Na kwiatowej giełdzie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Na kwiatowej giełdzie
Pochodzenie Ludzie i rzeczy
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1898
Druk Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Na kwiatowej giełdzie.


Nizejska giełda kwiatowa ma wspaniałe ramy. Szeroka, równolegle do morskiego wybrzeża idąca wysada platanów tworzy długą, żywym błękitem nakrytą galeryę, w której od świtu do południa idzie wielka gra na zwyżkę i zniżkę różnobarwnej, przewonnej waluty. Platany, choć bezlistne teraz, nie są przecież nagie. U ich gałęzi chwieją się na cienkich szypułkach miljony szaro-złotawych kulek nasiennych, wielkości orzecha włoskiego, które przy lada powiewie trącają o siebie z delikatnym szmerem, a z oddalenia dają przedziwnie miękkie, jakby gobelinowe tło jaskrawym, żywym barwom targu kwiatowego.
Pod platanami, w koszach, na stołach, straganach, matach, na kamiennych ławach alei, na ziemi nawet kwiaty, rozłożone, porzucone w snopach, w wiązkach, w bukietach w takiej obfitości, w takim przepychu wiosennym, z takiem wspaniałem niedbaniem o to, czy się co zgniecie, uszkodzi, podepce, o jakich mieszkańcy mniej rozkosznych klimatów poprostu pojęcia nie mają.
Na pierwszy rzut oka przeważa barwa żółta. Najulotniejszy jej ton stanowi delikatna odmiana bladosłonecznych pierwiosnków, których płatki, raczej światłem, niż kolorem zdają się być nabrane.
Tuż obok aurykle, jakby w śmietance umoczone, płowe, dalej wielkie basiory trzciny cukrowej, z których kapie okiść złota, dalej mimozy o cytrynowych buńczukach pierzastych, których kwiecie, przemieszane z twardym ciemnym liściem, robi z daleka wrażenia starej biżuteryi. Dalej idą całe snopy gorąco żółtych żonkilków, których przenikliwy aromat góruje nad wszelką inną wonią; dalej laki o pojedyńczych, szeroko wykrojonych płatkach, świetnie, niby ciągnionem złotem malowane, z ciemnem, w czerwień wpadającem podbiciem pączków i kwiecia, przez wszystkie tony i półtony, od ciepłych do gorących, natężonych, pełnych blasku i siły tego słońca, które je wywołało z ziemi.
Z innych kolorów biel i czerwień występują w obfitości największej.
Całe kosze narcyzów, całe kolekcye rozłożonych na tle mchu kamelij o wpół roztulonych pąkach, całe snopy śnieżnych lewkonij o pojedyńczych i dubeltowych kitach kwiatowych, całe gałęzie bzów białych, całe pęki chryzantem, stokroci, konwalij, amarylli i mnóstwa innych białych kwiatów, których i spamiętać trudno.
W czerwieni najwięcej gwoździków. Są między niemi ledwo że otchnione różem i są tak ciemne w swej natężonej purpurze, iż prawie aż czarne. Róże wielu odmian nie wydają teraz, najwięcej bladych, o wielkich podłużnych pąkach, które zrodzone w Nizzy rozwijają się we wszystkich krajach środkowej i północnej Europy, dokąd je wysyłają tutejsi hodowcy. Śliczny, dziewiczy jakby jest róż rozlicznych odmian pelargonij, od jutrzennej rumianności, aż do płomiennej czerwieni zachodu. Tuż obok, w przejściowych tonach od różu do fijoletu, wiązki anemonów i lewkonij, po za któremi rozlewa się prawdziwe morze fijołkowe. Fijołki to specyalność Riviery. W Grosse, w St. Rapaël na „Ponente” powietrze, nasiąkłe aromatem olbrzymich plantacyj fijołkowych, uderza w okna przelatujących ku Cannes wagonów czarodziejską wonią; a „Levante” Beaulieu i St. Jean mają takież, lubo mniej obfite plantacye. Za to zobaczyć tam można całe pola geranium, które ścinają sierpem i ładują na wozy, jak u nas łubin albo koniczynę. Ta obfitość geranium kazi wszystkie tutejsze esencye kwiatowe: niema takiej perfumy w Nizzy, w której subtelny węch nie poczułby tego taniego podkładu.
