Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Od lat dwudziestu przeszło, komitet nicejskich zabaw wysila się na stworzenie czegoś nowego w tym zakresie. Ogłasza coroczne konkursy na alegoryczne i charakterystyczne wozy, grube sumy płaci wykonawcom, bonifikuje lada grupę masek, lada rebus w dominie, lada jaskrawy koncept, krzyczy, wrzeszczy jak czajka, no, a bajka, ani rusz, przyjść nie chce.
Ani „królowa Mab” Shelleya, ani szekspirowski Puk, ani nawet nasz poetycki a prostoduszny Skierka nie mają ludu tego w swojej opiece.
I tego roku nie było ani o grosz lepiej.
Jakiś, chudy anglik na welocypedzie, sięgający kapeluszem trzeciopiętrowych balkonów; jakiś Gulliwer w czerwieni roziskrzonej błyskawicami stu złotych brzytew, w rękach kręcących się około niego liliputów; jakiś Jowisz wyłysiały w niebiańskich uciechach, którego pierś otwiera się, by dać podstawę pospolitej, baletowej scenie; jakaś olbrzymia pułapka, w której wesołe szczury tańcują z niemniej wesołemi myszami, — oto główny personel sławnego orszaku wielkiego księcia Karnawału.
Książe ten, mówiono o tem już od Listopada, miał powracać z młodą księżną z podróży poślubnej — po Syberyi. Dla czego po Syberyi? — strzel w łeb, nie zgadnę!
Słyszącym tedy o powrocie swym śniły się jakieś srebrzyste, iskrzące djamentami szronów