A było ich 134-ch

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł A było ich 134-ch
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


A BYŁO ICH 134-ech...

Po czterech miesiącach ukrywania się w syberyjskiej „tajdze“, przy 35 stopniach mrozu, ruszyłem z początkiem wiosny na południe. Zacząłem swoją podróż od Krasnojarska, bo w odległości 95 klm. od tego miasta kryłem się przed bolszewikami, samotny w dziewiczej puszczy, mając za towarzysza dobry karabin, tego wiernego obrońcę, opiekuna i karmiciela.
Nie obawiałem się, że zbłądzę w bezbrzeżnym oceanie lasów, chociaż miałem do przejścia około tysiąca kilometrów z miotającej się w agonji sowieckiej Syberji do granicy Mongolji. Nie obawiałem się dlatego, że pośród lasów i skał szła przepiękna, malownicza, ciemno-szmaragdowa, pełna wirów i białej piany droga. Był to „ojciec“ Jenisej, jedna z największych i najpiękniejszych rzek syberyjskich, biorący początek gdzieś w sercu Azji, w dzikich górach Ułan-Tajga, a wpadający swem ujściem w tajemnicze, jak śmierć, zimne objęcia Oceanu Lodowatego. Tam to, u stóp granitów Diksona, składała rzeka obfite dary.
Straszliwe były te dary. Tysiące trupów niósł do Oceanu Jenisej. W Krasnojarsku, Minusińsku i Jenisejsku pijani od krwi i „swobody“ sowieccy kaci mordowali, rozstrzeliwali, wieszali ludzi, odrąbywali im głowy i ręce, wycinali pasy na nogach i czerwone gwiazdy na piersiach, a później wrzucali te umęczone, storturowane ciała do wartkiego nurtu groźnej rzeki.
Wściekły i roznamiętniony promieniami wiosennego słońca Jenisej mknął na północ, kręcąc, w swych wirach, miażdżąc o ostre kamienie i rozbijając o wystające skały ciała męczenników, aż wbiegał całym pędem do Oceanu i tu, u podnóża mrocznej, granitowej wyspy oddawał niezbadanej otchłani morskiej straszliwe i krwawe dary.
Wzdłuż tego gościńca, którym płynęły niezliczone trupy ludzkie, zdążające ku miejscu wiecznego spoczynku, kierowałem się na południe, ku upragnionym górom Sajańskim. Poza niemi odłogiem leżała koczownicza, pokojowa Mongolja, zastygła w formach bytu XIII w. Nie mogłem więc zgubić drogi do tej „ziemi obiecanej“, gdzie jeszcze nie grasował rosyjski komunista, zwyrodniały potomek dawnych koczowników azjatyckich.
Po kilkotygodniowej włóczędze w lasach i górach, tropiony i ścigany przez patrole „czerwonej kawalerji“ gdy brnąłem brzegiem rzeki, łatwo dostrzegalny dla wrogów, lub gdy byłem zmuszony przemykać się przez nieliczne wsie syberyjskie — spotkałem w lesie zaczajonego w krzakach człowieka. Był to chudy, zwinny, jak gdyby upleciony ze stalowych sznurów, rudy, jak płomień, kozacki oficer Bazyli Marijew.
Odtąd szliśmy już razem. Odsadziwszy się daleko od Krasnojarska, gdzieś około potężnej skały Bateni, prawie przegradzającej bieg Jeniseja, nabyliśmy dla siebie od koczujących Tatarów konie i siodła. Po kilku potyczkach z „czerwonymi“, dotarliśmy nareszcie do rzeki Ałgiak, płynącej w głębokich wąwozach Sajanów. Tu już rozpoczynała się „zagranica“, mianowicie niezależny od Rosji i półzależny od Mongolji i Chin Urianchaj, kraj „wiecznego pokoju“, ziemia prastarych Tubów, którzy w swoim kulcie religijnym święcie przechowują bogów asyryjskich i indyjskich.
Czuliśmy się szczęśliwi, że wydostaliśmy się z granic oszalałej Rosji, odetchnęliśmy całą piersią wchłaniając czyste i „wolne“ powietrze pokojowej ziemi Tubów. Czuliśmy się szczęśliwi... lecz nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, ile niebezpiecznych przygód czekało nas wśród tych gór i lasów, ile krwi cudzej i swojej będziemy zmuszeni przelać, ile męki i tragedyj kryła w swoim gąszczu wspaniała puszcza urianchajska, gdzie z niebotycznych, spowitych śniegami i mgłami gór spływały do dolin pierwsze strumyki, dające początek Jenisejowi i rozpęd jego wspaniałemu, triumfalnemu biegowi na północ, hen — za koło polarne.