Ożywienie giełdy kwiatowej w ciągu przedpołudnia jest nierównomierne. Najwcześniej występują z popytem te zakłady kwiatowe, które dowozów własnych, specyalnie skierowanych ku potrzebom swoim, nie mają. Ajenci ich wybierają kwiaty najświeższe i najrzadsze, a jako hurtownicy, płacą tanio. Po nich przybywają cudzoziemcy. Zdyszani, zziajani, biegają oni wzdłuż targowiska, wybierając kwiaty co najlżejsze, a tem więcej płacą w pośpiechu im krótszy czas dzieli ich od uderzenia 9-ej godziny. Giełda pustoszeje wtedy na chwilę. Panowie i panie znikają w przyległych agenturach od wysyłania kwiatów za granice Francyi. Kwiaty wysyłają się w małych drewnianych lub tekturowych pudełkach, opatrzonych jeśli nie lecącą jaskółką to przynajmniej napisem: Du pays du printemps. W pudełko takie, kosztujące 25 centymów, włożyć można 250 gramów kwiecia; za opakowanie i porto płaci się 40 centymów, co wszystko razem z kwiatami o cenach przeciętnych kosztować może franka. I oto w kilkunastu izbach agentur takich robi się ścisk jakby na odpuście. Nożyce obcinające łodyżki zgrzytają, rozwijany z kołowrotków szpagat warczy, pióra kładące na pudełkach adresy skrzypią, a brzęk rzucanej monety miesza się z wywoływaniem wagi i nieodzownem: „Trop! Encore trop!” każdy bowiem chce kwiatów włożyć jaknajwięcej. Rzadziej nierównie słychać: Peu! A jaknajrzadziej: Juste! Szalony pośpiech rządzi tu każdym ruchem. Przed wpół do dziesiątej cały ten kram musi być wyprawiony tak, aby odszedł ekspresem o samej dziesiątej.
Ten jeden pociąg dostawia do Warszawy i dalej kwiaty prawie że nic zwiędłe jeszcze. Wszelkie inne odejmują wiele świeżości temu wiosennemu towarowi. Od dziesiątej targ kwiatowy zaczyna się demokratyzować. Przeważnie sprzedają się wtedy bukiety, nie tak sztuczne i subtelne, jak owe arcydzieła przeforsowanego gustu, który każe z kwiecia robić: liry, poduszki, torty, korony, cyfry, rogi obfitości i inne dziwolągi, zapychające witryny wielkich nicejskich kwiaciarni, no, ale zawsze bukiety. Ofiarować komu wiązkę poprostu uciętych lub zerwanych kwiatów, niktby nie śmiał tutaj.
Wszystko musi być „monté”, na drutach, rozłożone umiejętnie lub mniej umiejętnie, byle tylko sztucznie.
Załatwiają się tedy teraz tanie upominki dla żywych i umarłych, przystrajają butonierki, zaopatrują wymagania wieczornych wizyt i teatrów, co przy szeroko rozpowszechnionem użyciu kwiatów zawsze i wszędzie, setkom pracownie dostarcza roboty i chleba. Od jedenastej, z pierwszem uderzeniem działa, giełda kwiatowa wyzbywa swoje walory za bezcen. Pęk róż, który z rana kosztował około franka, teraz sprzedaje się cztery, pięć sous; fijołki, żonkile, bzy idą po pięćkroć obniżonej cenie; o laki i lewkonje nikt nie pyta nawet, a jeśli bierzesz za susa narcyzów, dodają ci gałąź mimozy, lub pęczek pierwiosnków.
I niechaj cię ta szczodrobliwość wcale nie zadziwia. Za chwilę w pół zwiędłe pod blaskiem słonecznego ranka kwiaty wytrząsać zaczną z koszów wprost pod nogi.
Oto się już zjawia pierwsza awangarda armii drapichrustów, która je rozerwie między siebie. Jak z pod ziemi wyrastają gawrosze, w wytartych manszestrowych kurtach, z rękawami i połami, lub bez, jak się to tam samo chce trzymać, a każdy niesie przed sobą to różową gałąź kwitnącej brzoskwini, to białą gałąź migdału, to złoty buńczuk trzciny i depcąc rozrzuconą zieleń, tylko patrzy, rychło się kwiaciarki do wytrząsania koszów swoich ruszą.
