruknął do siebie i dość niepewnym głosem oznajmił:
— Według postanowienia Sowietów żołnierskich i robotniczych obywatel Światopełk-Mirski uznany jest za wroga rządu, ma być aresztowany i osadzony w więzieniu...
Ksiądz milczał przez chwilę, a później zupełnie spokojnym głosem rzekł z uśmiechem:
— Janku, daj mi futro i kapelusz, muszę wyjść.
Spokojnie, bez pośpiechu ubrał się i, patrząc na bandę zbójów, powiedział:
— Jestem gotów, panowie!
To „panowie“ było jak smagnięcie batem po twarzy. Niektórzy z żołnierzy zrozumieli i zaczęli chrząkać.
Komisarz zmieszał się i, spuszczając głowę, rzekł niepewnym głosem:
— Obywatelu Światopełk-Mirski, proszę za mną.
Żołnierze otoczyli księdza i wyszli na ulicę.
Przewyższając wszystkich o głowę, z pogodnem i śmiałem obliczem, kroczył mohylowski dziekan przez miasto, otoczony czarną, dziką bandą rozpasanych, pijanych od krwi i bezprawia żołnierzy, a żaden przez całą drogę nie śmiał się słowem odezwać.
Tak w milczeniu doszli do gmachu, gdzie się mieściła krwawa „czeka“. Księdza wprowadzono na salę, gdzie przy długim stole, na którym stały pośród papierów butelki z piwem i wódką, brudne talerze z resztkami kiełbasy i słoniny i mętne od zatłuszczonych palców szklanki, siedziało trzech cywilnych sędziów bolszewickich.
Odprawiono komisarza i żołnierzy, którzy dokonali aresztowania, i ksiądz został sam przed stołem sędziów. Stał spokojny, wyniosły, tylko oczy mu żywiej błyszczeć zaczęły.
— Towarzyszu, jesteście z Rurykowiczów? — zapytał jeden z sędziów, biorąc pióro do ręki.
— Pochodzę z rodu książąt Światopełk-Mirskich — odparł ksiądz.
— Jesteście więc księciem Światopełk-Mirskim? — dopytywał się bolszewik.
— Jestem księdzem katolickim Światopełk-Mirskim — poprawił go znowu ksiądz.
— Zdradziłeś Rosję dwukrotnie! — zapiszczał inny sędzia, rudy, jak marchew, wyrzucając ślinę z ust przy każdem słowie.
— Nie wiedziałem tego! — uśmiechnął się ksiądz, bacznie patrząc na sędziów.
— Pochodząc od carów rosyjskich, stałeś się Polakiem, szerzyłeś polskość wśród Białorusinów, zakładałeś polskie szkoły, katolickie kaplice — to jedna zdrada, tylko carski rząd ciebie zato nie powiesił, bo był głupi! Druga zdrada — zacząłeś pomagać organizacjom wojennym polskim, harcerskim drużynom, w jakieś konszachty wchodziłeś z wojskami polskich buntowników przeciwko robotniczo-żołnierskiemu rządowi, który potrafi cię ukarać!
Piszczący i ziejący śliną sędzia kręcił się z wściekłości, bił pięściami w stół i ciężko oddychał, chwytając brudnemi palcami za swoją kędzierzawą, rudą głowę.
Gdy rudy skończył, ksiądz zaczął mówić niewzruszonym głosem:
— Synowie mego rodu zawsze byli na służbie Polski, walczyli w jej szeregach i wiarę katolicką wyznawali od wieków, uważając się za Polaków, więc zdrady pierwszej niema tu wcale...
Uśmiechnął się i ciągnął dalej.
— Istotnie, szerzyłem polską i katolicką kulturę wśród Białorusinów, aby ochronić ten szczep, należący zawsze do Polski, od zgubnych wpływów rosyjskich urzędników i popów, którzy czynili z nich niewolników, pijaków i rozpustników. A byli to pewno niegodziwi urzędnicy i niedobrzy popi, bo przecież Sowiety powyrzynały wszystkich?
Odetchnął trochę i mówił dalej.
— Brałem udział w organizacjach polskich wszelkiego rodzaju, bo rozumiem, że wy niesiecie z sobą niebezpieczeństwo dla całego świata cywilizowanego i chrześcijańskiego. Nie myślcie jednak, że te wasze hasła, wasza nauka, panowie, są groźbą dla ludzkości. Bynajmniej! Jesteście niebezpieczni swoją ilością. Za dużo was! Miljony i miljony! Przeciwko wam tymczasem jest jedna broń — pięść, bagnet, siła. Na Polsce, jak zawsze, leży święty obowiązek obrony Europy od „tatarszczyzny“, musimy się więc organizować. To chyba zrozumiałe? Więc niema zdrady mojej i przeciwko waszemu rządowi. Uznaję go dla Rosji, ale nie dla Polski i nie dla Europy. Jednego wszakże pojąć nie mogę! Dlaczego właśnie pan, panie sędzio, tak gorąco broni Rosji, bo przecież ślepy i głuchy nawet nie weźmie pana za Rosjanina?
Sędzia rzucił się, jak oparzony, zaczął coś piszczeć, jąkać się z wściekłości, aż nareszcie zadzwonił i, gdy weszło dwóch żołnierzy, zaryczał:
— Wziąć tego kontrrewolucjonistę, imperjalistę i klerykała i oddać w ręce sędziego, towarzysza Leona tam, na dole, w lochu. Niech wyciągnie od niego zeznania, kto stoi na czele organizacyj wojskowych i jakie są zamiary Polaków. O rezultacie donieść mi niezwłocznie!...
Ksiądz odwrócił się od stołu i wyszedł, mając za sobą i przed sobą żołnierzy z karabinami.

II.

W lochach gmachu Mohylowskiej „czerezwyczajki“ mieścił się specjalny wydział śledczy, gdzie kaci zniewalali aresztowanych do ważnych zeznań i gdzie tracono „wrogów sowieckiego rządu“.
Najbardziej straszliwym i okrutnym był sędzia „czeki“, towarzysz Leon. Niegdyś, za fałszowanie pieniędzy rosyjskich, zesłany na ciężkie roboty na Sachalin, otrzymał tam 300 batów na drewnianej ławie, nosił kajdany, pracował przykuty do taczki w szybie węglowym, a kat wyrwał mu nozdrza. Przed tym sędzią stanął ksiądz katolicki, potomek Ruryka.
— Byłeś w bliskich stosunkach z polskiemi pułkami i organizacjami wojskowemi? — pytał towarzysz Leon, przeglądając plikę papierów, przyniesionych przez konwojujących księdza żołnierzy.
— Byłem — padła spokojna odpowiedź.
— Kto stoi na czele tego ruchu, tu na Białej Rusi, i jakie są wasze zamiary?
— Nazwisk nie wymienię! Co do zamiarów, to powiem, że mamy bronić swego kraju od waszych krwawych i występnych rządów.
— T-a-a-a-k! — przeciągnął, złośliwie mrużąc oczy, „sędzia“ i, dotykając wykrzywionemi palcami swoich wyrwanych nozdrzy. — Hej, towarzysz Gunia, bywaj!
Wszedł wysoki, czarny chłop, zarośnięty brodą po same oczy.
— Nr. 11! — rzucił „towarzysz“ Leon.
Chłop runął na księdza i zanurzył mu ostrze szydła w lewe oko.
Ksiądz zbladł straszliwie, zachwiał się na nogach i, ścierając dłonią krew, płynącą mu po twarzy, szeptał:
— Pod Twoją obronę, uciekamy się, Matko konających...
— Nie powiesz? — pytał sędzia.
— Nie!
— Jeszcze raz!
Druga struga krwi spłynęła po twarzy oślepionego kapłana. Słaniał się na nogach, usta mu drżały od strasznego bólu, lecz nie przestawał się modlić do Matki Zbawiciela, który w męce konał za ludzkość.
— Powiesz? — szarpnął go za rękę „towarzysz“ Leon.
— Nie! — szepnął ksiądz.
— Nr. 13, Gunia! A dobrze tylko!
Kat, szarpnął księdza za sutannę, obnażył szeroką pierś, a potem schwycił go zbójeckim ruchem za szyję i rzucił na ziemię. Usiadłszy na nim, krótkim, szerokim nożem, zaczął nacinać mu skórę na piersi i odrywać kawałek po kawałku.
Ksiądz wydał jęk, lecz wkrótce zagryzł wargi i milczał, tylko mięśnie mu drżały na twarzy, a palce kurczowo wpiły się w końce jedwabnego pasa.
— Nie powiesz i teraz? — pytali go kaci.
Kapłan milczał, gdyż był w głębokiem omdleniu.
Z wyciętego na piersiach dużego krzyża, który krwią, jak szkarłatem się barwił, upływało życie.
Kaci zlali księdza wodą.
Ocknął się na chwilę i, czyniąc słabnącą ręką znak krzyża świętego nad sobą szepnął jękiem.
— Przyjmij, Panie, sługę Twego...
Towarzysz Leon i Gunia rzucili się do leżącego kapłana i, łamiąc mu kości tej ręki, co znak krzyża kreśliła, zaczęli go dusić, bić pięściami i obcasami ciężkich, podkutych butów.
Po chwili zdyszani oprawcy podnieśli się i spojrzeli na leżącego przed sobą.
Zdumieli na widok tej potężnej postaci.
Przed nimi, nieznanymi wyrzutkami ludzkości, z wyrwanemi nozdrzami i śladami batów na grzbietach, leżał przecież potomek królewskiego rodu Ruryka, kapłan-bohater, a na szerokiej piersi, w migotliwych połyskach lampy zdawał się płonąć gorącym ogniem wielki krzyż szkarłatny...



PORWANY.
I.

Przez wieś Piaskowice przechodziły szczupłe oddziały. Wieśniacy ze zdumieniem i strachem przyglądali się żołnierzom, a gdy ci odchodzili, zbierali się i radzili.
Rozsądny, stary chłop, Stefan Grzesiak, mówił do sąsiadów:
— Co to będzie teraz? Widzieliśmy przecie tych psiajuchów Moskali. Sprawny to żołnierz, ubrany dobrze i syty, a nasi — same dzieciuchy, karabiny z trudem dźwigają, obdarte to, głodne, a wesołe! Śmiechy, żarty, zabawy, a tu ci wojna! Jak to tacy obronią Warszawę? Źle, oj źle, sąsiedzie! A bolszewik nie będzie tera już taki grzeczny dla nas... Chyba umykać czas, chudobę zgarniać, dobytek na wozy ładować i ruszać w świat? Trza radzić!...
Chłopi stali głęboko zamyśleni, wlepiwszy oczy w ziemię, której opuszczać nikt nie chciał. Nikt się nie odzywał, bo każdy ważył sprawę w sercu i głowie.
Nagle tuż za wsią rozległ się odgłos trąbki, a w chwilę później zabrzmiała wesoła piosenka żołnierska. Chłopi spojrzeli w pole. Nadciągał nowy oddziałek.
Prowadził go młodziutki oficer, dzieciuch prawie, ale z twarzy biła mu jakaś troska i powaga, na piersiach zaś miał odznakę walecznych. Za oficerem maszerował oddziałek, złożony z samych dzieciaków — chłopaków od 14 do 17 lat.
Bladzi ze znużenia, zakurzeni, w wyszarzałych i podartych bluzach i butach, szli jednak, twardo wybijając krok, z wesołemi słowami piosenki na ustach. Niektórzy mieli na czapkach i bagnetach bukieciki z kwiatów polnych. Oczy wszystkim tym „żołnierzom“ śmiały się, twarze mieli rozpromienione.
Oficer zatrzymał oddział w sprawnym szyku, a sam zbliżył się do gromady gospodarzy wiejskich i, salutując po wojskowemu, zwrócił się do nich:
— Gospodarze! Idziemy bez wypoczynku i strawy od świtu, a tu już zmierzch prędko. Proszę o rozmieszczenie żołnierzy po chałupach. Nic nie potrzebujemy oprócz dachu nad głową i wody ze studni. Strawę mainy w plecakach.
Chłopi, widząc oficera z krzyżem na piersi, zdjęli czapki i odpowiedzieli chórem:
— Prosimy do chat! Noc już blisko, a baby znajdą coś na wieczerzę...
Po upływie kwadransa oddział, złożony z 80 ludzi, już się rozlokował po chałupach. Żołnierze myli się, otrzepywali ubrania i buty, a roiło się od nich wszędzie i wesołość zakradała się do wszystkich kątów.
Wiejskie chłopaki z iskrzącemi oczami i płonącemi policzkami przyglądały się żołnierzom-chłopakom z prawdziwemi karabinami, ich ruchom zwinnym pełnym ruhaszności, nabytej w koszarach i w pochodzie.
Poważni wieśniacy przysłuchiwali się rozmowom żołnierzy, inni otoczyli oficera, który z powagą na młodziutkiej twarzy opowiadał, że podąża ze swoimi ludźmi na front, gdzie ma być wielka bitwa, a od niej zależeć będzie los Warszawy i nawet całej Polski.
— Srogi to żołnierz — bolszewik! — rzucił, patrząc na oficera, jeden z wieśniaków, a wzrok swój mimowoli przeniósł na sąsiednie podwórze, gdzie chłopaki-żołnierze gonili jeden drugiego, dokazując i śmiejąc się wesoło.
— Nasz stokroć sroższy! — natychmiast odpowiedział oficer.
Ze zdumieniem podniosły się na tę młodą, poważną twarz wszystkie oczy. Lecz młodzieniec milczał, więc gospodarz jął prosić:
— Panie naczelniku, a wstąpcie do chałupy! Już żona strawę przyrządza. Posilcie się i opowiedzcie co, bo nas tu serca bolą, gdy widzimy... naszych... tych oto... dzieciuchów z karabinami...
Oficer wyprostował się, podniósł z siłą i dumą głowę i twardym wzrokiem ogarnął gromadę.
— Te dzieciuchy z karabinami przewędrowały już całą Polskę, od kresu do kresu... Odsiecz Lwowa, to dzieło ich rąk, dziesiątki bitew już stoczyli, prawie wszyscy przeszli przez szpital po otrzymaniu ran, przepływali rzeki, brnęli boso przez góry w zimie... a w plecakach każdy niemal niesie patent na krzyż, najwyższą nagrodę walecznych. Nic i nikt ich nie przerazi, bo już wszystkiego doznali. Poszli na śmierć za polski naród i śmierci się nie boją! Widziałem pod Lwowem, jak trzech takich malców ciskało się na kilkudziesięciu drabów ukraińskich i rozpędzało ich na wszystkie strony! Widziałem ich z urwanemi nogami i rękami, gdy konali już, a jeszcze się pytali, co słychać z pola bitwy i umierali z wesołym okrzykiem!... Straszny to dla wroga żołnierz, bo ofiarował swoje życie dla zwycięstwa i idzie do boju po zwycięstwo lub śmierć...
Tymczasem weszli do chałupy, gdzie gospodarna kobieta zastawiła na stole obfitą wieczerzę, jakby dla najdroższych gości.
Powtarzało się to prawie codziennie, bo matki-wieśniaczki odczuwały goniące za młodocianymi żołnierzykami trwożne, bolesne myśli ich matek i uwijały się około chłopiąt, karmiąc je, pojąc mlekiem, pieszcząc po zwichrzonych włosach, a czasem po nocach ukradkiem zaszywając podarte ich ubrania.
Tak było i teraz. We wszystkich chałupach krzątały się wieśniaczki, wzdychały z rozczuleniem, lub przez łzy śmiały się z żartów, dowcipów i figli zbrojnych dzieci.
Poważny Grzesiak słyszał odpowiedź oficera na zwątpienia wieśniaków, więc, gdy wszyscy weszli do chałupy sąsiada, wziął czapkę i skierował się do drzwi.
— Posiedzielibyście, sąsiedzie, i posłuchalibyście pana oficjera! — zawołał gospodarz.
— Pójdę już, spojrzę, czy tam u mnie baba należycie ugaszcza naszych żołnierzy! — odparł i wyszedł.

II.

W chałupie Grzesiaka siedziało przy stole pięciu żołnierzy. Najstarszy mógł mieć lat 17. Był to mały, krępy brunet o pucołowatej twarzy i wesołych, śmiałych oczach. Jednak w tem chłopięcem obliczu było coś, co zwracało na siebie uwagę każdego. Jakiś spokój, siła, rozwaga, baczność i mądra śmiałość z niej biły. Na piersi, na brudnej, zielonkawej bluzie miał wstążeczkę z małym kółkiem od zgubionego krzyża Virtuti Militari.
Grzesiak zauważył to wszystko i spostrzegł też, że, gdy chłopak zaczynał mówić, koledzy natychmiast milkli i słuchali, wlepiając w niego oczy, jak w tęczę.
Dwóch synów Grzesiaka — 18-letni Bolesław i 16-letni Piotruś, siedzieli tuż przy stole i oczu oderwać nie mogli od żołnierza z orderową wstążką na piersi.
Wieśniak skinął na starszego syna i wyszli razem na podwórko.
— Dlaczego tak słuchają wszyscy tego małego, czarnego? — zapytał.
— To kapral! Mówili mi żołnierze, że sam jeden rzucił się na karabin maszynowy, bolszewików wystrzelał i karabin przyniósł do naszych! Później dwóch rannych wyniósł na plecach z boju... Dostał kulę w pierś, a po dwóch tygodniach powrócił do szeregu i bił się. Teraz znów idzie, chociaż rana mu się otwiera. Ot, i tera, matula zobaczyła, gdy się mył, że ma krew na piersi. Podobno rana mu się otworzyła — i trochę broczy. Matula dała mu czystą koszulę Piotrusiową...
Stary nic nie odpowiedział i wszedł do chałupy.
Jeden z żołnierzy opowiadał coś zabawnego. Śmiali się wszyscy; chichotał, przykrywając usta ręką, Piotruś, a stojąca przy piecu Grzesiakowa łzy fartuchem wycierała, trzęsąc się od śmiechu.
Grzesiak usiadł i milczał. Nagle pociągnął kaprala za rękaw i zagadnął:
— Proszę pana kaprala! Jakże to tak? Taki mały... z przeproszeniem młody i... tego... bolszewików wystrzelał... kulomiot zdobył i przyniósł? Jakże to?
Kapral oczy na chwilę spuścił, a później je podniósł na pytającego i odrazu cień powagi wypłynął mu na twarz. Widocznie znał to pytanie i wiedział, co się dzieje w mózgu pytającego.
Uśmiechnął się wesoło, prawie figlarnie i odparł:
— Karabin strzela jednakowo w starych i młodych rękach, byle go dobrze wymierzyć. Łatwo zdobyć karabin, gdy go słabo bronią. Gdy zaś para garści jest — nie trudno i o przyniesienie maszynki...
Grzesiak tylko pokręcił głową.
— No, niby tak! — mruknął. — Lecz przecież kule latają?
— Nie każda kula zabija! — uśmiechnął się kapral.
— Straszno? — szepnął chłop.
— Straszno, jeżeli się bać, a jeżeli nie — to nie straszno.
— Ale jak się nie bać, gdy śmierć? — zaczął Grzesiak i urwał.
Kapral położył kawał chleba na stół i wsparł głowę na dłoniach. Milczał chwilę, a później zapytał:
— Sami robicie na roli?
— Któżby? — odpowiedział chłop.
— Leży na wiosnę przed wami zagon. Obszerny! Ścierniskiem, chwastami zarośnięty, stwardniały po zimie i roztopach... Straszno brać się do niego! Czyżby jeden człowiek podołał mu? Tyle pracy i frasunku! Ani spać, ani jeść, tylko żyłować, tylko orać!
— Kiej trzeba, co o tem gadać! Robi się, bo inaczej nie można! — ożywił się chłop. — Mam, chwalić Boga, duży zagon, a robimy...
— Robicie? — zawołał kapral. — Naród nasz ma jeszcze większy zagon, bo to — cała Polska! Więc robimy... Robimy, bo inaczej nie można i nie myślimy, czy upadniemy od znużenia, czy od kuli, gospodarzu! Kiej trzeba, to co o tem gadać? Sami tak powiedzieliście!
Grzesiak nie więcej nie mówił. Głowę nisko opuścił i głęboko się zamyślił. Gdy ją podniósł, żołnierze już poszli do odryny na spoczynek.
Chłop długo naradzał się z żoną, a ta zaraz krzątać się zaczęła, synowie jej pomagali ochoczo.
Grzesiak zaś obszedł wszystkich sąsiadów, długo i obszernie gadał, przekonywał i prosił.

III.

