Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



NA SZCZYCIE TANNU-OŁU.
I.

Nastąpiła chwila rozstania.
Ciężka chwila, bo bez nadziei, bez promienia wiary.
Nareszcie odeszli, bojąc się oglądać, bojąc się dosłyszeć jakiś szept lub westchnienie pozostałych.
Gdy weszli na wysoki grzbiet górski, dokąd zaprowadziła ich ledwie dostrzegalna na śniegu ścieżka leśna, zatrzymali się i spojrzeli nadół.
Przez wierzchołki modrzewi, czarnych i smutnych, dojrzeli polanę i wznoszący się nad nią słup dymu. Wiedzieli, że było to ognisko, przy którem pozostawili 134 swoich towarzyszów niedoli.
Bystrooki Bielecki rozpoznał nawet na śniegu czarne postacie leżących i siedzących ludzi.
— Pozostali — szepnął — pozostali na zawsze!
Towarzysz jego, wysoki, blady robociarz kolejowy, Małcużyński, jęknął jakoś żałośnie i schwycił Bieleckiego za ramię: