Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pyta nawet, a jeśli bierzesz za susa narcyzów, dodają ci gałąź mimozy, lub pęczek pierwiosnków.
I niechaj cię ta szczodrobliwość wcale nie zadziwia. Za chwilę w pół zwiędłe pod blaskiem słonecznego ranka kwiaty wytrząsać zaczną z koszów wprost pod nogi.
Oto się już zjawia pierwsza awangarda armii drapichrustów, która je rozerwie między siebie. Jak z pod ziemi wyrastają gawrosze, w wytartych manszestrowych kurtach, z rękawami i połami, lub bez, jak się to tam samo chce trzymać, a każdy niesie przed sobą to różową gałąź kwitnącej brzoskwini, to białą gałąź migdału, to złoty buńczuk trzciny i depcąc rozrzuconą zieleń, tylko patrzy, rychło się kwiaciarki do wytrząsania koszów swoich ruszą.
Działo uderza raz drugi. Oberwańcy niemal że włażą na stragany, sypiąc komplementy przekupkom. Tu i owdzie chuda i śniada ręka w rozerwanym aż do ramienia rękawie, zagłębia się przyjacielsko w kosz przetrzebionych kwiatów i wyciąga kitę laku lub lewkonji, których im nikt i nie broni prawie. Trzeci strzał wreszcie obwieszcza południe. Przekupki, kwiaty, gawrosze, wszystko to zbija się w jakiś kłąb dziwaczny, który gdy się rozwikła, u każdej obdartej kurty błyskają żonkile, czerwienią się gwoździki, bielą chryzantemy, a komu los nie dopisze w tej kwiatowej loterji, ten zatyka za pierwszą lepszą dziurę