O świcie zagrała pobudka. Znowu się zaroiło na podwórzach, a w pół godziny z chałup zaczęli wysypywać się żołnierze, jeszcze smacznie żując świeży chleb z słoniną i potrząsając ręce gościnnych gospodarzy.
Oddziałek stanął w szyku, a wtedy Grzesiak podszedł do oficera i oznajmił:
— W plecakach nijakiej strawy oprócz sucharów nie macie! Żołnierze sami niosą ciężkie paczki naboi i ciągną kulomiot. Gromada postanowiła dać wam dwa wozy, złożymy na nie ciężary i wikt od nas dla was — naszych obrońców...
Oficer dziękował gospodarzom wzruszonym głosem.
Po chwili oddziałek posuwał się szosą, a za nim ciągnęły dwa wozy. Na jednym siedział sam Grzesiak, na drugim Piotruś.
— Odprowadzimy was do Lublina, interes mamy w mieście, to odrazu załatwimy przy sposobności! — mówił stary wieśniak, jakgdyby się tłumacząc.
Nieznane są jednak drogi życia i ukryte jest nasze przeznaczenie...
Do Lublina nie doszedł oddziałek młodego oficera, i Grzesiak nie zdołał załatwić swoich spraw w mieście.
Polskie wojska cofały się od Lublina pod parciem przeważających sił bolszewickich.
Tegoż samego dnia wieczorem oddziałek był zmuszony wziąć udział w bitwie. Bolszewicy napierali ostro, przechodząc często do ataku. Polacy bronili się kontratakami.
Gdy oddziałek zbliżył się do odchodzących wojsk, dowództwo wysłało go natychmiast naprzód, aby przyłączył się do tych pułków, które były wysunięte najbliżej nieprzyjaciela.
Wkrótce zajęto mały gaik i stąd miało nastąpić uderzenie na wroga, gdy ten wyjdzie na szosę. Grzesiak z wozami stanął na skraju gaiku, skąd widział szosę, pola i ukrytych w rowie żołnierzy.
Czekano na bolszewików długo, aż nareszcie zjawiły się pierwsze ich szeregi, które odrazu wychyliły się z poza wzgórza, przeciętego szosą.
Za pierwszym szeregiem szła zbita masa Moskali. Gdzieś z lewa, od strony polskiej, zagrał kulomiot, po nim drugi i trzeci. Piechota bolszewicka zatrzymała się, rozciągnęła się w długi łańcuch i zaczęła strzelać.
Oddział młodego oficera milczał, ukryty w rowie. Bolszewicy, zszedłszy z szosy, zbliżali się do gaiku. Gdy zostało nie więcej niż sto kroków, z rowu zaturkotał, okrywając się dymem i parą, karabin maszynowy. Moskale, idąc kolumną, skłębili się, jęli uciekać, padając na ziemię i kryjąc się w miedzach i za kupkami kamieni.
— Do ataku, naprzód! — krzyknął oficer i pobiegł.
Żołnierze, krzycząc, mknęli za nim, dogonili go i przegonili. Dopadli bolszewików i zaczęli pracować bagnetami. Uwijali się wszędzie dzielni chłopcy, czasem tylko strzelił który, lecz najczęściej bagnetami błyskali lub wywijali zamaszyście kolbami karabinów.
Widział Grzesiak, jak ten i ów padł. Widział, jak niektórzy leżeli nieruchomi, inni zaś usiłowali podnieść się lub pełzali, czołgając się, jak zgniecione robaki.
Coraz więcej i więcej napływało bolszewików. Gdzieś zagrała trąbka do odwrotu i oddziałek, bijąc się na bagnety, zaczął się cofać, aby się ukryć pod osłoną swego kulomiotu.
Naraz Grzesiak drgnął. Spostrzegł kaprala. Właśnie zwalił bagnetem jakiegoś bolszewika, ale natychmiast dwóch olbrzymich chłopów pomknęło w jego stronę. Za nimi biegli inni.
Grzesiak obejrzał się na wóz, jakby czegoś szukając, po chwili wsunął rękę w siano i wyciągnął siekierę:
— Trzymaj kunie, Piotrek! — krzyknął do syna i popędził.
Wybiegł z gaiku i gnał naprzełaj przez pole w stronę kaprala. Jak przez sen, słyszał gwizd kul, krzyki walczących, lecz nic go nie wstrzymało i rwał naprzód z całej siły.
Nareszcie dopadł kaprala, który, wywijając kolbą młyńca w powietrzu, odbijał pchnięcia bolszewików. Grzesiak w milczeniu spadł, jak kamień na Moskali, runął na nich ogromny, ciężki i potężny. Błysnęło ostrze siekiery i Grzesiak z jakiemś stęknięciem uderzył raz, jeszcze raz, a uderzeniom odpowiadały wrzaski i głuchy łoskot padających ciał.
Nagle przypadł do wieśniaka oficer bolszewicki i w pierś szeroką wypalił z rewolweru. Grzesiak zachwiał się, schwycił za pierś i upadł.
Jeszcze widział przez chwilę jasne, pogodne niebo i słońce, a później wszystko to gdzieś przepadło.

IV.

Gdy się obudził, zrozumiał, że jest na wozie i jedzie.
Jęknął. Natychmiast schyliła się nad nim twarz kobieca w białym czepku z czerwonym krzyżykiem na czole.
— Gdzie jestem? — spytał.
— Byliście ranni w bitwie. Teraz wiozę was do szpitala. Nie rozmawiajcie jednak, bo to szkodzi! — mówiła siostra miłosierdzia, poprawiając mu poduszkę.
— Upadłem wtedy... — szepnął.
— Wynieśli was syn wasz z kapralem do naszej czołówki — odpowiedziała siostra.
— Gdzie Piotrek? — pytał dalej.
— Do wojska wstąpił! — odpowiedziała. — Prosił, abym wam powiedziała, że chce zemścić się za waszą krew.
W tej chwili podbiegł ktoś do wozu i zawołał:
— Siostrzyczko, ten młody ułan umiera!
Zerwała się i pobiegła.
Grzesiak z trudem poruszył ręką.
Uczynił znak krzyża w powietrzu i blademi ustami szepnął:
— Nie za mnie pomścij się, ale za nią, za Polskę, za jej dzieci umęczone!
Śmierć szła widocznie za tym smutnym szeregiem wozów sanitarnych, bo dopadła najpierw młodego ułana, a od niego zbliżyła się do wozu Grzesiaka i zimną, nie znającą wahania ni litości ręką przykryła jego szeroko rozwarte oczy, patrzące już poza ziemskie granice.



CHYROWIAK.
I.

Przystojny młodzieniec, student Politechniki Lwowskiej, wychowanek OO. Jezuitów w Chyrowie, podporucznik 144 pułku strzelców kresowych, Stanisław Jastrzębiec-Strzelecki, wpadł do swojej kwatery, aby napisać list do rodziny.
Już wydobył przyrządy do pisania, gdy naraz przybiegł ordynans ze sztabu z rozkazem stawienia się natychmiast do dowódcy.
Podporucznik nacisnął czapkę i poszedł.
W kancelarji byli wszyscy starsi oficerowie dywizji.
Generał, zobaczywszy wchodzącego oficera, skinął nań ręką i, wskazując na mapę, zapytał:
— Co to jest?
— Mława, panie generale!
— Tak, Mława! — prawie groźnie zawołał dowódca. — A wie pan, co to Mława? — To — albo jeszcze długa mitręga, albo koniec wojny na tym froncie! Potem koniec z bolszewikami!
Strzelecki słuchał wyprostowany i milczał.
— Cóż podporucznik nic nie mówi? — spytał generał.
— Słucham, panie generale, i czekam na rozkaz! — odparł oficer.
— Aha, czeka pan na rozkaz!
Generał zamyślił się na chwilę, a później podniósł oczy na młodzieńca.
— Co tu leży? — znowu wskazał na mapę, gdzie było kilka podkreślonych czerwonych ołówkiem punktów.
Podporucznik poprawił binokle i pochylił się nad stołem.
— To są wsie Janiec, Nowe-Miasto, Przyrowo, Ojżenie, Ciechanów... — odpowiedział i dodał: — To już zajęte przez nasze placówki, panie generale!
— Zajęte, pan, powiadasz? — marszcząc surowo brwi, pytał dowódca.
— Tak jest, panie generale!
— Wiem, że zajęte! — mówił generał. — Wiem też, że to pan ze swoją kompanją przepłynąłeś rzekę pod Jańcem i wziąłeś 5 kulomiotów i jeńców. Wiem, że nastraszyłeś pan na śmierć bolszewików, pomalowawszy 9-tą kompanję na czarno, jak djabłów z piekła, czy murzynów. Wiem, że zmykali przed nimi bolszewicy, jak zające. Wiem, że nie było bitwy, w którejbyś nie brał udziału. Wszystko się to panu zapisze jako zasługa!
— Panie generale... — zaczął Strzelecki.
— Proszę nie przerywać, podporuczniku! — groźnie krzyknął dowódca. — Wiedz pan, że kto tyle usług Ojczyźnie oddał i tu i na innych frontach, na tego są zwrócone oczy wszystkich. Ale też ten powinien poczuwać się do obowiązku, bo to służba!
Strzelecki pomyślał:
— Zabijcie mnie wielkim kijem, jeżeli rozumiem, o co mu chodzi! Prawi mi o obowiązku, a czyż ja go nie spełniłem pod Lwowem, Przemyślem, Chyrowem i później, gdy po ranie znowu poszedłem na ochotnika i biję się przez cały czas?
Generał odsapnął i rzekł:
— Uradziliśmy powierzyć panu bardzo niebezpieczne zadanie.
— Rozkaz! — prostując się znowu, odezwał się młody oficer.
— Proszę słuchać! — poważnym głosem zaczął mówić dowódca. — Pan widzi, że deszcz leje i leje. Jest noc. Nieprzyjaciel wie doskonale, że cztery noce już nie śpimy i nie oczekuje naszego ataku. Atak zaś konieczny! Trzeba z tym frontem skończyć, bo wojska są potrzebne w innych miejscach. O świcie dwie kompanje okrążą Mławę, pan zaś z jednym plutonem wpadniesz wprost do miasta i narobisz piekła!
— Rozkaz! — powtórzył oficer.
— Uprzedzam, że gorąco tam panu będzie, bo te boje uliczne, to najgorsza rzecz! Wywiad donosi, że 25 kulomiotów jest przygotowanych na nasze spotkanie przez bolszewików. Liczę dużo na spryt pański, podporuczniku. To wszystko...
— Rozkaz! Mogę odejść, panie generale?
— Może pan odejść!
— Cześć!
— Cześć!
Strzelecki pomknął przez kałuże i chlapiące pod nogami błoto wprost do plutonu. Zebrał wiarę, opowiedział o powierzonem im zadaniu i zaczął pouczać, jak się mają zachowywać podczas bojów ulicznych. Kazał zabrać jak najwięcej granatów ręcznych, i poszedł się umówić z oficerami kompanij, które miały okrążyć Mławę i wspólnie działać.
Pierwszy brzask z trudem przedzierać się zaczął przez pogmatwane, skłębione chmury, z których lały się potoki deszczu, gdy pluton Strzeleckiego wyruszył w stronę miasta.
— Cicho, chłopcy! — mówił oficer. — A nie strzelać bez komendy!
Oddział, grzęznąć w rozmiękłej ziemi, ślizgając się na zboczach gliniastych pagórków i przedzierając przez krzaki, zbliżał się szybko do miasta.
Bolszewicy, jak przewidywał dowódca, nie oczekiwali ataku.
Warty stały rzadko, a i te ukrywały się przed deszczem pod wystającemi strzechami podmiejskich zabudowań i za rogami domów.
Jakiś bolszewicki żołnierz, spostrzegłszy zbliżający się oddział, nie mógł w półmroku i przez gęstą sieć ulewy rozpoznać, kto idzie, wyszedł więc ze swej kryjówki i zaczął się przyglądać, nasuwając bardziej na czoło daszek czapki, aby zasłonić oczy od siekącego deszczu.
— Zdjąć go tam bagnetem! — rozkazał Strzelecki swoim żołnierzom.
Kilka ciemnych postaci natychmiast oderwało się od plutonu i pobiegło do wartownika. Ten krzyknął przeraźliwie, chciał wypalić z karabinu, lecz coś mu się w nim popsuło, więc zaczął uciekać co tchu w stronę ulicy, prowadzącej do magistratu.
Wysoki, przezwany „Tyką“ żołnierz, robotnik kopalniany, Bronisław Śliwniak, rozpuścił swoje długie nogi, dognał bolszewika i gruchnął go kolbą.
— Naprzód! — zawołał Strzelecki. — Biegiem!
Pluton odrazu zerwał się z miejsca i mknął już ulicą z okrzykami:
— Niech żyje Polska! Bij! Bij!
Z domów zaczęli wypadać bolszewicy, zaskoczeni we śnie, więc bez broni, nawet często bez butów.
Wiara biegła z karabinem w ręku i krzyczała:
— Poddawać się, psubraty!
Moskale podnosili do góry ręce i stali, nie wiedząc co z nimi będą czynili „Lachy“.
— Do kupy wszystkich! — rozległa się komenda Strzeleckiego. — Gnać ich przed plutonem. I dalej pędem, biegiem! Naprzód!
Przed jednym tylko domem część ludzi Strzeleckiego była zmuszona zatrzymać się. Z poza płotu, rozległy się gęste strzały bolszewików.
— Kapral! — krzyknął oficer. — Obrzucić dom i podwórko granatami!
Podczas, gdy polskie granaty ręczne pękały z tyłu, pluton, zasłonięty od przodu kupą jeńców, biegł w stronę gmachu magistrackiego.
Na placu oddział w jednej chwili rozwinął się w długi szyk i zaczął ostrzeliwać gmach i sąsiednie budynki.
Wtem zauważył Strzelecki niewielką barykadę, a za nią stojące karabiny maszynowe.
— Chłopcy, zdobyć maszynki!
Część żołnierzy odrazu pomknęła na barykadę, lecz kulomioty się nie odezwały, gdyż ludzi przy nich nie było.
Z rozkazu oficera kulomioty skierowano na magistrat i na wylot ulic, wychodzących na plac.
— Poddawać się, poddawać się! — krzyczeli Polacy, rzucając się do domów.
Odpowiedziano im tylko rzadkiemi wystrzałami, natomiast z budynków wynurzało się coraz więcej bladych, wystraszonych bolszewickich żołnierzy. Szli z podniesionemi rękami, a Polacy wyrzucali przez okna i drzwi zdobyte karabiny, rewolwery i szable.
Z trzech stron miasta, głównemi ulicami płynęły już szeregi kompanij, które okrążyły Mławę.
Miasto było zdobyte, a wtedy, jakby sama przyroda polska zaczęła cieszyć się i triumfować.
Wiatr zmiótł wszystkie chmury, ustała ulewa, w różnych miejscach ukazał się błękit pogodnego nieba i wkrótce rozbłysło słońce.
Polacy pracowali jednak dalej w pocie czoła, licząc jeńców i zdobycz.
Był to dzień 21 sierpnia 1920 roku. Tego dnia wzięto 3000 jeńców, 25 kulomiotów i olbrzymi tabor bolszewicki z mąką, cukrem i zrabowanemi po dworach, wsiach i miastach rzeczami.
Od tego dnia wojna była na tym froncie skończona, gdyż dywizje bolszewickie po wzięciu Mławy zostały odcięte i rozbite. Część ich wpadła w ręce Polaków, reszta szukała ocalenia w Prusach.
W tak ważnym momencie odważnie i spokojnie działał młody podporucznik Stanisław Jastrzębiec-Strzelecki, którego z triumfem, jak zwycięzcę, przyjęła ludność Mławy. Przybrano mu konia kwiatami i zasypano podarunkami jego żołnierzy.

II.

W miesiąc później, 19 września, podporucznik Strzelecki opisywał swoje życie w liście do krewnych, dodając wkońcu:
„Obecnie znajdujemy się w miasteczku Kołki, na wschód od Kowla. Wczoraj zrobiliśmy 40-to kilometrowy marsz. Od 9-go b. m. maszerujemy wciąż naprzód w kierunku wschodnim. Bolszewicy nie stawiają prawie nigdzie większego oporu i cofają się w nieładzie. Jedynie przy forsowaniu Bugu i Styru mieliśmy straty, ale i to bardzo minimalne, bo zaledwie 17 rannych i 1 zabity. Obecnie jestem w sztabie pułku, przy majorze, jako oficer ordynansowy, i stale jeżdżę konno. Major, dowódca pułku, jest zawsze w pierwszym szeregu i sam prowadzi żołnierzy do bitwy, wobec czego i ja tam zawsze jestem. Od Chełma do dzisiaj zrobiliśmy przeszło 400 klm. Przedwczoraj byłem w wielkim kłopocie: podczas bitwy dostałem rozkaz zawiadomienia artylerji, ażeby przestała strzelać, bo inaczej wybije nasze wojsko, które już posunęło się naprzód. Jechałem w pełnym galopie, gdy nagle o 4 kroki ode mnie upadł nasz granat. Koń stanął mi dęba i gałąź od drzewa strąciła mi cwikier, stałem się momentalnie ślepym. Na szczęście było niedaleko od Łucka, a w nocy pojechał tam nasz kapelan i przywiózł mi nowy. Obecnie jestem w podłej sytuacji, bo zostawiłem swego ordynansa ze wszystkiemi rzeczami w taborze, który idzie za nami w odległości 50 klm. Zostałem bez bielizny, bez mydła, bez koca. Jest nadzieja, że wkrótce „tren“ przyłączy się do nas. W tej chwili przyszedł rozkaz do wymarszu. Mieliśmy mieć cały dzień odpoczynku, tymczasem nie było nawet połowy.

Stanisław Strzelecki“.

To był ostatni list odważnego młodzieńca.
W sześć dni później dopełnił przysięgi Chyrowiaka:
„Deo — Patriae — Amicitiae“.
Walczył przez cały czas krwawej powodzi, która, zdawało się, zaleje młodą Rzeczpospolitą od kresu do kresu, w imię Boże — za Ojczyznę, z uczuciem głębokiej przyjaźni dla wszystkich stanów polskiego narodu.
144-ty pułk strzelców kresowych posuwał się za odchodzącymi bolszewikami coraz dalej na wschód. Pewnego dnia pułk wyszedł z miasteczka Lubiąż i skierował się w stronę wsi Szlapan, gdzie, jak donosił wywiad, nieprzyjaciel miał zamiar zatrzymać się i ryć okopy.
Przed pułkiem zaczerniły się już krzaki i lasy, któremi była porośnięta cała miejscowość, dalej połyskiwała wstęga Prypeci.
Strzelecki właśnie powrócił z czołowego oddziału i składał raport dowódcy pułku, dzielnemu majorowi Ocetkiewiczowi, pod którym bił się jeszcze w Legjonach.
Gdy skończył, major po dłuższym namyśle powiedział:
— Słuchaj-no, Stachu! Wiem, żeś zmachany, ale tu chodzi o ważną robotę! Weźmiesz oddział jazdy tatarskiej i zaatakujesz bolszewików, okrążysz ich, a my dokończymy. Nie możemy pozwolić, by nas tu zatrzymali.
— Rozkaz! — odpowiedział urzędowo młodzieniec, jak zawsze, gdy o służbę chodziło.
W pół godziny później, oddział tatarski z gołemi szablami pędził już do ataku przez łąki i niewysokie zarośla wierzb, na bolszewików. W pierwszym szeregu był ten, który mógł dać wiele, a więc wiele od niego żądano — podporucznik Stanisław Strzelecki. Szarża była prowadzona z takim impetem i zacięciem, że bolszewicy w popłochu zaczęli się wymykać ze wsi i skupiać się tłumnie i bezładnie na brzegu rzeki. Tylko mały oddział czerwonych kozaków, zsiadłszy z koni, dał salwę do nadbiegającej jazdy polskiej, lecz stratowano kozaków końmi i zrąbano szablami.
Nadbiegły inne polskie oddziały, wraz z Tatarami zepchnęły Moskali do rzeki i zdobyły wieś.
Gdy wszystko było skończone a major Ocetkiewicz odbierał raporty od oficerów, dowodzących kompanjami, które brały udział w bitwie, brakowało tylko podporucznika Strzeleckiego.
— Gdzie jest Strzelecki? — zapytał zaniepokojony dowódca.
Nikt jednak nie mógł odpowiedzieć na to pytanie. Nigdzie w obozie nie znaleziono oficera. Major rozkazał szukać go na polu bitwy.
Późno w nocy sanitarjusz spostrzegł postać ludzką i konia leżących w zaroślach. Był to Strzelecki. Leżał z twarzą spokojną i poważną. Jak zwykle, gdy spał, miał rękę, założoną pod głowę.
Sanitarjusz pochylił się niżej nad leżącym i poświecił latarką. Na piersi czerniała duża plama.
Była to krew z przebitego kulą serca.
Serce to należało do młodzieńca, pełnego hartu ducha, odwagi i miłości do ziemi i ludu, szczerego i dzielnego żołnierza, który z taką głęboką wiarą, często powtarzał

„Patrzcie na chmury w górze,
„Jaka z nich tęcza wykwita!
„Przejdą pioruny i burze,
„Jutro nas słońce powita...“



DZIWNA PRZEPOWIEDNIA.
I.