Działo uderza raz drugi. Oberwańcy niemal że włażą na stragany, sypiąc komplementy przekupkom. Tu i owdzie chuda i śniada ręka w rozerwanym aż do ramienia rękawie, zagłębia się przyjacielsko w kosz przetrzebionych kwiatów i wyciąga kitę laku lub lewkonji, których im nikt i nie broni prawie. Trzeci strzał wreszcie obwieszcza południe. Przekupki, kwiaty, gawrosze, wszystko to zbija się w jakiś kłąb dziwaczny, który gdy się rozwikła, u każdej obdartej kurty błyskają żonkile, czerwienią się gwoździki, bielą chryzantemy, a komu los nie dopisze w tej kwiatowej loterji, ten zatyka za pierwszą lepszą dziurę starej odzieży chociaż paproć i geranjum, których tu jak siana.
Czy dziw, że przy takiej rozrzutności natury kwiatowe corsa nicejskie są prawdziwemi bitwami, w których pociski liczą się na setki tysięcy. Trzy takie corsa mieliśmy tu dla osób dorosłych, a jedno dla dzieci.
Proszę sobie wyobrazić całe to pyszne wybrzeże morskie, zamienione w teren morderczej kwiatowej walki.
Tłum powozów był tak wielki, że zwolna tylko poruszać się mogły, pozwalając nie tylko bić na ślepo, ale celować z całem wyrafinowaniem ze stron obu: z galeryi w powozy i wzajem. Pomysły dekoracyjne, rzecz prosta, powtarzały się trochę, ale dla świeżego widza wszystko to było niezmiernie zajmującem i wdzięcznem.
Kosze kwiatów, wazony, parasole i wachlarze japońskie, namioty, rogi obfitości, kioski — oto coś widział, zamiast zwykłych ekwipaży. Dodaj do tego śliczne, rozbawione i strojne kobiety, lub zaczepne domina, które korzystają że swego incognito z pustą wesołością i swobodą nieporównaną; dodaj uprzęże z wieńców i wstążek, prawdziwe twierdze kwiatowe zamiast kozłów, a wszystko to wybuchające lawiną kwiatów, gradem bukietów i wzajem bombardowane zajadle, witane krzykiem, śmiechem, żartami, wrzawą nie do opisania tego tłumu, który jak żaden inny pustym i szalonym być umie, a będziesz miał potrosze pojęcie o nicejskiem corso, do którego rzymskie, zamknięte w ciasnych ramach wązkiej ulicy, ani się przymierzać może.
Komitet zabaw sezonowych nagradzał wiele z charakterystycznych pojazdów honorowemi sztandarami. Co do galeryi, ta udzielała poklasku i ferowała wyroki według własnej swojej fantazyi.
Poklask taki spotkał naprzykład pyszne lando z fijołków, żonkilów i pęków wstęg, w tych dwu barwach uwite, a zajęte przez właścicielkę willi Oliveto, hr. Branicką i jej córkę. Dalej oklaskiwano wózek angielski, pełen snopów zboża i polnego kwiecia; brek z róż białych i czerwonych, odznaczający się szczególną malowniczością swojej zamaskowanej załogi, tudzież olbrzymiego kalibru działo z hjacyntów, obsługiwane przez dzielnych artylerzystów, którego dalekonośne pociski czyniły w damskich szeregach srogie spustoszenie.
Najhałaśliwszy przecież wybuch wesołości wywołała klatka. Klatka ta, mająca szczeble z narcyzów, a dach z anemonów, więziła szczególnego ptaszka. Był nim srodze spotniały, apoplektycznie czerwony i wpół uduszony silną wonią swojego ekwipażu baron Gompertz. (Ej, czy tylko nie zagłośno wymieniam nazwisko?).
Baron nie obliczył wymiarów klatki w stosunku do swojej tuszy i siedział w niej jak winowajca chiński w kunie, skurczony i zgięty, mimo, że kapelusz zdjął z głowy. Zaledwie się ukazał, natychmiast rozległy się krzyki: „Ménagerie!” „Cage d’amour!” „Caisse forte!” i inne, również trafne, co widocznie irytowało barona. Wtem trzepnął ktoś tęgim bukietem „monté” (na drucikach), dach z anemonów przebił i barona w łysinę ugodził.
