Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Eh, pani! Zdaj się lepiej odrazu na łaskę i niełaskę, bo nigdy tego nie zgadniesz.
Otóż pewien młody oficer artyleryi, p. Lion, rozmyślał nad tem, że w szpitalach francuzkich przychodzi na świat przedwcześnie 25 niemowląt na sto, po za szpitalami zaś 15 na sto, czyli także wcale spory procent. Że zaś statystyka wykazuje, iż na tysiąc niemowląt takich utrzymuje się przy życiu zaledwie jedno, przeto rzecz cała przedstawia się dość posępnie w kraju, w którym zmniejszanie się ludności jest zjawiskiem powszechnie znanem. Przyznaj, czytelniczko, że jak na młodego oficera artyleryi, przedmiot rozmyślań conajmniej ciekawy.
A oto dalsze wnioski. Czego brakuje do życia temu drobiazgowi, który się nadto z przyjściem na świat śpieszył? Brakuje mu wielu rzeczy, ale przedewszystkiem tego organicznego ciepła, z jakiem się rozstał równie nagle, jak niespodziewanie. Czy ciepło owo nie dałoby się zastąpić w inny jaki sposób? Niezawodnie. Tylko nie przy pomocy waty, która, lubo utrzymuje do pewnego stopnia temperaturę ciała niemowlęcia, nie wytwarza jej jednak w miarę ubytku ciepła przez promieniowanie.
Ha, spróbujmy! — zakonkludował ten wcale szczególny oficer artyleryi, no — i spróbował. A teraz pójdźmy zobaczyć, jak mu się udało.
W sporej parterowej izbie, na której cały dzień wprost na ulicę otwartemi drzwiami winieje napis: „Maternité artificielle”, stoją pod