W mieszkaniu doktorowej Kawicz-Hertzbergowej odbywał się w 1918 r. seans spirytystyczny. W ledwie oświetlonym pokoju siedziało przy okrągłym stoliku kilka osób, tworząc rękami zwykły łańcuch.
Obecni wzywali ducha, który się objawiał w formie uderzeń, wydawanych przez stolik, i podmuchów powietrza.
Gdy stolik zaczął się poruszać i dość głośnem stukaniem oznajmił przybycie ducha, zapytano go, co się ma stać w najbliższej przyszłości w kraju.
Duch długo nie odpowiadał. Powtórzono pytanie.
Po upływie pewnego czasu stolik zaczął wystukiwać litery alfabetu. Zestawione w ten sposób słowa odczytano:
— Nie pytajcie, gdyż czeka was ciężki cios.
— Uprzedź nas, duchu! Co to za cios? — proszono ducha.
Stolik długo ruszał się, miotał, wystukując literę po literze, aż zamilkł i na wszelkie inne pytania już nie odpowiadał.
Znowu zapalono lampę i obecni zaczęli układać słowa z liter, wskazanych przez ducha.
— W krwawych dziejach przyjmie udział młodzieniec smukły, o twarzy pełnej czystości i bohaterstwa, miły Bogu i ludziom, imieniem Tadeusz. Będzie służył ojczyźnie zdrowiem i krwią, aż polegnie...
Towarzystwo było bardzo zainteresowane i łamało sobie głowę nad tem, na kogo wskazywał duch. Gubiono się w domysłach, lecz napróżno.
Minęło kilka miesięcy, gdy w końcu stycznia 1919 r., doktorowa dostała list od swej serdecznej przyjaciółki, pani Oprych z Krakowa. List przedstawiał mieszaninę dumy i rozpaczy matczynej. 17-letni zaledwie syn jej uciekł z ławy szkolnej do wojska i wstąpił do drużyn porucznika Abłamowicza.
„Tadzio — pisała p. Oprych — już poszedł na wojnę pod Lwów, aby bronić swego rodzinnego gniazda. Żebyś widziała jego zapał, jego zrozumienie obowiązku Polaka i jego niezachwianą wiarę w potęgę duchową naszego narodu. Jestem dumna, dumna, jako matka-Polka, lecz serce ściska mi się z bólu, gdy myślę, że Tadeusz może zginąć“.
— Tadeusz! — mimowoli wyrwał się okrzyk z ust doktorowej, gdyż stanął przed nią, jak żywy, wysmukły młodzieniec o twarzy, oświetlonej nadzwyczajną moralną czystością, o śmiałych oczach, o pełnych siły i woli ustach; przypomniał się jej jednocześnie półciemny pokój i denerwujący szmer stolika, wybijającego litery i słowa przepowiedni o niewiadomym wtedy Tadeuszu.
— Czyżby? — zadawała sobie doktorowa niespokojne pytania. — Czyżby to ten Tadeusz?
Troska i niepokój zagnieździły się w sercu doktorowej oraz grona znajomych i przyjaciół państwa Oprychów, gdyż wszyscy znali i bardzo lubili Tadzia, jedynaka, chlubę i nadzieję całej rodziny.
A tymczasem Tadeusz Oprych, o którego troskało się tyle serc, przez cztery miesiące walczył mężnie w obronie Lwowa, codziennie narażając się ze swoją szaloną drużyną na niechybną śmierć. Kopce mogilne pokryły już wielu ochotników, wielu zginęło bez śladu i wieści, lecz kule i odłamki granatów oszczędzały Tadeusza. Przyzwyczaił się do bitew, nie „kłaniał się“ przelatującym i przeciągle pogwizdującym kulom, ani huczącym i wyjącym pociskom.
Nareszcie powrócił do domu i gimnazjum, gdyż niepełnoletnich zwolniono z wojska. Zaczął się uczyć, ale w głowie młodego bohatera żyły jeszcze świeże wspomnienia bojowe, krzyki walczących, zgiełk ataków i piekło pojedynku armat.
Tymczasem w mieszkaniu doktorowej zrzadka powtarzały się seanse spirytystyczne, a na jednym z nich wywołany duch znowu przepowiedział rychłą śmierć młodego orlęcia, imieniem Tadeusz.
Nazajutrz po tym seansie, nadeszła wieść o pochodzie bolszewików na Warszawę i o niebezpieczeństwie, grożącem stolicy Polski.
Nic nic mogło powstrzymać Tadeusza Oprycha. Wszystkich porzucił, o wszystkiem zapomniał, widział przed sobą tylko ojczyznę, zalewaną przez wrogie hordy moskiewskich sowietów, i zerwał się do czynu, do największej ofiary — ofiary krwi i życia.
W lipcu 1920 r. w 201 pułku piechoty przy obronie Warszawy i Grodna odznaczył się przy karabinach maszynowych. Nie tylko celnemi strzałami szerzył klęskę w szeregach bolszewików, gdyż był zawsze spokojny, wymierzał kulomiot dokładnie i starannie, ale w chwili odwrotu wyniósł na własnych ramionach kulomiot z pozycji z taką rezygnacją, z jaką żołnierz niesie, nie bacząc na grad kul, sztandar pułkowy.
Podczas bitwy pod Białymstokiem znowu dźwigał ciężki kulomiot, aż padł zemdlony z wyczerpania pod jego ciężarem. Przypadek tylko ocalił go wtedy od śmierci z ręki zdziczałej czerni moskiewskiej, gdyż nadszedł polski pociąg pancerny i zabrał ochotnika wraz z kulomiotem.
Po odpędzeniu bolszewickiej powodzi od granic Rzeczypospolitej, Oprych wstąpił do armji generała Żeligowskiego.
Tu brał udział w wielu bitwach z bolszewikami i przeniewierczymi Litwinami pod Wilnem.
W jednej z bitew podczas wycieczki dostał postrzał w stopę.
— Idź do lazaretu na opatrunek! — rzekł mu po powrocie do obozu oficer.
— Głupstwo panie poruczniku! — zawołał wesoło chłopak. — Zwykłe zadraśnięcie! Sam się opatrzę.
Rozdarł jakąś brudną szmatę, zdjął but i obandażował stopę.
Wciągnąć buta już nie mógł i nad ranem do ataku poszedł, kulejąc, lecz zachęcając innych do boju.
— Polskiemu wojsku ubliżasz — śmiali się z niego koledzy. — Litwini i Moskale pomyślą, że żebrakami jesteśmy, bo boso chodzimy. Nieś przynajmniej ten drugi but na karabinie. Niech wiedzą, że masz do pary!
— Litwini wcale nie powinni się zgorszyć! — wesoło odcinał się Tadeusz. — Ich wielcy książęta, Kiejstut i Gedymin, zawsze na bosaka chodzili. Taki to był u nich zwyczaj!
17 października 1920 r. pułk, w którym walczył Tadeusz Oprych, miał potyczkę z Litwinami pod Skierabołą.
Ochotnicy raźno szli do ataku, rzadko nawet kładąc się na ziemię, aby się ukryć przed salwami litewsko-moskiewskiemi.
— Hej, wy tam „ne suprantu!“ — krzyczała młodzież polska. — A nie wstyd to wam z Moskalami przeciwko Polsce walczyć? Co powiedzieliby na to stary Jagiełło i książę Witold? Pewno kości ich przewracają się w grobie, widząc, na jakich zdrajców wykierowała was, Litwinów, Moskwa. Nic już wam wasze „ne suprantu“ nie pomoże, w piekle gorzeć będziecie!
Po takich szermierkach językowych rozpoczynał się nowy atak, jeszcze bardziej zaciekły i porywczy.
Litwini cofali się i wkrótce bitwa na bagnety szalała w gęstych zaroślach.
Tadeusz Oprych, mocno utykając na ranioną nogę, wpadł w jakieś haszcze, gdzie przebił bagnetem zaczajonego tam Litwina, a później spostrzegł innego, który, oparłszy lufę karabinu o krzak, celował do przebiegającego przez polanę oficera.
Tadeusz szybko wymierzył do nieprzyjaciela i strzelił. Litwin runął twarzą na ziemię.
Widział to Tadeusz, ale jakoś niebardzo rozumiał, co się stało i co ma dalej czynić.
Uczuł tylko, że przed chwilą coś go pchnęło w pierś, a teraz pod bluzą czuł jakieś okropne gorąco, które osłabiało go coraz bardziej i bardziej. Nareszcie wolno zaczął się chylić ku ziemi i upadł, zwinąwszy się w mały, ciemny, nieruchomy kłębek, do ludzkiej postaci wcale niepodobny.
Z sąsiedniego krzaku wyszedł litewski chłop, zdarł z zabitego ładownicę i zaczął szperać po kieszeniach, trwożnie oglądając się, czy nie powracają Polacy, którzy gonili dalej Litwinów, cofających się na całej linji.

II.

U doktorowej Hertzbergerowej odbywał się w październiku seans.
Duch, niepytany przez nikogo, odrazu odezwał się stukiem stolika.
— Młody bohater, o czystej, płomiennej duszy poległ dziś w gęstych zaroślach z rąk zdradliwego Litwina. Krew wsiąkła w prastarą ziemię pobratymczą i z tego szkarłatnego posiewu wyrośnie wielki plon!
Doktorowa natychmiast zatelegrafowała do państwa Oprychów, pytając o Tadeusza, i otrzymała krótką odpowiedź:
— Od kilku tygodni żadnej wiadomości.
W kilka miesięcy później nadszedł list, zawierający wskazówki, według których zdołali rodzice odszukać na cmentarzu wojskowym w Starych Trokach, grób syna-jedynaka.



SZWOLEŻER-OCHOTNIK.
I.

Bolszewicy z wściekłością atakowali Płońsk. W dzień i w nocy nie ustawała strzelanina z karabinów maszynowych, chwilami tylko przerywana ogniem dział.
Polskie pułki, broniące miasta, goniły resztkami sił, bo przecież przyszły z nad Bugu, idąc w ustawicznych potyczkach i nie znając ani wywczasu, ani dobrego wiktu. Żołnierze upadali ze zmęczenia i nawet podczas boju, po kilku strzałach, zasypiali w okopach.
Dowództwo postanowiło zdobyć się na szalony krok, a mianowicie zmusić nieprzyjaciela atakiem jazdy do cofnięcia się od Płońska. Zastanawiano się tylko nad tem, jaki oddział posłać do ataku, gdyż wszyscy ludzie byli zmordowani do szczętu.
— Najpewniejszym byłby 201 pułk szwoleżerów! — zauważył jeden ze sztabowców. — Osłaniał on nasz odwrót, bił się wyśmienicie nad Bugiem. Żołnierz w pułku — zrównoważony, spokojny i wytrwały.
— To prawda! — zgodził się starszy pułkownik. — Ale i szwoleżerzy są w boju przez cały ten czas. Przecież to też ludzie i są znużeni!
— Z pewnością, — ciągnął pierwszy — lecz w tym pułku łatwo znaleźć ochotników, bo do bitwy lud to ochoczy. Każdy rozumie, poco poszedł do wojska i ku czemu dąży.
W godzinę później 201 pułk szwoleżerów otrzymał rozkaz, wzywający ochotników do sformowania szwadronu, któremu będzie polecone ważne zadanie bojowe.
W ciągu pół godziny szwadron ochotniczy był już gotów, gdyż szwoleżerzy odrazu sypnęli się na ochotnika. Pomiędzy nimi był 17-letni Stefan Lambach.
Oczy mu błyszczały, twarz płonęła. Ten zawsze spokojny, zrównoważony chłopak był tak podniecony, że szwoleżerzy zaczęli żartować:
— Czyś tam narzeczoną zostawił w Płońsku, że tak się cieszysz?
— Będzie to pierwsza moja szarża konno z szablą! — zawołał młody ochotnik. — Marzyłem o niej przez cały czas pochodu, a tymczasem ciągle mi wypadało bić się z szańców lub w polu na piechotę.
Szwadron ochotniczy wyprowadzono na pozycję wypadową i tu czekano na rozkaz.
Stefan Lambach siedział na kamieniu przy drodze i mówił do stojącego przed nim szwoleżera:
— Chciałem dziś napisać do rodziców, ale nie zdążyłem.
— Napiszesz po powrocie, gdy skończymy nasze zadanie! — odpowiedział szwoleżer.
— No, nie wiadomo! — uśmiechnął się Lambach. — A może nie powrócę wcale?...
— Et, gadanie! — odparł starszy kolega, który jak wszyscy w pułku, lubił bardzo pogodnego zawsze i łagodnego chłopca. — Co sądzone, to nie minie!
— No, naturalnie! — odpowiedział młodzieniec. — Ale co wojna to — wojna! Wszystko się może stać. Więc tymczasem napiszę parę słów do swoich.
Mówiąc to wyjął z kieszeni kartkę pocztową, ołówek i na kolanie zabierał się do pisania.
— Pisz, — rzekł kolega, — lecz nie podoba mi się twoje gadanie, Stefku! Nie można iść do boju z takiemi myślami.
— Z jakiemi? O śmierci? — zapytał chłopak. — Mój drogi, gdym wstąpił do wojska, wstąpiłem poto, aby umrzeć za kraj. Myślę, że my, chłopcy prawie dzieciaki, powinniśmy wszyscy zginąć, aby naród zrozumiał, jaka jest miłość do kraju i siła w Polakach, i aby na tem budował potęgę państwa. Krew nasza powinna krzyczeć, wołać, palić się ognistemi zgłoskami: „Wytężcie siły i stwórzcie wielką, wspaniałą Polskę“! Gdybym powrócił do domu cały po wojnie, czułbym, że tylko połowę zadania spełniłem!
Szwoleżer-kolega, student wyższego kursu uniwersytetu, milczał.
Zamyślił się głęboko. W duszy zgadzał się ze słowami chłopca, ale żal mu go było prawie do łez.
— I na innem polu możesz później służyć ojczyźnie — odezwał się nareszcie.
— Tak, niezawodnie, lecz inaczej! Nie krwią i życiem — służyć każdy potrafi, bo to poczęści i na swoją korzyść się robi, — odparł Stefan, zabierając się do pisania.
Zdążył skreślić kilka słów, gdy nadbiegł dowódca szwadronu, podporucznik Antoni Krzyżanowski, i krzyknął:
— Na koń!
Lambach rzucił na ziemię niedopisaną pocztówkę i dosiadł konia.
W parę minut później szwadron posuwał się drogą, oddalając się od Płońska. Żołnierze nie wiedzieli, dokąd i poco idą. Dopiero, gdy przejechali już kilka kilometrów, oficer wprowadził szwadron w gęste zarośle, które ciągnęło się aż do Płońska, lecz już od strony bolszewickich pozycyj.
Wtedy szwadron zrozumiał, że obchodzą miasto. Po chwili podporucznik zatrzymał żołnierzy i zwrócił się do nich z takiem przemówieniem:
— Chłopcy, musimy spełnić trudne, ale ważne i chlubne zadanie. Rozkazano nam zaatakować bolszewików od tego skrzydła, od Ćwiklina, aby wywołać zamieszanie i zmusić armaty do milczenia, gdyż nasze dowództwo zamierza przenieść baterje na dogodniejsze pozycje, niż obecne, zagrożone przez Moskali. No, a teraz z Bogiem, naprzód!
Przedzierali się jeszcze sporo czasu przez zarośle, i dopiero, gdy do bolszewików pozostawało jakieś 500 kroków, oficer podniósł do góry pałasz i krzyknął:
— Naprzód!
Szwadron, tratując krzaki, wypadł na łąkę i, rozpuściwszy konie, pomknął w stronę nieprzyjaciela.
Rozległy się krzyki, rozpoczęła się bezładna bieganina. Bolszewicy rzucili się do koni, zaczęli wprzęgać je nagwałt do dział i uciekać. Podciągała im na pomoc piechota i rozpoczynała ogień.
Lambach gnał z gołą szablą w ręku, rozpromieniony i szczęśliwy.
Polacy wpadli na piechotę i zaczęła się krwawa praca, ale nie na długo, nieprzyjaciel bowiem począł szybko się cofać pod osłoną armat.

II.

Szwadron, spełniwszy swe zadanie i zmusiwszy bolszewików do odwrotu i przeniesienia baterji w inne miejsce, znowu zanurzył się w gąszcz krzaków, ścigany karabinowym i armatnim ogniem.
Wachmistrz, przepuściwszy cały szwadron, daremnie szukał oficera.
— Kto widział porucznika? — krzyknął do żołnierzy.
— Widziałem, że padł razem z koniem — odpowiedział jeden z szwoleżerów.
Gdy szwadron wyszedł na drogę, wachmistrz zaczął liczyć ludzi. Brakowało oficera i pięciu szwoleżerów. Śród nich był Stefan Lambach.
Ziściły się jego pragnienia. Doznał wrażeń konnej szarży, padł za Ojczyznę, a krew jego woła namiętnym głosem:
„Wytężcie siły i stwórzcie wielką i wspaniałą Polskę“!
Słowa te należałoby wypisać na pomniku grobowym Stefana Lambacha, lecz niestety pod Ćwiklinem już sczerniały ciągnące się szeregiem krzyżyki, i nikt tam nie wie, który z nich zdobi mogiłę ochotnika-szwoleżera.
Na wszystkich bowiem widać jednakowe napisy: „Bezimienny“...



ZAORANA MOGIŁA.

W okolicy Bystrzycy, w ziemi Wileńskiej, w roku 1920 odbył się wielki bój, w którym okrył się chwałą pułk strzelców kowieńskich. Bystrzyca przechodziła wiele razy z rąk do rąk i śmierć hojną ręką gasiła młode życia.
Na brzegu Wilji, w pobliżu Bystrzycy, można napotkać cały szereg mogił poległych. Mieszkańcy wskazują te zapadnięte już kopce, porosłe chwastami, a często nawet zaorane i zasiane żytem, i obojętnym głosem mówią:
— Tu, panoczku, zakopano 33-ch polskich żołnierzy, posiekanych przez bolszewików... Tam leży jeden... Tu siedmiu... Tam wielu, a ilu — nie wiemy, a tam jeszcze, panoczku, dwóch. Śmiali to byli chłopcy! Poddać się nie chcieli... Tu teraz leżą sobie cichuśko...
Trudno jednak znaleźć mogiłę tych „dwóch śmiałych chłopców“. Gospodarz bowiem, Justyn Wjuk, nie uszanował jej, zaorał i zasiał żytem.
Były tam, coprawda, jakieś znaki niegdyś — krzyż, czy kotki na rogach kopca, lecz ktoś zniszczył i te ślady opieki i szacunku ludzi...
A tymczasem leżą tam na roli Wjuka kości bohaterów, chluby narodu.
W parę tygodni po bitwach bystrzyckich, do chaty włościanki Wiktorji Juchniewiczowej weszło czterech bolszewickich żołnierzy, którzy prowadzili z sobą dwóch jeńców.
Byli to Polacy, których zagarnięto po jakiejś potyczce, gdy ranni leżeli na polu bitwy.
Jeden z nich był to zupełnie młody chłopak z ledwie zaznaczonemi wąsikami; z kołnierza i zielonej bluzy miał zdarte wszelkie oznaki, na plecach cała koszula była zlana i przesiąknięta krwią, ciężkiemi soplami spływającą na podłogę.
Drugi zaś był mały, bardzo krępy żołnierz o czarnych oczach.
Bolszewicy zasiedli przy stole i starszy, noszący czerwoną opaskę na ramieniu, zwrócił się do młodego jeńca.
— Kto jesteś? — zapytał go.
— Oficer pułku strzelców kowieńskich — odparł słabym głosem, ledwo trzymając się na nogach.
— Nazwisko i imię — indagowano go dalej.
— Nie mam nazwiska, jestem Polak i dość wam tego...
— Będziesz gadał? — wrzasnął siedzący najbliżej bolszewik i z całej siły uderzył kolbą ciężkiego rewolweru w pierś jeńca, aż echo się rozległo.
Oficer z trudem utrzymał się na nogach a krew częściej zaczęła kapać na deski podłogi.
— Dlaczego nie chcesz mówić? — zapytał starszy Moskal.
— Wiem, że zamordujecie mnie, a więc nie chcę, aby o tem dowiedział się mój ojciec, który też walczy przeciwko wam w wojsku polskiem. Będzie tęsknił i martwił się, a dla żołnierza — to bieda! Niech będzie wesół i pełen nadziei, iż prędko się zobaczymy, i niech bije was bez troski, jak ja biłem!
— Wściekły pies z ciebie, żmija! — zawołał jeden z bolszewików. — Zginiesz, jak pies!
— Nie! Zginę, jak uczciwy żołnierz, bo was się nie boję — słabym już głosem odparł jeniec.
Naraz żywo poruszył się drugi jeniec. Zęby i oczy mu błysnęły, jak wilkowi, spojrzał hardo na bolszewików i zamruczał po białorusku:
— Szczob wy mnie ruci odwiązali, jaby wam jeszczo pokazaw, sobacze syny!
I zaklął straszliwie.
— Milcz, zdrajco! — zakrzyknęli bolszewicy.
— Jakbym był zdrajcą, nie stałbym tu przed wami, wieprze moskiewskie! — rzucił żołnierz.
— Nie! Zdrajcą jesteś, boś Litwin czy Białorusin, chłop, a przeciwko sowietom walczyłeś, zdrajco!
— My wszyscy z Litwy i Białej Rusi z Polską trzymali od wieków, nie z wami, kacapami! — odpowiedział żołnierz i zamaszyście splunął.
Po chwili dodał poważnie:
— Jest nas pięciu braci w wojsku. Nie ja, to tamci narżną was jeszcze jak baranów!
— Jak się nazywasz? — spytał go starszy z bolszewików.
Żołnierz tylko zaklął i zaczął patrzeć w okno chałupy.
Zwracając się do oficera bolszewik zapytał:
— Pewno szpiegiem byłeś, bo złapaliśmy ciebie w krzakach?
— Nie mogłem iść, bo dostałem kulą w plecy pod łopatkę. Widzicie? — odpowiedział i spojrzał na podłogę, gdzie zebrała się kałuża ciemnej krwi.
— A ty? — spytał żołnierza.
Ten spojrzał tylko na wrogów i odwrócił się z pogardą.
— Też ranny, — rzekł jeden z bolszewików. — Gdy szedł za koniem, widziałem, że krew mu chlustała z buta...
— Pies! Nie żałuje swojej i naszej krwi, walcząc za panów, tyranów! — zawołał któryś z Moskali.
— Ja sam sobie gospodarz i pan, a na tyranów mam pięść i karabin, — rzucił żołnierz, nie patrząc na siedzących przy stole.
— Poddajcie się i proście o łaskę, to was odstawimy do sztabu — rzekł starszy.
Oficer potrząsnął głową i zawołał:
— Ja walczę za swoją ojczyznę, mój ojciec walczy w polskich szeregach. Hańbą — byłoby prosić o łaskę! Do niewoli z własnej woli nie pójdę...
— A ty? — pytano żołnierza.
Białorusin czy Litwin, który „trzymał“ z Polską, nie raczył nawet odpowiedzieć.
— Będziesz mówił, czy nie? — rzucił się do niego Moskal i z rozmachem uderzył go w twarz.
— Rozwiąż mi ręce, a ja ci odpowiem, sobako! — warknął żołnierz.
Bolszewicy zaczęli się naradzać. Trwało to niedługo. Po chwili wstali i, podchodząc do jeńców, oznajmili:
— No, chodźcie już! Czas na was!
Oficer bez słowa skierował się ku drzwiom.
Żołnierz szedł za nim.
Obaj zostawiali za sobą krwawy ślad.
— Przygotuj się na śmierć! — rzekł komisarz do oficera. — Ściągaj bluzę, na tamtym święcie i bez niej ciepło ci będzie!
Byli już na podwórzu. Oficer zdjął bluzę, wyjął z kieszeni książeczkę i z pośpiechem zaczął coś w niej pisać.
— Co robisz? — spytano go.
— Piszę adres kolegi. Może trafi to do niego, pozna pismo, więc będzie wiedział, że zginąłem — odpowiedział.
Słabo mu było, bo krew uchodziła z niego. Przykląkł, aby oprzeć książeczkę na kolanie.
Rozległy się trzy wystrzały. Jeden z nich zerwał jeńcowi wierzch głowy. Oficer podniósł się jeszcze, wyprostował się, postąpił cztery kroki i runął na ziemię.
Bolszewicy zaczęli rąbać go szablami, aż z zamordowanego pozostała tylko jakaś krwawa, bezkształtna miazga.
Jeden z bolszewików porwał książeczkę zabitego i ze wściekłością zaczął ciąć ją szablą na kawałki.
Drugi jeniec stał i patrzał.
Przybladł trochę, ale w oczach miał tyle nieubłaganej nienawiści i pogardy, że ten wzrok jego uczuli bolszewicy i odrazu zwrócili się do niego.
— Jeszcze żyjesz? — krzyknęli mimowoli.
— Żyję — odmruknął — ale i martwy wilkołakiem będę przychodził do was, sobacze dusze, kacapy wściekłe!...
Wystrzał skierowany w pierś, przerwał jego słowa. Padł nawznak i długo leżał z otwartemi oczami, w których, zdawało się, skamieniała nienawiść i pogarda.



CHŁOPSKIE SERCE.

