Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pośpiech rządzi tu każdym ruchem. Przed wpół do dziesiątej cały ten kram musi być wyprawiony tak, aby odszedł ekspresem o samej dziesiątej.
Ten jeden pociąg dostawia do Warszawy i dalej kwiaty prawie że nic zwiędłe jeszcze. Wszelkie inne odejmują wiele świeżości temu wiosennemu towarowi. Od dziesiątej targ kwiatowy zaczyna się demokratyzować. Przeważnie sprzedają się wtedy bukiety, nie tak sztuczne i subtelne, jak owe arcydzieła przeforsowanego gustu, który każe z kwiecia robić: liry, poduszki, torty, korony, cyfry, rogi obfitości i inne dziwolągi, zapychające witryny wielkich nicejskich kwiaciarni, no, ale zawsze bukiety. Ofiarować komu wiązkę poprostu uciętych lub zerwanych kwiatów, niktby nie śmiał tutaj.
Wszystko musi być „monté”, na drutach, rozłożone umiejętnie lub mniej umiejętnie, byle tylko sztucznie.
Załatwiają się tedy teraz tanie upominki dla żywych i umarłych, przystrajają butonierki, zaopatrują wymagania wieczornych wizyt i teatrów, co przy szeroko rozpowszechnionem użyciu kwiatów zawsze i wszędzie, setkom pracownie dostarcza roboty i chleba. Od jedenastej, z pierwszem uderzeniem działa, giełda kwiatowa wyzbywa swoje walory za bezcen. Pęk róż, który z rana kosztował około franka, teraz sprzedaje się cztery, pięć sous; fijołki, żonkile, bzy idą po pięćkroć obniżonej cenie; o laki i lewkonje nikt nie