Skoczył baron z swej klatki, jak ryś i wpadł na żartownisia. Zakłębiło się między publicznością, jak w kipiącym garnku; powstał krzyk, alarm, zawierucha rąk i głosów, gdy wtem podbiegli na koniach żandarmi i jakoś ich tam przecie rozerwali. A tymczasem groom barona, stojąc w pośrodku areny ze swoim niefortunnym pojazdem, wytrzymał taki szturm, że i ten do Stawiszcz tęższym chyba nie był. Het precz z kretesem rozbito mu gradem bukietów całe owo pudło tak, że ledwo koła i osie zestraszony zaprząg uniósł cało. Co do Barona, nie mam dokładnych wiadomości o dalszych jego losach, mniemam wszakże, iż oprócz guza na łysinie, musiał z tej batalji wynieść co najmniej zarody żółtaczki, co wcale dziwnemby nie było.
Ale galerya zabawiła się arte, a o to też jej przedewszystkiem chodziło.
Bądź co bądź bitwy kwiatowe były jedyną estetyczną rozrywką ubiegającego sezonu, z tych rozrywek, które się popularnemi zowią.
Co do ś. p. Karnawału bowiem i b. p. środopościa, była to całkiem płaska farsa.
Od lat dwudziestu przeszło, komitet nicejskich zabaw wysila się na stworzenie czegoś nowego w tym zakresie. Ogłasza coroczne konkursy na alegoryczne i charakterystyczne wozy, grube sumy płaci wykonawcom, bonifikuje lada grupę masek, lada rebus w dominie, lada jaskrawy koncept, krzyczy, wrzeszczy jak czajka, no, a bajka, ani rusz, przyjść nie chce.
Ani „królowa Mab” Shelleya, ani szekspirowski Puk, ani nawet nasz poetycki a prostoduszny Skierka nie mają ludu tego w swojej opiece.
I tego roku nie było ani o grosz lepiej.
Jakiś, chudy anglik na welocypedzie, sięgający kapeluszem trzeciopiętrowych balkonów; jakiś Gulliwer w czerwieni roziskrzonej błyskawicami stu złotych brzytew, w rękach kręcących się około niego liliputów; jakiś Jowisz wyłysiały w niebiańskich uciechach, którego pierś otwiera się, by dać podstawę pospolitej, baletowej scenie; jakaś olbrzymia pułapka, w której wesołe szczury tańcują z niemniej wesołemi myszami, — oto główny personel sławnego orszaku wielkiego księcia Karnawału.
Książe ten, mówiono o tem już od Listopada, miał powracać z młodą księżną z podróży poślubnej — po Syberyi. Dla czego po Syberyi? — strzel w łeb, nie zgadnę!
Słyszącym tedy o powrocie swym śniły się jakieś srebrzyste, iskrzące djamentami szronów drogi, jakieś pełne kosztownych futer, o kryształowych płozach sanie, ciągnione przez renifery, jakieś djademy miesięczne, jakieś łuny zórz polarnych, jakieś czarodziejstwa wizyi poetyckiej, po którejby się „prawie tęskniło” do białej krainy Szamanów.
Tymczasem nic z tego.
Wielki Książe Karnawał XXII-gi przybył w złoconym palankinie, jaki oglądać można w każdej szanującej się budzie jarmarcznej, ogłaszającej swoje dziwa przy muzyce „artystów automatycznych”, a nosił lakierowany fiakierski cylinder, niebieski spencer, czerwoną koszulę i żółte nankiny. Co za dziw, że w orszaku tego księcia nie znalazł się ani jeden podmuch arjostycznej, uroczej fantazyi?
Ale tłum szalał, rzecz prosta. A tłumem stawało się wszystko, co się z nim zmieszać śmiało. I w tem to właśnie, a nie w przedmiocie szału, leżała jakaś demoniczna siła tych igrzysk.
Patrząc na te olbrzymie, szeroko rozkołysane fale ludzkie, zaczynałeś pojmować fizyologję mas, ich ruchów, ich popędów, całą tę potężną dynamikę tłumów, której zaledwo cień — Homerowi nawet — uchwycić się dało.