W czerezwyczajce w Homlu był wielki ruch. Przywieziono właśnie kilkunastu więźniów, a wśród nich księdza. Wszystkim było wiadomo, że cała ta grupa będzie stracona i że nawet wyznaczono już kompanję dla wykonania wyroku trybunału rewolucyjnego.
Trybunał zaś, składający się z dwóch robotników kolejowych i żołnierza, siedział w brudnym pokoju dawnego urzędu policyjnego i oczekiwał na podsądnych.
Tłum ciekawych zasiadł na ławach, głośno rozmawiając, żując ziarnka słonecznikowe, śmiejąc się i żartując z sędziami.
Nareszcie drzwi otworzyły się i wszedł ksiądz katolicki wślad za żołnierzem, który miał karabin w ręku i granat na pasku.
Kapłan — szczupły, mały szatyn o łagodnej, piegowatej twarzy i niebieskich, szeroko rozwartych oczach, miał na sobie mocno wyszarzałą, przykrótką sutannę i duże, zniszczone buty. Wszedł szybko, jakgdyby spieszył się, z zaciekawieniem i uśmiechem rozglądając się po sali.
Wskazano mu miejsce przed trybunałem. Podszedł i stanął.
— Imię? — zapytał sędzia śledczy.
— Paweł — odpowiedział ksiądz.
— Nazwisko?
— Birnik!
— Pochodzenie? — dopytywał bolszewik.
— Z rodziny wieśniaczej — odpowiedział podsądny.
— Wiek?
— 27 lat.
— Zawód?
— Nie mam żadnego zawodu... — podniósł ramiona ksiądz.
Sędziowie spojrzeli na kapłana ze zdziwieniem. Sędzia śledczy milczał, nie wiedząc, co ma czynić. Nareszcie, żołnierz, który był prezesem trybunału, przyszedł z pomocą.
— Czem się zajmujecie? — zapytał.
— Jestem kapłanem katolickim, wikarym kościoła w Homlu! — odpowiedział natychmiast ksiądz.
— No, to przecież jest waszym zawodem! — wykrzyknął sędzia śledczy.
— Nie! — odparł ksiądz. — To jest błogosławieństwo boże, gdyż kapłaństwo jest sakramentem.
Wymówił to poważnym, dobitnym, lecz bardzo łagodnym głosem.
Wszyscy za stołem trybunału i na sali wyczuli, że ten mały, piegowaty księżyna nosi w sobie jakąś siłę wewnętrzną, i zaczęli mu się z zaciekawieniem przyglądać.
Ktoś zaśmiał się i powiedział.
— Patrzcie, jaki hardy, a sutanna krótka!
Nikt się jednak nie odezwał na ten głupi dowcip.
Ksiądz zaś nie ruszał się wcale. Stał wyprostowany, z oczami, zapatrzonemi gdzieś w przestrzeń, w której majaczyły mu się jakieś obrazy, jakieś dziwne piękne światła, krzyżujące się i rozbijające promienie, kłębiące się złote i srebrne obłoki. Dochodziły go jakieś nieznane głosy, wołające ku sobie, budzące radość rzewną i kojące przeczucie.
— Co powiecie na swoje usprawiedliwienie? — jakgdyby obudziło księdza urzędowe pytanie, nie mające żadnego znaczenia.
Ksiądz podniósł głowę i odrzekł:
— Nic!
— Więc przyznajecie się do swej winy? — pytano od stołu trybunału.
— Nie!
— Oskarżeni jesteście o to, że sprzyjaliście tworzeniu się wojsk polskich i organizacyj harcerskich.
Ksiądz raptem uśmiechnął się dobrotliwie i radośnie.
— A tak, sprzyjałem! — zawołał.
Na sali zauważyć się dało wielkie poruszenie.
— Aha, przyznaje się! — rozległ się złowrogi szept z ław, zajmowanych przez członków sowietu.
Sędziowie, prawie niepiśmienni, coś bazgrali na leżącym przed nimi papierze i naradzali się.
— Dlaczego czyniliście to? — pytał dalej sędzia.
Ksiądz postąpił krok naprzód, obejrzał się na salę, ujrzał setkę wrogich, zdziczałych oczu, wpatrzonych w siebie, i podniesionym głosem zaczął mówić:
— Posłuchajcie, gdyż mówi do was umierający, a więc mówi to, co myśli mózgiem i co czuje sercem. Chłop białoruski żył w ucisku i poniewierce. Przelewał swoją krew za cudze grzechy, za cudzą sprawę, oderwany od wspólnej Matki-Polski! Teraz nastały czasy, gdy tylko chłopskie ręce zdołają podnieść z gruzów i zgliszcz całe narody i państwa, gdy chłopom sądzono odbudować miasta, dwory, kościoły i potęgi. Lecz szatan-kusiciel posłał was, zbrodniarzy, aby utopić Białoruś w morzu krwi, zbrodni i wszelkiej sprośności, aby rękami tych chłopów, z których wyszedłem, rozbić, w proch i gnój rzucić świątynie i skarby ducha bożego w ludziach.
— Zabić go, rozszarpać! — zawył tłum na sali. — Waży się ubliżać sowietom!
Ksiądz podniósł rękę w górę i wszystko się naraz uspokoiło, objęte jakimś mistycznym lękiem.
— Modliłem się raz przed obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej, wtedy, gdyście wy już rzucali wasz jadowity siew. Gdym błagał Bogarodzicę o radę i pomoc, zwróciła na mnie swe oczy i rzekła do mojej duszy: „Nie gorsz się wojną i przelewem krwi za świętą sprawę. Idź i dopomóż gorliwością i kapłaństwem twojem zbrojnej sprawie, ponieważ, zaiste, mówię ci, że ci, którzy na mnie miecz podnieśli, od miecza zginąć muszą, gdyż taki jest wyrok Najwyższego Sędziego — Twórcy świata i ludzi — Boga Wszechmogącego!“
Ksiądz umilkł. Milczał tłum i trybunał.
Kapłan, ciężko westchnąwszy, ciągnął dalej:
— Gdym się przyglądał waszej robocie występnej, ujrzałem na czołach waszych znaki kainowe, znaki przekleństwa Bożego. Jesteście przeklęci, przeklęci, aż do ostatka dni waszych, a śmierć wasza czarniejszą będzie od najczarniejszej, niepogodnej nocy jesiennej! Ci zaś, których wcieliłem do wielkiego dzieła Polski, poskromią was, a imiona ich przekazane będą potomnym, jako imiona obrońców ludów i krzyża przed sługami szatana!
Długo trwało milczenie, aż tłum znowu zaryczał, zahuczał:
— Śmierć mu, śmierć!
Lecz kapłan nie słyszał tego wycia i okrzyków, ani mowy prokuratora, ani tego, że wzywano obrońcy i że nikt się nie zgłosił; nie słyszał też wyroku trybunału.
Stał znowu zapatrzony w dal nieznaną, bezgraniczną, jak wszechświat, widział znowu światła nadzwyczajne, radością przejmujące, kojące błyski i krzyżowanie się promieni świetlnych. Przez te promienie i kłębiące się wszędzie światła widział łagodne oczy stroskanego oblicza Matki Najświętszej w Ostrej Bramie, a uszy jego łowiły daleką, cudowną melodję, ciche śpiewy niebiańskie i zew rozkazujący, a łagodny, pełen umiłowania, który mu łzę wycisnął z oczu i rozświetlił twarz nadziemską radością.
Obudził się na chwilę, gdy mu kazano iść. Szedł, ale i teraz nic nie widział, nie słyszał i nie czuł, bo dusza jego odleciała na głos Boga, który ujrzał czyste, gorące i śmiałe serce swego wyznawcy i kapłana.
— Ognia! — rozległa się komenda na dziedzińcu trybunału rewolucyjnego.
Zagrzmiały strzały i kilku ludzi, stojących pod murem, bezwładnie osunęło się na ziemię. Wśród nich był wikary homelski, ksiądz Paweł Birnik.
Miał kulę w sercu, lecz twarz — pogodną i zachwyt w otwartych źrenicach.



LOLUŚ GRAJEK.
Poświęcam mojej żonie.
I.

Loluś był bardzo smutny. Jasna czuprynka opuściła mu się na wysokie, zawsze pogodne czoło, a zielone oczy były zamglone. Nie lubił okazywać swego smutku przed nikim, nawet przed matką, przed swoją ubóstwianą Muchną, jak ją pieszczotliwie nazywał. O, szczególnie przed Muchną!
Jednak, gdy był teraz sam z sobą na wzgórzu, skąd widział stary, pochylony kościółek na Przypuście, myślał o różnych ludziach i rzeczach.
Przed stroskanemi oczami chłopaka płynęły nieskończonym korowodem obrazy.
Zbolała twarz ojca w trumnie, zuchowata, silna postać brata Stacha, który z marynarzami poszedł pod Grodno bić się z moskiewskimi bolszewikami, ogromne, pałające oczy matki, które poza szmaragdowemi blaskami nie mogły jednak utaić tęsknoty i trwogi; malutka, żywa staruszka babcia; stary kościółek, co już widział tyle, że i w dziesięciu książkach nie dałoby się wszystkiego pomieścić; krzyże fary nieszawskiej i mieniący się pod słońcem wartki prąd Wisły — wszystko widział Loluś oczami swej duszy, rozumiał i kochał, lecz jednocześnie czuł, że coś innego pociąga jego myśli.
Męczyło go to wspomnienie nieokreślone i przejmujące, więc zmarszczył czoło i począł uporczywie pracować myślą.
— Jak to wtedy było? Kiedy uczułeś to po raz pierwszy? — pytał ktoś niewidzialny w duszy Lolusia. — Jak się to stało? Kiedy?...
Upadł chłopak nawznak w wysoką trawę i oczy utkwił w bezdenny, pociągający, jak otchłań morska, błękit nieba. Widział przesuwające się przejrzyste, jakgdyby z piór skrzydlatych aniołów utkane obłoki, lekkie i zmienne; kołyszące się na tle nieba pełne, ciężkie kłosy, które wysoką ścianą stały tuż nad głową chłopca; migające w powietrzu, jak czarne błyskawice, jaskółki i bąki huczące — widział i nie widział tego Loluś, gdyż te wrażenia ślizgały się po jego duszy, jak ślizga się po powierzchni lodu pędzony wiatrem suchy liść.
Loluś słyszał płynące zdaleka głosy rybaków na Wiśle, dziecięce krzyki, ujadanie psów, śpiew ptaków — lecz i te dźwięki nie budziły zagubionej myśli w duszy jasnowłosego chłopaka...
Naraz... Pojedyncze uderzenia sygnaturki kościelnej, a za chwilę — potok niespokojnych, wołających do czynu dźwięków.
— „Anioł Pański“... — wyszeptał Loluś i podniósł się.
Już rozpoczął modlitwę za umarłych, gdy naraz drgnął.
Odgłosy dzwonu kościelnego, dobiegając do niego, łączyły się z echem, odbitem od wzgórza, i tworzyły dziwne akordy, chwilami pogmatwane, fałszywe, chwilami cudnie stonowane. Jeden z akordów ożywił wspomnienia, odtworzył cały obraz.
W salonie Muchny w Warszawie gra Loluś na fortepianie nokturn Szopena. Słucha go kilka osób. Muchna, kuzynka Irenka, niedawno przybyła z Ameryki, która tak zabawnie wymawia polskie wyrazy, Stach, oglądający ryciny w książce, jakaś starsza pani z dwiema panienkami i paru jakichś przyjezdnych panów.
Loluś gra, lecz od czasu do czasu obejmuje spojrzeniem wszystkich obecnych, widzi w tej chwili głębiej i ostrzej, przenika dusze i serca ludzi. Przypomniał sobie, że wtedy właśnie oczy swoje utkwił w łagodnej twarzy matki i naraz spadła z tej twarzy maska życiowa. Ujrzał tęsknotę, trwogę przed kroczącą zdaleka tajemnicą, nieuchwytne pragnienie nieziszczonych dążeń i marzeń i znużenie oczekiwaniem. Lecz trwało to mgnienie oka zaledwie, a wnet potem wynurzyła się pogodna, uśmiechnięta twarz Muchny i jej pałające, szmaragdowe oczy.
— Muchno, moja Muchno! — wołał chłopak w swojej duszy. — Tęskna była i tęskną pozostaje twoja wesołość i samotna jesteś pośród miłujących cię ludzi. Tylko nasze dusze mówią do siebie, jak mówi muzyka Szopena do serc strapionych i znużonych. Muchno moja! Ja nigdy nie odejdę od ciebie, nigdy się nie rozłączę z tobą i życie moje tobie poświęcę. Uczynię cię dumną z syna, a w tej dumie szlachetnej utoną twoje troski i zawody, Matuś moja najmilsza...
— Tak, tak! — szepnął Loluś — to było wtedy...
Znowu padł na trawę, a myśl pracowała dalej.
— Tak przysiągłem sobie wtedy w milczeniu, w duszy swojej... A teraz?
Chłopiec ścisnął sobie dłońmi czoło.
— A teraz... muszę złamać przysięgę... Muszę, bo serce tak każe! Odrodzona, lecz słaba, rozdzierana Polska nasza, dla której wierność i miłość zapaliła w nas Muchna, chociaż byliśmy wszyscy wtedy na wygnaniu, ta Polska ginie w powodzi bolszewickiej. Każda myśl, każda ręka, każda kropla krwi powinny być Jej oddane! Nie mogę, nie mogę pozostać bezczynnym, na uboczu, w ukryciu!... Już idzie gadka pośród uczniów Kulwiecia, że przyszedł i na nas czas... już przyszedł... Harcerzu, czuwaj!...
Chłopak zerwał się na równe nogi. Głowa mu płonęła, tłukło się serce w chłopięcej piersi, pałały oczy i pięści zaciskały się z mocą męską...
Spojrzał na stary kościółek, zapomniany przez dzieje i czas, i szerokim, szybkim krokiem podążył ku domowi.
W miarę, jak się zbliżał do Nieszawy, twarz stawała się bledszą, usta poczynały drżeć i przykry, łechcący chłód pełznął po grzbiecie. Gdy przymrużał oczy, wnet widział miłą, łagodną twarz Muchny, uśmiech jej pogodnych ust, ale zżymał się natychmiast, gdyż z poza tej ukochanej twarzy wynurzała się inna: blada rozpaczą i napiętnowana bólem, o zmarszczkach cierpienia na czole i oczach pełnych ciężkich, gorzkich łez.
Loluś zatrzymał się na chwilę, twarz i oczy zasłonił rękami i długo stał w bolesnej, nieznanej dzieciom rozterce. Naraz podniósł wysoko jasną główkę, przesunął dłoń po czole, jakgdyby zrzucając niewidzialne nici lepkiej pajęczyny, i głośno wymówił jedno tylko słowo:
— Muszę!
Dalej szedł już spokojny i radosny, jak idzie człowiek do dobrego, wzniosłego celu; a czuł, że przed tem uczuciem zmalało wszystko, gdyż znikały najszczytniejsze, najświętsze cele własne, a gdzieś daleko jeszcze w zagadkowym mroku świecił inny — wielki, pochłaniający, wołający, potężny, bo był to cel nie jednego człowieka, lecz znękanego w mękach i kaźni duchowej szlachetnego narodu...
Loluś to rozumiał i wszystko w tej chwili stało się jasne i proste. Szedł do swojej Muchny już spokojny, bo wiedział, że zrozumie go i ujrzy przed sobą majaczący zdala, lecz wielki i wspaniały cel, żądający ofiar, ofiar bez końca, tak samo, jak stary, opromieniony sławą Wawel królewski żądał niegdyś: cegieł bez liku i istnień ludzkich bez miary, bez rachunku i bez mieszczańskiej oszczędności.
Loluś spóźnił się na podwieczorek. Babcia, która wyglądała go oddawna, zobaczywszy wnuka, klasnęła w dłonie i zawołała:
— Ten chłopak, toby nigdy nie jadł i nie spał! Idźże już, idź, bo wszyscy na ciebie czekają!
Ucałował ręce staruszki, przeprosił, wpadł do swojej izdebki, naprędce umył się, włosy przygładził i wszedł do jadalnego pokoju.
Wszyscy już siedzieli przy stole, brakowało tylko Muchny. Weszła po chwili promienna i pogodna.
— Aha, a co? — zawołał Loluś. — Nie ja ostatni, tylko Muchna!
— Jedz, urwisie! — odezwała się babcia, krając chleb. — Muchna może się spóźniać... trochę, ale nie ty, boś mały chłopczyna...
— Jeżeli jestem małym chłopcem, — przekomarzał się Loluś — to poco babcia daje mi zsiadłego mleka, jak dla żołnierza?
Mówiąc to, poczuł naraz Loluś, że bezwiednie wyrzekł jakąś prawdę i obejrzał się. Ze zdziwieniem zauważył nagle strwożone oczy Muchny z rozszerzonemi źrenicami, w których miotało się przeczucie i obawa; zobaczył twarz babci, która spochmurniała, zdawałoby się, bez przyczyny; staruszka podniosła na niego oczy i natychmiast je spuściła.
— Pleciesz coś! — mruknęła niezadowolonym głosem, a po chwili jęła znowu spoglądać na niego i pytający wzrok zwracać ku Muchnie.
Wieczorem przyszli znajomi, a z Warszawy przyjechali krewni. Muchna grała na skrzypcach „Legendę“ Wieniawskiego, „Menuet“ Mozarta i wiele innych pięknych rzeczy. Loluś akompanjował.
Odczuwał zawsze dziwną rozkosz, gdy grał z matką, ponieważ czuł wyraźnie, jak zacieśniają się wtedy więzy zrozumienia pomiędzy nimi i jak przepływają na falach dźwięków dusze zmarłych genjuszów i mówią do nich zrozumiałemi, ludzkiemi głosami. Lubił patrzeć na matkę, która grając napamięć, przymykała oczy i cała zatapiała się w muzyce, przyczem twarz jej bladła, a palce biegały po strunach starych skrzypiec, chwilami ledwie muskając je, jak muska olśniona światłem ćma powierzchnię cienkiego kryształu swemi miękkiemi skrzydłami.
Około dziesiątej skończyli grać... Pożegnali babcię i poszli do siebie.
— Muchno! — rzekł Loluś. — Czy nie chcesz trochę się przejść szosą?
W głosie jego była jakaś dziwnie namiętna i rozkazująca prośba. Matka odczuła to odrazu i natychmiast odpowiedziała:
— Chcę, chłopaku mój...
Wyszli z ogródka, minęli gmach komory celnej i zaczęli iść uliczką, brukowaną dużemi, okrągłemi kamieniami, a prowadzącą do klasztoru OO. Franciszkanów.
Przeszli ścieżką pomiędzy żytem i wyszli na szosę.
W powietrzu wisiały resztki kurzu, podniesionego przez ostatni omnibus, odwożący pasażerów z miasteczka do stacji kolejowej; wśród zakurzonych przydrożnych topoli rozlegały się rzadkie głosy ptaszków, przebudzonych ich krokami, w trawie i zbożu zawzięcie grały koniki polne; smętna piosenka wieśniacza dolatywała zdala, w miasteczku leniwie odzywały się psy. Cisza jednak stawała się coraz to potężniejsza, aż zawładnęła wszystkiem.
Mijali właśnie stojącą na pagórku przy drodze kapliczkę.
Loluś zdjął czapkę i przeżegnał się; Muchna głęboko westchnęła.
— Tu pożegnaliśmy Stacha, gdy jechał na wojnę! — pomyślał Loluś i odrazu poczuł, że powinien myśleć o czem innem i o tem innem z Muchną pomówić. Długo szli, milcząc, zatopieni we własnych myślach, lecz odczuwając zbliżanie się jakiejś stanowczej chwili.
Nareszcie Muchna szepnęła:
— Jaka cisza! Czy słyszysz, Loluśku, jak się przelewają fale ciszy?
— Tak, Muchno, słyszę... Ale jakie to dziwne! Tu taka cisza i spokój, a gdzieś zupełnie blisko mknie z łoskotem i hukiem pociąg, dalej kipi pełne wrzawy życie dużych miast, Warszawy, a jeszcze dalej rozlega się grzmot dział, grzechotanie kulomiotów i karabinów, zgiełk bitwy, krzyki walczących, jęki rannych!... Tu zaś naokoło nas taka cisza! Tak się czujemy, jak gdyby na całej ziemi była taka sama cisza i taki sam spokój. A przecież tak nie jest, Matuś najmilsza?
Matka nie odrazu się odezwała.
— Pewnie, że tak nie jest, synusiu... — szepnęła po chwili.
— Więc, Matuś, wszystko co nas otacza, co nam jest przyjemne, co jest naszem szczęściem i życiem, nie jest tem dla innych, dla całego narodu? — pytał Loluś, boleśnie oczekując odpowiedzi.
Długo milczała matka. Zapewne rozumiała bieg myśli syna, jeszcze walczyła z miłością matczyną, która nieraz ślepa jest wobec wrogiej prawdy, lecz zwyciężyła siebie i odrzekła:
— Tak synku! Życie i szczęście człowieka nie zawsze jest podobne do życia i szczęścia narodu...
Loluś zamyślił się głęboko. Chciał upaść do nóg matki i błagać ją, aby pozwoliła mu złączyć swoje życie z życiem Polski, lecz przypomniał sobie jej trwożne oczy przy podwieczorku, niezwykle bolesny wyraz twarzy, gdy grała „Legendę“ Wieniawskiego i zachwyt nad tą napływającą zewsząd ciszą, która choćby na chwil kilka zagłuszyć miała nielitościwą trwogę dnia, hałaśliwe dysonanse życia. Lęk i litość ogarnęły go i zmieniły jego plany na ten wieczór.
— Matuś! — zaczął szeptać Loluś, cichutko, jakby się bał, że podsłuchać ich może ktoś obcy. — Powiedz! Jak powinno być w życiu? Co jest wyższe i więcej ważne i cenne: życie i szczęście moje, twoje, babci, Stacha, Irenki, czy też wszystkich tych, którzy naród nasz stanowią?
Matka gwałtownym ruchem podniosła głowę, zajrzała synowi w oczy i szybciej iść, prawie biec poczęła, jakgdyby usiłowała uciec od stanowczej odpowiedzi.
— Matuś, Muchno, odpowiedz!...
— Człowiek istnieje dla swego narodu, a życie jego osobiste jest drobną cząstką życia kraju! — odparła nareszcie twardym głosem, nie podnosząc oczu. — Tak uczyli nas dziadowie i pradziadowie i tem mocną była Polska i przetrwała...
Lolusiowi twarz rozpromieniła się. Schwycił swoją Muchnę w objęcia i zaczął okrywać pocałunkami jej twarz, oczy, czoło, włosy i ręce.
— Tyś — cudna, tyś — Polka, tyś — Matuś najdroższa, najukochańsza! — szeptał wśród pocałunków. — Więc, Matuś złota, Muchna moja mała, śmierć za naród może stać się jego życiem, a szczęściem dla każdego z nas? Czy dobrze myślę?
Długo czekał chłopak na odpowiedź. Matka milczała, szybko idąc naprzód i nie patrząc na syna. A ten znowu zabiegł jej drogę i zajrzał w oczy. Jęknął z przerażenia. Twarz matki była śmiertelnie blada, głębokie zmarszczki bólu przecinały czoło i zarysowały się około powiek, a łzy ciężkiemi i dużemi kroplami spadały na pierś.
Loluś rzucił się do matki, aby ją pieszczotą uspokoić, lecz nagle sposępniał. W jego sercu i duszy dziecka urosła nagle duma mężczyzny, pełnego stanowczości i nieugiętych przekonań. Ten nowy mężczyzna odczuł, że w duszy matki dojrzało zrozumienie jego myśli i że opłakuje ona nie jego los, lecz ciszę jego dzieciństwa, która minęła już bezpowrotnie.
Loluś schylił się i w milczeniu złożył na ręce matki pocałunek pełen czci i ubóstwienia.
Nic już do siebie nie mówiąc, powrócili do domu. W pożegnaniu z nim matki, w jej pieszczotach Loluś odczuł nieznany przedtem, nowy odcień, który go wzruszył bardzo, a zarazem wzbudził w nim uczucie dumy.
W dwu przyległych pokojach matka przez całą noc opłakiwała dziecko-syna, który stał się nagle mężczyzną, a syn snuł męskie, śmiałe, bezwzględne plany swego życia dla narodu, którego drobną cząstką, jak kropla deszczu, spadająca do morza, była jego matka i on sam.


