Jasełka (Konopnicka, 1898)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Jasełka
Pochodzenie Ludzie i rzeczy
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1898
Druk Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Jasełka.


Nie wszędzie i nie zawsze stroili jasełka zakonni braciszkowie, lub ubodzy żacy.
Brali się nieraz do tej roboty i mistrze, kładąc w nią tyleż artyzmu i tyleż fantazyi, co i w znakomite dzieła, które im zdobyły imię.
Scopft, tęgi snycerz z początków XVIII-go wieku, słynie z jasełek swoich; szczególniej ludowe typy udają mu się wybornie. Patidore, rzeźbiarz sycylijski, całe lata poświęca na stworzenie przepysznego żłobka. Piccaluga rzeźbi nieporównane zwierzęta do jasełek. Centanaro rysuje i przyrządza dla osóbek jasełkowych historyczne i etnograficzne kostiumy, a liguryjski Wit Stwosz, Antonio Maragliano, z niemniejszą dumą kładzie swój podpis na słynnym genueńskim żłobku, jak na swojej „La Gloria,” albo „La Verita,” które stanowią chlubę galeryi Spinola.
Nic dziwnego, że jasełka takie nie z roku na rok ale z wieku na wiek trwały, i że teraz po stu pięćdziesięciu latach przeszło, budzą jeśli nie ten sam zachwyt, to przynajmniej toż samo zainteresowanie.
Czasy ich narodzin nie były co prawda czasami wielkiej sztuki; tem ciekawszym przeto jest fakt, że na tle powszechnego baroku, jasełka występują w całym spokoju swoich prostych, jasnych linij. Może szczęśliwsza tradycya, a może ludowość ich sama ochroniła je od tych zmanierowanych, rozwichrzonych ruchów i draperij, które w dziełach rzeźby ogólnie wówczas obowiązywały.
Niemal wszystkie wielkie klasztory włoskie owej epoki miały swoje, mniej więcej sławne żłobki.
Zapotrzebowanie ich w pierwszej ćwierci XVIII-go wieku było tak wielkie, że osóbki jasełkowe zawalają całe pracownie rzeźbiarskie i trzymają przy dłucie całe szkoły snycerszczyzny, a praca około tych niezliczonych „Figurine di Presepio,” doskonale opłacaną bywa. Jezuici szczególniej płacą bardzo pokaźne sumy: żłobki ich wszakże nie były nigdy wykonywane przez mistrzów; zbyt bowiem wiele wymagań kładą „czarni” ojcowie w swoje z snycerzami pakta. Musiał u nich być zawsze i heretyk, dyscypliną przez piekielną gawiedź smagany, i lucyper, gryzący w niemej wściekłości swój krowi, lub wężowy ogon; musiał w trzejkrólowej świcie występować sam „Padre” Lojola, a szeregi procesyonalnie idących zakonników ledwie że nieco miejsca dawały śpieszącym do stajenki pasterzom.
Oczywiście, że tylko rzemieślnik, a nie artysta mógł się podjąć klecenia takich polemicznych i dekoracyjnych szopek; wpadał on też zazwyczaj aż po uszy w najdzikszy barok, tak, że z pomiędzy przechowanych częściowo choćby żłobków, jezuickie na pierwszy rzut oka poznać można.
Ale po za materyalnymi zyskami, przynosiły jasełka twórcom swoim nieraz i znaczne zaszczyty.
Prastary kościół św. Szczepana w Genui ustawia w zeszłym wieku żłobek tuż w pobliżu sławnego męczeństwa swojego patrona, które malował w wyższych częściach Rafael, a w niższych Giulo Romano.
Inne kościoły zapełniają jasełkami przepyszne absydy naw bocznych, o przyćmionych mozajkach i freskach; a opactwa i kartuzye mieszczą je w głębi swych cudnych krużganków, zamkniętych kolumnadą złotawych, starych marmurów.
Trzej królowie przynosili wtedy naprawdę twórcom swoim złoto i kadzidło.
