Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ożywienie giełdy kwiatowej w ciągu przedpołudnia jest nierównomierne. Najwcześniej występują z popytem te zakłady kwiatowe, które dowozów własnych, specyalnie skierowanych ku potrzebom swoim, nie mają. Ajenci ich wybierają kwiaty najświeższe i najrzadsze, a jako hurtownicy, płacą tanio. Po nich przybywają cudzoziemcy. Zdyszani, zziajani, biegają oni wzdłuż targowiska, wybierając kwiaty co najlżejsze, a tem więcej płacą w pośpiechu im krótszy czas dzieli ich od uderzenia 9-ej godziny. Giełda pustoszeje wtedy na chwilę. Panowie i panie znikają w przyległych agenturach od wysyłania kwiatów za granice Francyi. Kwiaty wysyłają się w małych drewnianych lub tekturowych pudełkach, opatrzonych jeśli nie lecącą jaskółką to przynajmniej napisem: Du pays du printemps. W pudełko takie, kosztujące 25 centymów, włożyć można 250 gramów kwiecia; za opakowanie i porto płaci się 40 centymów, co wszystko razem z kwiatami o cenach przeciętnych kosztować może franka. I oto w kilkunastu izbach agentur takich robi się ścisk jakby na odpuście. Nożyce obcinające łodyżki zgrzytają, rozwijany z kołowrotków szpagat warczy, pióra kładące na pudełkach adresy skrzypią, a brzęk rzucanej monety miesza się z wywoływaniem wagi i nieodzownem: „Trop! Encore trop!” każdy bowiem chce kwiatów włożyć jaknajwięcej. Rzadziej nierównie słychać: Peu! A jaknajrzadziej: Juste! Szalony