Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pach, w wiązkach, w bukietach w takiej obfitości, w takim przepychu wiosennym, z takiem wspaniałem niedbaniem o to, czy się co zgniecie, uszkodzi, podepce, o jakich mieszkańcy mniej rozkosznych klimatów poprostu pojęcia nie mają.
Na pierwszy rzut oka przeważa barwa żółta. Najulotniejszy jej ton stanowi delikatna odmiana bladosłonecznych pierwiosnków, których płatki, raczej światłem, niż kolorem zdają się być nabrane.
Tuż obok aurykle, jakby w śmietance umoczone, płowe, dalej wielkie basiory trzciny cukrowej, z których kapie okiść złota, dalej mimozy o cytrynowych buńczukach pierzastych, których kwiecie, przemieszane z twardym ciemnym liściem, robi z daleka wrażenia starej biżuteryi. Dalej idą całe snopy gorąco żółtych żonkilków, których przenikliwy aromat góruje nad wszelką inną wonią; dalej laki o pojedyńczych, szeroko wykrojonyyh płatkach, świetnie, niby ciągnionem złotem malowane, z ciemnem, w czerwień wpadającem podbiciem pączków i kwiecia, przez wszystkie tony i półtony, od ciepłych do gorących, natężonych, pełnych blasku i siły tego słońca, które je wywołało z ziemi.
Z innych kolorów biel i czerwień występują w obfitości największej.
Całe kosze narcyzów, całe kolekcye rozłożonych na tle mchu kamelij o wpół roztulonych pąkach, całe snopy śnieżnych lewkonij o poje-