Z czasem wszakże idzie to w rozsypkę. Z owych licznych jasełek utrzymują się te tylko, które albo dłuto mistrza, albo pobożne uczucie ludu uświęciło. I rzecz dziwna, uczucie to, jakby instynktem wiedzione, schodzi się zazwyczaj z mistrzostwem samego dzieła.
Z kaplic i z naw kościelnych jasełka idą na strychy, między uszkodzone rupiecie, albo też do muzeów i skarbców.
Niekiedy ich figurki wracają na rynek sztuki w zmienionej postaci.
Tak czterem pastuszkom ze żłobka św. Szczepana dodaje Olivar odpowiednie akcesorya i puszcza w świat, jako „Stagione,” Cztery pory roku. Tak je nabywa patrycyusz genueński, Samengo i po najdłuższem życiu zapisuje one „Stagione,” rodzonemu miastu właśnie w chwili, kiedy wielka artystyczna spuścizna po księżnie Galliera dała zawiązek do bogatych już dzisiaj zbiorów sztuki, których pierwsza wystawa dała mi poznać sławny żłobek Maragliana.
Antonio Maragliano złożył jasełka swoje z trzydziestu figur w oliwnem drzewie ciętych, polichromowanych i rozstawił je na przestrzeni trzech metrów, lub nieco więcej, wzdłuż, a wszerz około metrów półtora.
Całość przedstawia kawał wzgórza o łagodnym stoku i kilku falistych załamach, a ma dwa plany: bliższy dla rzeczy ziemskich i dalszy dla rzeczy niebieskich, podobny w tem do owych wieloplanowych rzeźb rzymskich z czasu Antoninów, kiedy to pozwalano dłutu wkraczać w dziedzinę malarostwa z niezbyt wielkim dla sztuki pożytkiem.
Moment akcyi uchwycony śmiało i silnie, nadaje całej kompozycyi coś zwartego, coś jednolitego mimo rozproszenia pojedyńczych grup i figur.
Jest przedstawiona chwila adoracyi magów. Na podwyższeniu, w pośrodku jasełek, pod przejrzystą zielenią kilku lekkich winorośli na żerdki rzuconych, siedzi Marya z Dzieciątkiem, przed którem stary król Balcer przychyla nisko grzbietu w bogatej dalmatyce i monarszym płaszczu, by ustami sięgnąć przejasnej stopki Pacholęcia. Koronę z głowy zdjął i do nóg ją Maryi uniżył, jak to czyni lud u nas, kiedy czapką wita. U boków mu dwaj towarzysze królewscy stoją, w złotogłowach, w zieleni, w purpurze, a niejedna tu perła i niejeden kamień wprost w cenny pierścień mogłyby iść i nie doznać wstydu.
Jeden z magów trzyma otwartą szkatułę, w której kamieni takich i pereł wcale spora garstka, a drugi kadzielnicę z ciągnionego złota, albowiem filigrany takie są przedawną specyalnością złotnictwa w Genui.
Pyszne konie Piccalugi rżą i wspinają się, jeżąc grzywy, na podobieństwo owych Praxytelowych, przez Dioskurów, wprost Kwirynału trzymanych; giermkowie ledwo im radę dać mogą. Garbaty wielbłąd natomiast, ma jakąś przejmującą melancholię pustyni, w oku jakiś smutek, który to brzydkie zwierzę niemal poetycznem czyni. Postać Madonny królewska, bogato przybrana, tak jak ją w adoracyi swojej Paweł Veronese maluje. Nie jest to uboga oblubienica wędrownego cieśli, ale pani chórów anielskich, które tuż nad nią z rozwitych wstęg „Gloria in excelsis” śpiewają.
Stary Józef, onieśmielony, bierny, cofa się w głąb za żłobek, między szerokie łby wołów, mając jeszcze poły od drogi podgięte, kij w ręku, a stopy w łapciach.
Z prawej i z lewej strony huk ludu wali.