Przedzieraliśmy się długo na naszych wynędzniałych, zmordowanych koniach przez knieje. Minęło lato, jesień miała się ku końcowi. O świcie dokuczały nam niewymownie srogie przymrozki, gdyż nie posiadaliśmy ciepłego ubrania i obuwia. Na szczytach Ardaganu i na grzbiecie Ałgiak spotkaliśmy już dość głęboki śnieg. Codzień widzieliśmy stada jeleni-morałów, uchodzących z gór przed śniegami i spuszczających się do lasów, rosnących na południowych zboczach grzbietów górskich. Tuż za niemi ciągnęły się całe ścieżki, wydeptane przez wilki, czyhające na szlachetne i potężne jelenie o wspaniałych rogach i ryku, podobnym do lwiego.
Zima się zbliżała. Jej lodowaty, groźny oddech dobiegał już nas od północy, a krwawe niebo wieczorne wróżyło wiatry i mrozy.
Nareszcie ogarnęła świat, zwarzyła na czarno ostatnie liście brzóz i kalin, pokotem położyła bujną trawę i przykryła wszystko białym całunem.
Przyszły na nas ciężkie czasy. Nie mogliśmy długo pozostawać na siodłach, gdyż zagrażało to niechybnem zamarznięciem, więc szliśmy lub biegliśmy obok koni i tylko wieczorami i nocami rozgrzewaliśmy się przy ognisku, pijąc herbatę i zagryzając czarnemi sucharami. Nie uskarżaliśmy się na los, gdyż wiedzieliśmy, że za sobą zostawiliśmy śmierć, a przed sobą, być może, mamy zbawienie i życie.
Szczególnej nadziei jednak nie mieliśmy, bo trudno ją było mieć ludziom, jadącym przy mrozie 30-to stopniowym w zwykłych bluzach z cienkiego sukna i w lekkich butach oficerskich. Ale życie jest największym skarbem świata, i dwu jeźdźców, zabłąkanych w dziewiczej, dzikiej kniei Urianchaju, walczyło z zaciekłością o ten skarb ze wszystkiem, co było im wrogie.
Pewnego mroźnego wieczoru jechaliśmy znużeni i zmarznięci do szpiku kości, wyglądając w ciemności miejsca, gdzie nasze szkapy mogłyby znaleźć trochę trawy, marząc o ognisku i gorącej herbacie. Nagle spostrzegliśmy w oddali wierzchołki cedrów, zarumienionych od płonącego gdzieś w gęstwinie ogniska.
Kto tam się zaczaił w nocnym mroku? Wróg, czy włóczęga — zbieg, jak my?...
Kozak, pełznąc, jak wąż, przez krzaki, ruszył na wywiad. Zostałem przy koniach z karabinem w ręku, przygotowany na to, aby biec mu na pomoc w razie potrzeby. Długo czekałem, wsłuchany w ciszę nocną i czując zakradającą się do duszy wraz z zimnem jakąś ostrą, sprawiającą wprost fizyczny ból trwogę... A może to było przeczucie?...
Nagle rozległ się w oddali głośny krzyk Marijewa. Wołał na mnie.
Pojechałem, prowadząc za sobą jego wierzchowca. Wkrótce zobaczyłem duże ognisko pośród krzaków i cały tłum ciemnych postaci. Niektóre siedziały, większość leżała.
Niebieskie polskie płaszcze, czarne cywilne palta, wojskowe czapki, zwykłe kapelusze, często słomkowe. Głowy, ręce i nogi pookręcane szmatami i kawałkami skór baranich i jelenich...
Podjechałem i zeskoczyłem z konia.
— Panie — szepnął mi do ucha kozacki oficer — tu konają ludzie...
Narazie nie zrozumiałem całej zgrozy tych słów. Uważnie rozglądałem się dookoła. Naraz zadrżałem z przerażenia, gdy spostrzegłem, że prawie wszyscy mieli odmrożone i odpadnięte dłonie lub stopy, straszliwe rany na miejscu nosów i uszu, strupy i popękaną skórę na policzkach.
— Skąd tu przybyliście i kto jesteście? — pytałem, czując, że włosy mi się jeżą na głowie.
Usłyszałem najstraszniejszą opowieść, jaką kiedykolwiek w życiu usłyszałem lub czytałem.
Był to obóz Polaków...
Jedni z nich byli żołnierzami polskiej syberyjskiej dywizji; po zdradzonem powstaniu pod Krasnojarskiem uwięzieni w lochach „czerezwyczajki“ lub w obozie dla jeńców, zdołali uciec do lasu, gdzie przetrwali do zimy, żywiąc się jagodami, grzybami lub upolowanym czasem jeleniem; inni byli cywilni Polacy, którzy ukryli się w puszczy, uchodząc od prześladowań bolszewickich w dobie zwycięskiej wojny Polski z Moskwą. Istnieli i mieli płomyk nadziei nawet wtedy, gdy tygodniami szli o głodzie i chłodzie, bosi, zjadani przez pasorzyty. Ale trwało to do czasu, gdy zima objęła ich swoim lodowatym oddechem i położyła pokotem, jak trawę, ściętą i zwarzoną mrozem.