II.

W Warszawie wszystko się stało dziwnie szybko i prosto. Loluś z dworca odprowadził matkę do domu, a sam pomknął do gimnazjum. Tam huczało już, jak w ulu. Starsi chłopcy naradzali się pomiędzy sobą, opowiadali, że ma się tworzyć pułk, do którego tylko harcerze będą przyjmowani; mówili o tem, że bolszewickie mrowie ciągle się posuwa ku Warszawie, że w bitwach z Moskalami ten i ów ze znajomych i kolegów otrzymał już chrzest bojowy, został ranny lub poległ.
Lolusia powitało harcerstwo radośnie i szumnie.
— Idziesz? Do jakiego pułku? Kiedy? — rozrywano go na wszystkie strony.
Chłopiec uśmiechał się, ściskał ręce kolegów, nie mogąc przyjść do słowa, nareszcie, gdy się trochę uciszyło, odpowiedział wszystkim naraz:
— Idę, nie wiem, dokąd przyjmą, bo mam dopiero 15 lat. Trzeba będzie koło tego trochę pochodzić.
— A zezwolenie rodziców masz? — spytał go jeden ze starszych druhów.
Loluś spochmurniał i znowu odczuł znany mu od kilku dni łechcący chłód w sercu i po krzyżu.
— Jeszcze nie! — rzekł cicho. — Ale moja mama zezwoli, bo to przecież raz w życiu zdarza się, że ojczyźnie zależy nawet na takim, jak ja.
— Mnie to ciężko przyszło! — zawołał któryś z harcerzy. — Ojciec i matka płakali, prosili, błagali, abym zaniechał zamiaru. Oj, ciężko to widzieć łzy rodziny, a szczególnie ojca! Taki silny, tęgi mężczyzna, a płakał, jak dziecko, chociaż sam przecie do wojska się zaciągnął! Zgodzili się wtedy, gdym im powiedział, że jeżeli nie zezwolą, to nigdy już żadnemu Polakowi nie będę śmiał w oczy spojrzeć!
— Byłem w kancelarji nowego pułku, co się formuje na Pradze, druhowie! — cienkim głosem opowiadał na uboczu, wysoki, wiotki, jak trzcina, chłopak. — Dziw nad dziwy, powiadam wam! Chłopów wmig na żołnierzy przerabiają. Musztra, ćwiczenia, służba polowa — wszystko to nagwałt do łbów cywilom pakują i bardzo skutecznie! Widziałem tam ochotnika-kobietę, żonę oficera, Szybowską. Mała, szczupła, słaba, a w oczach — ogień, na twarzy — siła. Gdy chłopcy się zmęczą i ledwie się wloką, dość aby się obejrzała, i znowu wszyscy jakgdyby nic, jakgdyby przed chwilą zaczęli ćwiczenia, bo to, widzicie, druhowie, wszak wstyd przed niewiastą słabość pokazać. Starają się więc z całej siły! Widziałem tam tego grubasa, Szymka. Poci się, sapie, potyka się, a wybija krok, aż mu skry z pod obcasów lecą! Żebyście tylko widzieli, druhowie! Cud!
— Poznałem i ja panią Szybowską! — ozwał się siedzący na uboczu chłopiec o bladej, prawie niebieskiej twarzy, a oczy mu błysnęły. — Powiadam, wam, na człowieku aż skóra cierpnie, gdy się widzi, że są jeszcze tacy, którzy się za piecem kryją, gdy kobiety już rwą się do boju!
Loluś dalej nie słuchał. Pożegnał druhów, wsiadł w tramwaj i jechał do domu. Zastał matkę w salonie. Były u niej właśnie ciotki, ale wywołał ją do swego pokoiku i stanowczym, chociaż spokojnym głosem oznajmił:
— Muchno, idę do wojska, chcę zapisać się na ochotnika, bo już przyszedł czas!
Matka osunęła się na krzesło, i przymknęła oczy, niby w oczekiwaniu ciosu. Milczała, bo cóż mogła powiedzieć? Przecież już oddawna przeczuwała tę chwilę, rozumiała myśli syna i wiedziała, że „przyszedł czas“. Jednak miłość matczyna jeszcze walczyła.
— Mały jesteś jeszcze, masz dopiero 15 lat! Zresztą chorujesz na oko, synusiu?...
— Muchno, nie mów tak! Mam silne ręce i nogi, walczyć mogę. Kobiety słabsze są ode mnie, a już się zaciągają! — mówił Loluś.
— Przynajmniej daj mi słowo, że nie będziesz się rwał na front i zapiszesz się na sanitarjusza. Tacy też są potrzebni...
Loluś potrząsnął jasną czupryną.
— Matuś, na front sam nie ucieknę, tylko z pułkiem pójdę. A o oku nikomu nie powiem, chyba, że sami lekarze zauważą i nie przyjmą do pułku, wtedy dopiero zapiszę się na sanitarjusza. Nie mogę więcej nic ci przyrzec, Muchno. No, a teraz lecę!
Ucałował matkę i zniknął.
Zatrzymał się przy bramie na jedną chwilę, dłonie do czoła przyłożył i oczy przymknął. Przypomniał sobie w tej chwili wszystko, co przeżył w tym domu: miłość i dobroć Muchny, jej troski i kłopoty; śmierć ojca, którego matka z trudem i narażeniem życia przywiozła do Warszawy z Kaukazu poto tylko, aby go oddać ziemi polskiej; nieskończone rozmowy z kuzynką Irenką; licznych krewnych, których kochał; improwizowane koncerty; cały zastęp przyjaciół — dozorcę i jego żonę, chorą pokojówkę Marysię, biedne dzieciaki z podwórza, psy i koty — wszystkich tych, którym dopomagał w tajemnicy przed rodziną i za których bolał...
— Czyż już nigdy tu nie powrócę? — pomyślał Loluś, lecz natychmiast wyprostował się, niby zrzucając z siebie brzemię ciężkich myśli, i szybko zaczął oddalać się, nie oglądając się nawet.
Tegoż wieczoru zatelefonował Loluś do domu, że przyjęło go do pułku, który był rozkwaterowany w cytadeli, i że od jutra zacznie ćwiczenia wojskowe.
Od tej chwili męcząca, gryząca trwoga nie przestawała trapić serca matki. Jednocześnie dojrzewało postanowienie. Nazajutrz odnalazła koszary pułku, zawiozła synowi trochę jedzenia i ubrania, a, powracając, zatrzymała się przed zarządem Czerwonego Krzyża i do domu powróciła już z legitymacją siostry miłosierdzia. Później przyłączono ją do sanitarnego ambulansu 236 pułku, do którego zaliczono małego Lolusia.
Mijały dnie... Loluś w dzień przechodził ćwiczenia wojskowe, wieczorami opowiadał towarzyszom piękne, pełne polotu historje, a na noc wracał do domu. Matka robiła gorączkowe jakieś przygotowania, jakgdyby wybierała się z synem w daleką podróż. Pracy miała dużo, a późno w nocy przekradała się do pokoiku syna, długo wpatrywała się w jego śliczną, uduchowioną twarzyczkę i jasną czuprynkę, rozrzuconą na poduszce. Wpatrywała się tak, jak gdyby żegnała go na zawsze, a ogniem matczynej miłości wypalić chciała w pamięci swej na wieki miłą, drogą twarz. Łapała siebie na tem uczuciu i wzdrygała się cała, kurczowo zaciskając palce.
Z frontu tymczasem zaczęły przychodzić uspokajające wieści. Po Warszawie krążyły pogłoski, że wróg zatrzymał się w odległości 40 kilometrów od stolicy Polski i nie ma sił i odwagi ruszyć dalej. Pułk po dawnemu był zajęty wojskowemi ćwiczeniami i nieskończonem oczekiwaniem nadejścia karabinów, bagnetów, ładunków, plecaków, narzędzi szańcowych i innego zaopatrzenia bojowego.
Porucznik, dowódca bataljonu, udzielił Lolusiowi urlopu na trzy dni, ponieważ Muchna chciała, aby Loluś był na imieninach babci, u której zbierała się zwykle w tym dniu cała rodzina, i aby prosił ją o błogosławieństwo.
Gdy Loluś z matką przybyli do Nieszawy, zastali tam wielki ruch. Bolszewickie wojska zachodziły z boku na Włocławek i Nieszawę i w obydwóch tych spokojnych od niepamiętnych czasów mieścinach zapachniało wojną. Ogłoszono tu zaciąg ochotników, a młodzież obywatelska, robotnicza i włościańska garnęła się ochoczo pod młode, nie znające jeszcze ognia bojowego sztandary coraz to nowych pułków.
Właśnie spora garść ochotników miała w dniu imienin babci Lolusia wyruszyć do Włocławka, do sztabu. Ksiądz podczas rannej mszy zamierzał błogosławić w farze ochotników i mieć do nich pasterskie przemówienie.
Loluś był z całą rodziną na tej skromnej, chociaż nadzwyczaj podniosłej uroczystości. Tłumy odprowadzających zalegały farę i dziedziniec przed kościołem. Rozlegały się szlochania kobiet i ciężkie westchnienia mężczyzn. Z oczu ochotników biły blaski, nieznane w życiu codziennem, chwilami płynęły łzy rozczulenia.
Stary, schorowany, ledwie suwający nogami proboszcz wszedł po nabożeństwie na ambonę i, wyciągnąwszy suchą dłoń nad tłumem, długo stał milczący, jakby wsłuchany w dalekie, przemawiające do niego głosy. Nareszcie zwrócił się ku wielkiemu ołtarzowi i zaczął mówić cichym, przejmującym głosem:
— Królowo i Patronko Polski, Matko Przenajświętsza! Wnijdź w serca matek i ojców, tu przed Tobą w modlitwie pobożnej korzących się! Oto oddają ojczyźnie dziatki swoje w ciężkiej, wielkiej potrzebie. Serca ich oblewają się łzami krwawemi, a dusze pełne są troski i trwogi nieznośnej. Matko Syna Bożego i Zbawiciela, wnijdź w te stroskane serca i przemów do nich, kojąc ich ból i rozpacz!
Ksiądz umilkł, a po chwili, podnosząc ręce do góry, zawołał:
— Odrzućcie wszelkie nadzieje, zapomnijcie o swojem małem szczęściu, drobnem kochaniu, ziemskiem przywiązaniu, bo oto oddajecie największe skarby naszej wspólnej Matce-Ojczyźnie, a nie spodziewajcie się za to nagrody ziemskiej dla siebie, ino wyglądajcie łez męki, rozpaczy, bólu, bo zaiste, powiadam wam, bracia i siostry, że to tylko was czeka, gdyż wielu, o, bardzo wielu z tych, którzy dziś odchodzą od nas, już nigdy nie powróci i oczy matek i ojców nigdy już oglądać ich nie będą!
Mówiąc to, proboszcz rękę opuścił, jakgdyby wskazywał kogoś, i oczy w tym, kogo upatrzył, zatopił. Wszyscy zaczęli się oglądać. Uczyniła to i Muchna. Jęknęła boleśnie i na kolana upadła w lęku straszliwym.
Oczy i ręka księdza wskazywały Lolusia, bo też dziwny i cudny miał wygląd ten jasnowłosy chłopak! Stał wyprostowany z szeroko rozwartemi zielonemi oczami, świecącemi nieziemskim blaskiem, z twarzyczką białą, prawię przezroczystą i natchnioną. Promienie słońca, przebiwszy się przez stare szyby kościoła, zapalały się w jego jasnych, złocistych włoskach i blaski cudowne rzucały na czoło, oczy i usta.
Wszyscy w milczeniu patrzyli na niezwykłe zjawisko i na to pacholę, natchnione i piękne, lecz Loluś nie zauważył tego. Myśl jego odbiegła daleko, tam, gdzie się rozstrzygały losy Polski, gdzie na wielkim ołtarzu ofiarnym lała się krew kobiet i dzieci w imię wymarzonej od dziadów-pradziadów wolnej, przez męczeństwo rozpromienionej Polski. Loluś już nie słyszał modlitwy i słów kapłana, gdyż dochodził go głos Tego, który kieruje losami świata.
Matka, głowę wtuliwszy w ramiona, cała się pochyliła do zimnej, kamiennej posadzki i zatopiła się w krótkiej namiętnej modlitwie:
— Matko Syna, za nas ukrzyżowanego! Uczyń cud, jeśli będzie wola Twoja! Uczyń cud!...
Matka Lolusia wierzyła już tylko w cud i o cud tylko błagała niebiosa...
Nazajutrz wieczorem, pożegnawszy babcię, ciocię Jadwinię i kuzynkę Janulkę, Loluś z Muchną wyjechali do Warszawy.

III.

Upłynęło sporo czasu. Życie szło nowym, ale już ustalonym trybem. Loluś całe dnie spędzał na ćwiczeniach lub w koszarach, na noc zaś po dawnemu wracał do domu zziajany i zmęczony. Zaledwie miał siły na umycie się i przebranie, poczem padał na łóżko i zasypiał. Z Muchną prowadził krótkie i wesołe pogadanki, — „pogadudki“ jak się wyrażał, umyślnie unikając poważnych rozmów, oszczędzając serce matki. Z uśmiechem opowiadał, że dostał za swoją muzykę przezwisko „Loluś-Grajek“.
Tak było też 13 sierpnia. Późno w nocy dowódca bataljonu, porucznik Matarewicz, zatelefonował do Muchny i oznajmił wzruszonym głosem, że przyszedł rozkaz do pułku, aby wystąpić na pozycję ku Rembertowu, że on w tej chwili zbiera żołnierzy i że Loluś musi natychmiast stawić się do koszar.
W parę godzin później pułk, który dostał kolejny nr. 236, maszerował już za rogatki Warszawy, a Muchna wyruszyła nazajutrz w ślad za nim wraz z ambulansem i wozami z amunicją.
Nikt wtedy nie wiedział dokładnie, iż bolszewickie bandy przerwały gdzieś front i nieoczekiwanie doszły o 8 kilometrów od Warszawy do wsi Ossów. Tam właśnie skierowano pułk nagłym rozkazem bojowym.
Około czwartej rano z 13-go na 14 sierpnia pułk przysunął się na skraj Ossowa. Przed sobą miał drogę, a dalej moczary, na których przeciwległym brzegu już czaił się Moskal.
Na odgłos trąbki pułkowej wpadli ochotnicy do rowu przydrożnego i rozpoczęli strzelaninę. Był to bezładny i słaby ogień, gdyż nie wszyscy chłopcy mieli sprawne strzelby, nie we wszystkich ładownicach były naboje. Tymczasem od moskiewskiej pozycji leciał gęsty grad kul i coraz częściej pociski armatnie przecinały powietrze. O 4-tej bitwa rozgorzała na dobre. Ogień nieprzyjacielski stawał się coraz potężniejszym i naraz stała się rzecz straszna. Oddziały, stojące na skrzydłach 236-go pułku, zaczęły się cofać. Loluś widział bezładne kupy ludzi, uciekających w popłochu w różne strony. Z pozycyj rosyjskich zaczęli wybiegać żołnierze i z dzikiemi okrzykami pędzili w stronę Ossowa.
Nikt ich nie wstrzymywał, oprócz chłopaków, strzelających z rowu przydrożnego.
Zamieszanie zaczęło się wkradać w szeregi walczącej dziatwy, gdy w tej chwili rozległ się doniosły, dźwięczny głos. Chłopcy nigdy jego nie słyszeli, więc ze zdziwieniem zaczęli się oglądać. Wkrótce zrozumieli, że to kapłan pułkowy, młody ksiądz Skorupka, wykrzykiwał coś, czego nie można było dosłyszeć w zgiełku strzelaniny.
Po chwili ksiądz stanął w rowie i wybiegł na drogę. Miał krzyż w wysoko podniesionej ręce; obróciwszy bladą, natchnioną twarz w stronę chłopaków-ochotników, krzyknął:
— Widzę Pannę Najświętszą, Matkę Boga Zbawiciela w Niebiosach! Od tej chwili zacznie się zwycięstwo Polski! Za mną, dzieci!
Ksiądz, unosząc powyżej kolan sutannę, przebiegł drogę i wpadł w trawę na moczarach. Jakimś dźwięcznym, pełnym rozkazu głosem, krzyknął młody, szczupły, jak pacholę ochotnik:
— Naprzód!
I rzucił się za księdzem, trzymając karabin w ręku.
— To pani Szybowska! — mignęła myśl w głowie Lolusia.
Po chwili Loluś przebiegł też drogę, dogonił księdza i kobietę i uczuł pod stopami rozmiękłą ziemię.
Gromada harcerzy i ochotników pułku — wszystko co żyło, podniosło się z rowu i, przebiegając drogę, mknęło przez moczary ku nieprzyjacielowi.
Większość, nie mając bagnetów, porwała za lufy starych, zardzewiałych karabinów, i biegła, wymachując niemi, jak kijami przy grze w palanta.
„Czerwoni“, widząc atak, zatrzymali się, i po chwili ukryli się za nierównościami gruntu, skąd dali kilka salw.
Bez jęku, powoli, jak padający ścięty świerk, padła czarna postać księdza; zwinęła się w mały, pozbawiony form ludzkich, kłębek ochotnik Szybowska, postrzelona w twarz i głowę.
Loluś biegł z karabinem, czując wielką radość i szczęście, spokój i świadomość prawdy czynu. Nie czuł nóg pod sobą i nic mu nie przeszkadzało, ani grząska ziemia, ani kępy, ani wysoka, poplątana trawa. Wydawało mu się, że biegnie już długo. Krzyknął radośnie, gdy zobaczył, że pierzchający żołnierze sąsiedniego pułku, porwani przykładem chłopaków, zaczęli powracać, a część ich już przeszła do ataku. Dziwiło go tylko, że nie widzi przed sobą nikogo. Zniknął bez śladu kapelan i ochotnik Szybowska przepadła, jakgdyby się zapadła pod ziemię.
Chłopak biegł sam, trzymając mocno w ręce karabin a za nim, prześcigając jeden drugiego, biegli ochotnicy.
Naraz Loluś odczuł, że coś dotknęło go gorącem ostrzem. Zdziwiło go to, chciał przez chwilę zatrzymać się i przekonać, co się stało, lecz nagle noc zapadła, później jaskrawe, błyskotliwe promienie i różnobarwne ognie zaczęły wirować i krzyżować się w mroku nocy, a jeszcze po chwili przyszła nowa fala mroku i w niej wszystko utonęło, zgasło, ucichło...
Na skraju moczarów, tuż za drogą, leżał jasnowłosy chłopak, ochotnik-harcerz — Zygmunt Płoszko, powszechnie zwany Lolusiem. Miał spokojną, natchnioną twarzyczkę, wpółprzymknięte oczy, uśmiech na ustach, a wschodzące słońce zapaliło, jak wtedy w farze, kolorowe ogniki w jasnej czuprynce. Zdawało się, że chłopak śpi. Jednak na piersi, tuż nad sercem, na szarej kurcie rozpływała się coraz szerzej gorąca, bardziej szkarłatna, niż kwiat maku, krwawa plama.
Leżał zabity Loluś długo, gdyż wieśniacy pouciekali, a 236-ty pułk gonił zmykających nieprzyjaciół, których od tego dnia odpędzano dalej i dalej od Warszawy, aż przyszedł na nich dzień ostatecznej klęski.
Długo leżały tam niewinne ofiary za Polskę, za naród, a czerniły się wszędzie po polu bitwy, czerniły się obficie, gdyż naród polski nie znał mieszczańskiej, podłej oszczędności w dobie walki o kraj, honor i sławę.

IV.

O 10-tej wieczorem przybył do Ossowa dziwny wóz. Na koźle stangret-wieśniak bezustanku popędzał konie. Na wozie siedziała na wiązce siana siostra miłosierdzia. Kasztanowate włosy wymknęły się jej z pod białej chustki z czerwonym krzyżykiem na czole. Na bladej twarzy pałały, jak dwa płomyki, olbrzymie zielone oczy, wpatrzone w ciemną przestrzeń.
— Prędzej, prędzej! — szeptały namiętnie mocno zaciśnięte usta.
Wóz mknął z turkotem i brzękiem.
Gdzieś z boku błysnęły ognie i wóz podążył ku nim.
Wysoki, chudy ksiądz z kilkoma parobkami, uzbrojonymi w rydle, wchodził właśnie na moczary Ossowskie. Ten ponury, jakiś tajemniczy, zgrozą przejmujący orszak, oświecały trzy smolne pochodnie.
Ksiądz podszedł do wozu.
— Gdzie 236 pułk? — padło pytanie.
— Nie wiem! — odparł ksiądz. — Zapędził się za Moskalami. Idę grzebać poległych.
Sanitarjuszka zeskoczyła z wozu i, nic już nie słysząc, szła za księdzem i parobkami. Na suchem miejscu był wykopany głęboki dół. Tuż przy nim złożono stos ciał.
Ksiądz wydawał jakieś rozkazy, parobcy krzątali się dookoła, pochodnie świeciły czerwonemi plamami, rzucając migotliwe, błędne światła na ciała poległych, ułożone długim szeregiem, przechodzącym około otworu dołu w wielki stos.
— Requiescant in pace! — zaintonował ksiądz.
Sanitarjuszka nic nie słyszała. Chodziła pośród zabitych, zaglądała im w twarze, przewracała umarłych nawznak, szepcąc:
— Muszę znaleźć Miecia Szmidta, obiecałam to jego matce!...
Schylała się nad każdym i małym kawałkiem świecy, słabo płonącej w powietrzu, mgłą przesyconem, świeciła w oczy poległym. Naraz świeca wysunęła się jej z rąk i siostra z krzykiem: „Loluś, Loluś“, padła na skrwawioną pierś zabitego.
Krzyk to był tak rozpaczliwy, że wdarł się do duszy i mózgu obcych ludzi. Przerwał modlitwę ksiądz, rzucili rydle parobcy, jeden z nich nawet płonącą pochodnię opuścił na ziemię. Wszyscy podbiegli i otoczyli kołem drżącą, jak liść osiki, kobietę.
Ona już podniosła się i siedziała przy zabitym chłopaku, rozcierając mu zimne rączyny i chuchając w twarz...
— Cudu, Matko miłosierdzia, cudu! — szeptały drżące usta.
Była to Muchna. Jeszcze wierzyła w cud, jeszcze czekała, że jej bohaterskie orlę, jasnowłosy chłopak, umiłowany, łagodny Loluś otworzy swoje zielone oczęta, a usta jego szepną słowa pieszczotliwe do biednej, opuszczonej matki...
Lecz z tego odrętwienia ducha, z tego oczekiwania cudu, coraz natarczywiej budziły zbolałą kobietę dobiegające zdaleka krzyki bojowe, grzechotanie kulomiotów i huk pękających granatów.
To obudzenie wzmagało rozpacz, lecz jednocześnie jakiś cichy, jeszcze nieśmiały i nieuświadomiony głos szeptał:
— Wróg odparty, Warszawa ocalona. Twój syn to uczynił... Jasnowłosy chłopak, twoje orlę, twój Loluś, Loluś-grajek, który swoją muzyką koił miotające się w zwątpieniu i trwodze dusze druhów-ochotników i budził śmiałe, piękne marzenia, ten najwyższy dar bóstwa, dar królewski, czyniący więzienie — pałacem, koszary — świątynią, noc jesienną — dniem promiennym, szał i zgiełk bitwy — miłą Bogu modlitwą, śmierć — życiem wiekuistem, radosnem jak zorza poranna.



A BYŁO ICH 134-ech...

Po czterech miesiącach ukrywania się w syberyjskiej „tajdze“, przy 35 stopniach mrozu, ruszyłem z początkiem wiosny na południe. Zacząłem swoją podróż od Krasnojarska, bo w odległości 95 klm. od tego miasta kryłem się przed bolszewikami, samotny w dziewiczej puszczy, mając za towarzysza dobry karabin, tego wiernego obrońcę, opiekuna i karmiciela.
Nie obawiałem się, że zbłądzę w bezbrzeżnym oceanie lasów, chociaż miałem do przejścia około tysiąca kilometrów z miotającej się w agonji sowieckiej Syberji do granicy Mongolji. Nie obawiałem się dlatego, że pośród lasów i skał szła przepiękna, malownicza, ciemno-szmaragdowa, pełna wirów i białej piany droga. Był to „ojciec“ Jenisej, jedna z największych i najpiękniejszych rzek syberyjskich, biorący początek gdzieś w sercu Azji, w dzikich górach Ułan-Tajga, a wpadający swem ujściem w tajemnicze, jak śmierć, zimne objęcia Oceanu Lodowatego. Tam to, u stóp granitów Diksona, składała rzeka obfite dary.
Straszliwe były te dary. Tysiące trupów niósł do Oceanu Jenisej. W Krasnojarsku, Minusińsku i Jenisejsku pijani od krwi i „swobody“ sowieccy kaci mordowali, rozstrzeliwali, wieszali ludzi, odrąbywali im głowy i ręce, wycinali pasy na nogach i czerwone gwiazdy na piersiach, a później wrzucali te umęczone, storturowane ciała do wartkiego nurtu groźnej rzeki.
Wściekły i roznamiętniony promieniami wiosennego słońca Jenisej mknął na północ, kręcąc, w swych wirach, miażdżąc o ostre kamienie i rozbijając o wystające skały ciała męczenników, aż wbiegał całym pędem do Oceanu i tu, u podnóża mrocznej, granitowej wyspy oddawał niezbadanej otchłani morskiej straszliwe i krwawe dary.
Wzdłuż tego gościńca, którym płynęły niezliczone trupy ludzkie, zdążające ku miejscu wiecznego spoczynku, kierowałem się na południe, ku upragnionym górom Sajańskim. Poza niemi odłogiem leżała koczownicza, pokojowa Mongolja, zastygła w formach bytu XIII w. Nie mogłem więc zgubić drogi do tej „ziemi obiecanej“, gdzie jeszcze nie grasował rosyjski komunista, zwyrodniały potomek dawnych koczowników azjatyckich.
Po kilkotygodniowej włóczędze w lasach i górach, tropiony i ścigany przez patrole „czerwonej kawalerji“ gdy brnąłem brzegiem rzeki, łatwo dostrzegalny dla wrogów, lub gdy byłem zmuszony przemykać się przez nieliczne wsie syberyjskie — spotkałem w lesie zaczajonego w krzakach człowieka. Był to chudy, zwinny, jak gdyby upleciony ze stalowych sznurów, rudy, jak płomień, kozacki oficer Bazyli Marijew.
Odtąd szliśmy już razem. Odsadziwszy się daleko od Krasnojarska, gdzieś około potężnej skały Bateni, prawie przegradzającej bieg Jeniseja, nabyliśmy dla siebie od koczujących Tatarów konie i siodła. Po kilku potyczkach z „czerwonymi“, dotarliśmy nareszcie do rzeki Ałgiak, płynącej w głębokich wąwozach Sajanów. Tu już rozpoczynała się „zagranica“, mianowicie niezależny od Rosji i półzależny od Mongolji i Chin Urianchaj, kraj „wiecznego pokoju“, ziemia prastarych Tubów, którzy w swoim kulcie religijnym święcie przechowują bogów asyryjskich i indyjskich.
Czuliśmy się szczęśliwi, że wydostaliśmy się z granic oszalałej Rosji, odetchnęliśmy całą piersią wchłaniając czyste i „wolne“ powietrze pokojowej ziemi Tubów. Czuliśmy się szczęśliwi... lecz nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, ile niebezpiecznych przygód czekało nas wśród tych gór i lasów, ile krwi cudzej i swojej będziemy zmuszeni przelać, ile męki i tragedyj kryła w swoim gąszczu wspaniała puszcza urianchajska, gdzie z niebotycznych, spowitych śniegami i mgłami gór spływały do dolin pierwsze strumyki, dające początek Jenisejowi i rozpęd jego wspaniałemu, triumfalnemu biegowi na północ, hen — za koło polarne.
Przedzieraliśmy się długo na naszych wynędzniałych, zmordowanych koniach przez knieje. Minęło lato, jesień miała się ku końcowi. O świcie dokuczały nam niewymownie srogie przymrozki, gdyż nie posiadaliśmy ciepłego ubrania i obuwia. Na szczytach Ardaganu i na grzbiecie Ałgiak spotkaliśmy już dość głęboki śnieg. Codzień widzieliśmy stada jeleni-morałów, uchodzących z gór przed śniegami i spuszczających się do lasów, rosnących na południowych zboczach grzbietów górskich. Tuż za niemi ciągnęły się całe ścieżki, wydeptane przez wilki, czyhające na szlachetne i potężne jelenie o wspaniałych rogach i ryku, podobnym do lwiego.
Zima się zbliżała. Jej lodowaty, groźny oddech dobiegał już nas od północy, a krwawe niebo wieczorne wróżyło wiatry i mrozy.
Nareszcie ogarnęła świat, zwarzyła na czarno ostatnie liście brzóz i kalin, pokotem położyła bujną trawę i przykryła wszystko białym całunem.
Przyszły na nas ciężkie czasy. Nie mogliśmy długo pozostawać na siodłach, gdyż zagrażało to niechybnem zamarznięciem, więc szliśmy lub biegliśmy obok koni i tylko wieczorami i nocami rozgrzewaliśmy się przy ognisku, pijąc herbatę i zagryzając czarnemi sucharami. Nie uskarżaliśmy się na los, gdyż wiedzieliśmy, że za sobą zostawiliśmy śmierć, a przed sobą, być może, mamy zbawienie i życie.
Szczególnej nadziei jednak nie mieliśmy, bo trudno ją było mieć ludziom, jadącym przy mrozie 30-to stopniowym w zwykłych bluzach z cienkiego sukna i w lekkich butach oficerskich. Ale życie jest największym skarbem świata, i dwu jeźdźców, zabłąkanych w dziewiczej, dzikiej kniei Urianchaju, walczyło z zaciekłością o ten skarb ze wszystkiem, co było im wrogie.
Pewnego mroźnego wieczoru jechaliśmy znużeni i zmarznięci do szpiku kości, wyglądając w ciemności miejsca, gdzie nasze szkapy mogłyby znaleźć trochę trawy, marząc o ognisku i gorącej herbacie. Nagle spostrzegliśmy w oddali wierzchołki cedrów, zarumienionych od płonącego gdzieś w gęstwinie ogniska.
Kto tam się zaczaił w nocnym mroku? Wróg, czy włóczęga — zbieg, jak my?...
Kozak, pełznąc, jak wąż, przez krzaki, ruszył na wywiad. Zostałem przy koniach z karabinem w ręku, przygotowany na to, aby biec mu na pomoc w razie potrzeby. Długo czekałem, wsłuchany w ciszę nocną i czując zakradającą się do duszy wraz z zimnem jakąś ostrą, sprawiającą wprost fizyczny ból trwogę... A może to było przeczucie?...
Nagle rozległ się w oddali głośny krzyk Marijewa. Wołał na mnie.
Pojechałem, prowadząc za sobą jego wierzchowca. Wkrótce zobaczyłem duże ognisko pośród krzaków i cały tłum ciemnych postaci. Niektóre siedziały, większość leżała.
Niebieskie polskie płaszcze, czarne cywilne palta, wojskowe czapki, zwykłe kapelusze, często słomkowe. Głowy, ręce i nogi pookręcane szmatami i kawałkami skór baranich i jelenich...
Podjechałem i zeskoczyłem z konia.
— Panie — szepnął mi do ucha kozacki oficer — tu konają ludzie...
Narazie nie zrozumiałem całej zgrozy tych słów. Uważnie rozglądałem się dookoła. Naraz zadrżałem z przerażenia, gdy spostrzegłem, że prawie wszyscy mieli odmrożone i odpadnięte dłonie lub stopy, straszliwe rany na miejscu nosów i uszu, strupy i popękaną skórę na policzkach.
— Skąd tu przybyliście i kto jesteście? — pytałem, czując, że włosy mi się jeżą na głowie.
Usłyszałem najstraszniejszą opowieść, jaką kiedykolwiek w życiu usłyszałem lub czytałem.
Był to obóz Polaków...
Jedni z nich byli żołnierzami polskiej syberyjskiej dywizji; po zdradzonem powstaniu pod Krasnojarskiem uwięzieni w lochach „czerezwyczajki“ lub w obozie dla jeńców, zdołali uciec do lasu, gdzie przetrwali do zimy, żywiąc się jagodami, grzybami lub upolowanym czasem jeleniem; inni byli cywilni Polacy, którzy ukryli się w puszczy, uchodząc od prześladowań bolszewickich w dobie zwycięskiej wojny Polski z Moskwą. Istnieli i mieli płomyk nadziei nawet wtedy, gdy tygodniami szli o głodzie i chłodzie, bosi, zjadani przez pasorzyty. Ale trwało to do czasu, gdy zima objęła ich swoim lodowatym oddechem i położyła pokotem, jak trawę, ściętą i zwarzoną mrozem.
Było ich 134-ch... przed zimą. Pozostało 86-ciu. Reszta leżała na uboczu w krzakach z otwartemi, martwemi oczyma, pięściami, zaciśniętemi w ostatnim wysiłku i bezsilnej rozpaczy.
Towarzysze, którzy stracili na mrozie stopy i dłonie, a w objęciach ciągłego, wzmagającego się zimna — resztki sił i nadziei, nie mogli oddać ich ziemi i tylko codziennie, budząc się po straszliwej, tchnącej śmiercią nocy, przyłączali do tego stosu martwych coraz to nowych i nowych męczenników.
— Jutro będzie silny mróz i wiatr zerwie się od północy... — mówił do mnie smętnym, ochrypłym głosem Kazimierz Bielski, polski żołnierz, — może już wreszcie przyjdzie koniec... oby prędzej... prędzej!...
Opowiedziano mi tu, przy ognisku tych ledwie czołgających się ludzi, że pięciu towarzyszy, którzy mogli jeszcze chodzić, poszło na południe. Czy dojdą? Dokąd mają pójść? Nikt tego nie wiedział...
Przyrządziliśmy herbatę w kotle, poiliśmy tych jutrzejszych nieboszczyków, oddaliśmy im połowę naszych sucharów, ale to było wszystko, co mogliśmy dla nich uczynić, gdyż czekały nas jeszcze tysiące kilometrów nieznanej, a niebezpiecznej drogi.
O świcie pożegnaliśmy tę mogiłę otwartą z ruszającemi się jeszcze trupami i mknęliśmy, ile koń wyskoczy, dalej i dalej od ponurego miejsca męki, rozpaczy, przekleństwa i zguby, czując, że śmierć na czarnym rumaku o białych, krwią zbroczonych kłach pędzi za nami i woła syczącym głosem:
— A jutro wy! A jutro wy!...
Obóz 134 Polaków w tajdze Urianchaju, za Czokurem, pośród śniegów, na kamień stwardniałych na mrozie... 134-ch... a śród nich żołnierze polscy — młodzież nasza, porwana do legjonów słowami wielkiego zapału, miłości do kraju, zrozumieniem przyszłych losów Polski. Kto był z tego obozu ostatni, kto wrzucił do ognia ostatni kawał drzewa, i został martwy, z szeroko rozwartemi, zrozpaczonemi oczyma nie pośród swoich, ale samotny przy zgasłem ognisku, na sczerniałym od popiołu i węgla śniegu?...
Umarli wszyscy, gdyż umrzeć musieli.
A gdzie są ci, co poszli na południe?
Oto na bagnistych brzegach Sejbi znalazłem trzy kamienie z nakreślonym na jednym z nich krzyżem katolickim. Leżały pod brzozą, a na jej korze był wyryty orzeł polski i dwie litery: „K. R.“
Oto w oczeretach i szuwarach jeziora Teri-Nur widziałem polskiego żołnierza. Leżał wciśnięty piersią w ziemię, ubrany w zakrwawiony płaszcz niebieski, ale był bez głowy. O kilka kroków dalej spostrzegłem gołą czaszkę ludzką, i dookoła kilka śladów wilczych.
Dalej za Khua-Kemem, na Kuturdze, widzieliśmy szczątki człowieka, rozszarpanego przez dzikie zwierzęta i drapieżne ptactwo. Obok leżały strzępy polskiego niebieskiego płaszcza.
A reszta? Może ci zdołali się uratować?
Byłem szczęśliwszy, czy silniejszy od moich rodaków z tajgi urianchajskiej. Przeciąłem stepy Mongolji z północy na południe i z zachodu na wschód, przebrnąłem szlakiem wielbłądzim Gobi, po drodze spotkałem kilku Polaków, odważnych i dzielnych, lecz nie widzieli oni tych, których znaleźliśmy w przededniu ich ponurego zgonu, tam, w kniei, za śnieżnym Czokurem, co, jak kurhan mogilny, wznosi się ponad puszczą i ciągnącym na północ grzbietem Sajanów...
Przyszli inną drogą męczenników. Tamtych zaś nigdzie nie spotkałem i nie słyszałem nigdy już o nich...
Wichry z Gobi i potoki z Tannu-Ołu rozniosły po Mongolji, tej krainie szatana, kości Polaków.
Niema chyba miejsca, gdzie los surowy nie rozsiałby kości naszych!
Od wielkiego Ałtaju do Oceanu Lodowatego, od granic martwej Gobi do brzegu Pacyfiku leżą one i wołają do swego narodu:
— Podnieś się, bądź potężny i mądry, a wtedy zgaśnie rozpacz ostatnich chwil naszego zgonu męczeńskiego, o narodzie nasz, nad życie ukochany!
Słyszały te słowa gorące lasy Darchat-Uła, święty Bogdo-Uł, szara, beznadziejna pustynia Naron-Kchuchu-Gobi, Anadyr, północny łuk Żółtej rzeki — kolebki Chin, i tajemniczy Karakorum...
Kto zbierze te kości polskie?



NA SZCZYCIE TANNU-OŁU.
I.

Nastąpiła chwila rozstania.
Ciężka chwila, bo bez nadziei, bez promienia wiary.
Nareszcie odeszli, bojąc się oglądać, bojąc się dosłyszeć jakiś szept lub westchnienie pozostałych.
Gdy weszli na wysoki grzbiet górski, dokąd zaprowadziła ich ledwie dostrzegalna na śniegu ścieżka leśna, zatrzymali się i spojrzeli nadół.
Przez wierzchołki modrzewi, czarnych i smutnych, dojrzeli polanę i wznoszący się nad nią słup dymu. Wiedzieli, że było to ognisko, przy którem pozostawili 134 swoich towarzyszów niedoli.
Bystrooki Bielecki rozpoznał nawet na śniegu czarne postacie leżących i siedzących ludzi.
— Pozostali — szepnął — pozostali na zawsze!
Towarzysz jego, wysoki, blady robociarz kolejowy, Małcużyński, jęknął jakoś żałośnie i schwycił Bieleckiego za ramię:
— Henryku! — szepnął. — A może źle zrobiliśmy, żeśmy odeszli? Może powrócić i razem...
Bielecki, mały, krępy blondyn, żołnierz „Syberyjskiej Polskiej Dywizji“, żachnął się nagle i prawie krzyknął:
— Razem? Co razem? Dokończ, psia krew!
Małcużyński milczał.
— Zdychać razem — chciałeś powiedzieć? — krzyknął znowu Bielecki. — Ty wiesz przecie, że tam, na dole — tylko śmierć... Jeżeli my nie dojdziemy, jeżeli nie znajdziemy konsula polskiego — tam — mogiła!...
Towarzysz milczał i z rozpaczą w oczach patrzał nadół, gdzie w mroźnem powietrzu, wysoko ponad wierzchołki modrzewi żałobnych wzbijał się dym.
Poszli dalej w ciężkiem milczeniu. Ślizgali się na zmarzłych, lodem pokrytych odłamach skał, brnęli przez głębokie zaspy śnieżne, z trudem przedzierali się przez gęste zarośle i przełazili przez stosy zwalonych drzew.
Ubrani byli dziwnie, jak na tę porę roku, gdy na Sajanach szaleją mrozy i wściekłe śnieżyce. Mieli na sobie tylko niebieskie bluzy wojskowe, na nogach szmaty, obwiązane powrozami. Jeden miał czapkę żołnierską z orzełkiem polskim, drugi był w kołpaku futrzanym. Małcużyński niósł na plecach worek z pobrzękującym w nim kociołkiem i blaszanemi kubkami, Bielecki dźwigał karabin, siekierę i łopatkę żołnierską do odgrzebywania śniegu przy ognisku.
Wlekli się powoli, ale nie wypoczywali i nie zatrzymywali się.
Każdy był pogrążony w swoich ciężkich myślach.
Małcużyński przyśpieszył naraz kroku, zrównał się z idącym na przedzie towarzyszem i niepewnym głosem rzekł:
— Rząd polski musiał chyba posłać kogoś do Mongolji, żeby pomagał żołnierzom dywizji i Polakom, uciekającym z sowieckiej Syberji? Prawda?
— Słyszałeś wczoraj narady w obozie? Wszyscy myślą, że ktoś tam jest od rządu do pomocy i opieki nad Polakami! — odparł Bielecki. — Nikt jednak nic nie wie, więc posłano nas, najsilniejszych.
— A czy znajdziemy? Czy aby dojdziemy? — padło nieśmiałe, pełne trwogi pytanie.
Towarzysz milczał. Rzucił tylko okiem przed siebie, gdzie jeden po drugim wyżej i wyżej piętrzyły się łańcuchy górskie, pokryte czarnemi lasami, lub nagie, śniegiem połyskujące i ostremi skałami najeżone.
— Tam! — rzekł, wskazując ręką na południe.
— Czy aby dojdziemy? — powtórzył blady robotnik, z trwogą zaglądający w oczy Bieleckiemu.
Ten nagle zatrzymał się i porwał za karabin.
— Słuchaj! — rzekł ponurym, groźnym głosem. — Słuchaj! nie mamy nic do wyboru, tam — zginęlibyśmy. Tu, być może, dojdziemy, ocalimy siebie i tamtych... Jeśli zginiemy, czyż nie jest to obojętne, czy tu, czy tam, gdzie w krzakach już leży tylu naszych zmarzniętych?... Widziałeś chyba, że niektórym już kruki i krogulce oczy wydziobały? Więc milcz i idź, duszo piekielna, bo, jeżeli będziesz mi ducha odejmował, podsycał zwątpienie, to — widzisz? mam w lufie ostatni nabój, a wsadzę go w twoją głowę!
Ostatnie słowa wykrzyknął z jakąś szaloną rozpaczą i umilkł. Odwrócił się i poszedł dalej, lecz po chwili znowu się zatrzymał i już spokojniejszym głosem rzucił, nie patrząc na towarzysza:
— Idź i pamiętaj, że, cokolwiek się stanie, nie porzucę cię, będę przy tobie do ostatka!
Na wynędzniałej twarzy Małcużyńskiego ukazał się uśmiech.
Znowu dogonił Bieleckiego i, dotykając jego ramienia, zawołał:
— Ja też przysięgam... na Matkę Boską!
— A ty rób, jak chcesz — nie dbam o to... — mruknął żołnierz.
Szli dalej, myśląc każdy o swojem. Myśli to były jednak ciężkie i bolesne, bo twarze im się chmurzyły, ciężko podnosiły się i opadały piersi, a oczy nieraz zachodziły mgłą.

II.