Najbliżej dobiegają pasterze, od ognisk, od szałasów nocnych, pędząc przed sobą bure owce i brunatne kozy. Są to zwykłe pastuchy z Abruzów, wyborne w swej szkicowej, nieco szorstkiej charakterystyce. Kozy nieporównane. Ledwo na nie spojrzysz, już wiesz, że to te same, które pod zachód słońca do miasta, dzwoniąc, z ciężkiemi wymionami wchodzą, aby się zatrzymywać w bramach i wstępować na schody, gwoli wieczornym udojom. Trochę przez psy i dzieci obszarpane, trochę wyrudziałe, kozy te z przedziwną rozmaitością tak ruchów, jak fizyognomii, są prawdziwem arcydziełem dłuta Piccalugi.
Ale jeszcze pastuchy nie zdążyły dobiedz, kiedy im drogę przetknęły dziewczęta. Leci to na oślep, bezpamiętne, wesołe, puste, strojne.
Zagrało coś... Cości zagrało kędyś! Mniejsza, na ziemi, czy na niebie, do tańca, czy do różańca...
Już się to rwie, już się to pobrawszy za ręce, leci na złamanie karku, gubiąc po drodze czerwone patynki o białych lipowych korkach. Gorsety na tem ciemne, spodniczyny z brunatnej wełnicy, jaskrawe fartuchy rzymskie, zaścieżki u koszul barwiste, na głowach chusty białe, jak je w Albano noszą, albo srebrzyste szpile lombardzkie. Bez tchu biegną na głos, na kapelę, ani wiedząc, że to anielskie grajki tak gdzieś rżną od ucha.
Za dziewczętami żołnierze. Nie byliby żołnierzami, gdyby się innego trzymali porządku. Jakież to draby od luźnej komendy! Zawadyacka mina, berdysze w ręku, na nogach ciężkie buciska, awantura patrzy im z oczu. Aż strach, co pocznie Józef staruszek, kiedy ta cała hałastra do szopy wpadnie.
Za żołnierstwem gromady dzieciaków ciągną psy, koty, niosą małpki, papugi, jagnięta. Może tam nie akurat tak było w Betleem, ale Piccalugha zrobił sobie szerokie pole popisu. Mało który z tych starych animalistów, których dzieła papieże w Watykanie chowają, prześcignąłby go w uchwyceniu indywidualności, temperamentu tych uciesznych bestyi. Dzieciaki, jak dzieciaki: łobuzowate to, obszarpane, od słońca ogorzałe, na surowej jarzynie ochudłe, ale za to każdą parę oczów mógłby Amor brać bez wyboru od tych hultajów i na zmianę nosić.
A tuż znów drepcą podobne do cyganic baby z młodszymi bębnami, w chustach u karku, z koszami jaj, z kurczętami, z serami; właśnie jako u nas niegdyś bywało o świętomichalskim czynszu.
Tuż zaraz przewoźnicy z wiosłem na ramieniu, z różą za uchem, w opadającym po pustych ziobrach pasie z czerwonej wełny; tuż rybacy z sieciami na przełaj, jakoby czując, że się przybliżają cudowne jakieś połowy, jakoweś to moce po wierzchu wód ludzi noszące...
A kiedy tyle ludu wali, jak na odpust, czy to już dziady mają być ostatnie? Wcale nie! Ot, jak szydłem ciągną, a sztykutają, a śpieszą, byle tylko babom drogę zajść, a choć główkę czosnku uprosić. Chromi, koszlawi, jednoocy, zjedzeni nędzą i chorobą...
Maragliano, który, mimo swoich alegorycznych figur „la Verita” i „la Gloria,” nigdy klasykiem nie był, umiał tu pochwycić szpetną prawdę życia, jak flamandczyk jaki.
Dziady jego, to prawdziwa, autentyczna, niedomyta i niewyczesana „Kanalia;” a kiedy ich Centanaro w łachmany odział, a plaster na oko, czy też na nos wlepił, to żaden pies psemby nie był, żeby na takiego nie szczekał.