Biada temu, kto w owe dni śmiał wyjść na ulicę bez drucianej tradycyonalnej maski; kto wśród tych bachicznych gromad, zrywających się ni z tego ni z owego do szalonych wśród ulicy pląsów, śmiał przysiąść na ławce i mieć się za widza. Tysiące garści wapnistych „confetti” zasypywało go gradem; tysiące syków, pisków, wrzasków rozdarło mu uszy: „Faites comme nous!” „Amusez vous!” Amusez vous!” Na pół ukamieniowany, ogłuszony, oślepły, w zniszczonej i poszarpanej odzieży, uciekać musiał co rychlej, a za nim, przy nim, nad nim twarze faunów, satyrów, menad i pessaryd, wrzeszczących jednym przeraźliwym chórem: „Faites comme nous! Faites comme nous!”
Istotnie jedna tylko była rada: szaleć, jak wszystko szalało. Tak też i czyniono.
Cała jaśnie oświeconość sezonowa wysypała się owego czasu ze swoich pańskich siedzib na ulicę, żeby się zmieszać i poszaleć z plebsem, w jakimś dziwacznym pochodzie, w jakiejś bajecznej kawalkadzie, w jakimś wybryku, czy koncepcie, choćby w nienajlepszym gatunku. Wielkie damy śmiały się wtedy głośniej niemal, niż ich szwaczki, wielcy panowie fraternizowali z komisyonerami, a Diderot, jeśli mógł to widzieć, żałował niechybnie, iż do swojej nieśmiertelnej „Pochwały głupstwa,” nie dodał jeszcze rozdziału pod tytułem: „Głupstwo, jako zrównanie i braterstwo stanów.”
A kiedy tak Nizza szalała, pewien młody oficer artyleryi... Ale przepraszam! Co też, czytelniczko, sądzisz, może robić w czasie takiego karnawałowego wyuzdania młody oficer artyleryi? Eh, pani! Zdaj się lepiej odrazu na łaskę i niełaskę, bo nigdy tego nie zgadniesz.
Otóż pewien młody oficer artyleryi, p. Lion, rozmyślał nad tem, że w szpitalach francuzkich przychodzi na świat przedwcześnie 25 niemowląt na sto, po za szpitalami zaś 15 na sto, czyli także wcale spory procent. Że zaś statystyka wykazuje, iż na tysiąc niemowląt takich utrzymuje się przy życiu zaledwie jedno, przeto rzecz cała przedstawia się dość posępnie w kraju, w którym zmniejszanie się ludności jest zjawiskiem powszechnie znanem. Przyznaj, czytelniczko, że jak na młodego oficera artyleryi, przedmiot rozmyślań conajmniej ciekawy.
A oto dalsze wnioski. Czego brakuje do życia temu drobiazgowi, który się nadto z przyjściem na świat śpieszył? Brakuje mu wielu rzeczy, ale przedewszystkiem tego organicznego ciepła, z jakiem się rozstał równie nagle, jak niespodziewanie. Czy ciepło owo nie dałoby się zastąpić w inny jaki sposób? Niezawodnie. Tylko nie przy pomocy waty, która, lubo utrzymuje do pewnego stopnia temperaturę ciała niemowlęcia, nie wytwarza jej jednak w miarę ubytku ciepła przez promieniowanie.
Ha, spróbujmy! — zakonkludował ten wcale szczególny oficer artyleryi, no — i spróbował. A teraz pójdźmy zobaczyć, jak mu się udało.
W sporej parterowej izbie, na której cały dzień wprost na ulicę otwartemi drzwiami winieje napis: „Maternité artificielle”, stoją pod ścianami, jak gdyby małe szafki, czy też ule szklane. Każda z tych szafek, opatrzona płomykiem dowolnie regulowanego gazu, oraz małym kauczukowym rozprowadzaczem ciepłej, ogrzanej przy gazie owym wody i wentylatorem.
