Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pustym i szalonym być umie, a będziesz miał potrosze pojęcie o nicejskiem corso, do którego rzymskie, zamknięte w ciasnych ramach wązkiej ulicy, ani się przymierzać może.
Komitet zabaw sezonowych nagradzał wiele z charakterystycznych pojazdów honorowemi sztandarami. Co do galeryi, ta udzielała poklasku i ferowała wyroki według własnej swojej fantazyi.
Poklask taki spotkał naprzykład pyszne lando z fijołków, żonkilów i pęków wstęg, w tych dwu barwach uwite, a zajęte przez właścicielkę willi Oliveto, hr. Branicką i jej córkę. Dalej oklaskiwano wózek angielski, pełen snopów zboża i polnego kwiecia; brek z róż białych i czerwonych, odznaczający się szczególną malowniczością swojej zamaskowanej załogi, tudzież olbrzymiego kalibru działo z hjacyntów, obsługiwane przez dzielnych artylerzystów, którego dalekonośne pociski czyniły w damskich szeregach srogie spustoszenie.
Najhałaśliwszy przecież wybuch wesołości wywołała klatka. Klatka ta, mająca szczeble z narcyzów, a dach z anemonów, więziła szczególnego ptaszka. Był nim srodze spotniały, apoplektycznie czerwony i wpół uduszony silną wonią swojego ekwipażu baron Gompertz. (Ej, czy tylko nie zagłośno wymieniam nazwisko?).
Baron nie obliczył wymiarów klatki w stosunku do swojej tuszy i siedział w niej jak winowajca chiński w kunie, skurczony i zgięty,