Okrutnie też ujadają psy Piccalughi, aż na zadach przysiadając a chrypiąc; a dziady szczudłami na nich, albo-li koszturem. Pacierz to marmocze jednym zębem, a drugim klnie, a trzeciego wcale w gębie nie ma.
Gdzie Margaliano widział takich dziadów?
Jeśli nie u nas w Zaduszki, to chyba w sławnej owej grupie żebraków Arcagna, w wielkim pizańskim fresku: „Tryumf śmierci.” Ta tylko między nimi różnica, że kalecy Arcagna do śmierci wyciągają ręce, a dziady Maragliana do babich kobiałek.
Zmądrzeli!
A kiedy tak z prawej i lewej strony lud wali, na pierwszym planie, poniżej stajenki, jakoby nie wiedząca o niczem, stara, bardzo stara prządka na zydelku przed chatynką siedzi, z wrzeciona siwą wełnę puszcza i prawi coś gromadce wnucząt, wśród których sterczą puszyste uszy królików. Kto wie, o czem prawi?
Może o owych czasach, w których jagnię obronione będzie od wilka, a gołąb bezpieczny od jastrzębia gniazdo swe uściele...
Dzieci popodnosiły głowiny, jak wróble, a tu im gwiazda wielka i złota twarzyczki blaskiem obleje...
Stara gwiazdy nie widzi, ale ją czuje; może ma ją w piersiach, gdzie serce. Ale niemowlątka ją widzą. One patrzą na cud poufale, bez dziwu, brat za brat z rzeczami, które nie są z tego świata.
Grupa ta stanowczo z całych jasełek najlepsza, najidealniejsza, owiewa tchem poezyi prawdziwej cały Maragliana żłobek. Ta stara wiejska Sybilla, która nić szarą tradycyi na wrzecionie przędzie, puszczając ją w czas nowy i w dzieciątek duszki, ma coś z biblijnej surowości i prostoty. Jestto wprawdzie jedyny punkt, nieześrodkowany z ruchem kompozycyi i jakby mu obcy, bo tylko wzroczkiem pacholąt, zapatrzonych w gwiazdę, z całością się luźno wiążący, ale jedyny to w żłobku tym epizod, który ci będzie wracał marzeniem do głowy, długo, może zawsze.
Drugim słynnym żłobkiem, jaki miałam sposobność widzieć ostatniemi czasy, były jasełka Polidora, przechowywane w Neapolu, w starej kartuzyi św. Marcina.
Właściwie nie jest to już kartuzya, ale muzeum, zamknięte w obrębie dawnego „Inchiostro” na wzgórzu Sant’ Elmo, z którego szczytu nieporównany widok na miasto i na zatokę. Kręgiem tu oczy za słońcem chodzić mogą i coraz nowe piękno w nie uderza. Pestum, Amalfi, Baje, Miceny, Sorrento, Capri, Ischia, jedne w rażącej bieli, inne w spiekłej czerwieni, jeszcze inne rozpuszczone w liliowych oparach, rzeźbią brzeg morza, niby drogą czarę, po wrąb szafirem nabraną.
Już dla samego widoku tego warto choćby nie powozem, a pieszo, jak do cudownego miejsca, na San Martino iść, ku czemu w Rzymie jeszcze otrzymałam cenną wskazówkę z ust starego towiańczyka, a stąd naszego wielkiego przyjaciela, senatora Tankreda Canonico, którego szanowne imię z wdzięcznem wspomnieniem tu kładę.
Kościół kartuzyi z pierwszej połowy XIV-go wieku, ma oprócz drobnych kilku płócien Lanfranca, Caravaggia, sławne „Zdjęcie z krzyża” Ribeiry; ma także zachwycającą w swej prostocie „Adoracyę pastuszków” Guido Reniego, nie licząc ciekawych fresków i bogatego chóru ze stallami inkrustowanemi drzewem, którym nie ustępują jedne tylko mozaiki drzewne pawijskiej „Certosy.” A jednak nie to wszystko ludzie tam oglądać chodzą. Chodzą tam oni oglądać stary żłobek Polidora, przedmiot czci i nabożeństwa na całej zatoce.
