Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drogi, jakieś pełne kosztownych futer, o kryształowych płozach sanie, ciągnione przez renifery, jakieś djademy miesięczne, jakieś łuny zórz polarnych, jakieś czarodziejstwa wizyi poetyckiej, po którejby się „prawie tęskniło” do białej krainy Szamanów.
Tymczasem nic z tego.
Wielki Książe Karnawał XXII-gi przybył w złoconym palankinie, jaki oglądać można w każdej szanującej się budzie jarmarcznej, ogłaszającej swoje dziwa przy muzyce „artystów automatycznych”, a nosił lakierowany fiakierski cylinder, niebieski spencer, czerwoną koszulę i żółte nankiny. Co za dziw, że w orszaku tego księcia nie znalazł się ani jeden podmuch arjostycznej, uroczej fantazyi?
Ale tłum szalał, rzecz prosta. A tłumem stawało się wszystko, co się z nim zmieszać śmiało. I w tem to właśnie, a nie w przedmiocie szału, leżała jakaś demoniczna siła tych igrzysk.
Patrząc na te olbrzymie, szeroko rozkołysane fale ludzkie, zaczynałeś pojmować fizyologję mas, ich ruchów, ich popędów, całą tę potężną dynamikę tłumów, której zaledwo cień — Homerowi nawet — uchwycić się dało.
Biada temu, kto w owe dni śmiał wyjść na ulicę bez drucianej tradycyonalnej maski; kto wśród tych bachicznych gromad, zrywających się ni z tego ni z owego do szalonych wśród ulicy pląsów, śmiał przysiąść na ławce i mieć się za