Było ich 134-ch... przed zimą. Pozostało 86-ciu. Reszta leżała na uboczu w krzakach z otwartemi, martwemi oczyma, pięściami, zaciśniętemi w ostatnim wysiłku i bezsilnej rozpaczy.
Towarzysze, którzy stracili na mrozie stopy i dłonie, a w objęciach ciągłego, wzmagającego się zimna — resztki sił i nadziei, nie mogli oddać ich ziemi i tylko codziennie, budząc się po straszliwej, tchnącej śmiercią nocy, przyłączali do tego stosu martwych coraz to nowych i nowych męczenników.
— Jutro będzie silny mróz i wiatr zerwie się od północy... — mówił do mnie smętnym, ochrypłym głosem Kazimierz Bielski, polski żołnierz, — może już wreszcie przyjdzie koniec... oby prędzej... prędzej!...
Opowiedziano mi tu, przy ognisku tych ledwie czołgających się ludzi, że pięciu towarzyszy, którzy mogli jeszcze chodzić, poszło na południe. Czy dojdą? Dokąd mają pójść? Nikt tego nie wiedział...
Przyrządziliśmy herbatę w kotle, poiliśmy tych jutrzejszych nieboszczyków, oddaliśmy im połowę naszych sucharów, ale to było wszystko, co mogliśmy dla nich uczynić, gdyż czekały nas jeszcze tysiące kilometrów nieznanej, a niebezpiecznej drogi.
O świcie pożegnaliśmy tę mogiłę otwartą z ruszającemi się jeszcze trupami i mknęliśmy, ile koń wyskoczy, dalej i dalej od ponurego miejsca męki, rozpaczy, przekleństwa i zguby, czując, że śmierć na czarnym rumaku o białych, krwią zbroczonych kłach pędzi za nami i woła syczącym głosem:
— A jutro wy! A jutro wy!...
Obóz 134 Polaków w tajdze Urianchaju, za Czokurem, pośród śniegów, na kamień stwardniałych na mrozie... 134-ch... a śród nich żołnierze polscy — młodzież nasza, porwana do legjonów słowami wielkiego zapału, miłości do kraju, zrozumieniem przyszłych losów Polski. Kto był z tego obozu ostatni, kto wrzucił do ognia ostatni kawał drzewa, i został martwy, z szeroko rozwartemi, zrozpaczonemi oczyma nie pośród swoich, ale samotny przy zgasłem ognisku, na sczerniałym od popiołu i węgla śniegu?...
Umarli wszyscy, gdyż umrzeć musieli.
A gdzie są ci, co poszli na południe?
Oto na bagnistych brzegach Sejbi znalazłem trzy kamienie z nakreślonym na jednym z nich krzyżem katolickim. Leżały pod brzozą, a na jej korze był wyryty orzeł polski i dwie litery: „K. R.“
Oto w oczeretach i szuwarach jeziora Teri-Nur widziałem polskiego żołnierza. Leżał wciśnięty piersią w ziemię, ubrany w zakrwawiony płaszcz niebieski, ale był bez głowy. O kilka kroków dalej spostrzegłem gołą czaszkę ludzką, i dookoła kilka śladów wilczych.
Dalej za Khua-Kemem, na Kuturdze, widzieliśmy szczątki człowieka, rozszarpanego przez dzikie zwierzęta i drapieżne ptactwo. Obok leżały strzępy polskiego niebieskiego płaszcza.
A reszta? Może ci zdołali się uratować?
Byłem szczęśliwszy, czy silniejszy od moich rodaków z tajgi urianchajskiej. Przeciąłem stepy Mongolji z północy na południe i z zachodu na wschód, przebrnąłem szlakiem wielbłądzim Gobi, po drodze spotkałem kilku Polaków, odważnych i dzielnych, lecz nie widzieli oni tych, których znaleźliśmy w przededniu ich ponurego zgonu, tam, w kniei, za śnieżnym Czokurem, co, jak kurhan mogilny, wznosi się ponad puszczą i ciągnącym na północ grzbietem Sajanów...
Przyszli inną drogą męczenników. Tamtych zaś nigdzie nie spotkałem i nie słyszałem nigdy już o nich...
Wichry z Gobi i potoki z Tannu-Ołu rozniosły po Mongolji, tej krainie szatana, kości Polaków.
Niema chyba miejsca, gdzie los surowy nie rozsiałby kości naszych!
Od wielkiego Ałtaju do Oceanu Lodowatego, od granic martwej Gobi do brzegu Pacyfiku leżą one i wołają do swego narodu:
— Podnieś się, bądź potężny i mądry, a wtedy zgaśnie rozpacz ostatnich chwil naszego zgonu męczeńskiego, o narodzie nasz, nad życie ukochany!
Słyszały te słowa gorące lasy Darchat-Uła, święty Bogdo-Uł, szara, beznadziejna pustynia Naron-Kchuchu-Gobi, Anadyr, północny łuk Żółtej rzeki — kolebki Chin, i tajemniczy Karakorum...
Kto zbierze te kości polskie?




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.