Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy aby dojdziemy? — powtórzył blady robotnik, z trwogą zaglądający w oczy Bieleckiemu.
Ten nagle zatrzymał się i porwał za karabin.
— Słuchaj! — rzekł ponurym, groźnym głosem. — Słuchaj! nie mamy nic do wyboru, tam — zginęlibyśmy. Tu, być może, dojdziemy, ocalimy siebie i tamtych... Jeśli zginiemy, czyż nie jest to obojętne, czy tu, czy tam, gdzie w krzakach już leży tylu naszych zmarzniętych?... Widziałeś chyba, że niektórym już kruki i krogulce oczy wydziobały? Więc milcz i idź, duszo piekielna, bo, jeżeli będziesz mi ducha odejmował, podsycał zwątpienie, to — widzisz? mam w lufie ostatni nabój, a wsadzę go w twoją głowę!
Ostatnie słowa wykrzyknął z jakąś szaloną rozpaczą i umilkł. Odwrócił się i poszedł dalej, lecz po chwili znowu się zatrzymał i już spokojniejszym głosem rzucił, nie patrząc na towarzysza:
— Idź i pamiętaj, że, cokolwiek się stanie, nie porzucę cię, będę przy tobie do ostatka!
Na wynędzniałej twarzy Małcużyńskiego ukazał się uśmiech.
Znowu dogonił Bieleckiego i, dotykając jego ramienia, zawołał:
— Ja też przysięgam... na Matkę Boską!