Słońce zapadać zaczęło za dalekie szczyty. W głębokich dolinach już pełznął mrok. Rozlegały się nocne głosy puszczy, tajemnicze i trwogą przejmujące.
— Trzeba stanąć! — powiedział Bielecki, obejrzawszy się za nadciągającym z tyłu towarzyszem. — Noc już się zbliża. Rozpal ognisko, a ja tymczasem pójdę poszukać coś do jedzenia...
Małcużyński wybrał niewielką polankę pomiędzy modrzewiami, zakrytą ze wszystkich stron olbrzymiemi głazami i konarami zwalonych przez burze drzew, i, wziąwszy od towarzysza łopatę i siekierę, zaczął rozgrzebywać śnieg. Bielecki zaś, powiesiwszy swój karabin na gałęzi, poprawił szmaty na nogach i pokulał w stronę krzaków, rosnących na zboczach góry.
Już ogień płonął pomiędzy drzewami, w kociołku gotowała się woda, do której Małcużyński wrzucił malutką szczyptę herbaty, gdy rozległy się kroki powracającego Bieleckiego. Opierał się na wyciętym w lesie kiju, kulał jeszcze bardziej. Podszedł do ogniska i z ciężkim jękiem upadł na śnieg.
— Trochę porzeczek znalazłem... Mrozy były ostre i jagody pomarzły... Wszystkie poopadały... — rzekł, podsuwając nogą czapkę bliżej do ognia.
Małcużyński nalał herbaty do kubków. Zaczęli pić, dmuchając w gorący płyn i ciężko oddychając. Jeden po drugim schylali się nad czapką i brali czerwone jagody, kwaśne i zmarznięte.
Skończywszy jeść, nacięli cienkich gałązek i usłali sobie legowisko tuż przy ogniu, podsycanym od czasu do czasu kawałkami suchego drzewa, zebranego przez Małcużyńskiego.
Leżąc, gwarzyć zaczęli leniwie, z długiemi przerwami, a, jak to zwykle bywa w obliczu natury i czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa, poruszali wspomnienia z ubiegłego życia.
— Gdym przyjechał na Sybir ze swoich stron, z początku dobrze poszło — mówił cienkim głosem Małcużyński. — Pracy wszędzie dużo, a robotnika brak! Płacili dobrze i grosza sporo się uciułało. Wybierałem się z roku na rok, aby powrócić do swoich. Jestem z pod Lidy... Aż tu naraz wojna, a później — rewolucja... Ugrzązłem... A teraz...
Chciał już swoim zwyczajem powzdychać, poskarżyć się na swój i towarzysza los, rozczulić się, ale ten mu przerwał pytaniem:
— Przecie bolszewicy was socjałów-robotników szanowali, to czemu uciekłeś do lasu?
— Bo to, widzisz, gdy już żołnierze polskiej dywizji dostali się do niewoli i z więzienia zaczęli uciekać, jam ich ukrywał, pieniądze i chleb dawał i odsyłał dalej...
— Aha, już wiem! — domyślił się Bielecki. — Bolszewicy dowiedzieli się o tem?
— Tak, dowiedzieli się i wpakowali mnie do więzienia. Partja poręczyła za mnie, a ja uciekłem do lasu. Spotkałem tam kryjących się naszych żołnierzy i cywilów i żyłem z całą kupą, jak sam widziałeś.
— Widziałem! — mruknął Bielecki. — Spóźniliście się, do djabła! Trzeba było w maju ruszać, a wyście zaczęli dopiero we wrześniu. Złapała was zima i pomarzliście.
— Wszyscy pomarzli na śmierć, lub prawie na śmierć... — jęknął Małcużyński. — Pięćdziesięciu dwóch zginęło, a reszta ma nogi, ręce i twarze odmrożone. Stopy i dłonie poodpadały i gnije to wszystko, jak u mnie.
Wyciągnął do ognia lewą rękę, z której zdjął szmaty. Z czarnej, ropiącej rany sterczała kość. Dłoni nie było zupełnie, a czerwone, jakieś lśniące w ogniu plamy i centki czerwieniły się aż do łokcia.
— Dobrze jeszcze, że prawa ręka i nogi ocalały! — westchnął z jakąś ulgą.
— Zapewne! — odburknął towarzysz i zaczął odkręcać brudne szmaty z lewej nogi. Wkrótce ukazał się czerwono-siny, bezkształtny kawał mięsa na spuchniętej, sczerniałej i ranami pokrytej stopie. Schylił się, spojrzał, zaklął... Po chwili począł odrywać kawałki odpadającej skóry i mięsa, i, zaciąwszy zęby, okładać śniegiem, który topniał i przemywał zanieczyszczone rany.
— Dostało się i tobie, — zauważył Małcużyński — chociaż do nas już na samym końcu przybyłeś...
— Dostało się! — mruknął żołnierz, zwijając się w mały kłębek przy ognisku i przykrywając się z tyłu gałęziami.
Umilkli. Noc zapadła. Księżyc płynął, obojętny i zimny, co chwila znikając za mknącemi obłokami. Zerwał się powiew wiatru od północy, ale wnet ustał. Dwaj Polacy, zbłąkani w dzikiej puszczy środkowej Azji, milczeli. Czerniły się ich nieruchome postacie przy ognisku. Spali, czy nie? Od czasu do czasu przewracali się z jękiem i westchnieniem z boku na bok, aby ogrzać zziębniętą część ciała lub dorzucić kilka kawałków drzewa do przygasającego ogniska.
Cisza całym swoim ciężarem padła na ziemię. Żaden dźwięk nie mącił jej niemego spokoju, gdy nagle przeraźliwy, pełen rozpaczy krzyk rozdarł ciszę.
Małcużyński zerwał się na równe nogi i, drżąc na całym ciele, pytał:
— Co to? co to?
Bielecki leżał skulony i tylko ręce mu drgały kurczowemi ruchami, ciężko oddychał i rzęził. Nagle wyprostował się, krzyknął żałośnie, łkając i jęcząc:
— Coście z nią zrobili? Jak mogliście puścić ją samą? Szukajcie, bo oszaleję... Marychno! Marychno!...
— Śni mu się coś niedobrego — pomyślał robotnik i trącił śpiącego nogą. Ten poruszył się i zaczął oddychać spokojniej.

III.

Szli tak kilka dni, lecz coraz wolniej. Wspinali się wyżej i wyżej, gubiąc stale kierunek i zapadając w głęboki śnieg. Mróz ścinał krew w żyłach i zmuszał do zatrzymywania się i nacierania śniegiem odmrożonych twarzy i rąk. Jagód już nigdzie nie było, żywili się opadłemi liśćmi, suchą, brunatną trawą i resztkami zgniłych grzybów, które czasami udawało się wygrzebać z pod śniegu.
Pewnego razu Małcużyński nie mógł się podnieść po noclegu. Bolały go wszystkie kości i głowa pękała z bólu. Jęczał i płakał, jak dziecko, nie skarżył się już jednak i nie narzekał.
— Umrę tu, zostaw, nie dojdę do tych gór! — wyjąkał, trzęsąc się z zimna.
Na horyzoncie, jak szafirowa ciemna wstęga, ciągnął się graniczny grzbiet Tannu-Ołu. Za nim leżały odłogiem stepy Mongolji, gdzie iść byłoby łatwiej i gdzie można było spotkać osady ludzkie, w których spodziewali się odnaleźć Polaków.
Bielecki zamyślił się głęboko. Coś rozważał.
— Zostaw mnie, idź! — jęknął z rozpaczą robotnik.
— Milcz ty — psiawiaro! — zaryczał na niego żołnierz. — Nie zostawię, ale pójdę, może coś upoluję...
— Nie zostanie ci wtedy na obronę żadnego naboju! — szepnął Małcużyński.
— Jeden nabój — nie wielka pociecha, i tak się nie obronimy! — odparł spokojnie Bielecki i poszedł, rzuciwszy na leżącego kupę suchej trawy ze swego posłania.
W lesie było cicho. Na śniegu długo nie było widać żadnych śladów. Puszcza milczała, i żaden głos żyjącej istoty nie dochodził do Bieleckiego, który, utykając i krzywiąc się z bólu za każdym krokiem, brnął przez zaspy.
Naraz zatrzymał się i zaczął oglądać śnieg. Spostrzegł dziwny ślad. Zdawało się, że człowiek niedawno szedł tędy boso. Wyraźnie odbiły się na śniegu wklęśnięcia gołej stopy.
— Nie odszedł daleko! — miarkował żołnierz. — Ślad całkiem świeży...
Zgadł, gdyż ten, co pozostawił po sobie dziwny ślad, był bardzo blisko.
Nie uszedł Bielecki nawet stu kroków, gdy z gąszczu młodych modrzewi podniosła się olbrzymia czarna postać, wyjrzała i znowu zapadła w krzaki. Żołnierz, poszedł do zarośli, a gdy się zbliżył, czarna postać znowu się zjawiła i runęła w jego stronę. Teraz dopiero Bielecki zrozumiał, że szedł ku niemu, podniósłszy się na tylne łapy. niedźwiedź. Miał rozwartą paszczę i ryczał, wyrzucając kłęby pary.
Żołnierz nie czuł żadnego strachu, był dziwnie obojętny. Zatrzymał się przy pniu upadłego modrzewia, położył na nim karabin, udeptał śnieg i mocniej oparłszy się na zdrowej nodze, wymierzył.
Strzelił, gdy dzieliła ich przestrzeń jakich dwudziestu kroków.
Stokrotne echo poniosło huk wystrzału, aż hen! ku szczytom skalistych Ułan-Tajga. Ale Bielecki nie słyszał tego, bo cały zamienił się w uwagę... Trzymał już w ręku bagnet i śledził każdy ruch zwierza. Ten po wystrzale padł, lecz po chwili podniósł się, chwytając się potwornemi łapami za pierś i z rykiem łapiąc powietrze. Słaniał się i sunął powoli ku strzelcowi, ale nie doszedł. Zachwiał się, upadł, drgnął kilka razy i pozostał bez ruchu.
Z wielkim trudem przywlókł Bielecki osłabłego towarzysza na miejsce walki, rozpalił ognisko i upiekł na bagnecie, jak na rożnie, kilka kawałków mięsa. Wypoczywali tu przez parę dni, aby nabrać sił. Małcużyński wkrótce już zaczął chodzić. Była nadzieja, że pójdą dalej.
— Teraz dojdziemy! — mówił już pewniejszym głosem robotnik. — Dużo mięsa zabierzemy ze sobą i dojdziemy!
Bielecki milczał. Nie miał tej nadziei, gdyż stopa mu już prawie całkiem zgniła i odpadła, obnażając kości, a przenikliwy, nieznośny ból podnosił się wyżej, sięgając kolana.
— Pewno — dojdziemy! — rzekł nareszcie. — Głupio byłoby teraz umrzeć, tu, w Azji. Poszedłem mając 17 lat, do polskich legjonów, aby walczyć z Moskalami o Polskę — byłem w pięciu atakach i żadnej rany nie otrzymałem. Później dostałem się do niewoli i aż na Sybir rzucili mnie Moskale. Z trzystu kolegów, pięciu zaledwie zostało. Dwa razy łapał mnie tyfus — wylizałem się. Zaczęła się formować przeciwko bolszewikom dywizja — odrazu poszedłem i walczyłem pod Kaińskiem, Barnaułem i Sławgorodem i nic mi nie było! Wierzyłem, że nasza dywizja razem z wojskami syberyjskiego rządu dojdzie do Moskwy i z tyłu na bolszewików uderzy, i że do kraju się przerwiemy w dobrym ordynku i za Polskę już walczyć będziemy. Upadł rząd syberyjski, bolszewicy nas oszukali i do niewoli wzięli. Ilu naszych zginęło! Jatki to były! Przetrwałem i to... Idę teraz i muszę dojść, jeżeli istnieje sprawiedliwość na świecie! Muszę, słyszysz? — muszę!
Znowu szli... Dnie... tygodnie... Mięso dawno już zjedli, a żywili się po dawnemu liśćmi, trawą i gorącą wodą.
Po raz drugi upadł Małcużyński i podnieść się nie mógł. Próżno błagał go żołnierz, groził i pomagał mu wstać. Małcużyński był już obojętny. Czuł, że doszedł do ostatniego kresu.
— Słuchaj! — mówił, pochylając się nad nim, Bielecki. — Już jesteśmy na szczycie Tannu-Ołu, już tam za lasem widzę, jak góry zniżają się i w stepy przechodzą. Zbierz wszystkie siły, i idź, bo tam — ludzie, stada...
— Tam śmierć... — jęknął robotnik. — I tu śmierć...
Bielecki odszedł od niego, siadł na kamieniu i jął wpatrywać się w ognisko, z wiszącym nad nim kotłem. Woda długo nie chciała się zagotować. Wiatr zdmuchiwał na bok płomień, i języki ognia tylko zrzadka lizały czarne dno naczynia.
Leżący po drugiej stronie ogniska Małcużyński, poruszył się nagle gwałtownie i wyjąkał coś niezrozumiałego.
— Zaraz! — odezwał się Bielecki. — Jeszcze woda nie kipi.
Gdy na powierzchni wody zjawiła się piana i pękać zaczęły duże bąble, żołnierz napełnił blaszankę i podszedł do towarzysza.
— Pij, rozgrzej się! — mruknął, schylając się nad nim.
Leżący nie odpowiedział.
— Pij! — powtórzył Bielecki i, wsunąwszy mu rękę pod głowę, uniósł ją do góry, lecz natychmiast opuścił, patrząc z przerażeniem na towarzysza. Ten leżał sztywny, ze skrzepłym na twarzy wyrazem bólu i z otwartemi, szklanemi oczami, w których żyła jeszcze rozpacz, ostatnia, pełna zgrozy, straszna, bez granic.
— Umarł... — szepnął żołnierz i nagle zaczął się śmiać.
Przez śmiech rwały mu się słowa.
— Nie doszedł... ha! ha... ha!... A mówił: „Teraz dojdziemy!“ Doszedł — a jakże?...
Śmiech przechodził stopniowo w krzyki obłędne, aż zerwały się, ciężkie, wstrząsające całem ciałem łkania.
Żołnierz długo płakał, opuściwszy głowę na ręce, oparte na kolanach, ale jakaś myśl nurtowała go uporczywie.
— Coś trzeba zrobić? Koniecznie... Natychmiast... Ale co?... co?
Podniósł głowę, aby spojrzeć na zmarłego, i spostrzegł łopatkę, wbitą w kupę odrzuconego śniegu.
— A — a! — pomyślał. — Mogiła...
Utykając, zaczął się krzątać. Zgasił ognisko i łopatką jął kopać dół w odmarzniętej ziemi. Kopał długo i mozolnie, gdyż żelazo ciągle trafiało na kamienie. Nareszcie dół głęboki na jakie dwa łokcie był już gotów. Zauważył, że jest za krótki, ale odrazu domyślił się co ma czynić. Podciągnął zmarłego do krawędzi dołu i zaczął go spychać, starając się, aby przyjął siedzącą postawę. Udało mu się to po mozolnej pracy. Małcużyński siedział w mogile z otwartemi oczami, i wyglądał na przerażonego człowieka, który schronił się do rowu.
— Jak w okopie... — mignęła Bieleckiemu myśl.
Zaczął zasypywać dół i wkrótce głowa umarłego znikła. Wtedy Bielecki ułożył nad nim trzy spore kamienie i węglem naznaczył na jednym — krzyż.
Zaczął odmawiać pacierz za zmarłych, ale słowa modlitwy nie przychodziły mu odrazu, plątały się i brzmiały bez znaczenia. Powtarzał raz po raz:
— Wieczny odpoczynek racz dać — racz dać mu, Panie... Panie...
Przerwał i zamruczał do siebie:
— Węgiel się zetrze... Śladu nawet nie pozostanie...
Spojrzał na czarny modrzew, stojący tuż przy świeżej mogile. Kiwnął głową z zadowoleniem. Zdjął czapkę i oderwał z niej srebrnego orzełka. Za pomocą rękojeści bagnetu wtłoczył godło Polski w korę azjatyckiego drzewa na szczycie Tannu-Ołu.
Odrazu uspokoił się i jakby zapomniał o Małcużyńskim.
Zebrał do worka rzeczy; siekierę, łopatkę i bagnet zatknął za pas i poszedł.
Zrobiwszy już kilka kroków, obejrzał się i przeżegnał drzewo i kamień, naznaczony krzyżem.
Był teraz sam i szedł samotny dalej na południe. A musiał przeciąć te góry i zejść z nich na stepy Mongolji. Nie myślał o drodze, cierpieniach swoich, trudach, nie szukał łatwiejszych przejść. Szedł teraz naprzełaj, prosto, na południe.
Już dobrze ściemniało, gdy wszedł w głęboką dolinę, gdzie szumiał nie skuty lodem, pieniący się potok górski.
Zatrzymał się i zaczął urządzać obozowisko. Musiał rozgrzebać śnieg, uzbierać i narąbać suchych gałęzi, rozpalić ognisko, przynieść wody i poszukać jagód, trawy lub chociażby kory młodych drzew dla zaspokojenia szarpiącego wnętrzności głodu.
Odrzucił śnieg i usiadł na ziemi, z uczuciem śmiertelnego znużenia i zniechęcenia.
Myśl jednak czy instynkt gnał go, zmuszał do wstania i pójścia po drzewo.
— Zamarznę w nocy bez ogniska, lub osłabnę ostatecznie, jeżeli czegoś nie zjem! — powiedział do siebie głośno i uczynił wysiłek, żeby wstać. Uczuł straszliwy ból w gnijącej, zaognionej nodze, lecz nagle jakiś głos dobitnie szepnął:
— Poco? Nie umrzesz dziś w nocy — to umrzesz jutro w dzień...
— Dojdę! — warknął Bielecki i komuś pogroził pięścią.
— Dojdę!... — powiedział głośniej, a później krzyczeć zaczął z całej siły jedno tylko słowo:
— Dojdę! dojdę!...
Zerwał się i, nie zważając na ból, szedł, prawie biegł doliną, uderzając się o kamienie i drzewa i nie bacząc na kierunek. W oczach mu kołowały zielone ogniki, chyżo wirujące, i słyszał jakiś huk, krzyki i zgrzyty w głowie.
Padał i podnosił się. Odwiązały mu się szmaty na chorej nodze. Zerwał je i szedł dalej, nie czując bólu, gdy kością obnażoną uderzał o kamienie i wystające suche gałęzie.
— Dojdę... — szeptał w obłędnym uporze.
Wydało mu się, że jest w Karpatach, w legjonach, że idzie bić się za Polskę z wiarą w jej triumf i zmartwychwstanie, że ma, jak wtedy, 17 lat i że idzie za nim błogosławieństwo zapłakanej matki-wdowy i jej słowa ostatnie, gdy wsiadał do pociągu:
— Wracaj szczęśliwie!
— Wrócę, matulu, wrócę do wolnej Polski! — krzyczy z radosnym uśmiechem Bielecki, lecz uderza głową o zwisającą gałęź i pada na skrzepły śnieg.
Ostatkiem sił wspiera się na prawem ramieniu i unosi trochę znękane, zbolałe ciało, ale w tej chwili otula go jakieś błogie ciepło, oczy się kleić zaczynają, znika dręczące uczucie głodu i odczuwanego całą istotą lęku i beznadziejności... Zasypia... bez znów i bez przebudzenia.

IV.

Wypłynął księżyc, zimnem okiem rzucił na bladą, spokojną twarz obcego dla tych gór i puszczy człowieka i popłynął dalej. Powiał wiatr mroźny, zaszumiały wierzchołki drzew... Przeraźliwie skrzypnęła złamana gałąź... Po chwili wszystko się uciszyło... a wtedy, bez szmeru sunąc po głębokim śniegu długim sznurem, skradać się zaczęły jakieś ciemne cienie. Zrzadka błyskały czerwone ogniki ślepi. Nareszcie zbliżyły się. Księżyc przedarł się raz jeszcze przez gąszcz gałęzi i oblał te cienie płynnem srebrem.
Pełzły, płaszcząc się na śniegu, aż otoczyły śpiącego człowieka; nadsłuchiwały długo, czekały cierpliwie, czujne i miłosierne w tej nieświadomej chwili jego zgonu...
Gdy słońce wzniosło się nad Tannu-Ołu i zajrzało w głąb puszczy, zatrzymało się na chwilę zdumione.
Na śniegu, stratowanym i zrytym, rozrzucone były skrwawione kości ludzkie, szmaty niebieskiej bluzy, a o kilka kroków dalej leżała wypłowiała czapka polskiego żołnierza...



MECHANIK ZE LWOWA.