Zewnątrz firaneczka, chroniąca od blasku, wewnątrz koszyk płaski, w koszyku niemowlę, oto i cały system tak prosty, że aż dziwny prawie. Z kilkunastu takich szafek zajętych jest w tej chwili siedm. Nad każdą wypisana data przyjęcia dziecka, epoka życia, w której na świat przyszło, tudzież waga, sprawdzona i zapisywana co dni trzy. Te cyfry są ciekawe. Okazuje się, że najniższa waga niemowląt nie dochodzi w dniu przyjęcia 2½ funta a najwyższa wynosi 5 funtów z ułamkiem. Ale też dzieci tej ostatniej kategoryi uważane są tu wprost za Herkulesów i mają nawet swoją specyalną nazwę, „éponge” gąbka; kiedy pierwsze zowią się „croûte” grzanka.
Waga zrazu podnosi się zwolna, ale po tygodniu zaczyna wzrastać dość szybko, aż do normalnej cyfry, jakiej się wymaga od porządnego obywatela świata. Odsuwamy firaneczki z kolei.
Niektóre z niemowląt spią, inne się krzywią i przeciągają uciesznie, jeszcze inne płaczą, są głodne. Młody oficer artyleryi przechodzi od szafki do szafki, reguluje światło i ciepło, a dopominających się o swoją porcyę malców przenosi do drugiej izby. Oto właśnie wyjmuje małą obywatelkę, która trzy dni temu do zakładu przybyła. Jest to najmniejszy i najnędzniejszy okaz z całej kolekcyi. Czarna i cienka, jak strączek chleba świętojańskiego, ma ręce zgrzybiałej kobiety, a twarz surową, pomarszczoną, jakby zestarzałą w nędzy. Kiedy ją tu przyniesiono, nie oddychała wcale, trzeba jej było do płuc wprowadzać powietrze sztucznie. Teraz dyszy, ale patrząc na nią prawie się wierzyć nie chce, że to żyć może.
— O, i jak jeszcze! — zapewnia p. Lion. — A cicho mi, mościa panno! Zaraz będziesz obsłużoną. — I unosi ją razem z koszykiem do obocznej izby tak lekko i składnie, jakby całe życie był niańką.
Ta druga izba zostaje pod szczególnym dozorem szarytek. Silnie ogrzana, wentylowana starannie, obstawiona szafami z bielizną, zajęta jest przez kilka młodych wieśniaczek z włoskiej i francuzkiej Riviery. Właśnie się tam odbywa ostatnia toaleta małego debiutanta na scenę życia, po którego przyszła matka.
Jest to jedna z tych słynnych „Lavandières” nicejskich, które cały rok na kamienistem dnie Paillonu klęcząc, piorą bieliznę w drobnej żyle wody, jaka się pomiędzy krzemieniną sączy. Rzemiosło istotnie mało z warunkami normalnego macierzyństwa zgodne. Te lawandiery, wysmukłe, obszarpane, spalone słońcem na bronz, stanowią jeden z ulubionych typów tutejszych, którego reprodukcye zdobią wszelkie albumy kosmopolityczne.
Ale matka chłopca nie jest ni młodą, ni piękną. Z dzieci jej, które wszystkie przedwcześnie na świat przyszły i pomarły, to pierwsze ma w sobie zadatki życia. Chłopak duży, mocny, z błyszczącemi, czarnemi oczyma, całą siłą rąk i nóg opiera się zalotnym usiłowaniom zakonnicy, która chce go uczynić jak najpowabniejszym. Ostatnia tualeta jest wielką kokieteryą zakładu, stanowi ją zaś perkalowa koszulina, metr flaneli na owinięcie od ramion do stopek, tudzież czepeczek biało wygarnirowany. Matka płacze ze szczęścia, odbierając tak wystrojonego kawalera, całuje rękę zakonnicy i potrząsa silnie dłonią oficera; wychodzi wreszcie, a ten kto to widział, rzuca wzruszony małą swoją ofiarę do puszki, nad którą widać napis: Oeuvre humanitaire. W puszkę tę republika francuzka włożyła świeżo dwa tysiące franków i takąż summą obowiązała się corocznie wspierać dzieło miłosierdzia; resztę dokłada ofiarność publiczna. Mali Pośpieszyńscy przyjmowani są tu bowiem nietylko bez różnicy stanu, wyznania i narodowości, ale także bez żadnej opłaty.
Eh, pani! czy naród, który ma takich oficerów artyleryi, nie może poszaleć, kiedy mu do tego chęć przyjdzie?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.