Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


widza. Tysiące garści wapnistych „confetti” za sypywało go gradem; tysiące syków, pisków, wrzasków rozdarło mu uszy: „Faites comme nous!” „Amusez vous!” Amusez vous!” Na pół ukamieniowany, ogłuszony, oślepły, w zniszczonej i poszarpanej odzieży, uciekać musiał co rychlej, a za nim, przy nim, nad nim twarze faunów, satyrów, menad i pessaryd, wrzeszczących jednym przeraźliwym chórem: „Faites comme nous! Faites comme nous!”
Istotnie jedna tylko była rada: szaleć, jak wszystko szalało. Tak też i czyniono.
Cała jaśnie oświeconość sezonowa wysypała się owego czasu ze swoich pańskich siedzib na ulicę, żeby się zmieszać i poszaleć z plebsem, w jakimś dziwacznym pochodzie, w jakiejś bajecznej kawalkadzie, w jakimś wybryku, czy koncepcie, choćby w nienajlepszym gatunku. Wielkie damy śmiały się wtedy głośniej niemal, niż ich szwaczki, wielcy panowie fraternizowali z komisyonerami, a Diderot, jeśli mógł to widzieć, żałował niechybnie, iż do swojej nieśmiertelnej „Pochwały głupstwa,” nie dodał jeszcze rozdziału pod tytułem: „Głupstwo, jako zrównanie i braterstwo stanów.”
A kiedy tak Nizza szalała, pewien młody oficer artyleryi... Ale przepraszam! Co też, czytelniczko, sądzisz, może robić w czasie takiego karnawałowego wyuzdania młody oficer artyleryi?