Gdy Janek Starościak w r. 1914-tym wyruszał ze Lwowa na wojnę, obdarzono go dwiema dobremi radami.
Staruszka matka, kreśląc nad głową syna znak krzyża, rzekła ze łzami w głosie:
— Gdy będzie ci bardzo źle, Janku, westchnij do Boga i proś o pomoc!
Dyrektor fabryki, gdzie chłopak pracował, jako monter, posłyszawszy, że Starościak wstępuje do pułku, przyszedł do niego i, uścisnąwszy rękę, powiedział:
— Powodzenia i zwycięstwa, drogi panie! A pamiętaj, że zwycięża ten, kto umie zwyciężać.
— Jakże się zwycięża, panie dyrektorze? — zapytał, uśmiechając się, Janek.
— Najpierw zbiera się ścisłe wiadomości o nieprzyjacielu, potem następuje szybka decyzja, a, gdy się nie uda, należy unikać zniechęcenia. Zwycięstwo musi przyjść!
Z temi radami i szczupłym tobołkiem przybył Jan Starościak do pułku i w parę dni później jechał pociągiem, zbliżając się do frontu rosyjskiego.
Wkrótce chłopak już bił się, odbywał warty, chodził na wywiady, słowem — wojował.
Widocznie, jednak, austrjaccy generałowie nie znali przepisów zwycięstwa, wskazanych przez Jankowego dyrektora, bo bitwę przegrali, a całe dwa pułki oddali do niewoli rosyjskiej. Z temi oddziałami wpadł w ręce kozaków Janek Starościak ze Lwowa.
Ponieważ był Polakiem, Moskale wysłali go aż na Syberję, do małego miasteczka, Kurhanu, stojącego tuż przy kolei.
Sprytny, wesoły i pracowity Janek, pozostawiony na wolności, doskonale się urządził, bo znalazł pracę w dużym zakładzie mechanicznym, a szanujący Polaków Sybiracy polubili go serdecznie.
Janek jeszcze we Lwowie słynął, jako tancerz nielada, więc i w Kurhanie tym talentem zyskał sobie uznanie wśród panienek i pań miejscowych. Niejedna z nich nawet wzdychała pokryjomu, zaglądając w piwne oczy zgrabnego Polaka i zachwycając się jego białemi, jak u młodego wilka zębami.
Lecz pan Starościak pracował i ciułał grosz po groszu, aż się tego nazbierała pokaźna kwota. Tańczył dla rozrywki i wprawy, bo obawiał się, że jego odwieczny rywal we Lwowie — Jurek Baczko prześcignie go w sztuce tanecznej. Pannom i paniom syberyjskim palił chłopak ogniste komplimenty, aż się rumieniły, a w duchu się śmiał i o żadnych amorach nie myślał.
Spodziewał się pan Starościak, że w Kurhanie całą wojnę przetrwa, tem bardziej, że już wieści zaczynały krążyć o rozruchach w wojsku rosyjskiem, o zbliżającem się zawieszeniu broni i wybuchającej rewolucji.
Istotnie rewolucja przyszła i razem z nią zamieszanie w życiu Rosji, a echa tego wszystkiego dotarły do Syberji.
W kilka miesięcy później władzę ujęli w swoje ręce jacyś bolszewicy, o których monter ze Lwowa pojęcia zielonego nie miał i poznał ich dopiero wtedy, gdy po miastach syberyjskich ludzie zaczęli się wzajemnie mordować do czasu, aż przyszedł jakiś admirał Kołczak i na krótko uciszył rozpasane namiętności Sybiraków.
Wtedy nastąpiły wypadki zgoła nieoczekiwane, a radosne.
W Syberji Polacy otrzymali wezwanie Piłsudskiego i Hallera do tworzenia wojska polskiego, które miało bronić powstającej ze zgliszcz i ruin niepodległej Polski.
— Aha! — pomyślał Janek. — W to mi graj! Jestem na rozkazy...
W tydzień potem, sierżant Starościak paradował w niebieskim mundurze i czapce z orzełkiem polskim, gdyż wstąpił do 5-ej Syberyjskiej Dywizji Polskiej.
Porzucił chłopak warsztaty, Kurhan, miejscowe panie i panienki i zamieszkał w koszarach polskich w Nowo-Mikołajewsku, tuż nad brzegiem mocarnej Obi, która żółtym, mętnym potokiem płynęła z niebotycznego, śnieżnego Ałtaju do Oceanu Lodowatego.
Polskie oddziały, podług umowy, zawartej pomiędzy dowództwem dywizji a rządem admirała Kołczaka, ścigały i tępiły luźne bandy miejscowych bolszewików, w pień ich wycinając pod Kaińskiem i Sławgorodem. W bitwach tych nieraz bardzo ciężkich i krwawych, odznaczył się wesoły, ognisty Starościak, aż nadano mu przezwisko — Władek Waleczny.
Wkrótce w kompanji nikt już nie znał sierżanta Starościaka, lecz wszyscy — od dowódcy pułku do lada ciury, co z cywila do wojska poszedł, mówili o Władku Walecznym. Dlaczego przezwano go Walecznym, o tem wszyscy wiedzieli, lecz z jakiej przyczyny zmieniano mu imię — tego nikt nie mógł objaśnić.
Gdy z Rosji wdarły się na Syberję wojska bolszewickie i rząd Kołczaka zaczął zmykać na wschód, Władek z swoim pułkiem posuwał się w stronę Władywostoku, skąd dowództwo miało zamiar przerzucić dywizję morzem do Polski.
Ciężka była droga przez Syberję.
Polacy bronić się musieli przed ścigającym ich mrowiem czerwonych zbójów, przebijać się przez bandy powstających chłopów i robociarzy, nieopatrznie cieszących się z przyjścia bolszewików, którzy umieli porywać ich krzykliwemi obietnicami.
W ciężkie te i niebezpieczne czasy imię Władka Walecznego powtarzano nieraz. Tam z trzema szeregowcami napadł cały oddział Moskali i rozpędził go na cztery wiatry, w innem miejscu zarzucił granatami warsztaty kolejowe, bronione przez karabiny maszynowe nieprzyjaciela, to znowu drogę pociągowi polskiemu utorował.
Na nic jednak nie zdała się odwaga sierżanta, bo bolszewicy pod Krasnojarskiem na hak przywiedli dowództwo polskie, zawarłszy z niem ugodę i złamawszy ją nazajutrz.
Polacy schwytani w potrzask dostali się do niewoli bolszewickiej.
Widząc, jak rodacy giną od kul czerwonych zbójów, umierają na dur plamisty po więzieniach i puchną z głodu, przypomniał sobie Władek Waleczny rady matki i dyrektora-Austrjaka.
Westchnął do Boga, prosząc o pomoc, a później zaczął uważnie się rozglądać i kombinować.
Zebrał wmig potrzebne informacje, decyzję zaś powziął tak szybką, że tegoż dnia dozorcy więzienni próżno szukali Władka Walecznego. Zwiał, ulotnił się jak kamfora.
Błąkając się od wioski do wioski, gdzie był mile widziany, gdyż umiał szybko naprawiać pługi, maszyny do szycia, strzelby myśliwskie, zegarki i statki domowe, posuwał się Władek Waleczny na południe, idąc brzegiem wartkiej rzeki Jenisej.
Po trzech miesiącach włóczęgi dostał się nareszcie do miasta Minusinsk, gdzie w owe czasy szalała, pławiąc się we krwi, ponura, zbrodnicza „czeka“ bolszewicka.
Jednak sprytny sierżant miał na nią sposób. Zbliżając się do miasta, zakopał swoje polskie papiery, pozostawiając tylko dawne dokumenty austrjackie i na dobitkę medal, na wojnie zarobiony, a ozdobiony podobizną cesarza Franciszka-Józefa.
Śmiało wkroczył Władek Waleczny do miasta gdzie nieznaną osobę porwano i stawiono przed komisarzami.
— Jestem dawnym jeńcem austrjackim, — oznajmił łamaną mową rosyjską, — lecz teraz jestem wolnym obywatelem, gdyż wojny niema. Jestem mechanikiem, monterem. Pracowałem w Kurhanie, lecz teraz tam nawet kartoflami najeść się nie można, więc przybyłem tu, gdyż, podobno, jest to kraj urodzajny i gościnny.
— Kto nic pracuje, ten nie je! — zauważył, uśmiechając się, jeden z bolszewików.
— Abgemacht! — odparł Władek. — Jestem gotów pracować.
Komisarze naznaczyli go szefem warsztatów, gdzie naprawiano separatory i inne maszyny mleczarskie.
Władek pracował, jadł, rozglądał się i kombinował.
Dowiedział się, że niedaleko od miasta przechodzi granica Urianchajska, za którą rozciąga się prawie niezależny kraj, a dalej, o jakie 500 kilometrów Mongolja, prowincja chińska.
— Półtysiąca kilometrów to — bagatelka! — zadecydował zuchowaty sierżant. — Mniejszy to dystans, niż od Lwowa do Minusinska!
Chociaż nie miał Władek mapy i nigdy nic przedtem o Minusinsku i Mongolji nie słyszał, jednak jego geograficzne spostrzeżenia były zupełnie ścisłe.
Od Minusinska bowiem do Mongolji było znacznie bliżej niż od Lwowa do Minusinska.
Rozglądając się po mieście, natrafił na pewną grupę rosyjskich oficerów, dwóch Niemców — byłych jeńców wojennych i polskiego żołnierza, po nim do miasta przybyłego, gdyż temu też zbrzydło puchnąć z głodu w więzieniu krasnojarskiem.
Cała paczka głowiła się nad tem, w jaki sposób, nie zwracając na siebie uwagi władz, dostać się do Urianchaju, a stamtąd dalej — do upragnionej Mongolji, którą Władkowi pokazano nareszcie na mapie.
— To taka ta Mongolja? — zawołał sierżant. — Cholernie długa i szeroka!...
Naradzano się przez kilka dni, spierano się o każden szczegół, skakano sobie do oczu, co widząc, Władek Waleczny porozumiał się z kolegą Polakiem Piotrem Urbanowiczem, oraz Niemcami, i w krótkim czasie potem nabyte u chłopów konie człapały już pod zbiegami, przekradającymi się na południe zarośniętą ścieżką leśną.
Liczne posterunki strażnicze, rozstawione przez bolszewików aż do mongolskiej granicy, zmusiły towarzyszy niedoli do rozstania się i do dalszej ucieczki w pojedynkę, aby nie budzić podejrzenia w strażnikach i osadnikach rosyjskich.
Władek Waleczny, pozostawszy sam, jechał ostrożnie, a, nie mając już żadnych o nieprzyjacielu informacyj, coraz częściej wzdychał do Boga i gorąco błagał Go o pomoc.
Pewnego pogodnego poranka las nagle się skończył i przed zbiegiem otwarła się szeroka równina, przecięta szosą.
— Nie lubię stepów! — mruczał do swego konia Władek. — Lada bałwan dojrzy na nim jeźdźca, a nawet pieszego przechodnia. Licho nadało tę głupią, łysą równinę!
Jednak dzień minął pomyślnie. Jadący szosą osadnicy nie zwracali uwagi na sunącego na uboczu jeźdźca, lecz po zachodzie słońca, Władek spostrzegł mknący wóz z siedzącemi na nim trzema postaciami.
Powożący chłop okładał konia batem i wóz toczył się szybko. Nagle stanął, a jeden z siedzących powstał i zaczął wymachiwać w stronę Władka futrzaną czapą, coś wykrzykując.
Aby nie wzbudzić podejrzenia, Władek, namacawszy rewolwer w kieszeni kurty, zaczął powoli się zbliżać.
— Coś za jeden? — krzyczał wysoki, barczysty drab. — Dlaczego nie jedziesz szosą, tylko kryjesz się na stepie? Pokaż papiery!
Władek poznał w drabie jednego z minusińskich komisarzy, kilkakrotnie odwiedzającego warsztaty, gdzie pracował zbieg.
Nic nie odpowiadając, Władek uderzył konia przez pysk i, zawróciwszy młyńcem, pomknął przez step.
Natychmiast huknęło za nim kilka strzałów, kule gwizdnęły przeciągle koło ucha jeźdźca. Koń potknął się i runął, śmiertelnie ugodzony.
Władek Waleczny przypomniał sobie radę matki i, poleciwszy się opiece boskiej, wziął nogi za pas i gnał jak wicher. Za nim z turkotem i brzękiem pędził wóz, rozlegały się krzyki i strzały. Chłopak zrozumiał, że bolszewicy dogonią go lub ustrzelą.
— Siły wrogów znam dokładnie — mignęła Władkowi myśl, — więc pozostaje tylko szybka decyzja...
Sierżant wpadł w jakiś wykrot w ziemi, i, ukrywszy się dobrze, wyjął rewolwer.
— Boże Wielki, daj zwycięstwo! — szepnął, wznosząc oczy ku niebu.
Wóz tymczasem całym pędem zbliżał się do kryjówki zbiega.
Gdy był o jakie pięćdziesiąt kroków, Władek strzelił.
Woźnica gwałtownie zawrócił konie, lecz pod groźbą rewolwerów komisarzy, odjechawszy na znaczną odległość, stanął.
Bolszewicy zeskoczyli z wozu i zaczęli się zbliżać, krzycząc:
— Poddaj się! Poddaj się, bo i tak cię weźmiemy!
Władek zaczaił się, jak borsuk w norze i nie odzywał się.
— Poddaj się! — krzyczeli komisarze, nie ośmielając się iść dalej.
— Pocałuj Lenina w piętę lewej nogi — mruknął sierżant.
— Weźmiemy ciebie przecież, ty — nie durny, rozumiesz to sam! — doradzali bolszewicy.
— Prędzej was djabli wezmą niż wy mnie! — pomyślał Wkładek.
Bolszewicy postąpili kilka kroków naprzód, a, widząc, że zbieg nie strzela, szybko poszli naprzód. Myśleli, widocznie, że przeciwnik nie posiada naboi.
Sierżant dopuścił ich na dwadzieścia kroków, a wtedy kropnął dwa razy do znajomego komisarza, który natychmiast podniósł obydwie ręce do góry i padł na miejscu.
Towarzysz jego nie czekał na swoją kolej i, nie strzeliwszy ani razu, zaczął zmykać ku wozowi, aż dudniło.
Ale woźnica, widząc co się tu święci i obawiając się, że i sam coś w tej bitwie może oberwać, zaciął konie i popędził, pozostawiając bolszewika na stepie.
Władek, oszczędzając naboi, nie strzelał za uciekającym drabem i, wyczekawszy, aż ten znikł za pagórkiem, pobiegł dalej, aby jak najprędzej przebyć odsłoniętą równinę i ukryć się pod zbawcze skrzydła lasu.
Przed nocą dotarł do małej wioski. Czając się w krzakach, podszedł pod świecące się okno i zajrzał do wnętrza chaty.
Siedziało tam kilku starych chłopów. Mieli twarze niespokojne i stroskane. Władek zaczął nadsłuchiwać.
— Źle, sąsiedzie, — doszedł zaczajonego chłopaka ponury głos. — Bolszewicy coraz częściej najeżdżają do wsi. Nic innego — tylko węszą, coby nam zabrać. Źle...
— Czas skrzyknąć wszystkich, powyciągać karabiny i tym psim synom pokazać, co umiemy! — odezwał się inny.
— Niema co czekać dłużej! — przytaknął trzeci chłop. — Sojoci są gospodarzami tu, w Urianchaju, a nie ci czerwoni rozbójnicy. Sojoci pomogą nam... pokazać bolszewikom drogę do domu... kulami!
— E-e! — pomyślał Władek. — Bardzo zacni tu ludzie żyją.
Zapukał do drzwi i wszedł do izby.
— Skąd? Ktoś taki? — padły trwożne pytania.
— Z Minusinska. Jestem uciekinier, były żołnierz austrjacki — odparł Władek. — Przynoszę wam wieści od Iwanowa.
— Od którego? — pytali chłopi. — Od Wasyla?
— Nie wiem, jak mu na imię — odpowiedział sprytny chłopak. — A jak wygląda Wasyl?
— Taki wysoki, rudy...
— No, to właśnie od niego! — zawołał Władek. — Siedzieliśmy z nim razem w więzieniu. Gdy mnie, jako cudzoziemca, wypuszczono, kazał powiedzieć wam, że bolszewicy zamierzają zabrać wieśniakom krowy i konie dla wojska, a wszystkich chłopów na wojnę posłać.
Chłopi spojrzeli po sobie porozumiewawczo.
— Mówiłem, że niema poco czekać dłużej — mruknął jeden z obecnych.
— Jak się widzi, — odparli inni.
— Mówił Wasyl, żebyście wydobyli broń, ukrytą po lasach, i oddziały tworzyli, wybijając bolszewików — ciągnął dalej Władek. — Prosił mnie, abym wam w tem dopomógł, bo, jako wojenny człowiek, znam się na tych rzeczach.
— Jutro zbierzemy wszystkich sąsiadów i naradzimy się ostatecznie — rzekł stary chłop, podnosząc się. — Jakżeż się to przekradł przez posterunki strażnicze?
Władek Waleczny opowiedział o swoich przygodach, a zakończył opowieść słowami:
— Ja już zacząłem prać bolszewików, bo komisarza na stepie rozciągnąłem!
Jeden z chłopów natychmiast wyszedł i, wskoczywszy na konia, pojechał sprawdzić opowiadanie przybysza.
Gdy powrócił, oznajmił:
— Jako żywo! Leży czarci syn, kulami ubity. Chwat z tego młodzika! Takiemu możemy zaufać.
Nazajutrz od rana sierżant rozpoczął formowanie partyzanckiego oddziału. Zewsząd szli i jechali do niego chłopi, osadnicy, kupcy, kozacy, ukrywający się po lasach i w górach a nawet tubylcy — Sojoci, prowadząc z sobą konie, zwożąc żywność, broń i ładunki.
Przez całą zimę Władek Waleczny nie wpuszczał bolszewickich oddziałów, ścigał podjazdy czerwonych kawalerzystów i bandy komunistycznych partyzantów, zapędzając się za niemi aż pod grzbiet Tannu-Ołu. Na wiosnę do oddziału Władka zaczęli napływać uciekinierzy-kozacy, żołnierze i oficerowie rosyjscy. Gdy się zaczęły niesnaski spowodu różnych szarż w dowództwie, Władek mruknął do siebie:
— No, czas na mnie, bo, rychło patrzeć Moskale za czuby się wezmą, oddział się rozleci, a mnie bolszewicy pod mur postawią i będzie po wszystkiem. Czas na mnie, wielki czas!
Pewnego ciepłego wiosennego wieczoru, dowódca zgromadził swój oddział i oznajmił, że zrzeka się komendy i odjeżdża, gdyż spieszno mu do polskiej armji, która, jak słyszał, potężnie grzmoci bolszewików.
Nazajutrz odjechał, odprowadzany przez szeregowców, oficerów i ludność okolicznych wiosek.
Znowu przedzierał się Władek Waleczny przez knieję, omijał drogi kołowe i niepewne osady, aż ujrzał śniegiem spowite, skrzące się szczyty pogranicznego z Mongolją grzbietu górskiego.
— Psia krew! — pomyślał chłopak. — Wysokie te kamyki! Jak się ja przez nie przedostanę?
Jednak Władek przedostał się bardzo szczęśliwie, aczkolwiek z nową przygodą.
Dzień drogi dzielił go od gór. Zatrzymał się na nocleg w gaiku modrzewiowym, rozpalił ognisko, nawarzył kaszy i, posiliwszy się, usnął twardym snem.
Obudził się nagle, gdyż poczuł, że coś ciężkiego przytłoczyło mu pierś. Otworzył oczy i ujrzał mongolską twarz Sojota, szybko i zręcznie wiążącego mu ręce. Dokoła stali inni i ponuro mu się przyglądali.
Władek umiał kilka słów po sojocku, więc odrazu wysypał cały zapas swej wiedzy. Żaden z napastników nic mu jednak nie odpowiedział. Wsadzono go na siodło i cały oddział ruszył w drogę.
O świcie Władka stawiono przed obliczem opasłego księcia sojockiego.
— Ułan? Cagan? — wykrztusił grubas dwa słowa, mlaszcząc sinemi wargami.
Chłopak się zamyślił. Nie znał tych słów.
— Ułan? Cagan? — powtórzył pytanie książę, przyglądając się jeńcowi.
Słowo „cagan“, przypominające „cygana“, nie spodobało się Władkowi, więc zuchowato wypalił:
— Ułan! Ułan!
Odpowiedź ta miała fatalne skutki. Książę bowiem pytał jeńca, czy należy on do „czerwonych“, czy do „białych“.
Mongoł coś mruknął i wnet kilku tęgich drabów porwało Władka i rzuciło go do głębokiego dołu, wykopanego w ziemi i zamykanego drewnianą kratą.
Było to więzienie, zwykłe w Urianchaju, Mongolji, a nawet na kresach Chin.
— Do cholery ciężkiej! — zawołał Władek. — A tom się zasypał! Tak to jeszcze nigdy nie bywało! Hm... Hm...
Przypomniał sobie radę matki i zaczął wzdychać do Boga, prosząc o pomoc.
— Chyba się cud stanie, gdyż jakaż tu może być pomoc? Położyć się nawet nie mogę, bo ciasna, djablo ciasna jest ta ohydna dziura! Źle mi poszło z tym „ułanem“... Trzeba było do „cygana“ się przyznać...
Zaczął walić pięściami w kratę i krzyczeć:
— Nojon! Nojon!
Do rowu zbliżył się Sojot i, słysząc, że jeniec woła: „nojon“, co oznacza — książę, odciągnął kratę, dopomógł więźniowi wygramolić się, poczem odprowadził go do namiotu opasłego księcia.
— Cygan! Ja jestem prawdziwy, najprawdziwszy cygan, słyszysz, ty — worku z łojem? Cygan! Cygan! Cygan!
Książę wydął pogardliwie grube wargi i rzucił jakieś pytanie.
Władek domyślił się, iż żąda od niego dowodów.
Zaczął chłopak grzebać po kieszeniach kurty, szukając dowodów swej przynależności do „białych“ i nagle palce jego natrafiły na jakiś twardy przedmiot.
Chłopak wydobył z głębi bocznej kieszeni medal austrjacki na czerwonej wstążeczce. Na śmierć zapomniał o nim Władek, lecz w tej chwili mignęła mu genjalna myśl.
Wyprostował się dumnie i stentorowym głosem jął recytować:
— Imieniem nieboszczyka cesarza Franciszka-Józefa dekoruję cię stary, tłusty wieprzu, owym medalem! Oby cię z radości wielkiej szlag trafił jak najrychlej, małpo czarcia!
Efekt był niespodziewany, gdyż chłopak nie wiedział, że marzeniem każdego dostojnika mongolskiego jest medal lub inny order.
Jak małe, ucieszone dziecko, zerwał się z posłania książę i ręce łapczywie po medal wyciągnął.
— Czekaj! — doradzał mu Władek. — Nie śpiesz się, łojówko, dostaniesz! Ta joj!
Mrucząc te słowa w najczystszej mowie lwowskiej, wyciągnął szpilkę z klapy kurty i przypiął medal do zatłuszczonego chałatu książęcego.
Władek do więzienia nie powrócił, bo posadzono go na miękkiej poduszce przed kotłem z baraniną i drugim — z gorącą herbatą. Chłopak jadł, aż tłuszcz mu ściekał z brody a nawet z łokci, pił herbatę i zagryzał prażonem prosem.
Długo objaśniał Władek nowemu przyjacielowi, że jest „cyganem“, że chce jechać do Kobdo, że boi się „ułanów“, bo są to źli ludzie, bardzo źli!
Chłopak, wymawiając słowo „ułan“, krzywił się tak, jakgdyby łykał ocet, a z nim razem krzywił się książę i cała sojocka hałastra, przyglądając się uczcie, jeńcowi, swemu władcy i wiszącemu na jego piersi medalowi, który książę pieścił zatłuszczonemi palcami.
Nareszcie zrozumiano Władka. Dano mu dobrego wierzchowca i Sojota, który miał przeprowadzić go przez górski grzbiet i wskazać drogę do Kobdo...
...Piszący to opowiadanie o panu Janie Starościaku ze Lwowa, spotkał go już w Uliasutaj, gdzie przeżył z nim razem i innymi Polakami długie tygodnie, doświadczył ciężkich i niebezpiecznych przygód i wielkiej radości powrotu do wolnej ojczyzny.
Teraz Władek Waleczny osiedlił się w rodzinnym Lwowie.
Co robi?
Jest monterem, mechanikiem, elektrotechnikiem,

Przypisy

  1. Dziadkowie ś. p. Jana Józefa, jeden w 1863 r. był zesłany do Czelabińska, gdzie przebył dwa lata; drugi po powstaniu 1863 r. zmuszony był przez lat kilka ukrywać się zagranicą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.