Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mimo, że kapelusz zdjął z głowy. Zaledwie się ukazał, natychmiast rozległy się krzyki: „Ménagerie!” „Cage d’amour!” „Caisse forte!” i inne, również trafne, co widocznie irytowało barona. Wtem trzepnął ktoś tęgim bukietem „monté” (na drucikach), dach z anemonów przebił i barona w łysinę ugodził.
Skoczył baron z swej klatki, jak ryś i wpadł na żartownisia. Zakłębiło się między publicznością, jak w kipiącym garnku; powstał krzyk, alarm, zawierucha rąk i głosów, gdy wtem podbiegli na koniach żandarmi i jakoś ich tam przecie rozerwali. A tymczasem groom barona, stojąc w pośrodku areny ze swoim niefortunnym pojazdem, wytrzymał taki szturm, że i ten do Stawiszcz tęższym chyba nie był. Het precz z kretesem rozbito mu gradem bukietów całe owo pudło tak, że ledwo koła i osie zestraszony zaprząg uniósł cało. Co do Barona, nie mam dokładnych wiadomości o dalszych jego losach, mniemam wszakże, iż oprócz guza na łysinie, musiał z tej batalji wynieść co najmniej zarody żółtaczki, co wcale dziwnemby nie było.
Ale galerya zabawiła się arte, a o to też jej przedewszystkiem chodziło.
Bądź co bądź bitwy kwiatowe były jedyną estetyczną rozrywką ubiegającego sezonu, z tych rozrywek, które się popularnemi zowią.
Co do ś. p. Karnawału bowiem i b. p. środopościa, była to całkiem płaska farsa.