Dla tego też nie radzę wybierać się na San Martino w niedzielny poranek; stroma góra, wiodąca ku niemu, jest wtedy jedną kompanią pobożnych, nie licząc osłów, niosących dzieci i kosze z prowiantem. Kartuzyę zwiedzać trzeba w dzień powszedni, pod zachód, kiedy słońce nie oślepia odbitym od morza blaskiem. Wtedy i żłobek przedstawia się najlepiej.
Kiedy już staniesz w wewnętrznym dziedzińcu, a obejrzysz się po tym cudnym czworoboku, objętym najczystszą dorycką kolumnadą, w pośrodku której, z pomiędzy róż i bluszczów, bije perłowa fontanna, wtedy dopiero czujesz, jakie to rozkoszne schronienia dawały samotnikom te stare „inchostria”. A tuż ci wzrok ucieka niezmierną perspektywą długich, pustych korytarzy, których ściany tworzą prawdziwe muzeum starych napisów i płyt grobowych, płaskorzeźb, odłamów kapiteli, torsów — wszystko to z miękkich, złotem nabranych marmurów, tak, jak je tworzy czas, ocierający się przez długie wieki o ich białość zimną zrazu i surową, swojem ciemnem, tajemniczem skrzydłem.
Naraz uderza ci w oczy coś błękitnego, coś jasnego, coś jakby szmat nieba...
W najdalszej głębi owej perspektywy, korytarz rozszerza się w półkrężną kaplicę ze szklaną kopułą, która ją zalewa żywym drgającym błękitem, roztęczonym od anielskich skrzydeł, tak, że szum ich zda się uchem chwytasz.
Wszystkie te anioły, pędem ku ziemi rzucone, unoszą się nad sławnym żłobkiem Polidora.
Jasełka neapolitańskie, znacznie od genueńskich większe i wspanialsze, różnią się też od nich niemało i pod względem samego pomysłu. Tam rzecz prowadzona z epickiem zacięciem, ze skoncentrowaniem szczegółów w kierunku akcyi głównej, z dośrodkowym ruchem mas, ożywionych jednem uczuciem i jednem dążeniem; tu liryzm, luźna epizodyczność i indywidualizm najniezależniejszy.
W żłobku Maragliana tło, pejzaż jest rzeczą podrzędną; właściwie ziemi używa on o tyle, o ile potrzebuje na niej ustawić swoje nieporównane figury. Krajobraz nie istnieje u niego; jeśli tam i są pewne wyniosłości, pewna falistość gruntu, jeśli są — ubogie zresztą — drzewa, to służą one do uwydatnienia planu kompozycyjnego i kierunków ruchu. W terrakotowych jasełkach Polidora pejzaż istnieje sam dla siebie, jest rzeczą obmyślaną i skończoną samą w sobie. Znać w nim wyobraźnię południowca, rozkochaną w pięknościach nieba i ziemi.
Głęboka perspektywa gór, spadki strumieni, wąwozy, rozkład światła i cienia na wielkie masy drzew, na odłamy zwalonych kolumn, do których się tulą nędzne wiejskie szopy, większość konturów, wsiąkających w błękit na najdalszych planach, słowem, coś w rodzaju tych heroicznych pejzaży Mikołaja Poussin, które wywołują w duszy widza taki nastrój, jakby się w miejscu tem coś niezwykłego stało, lub stać miało.
I ten to nastrój panuje w całem dziele Polidora, jako ton naczelny. Już sama ta chmura aniołów, ta wizya seraficzna, z nieba ku ziemi rzucona, zapowiada niezwykłość zjawiska. Nie widzą ich ludzie po chatach, przy chudobie, przy pracy, przy uciechach swoich, przy troskach i zabiegach zajęci. Ten niwę orze, tamten konie pasie, ów się przepiera z zawadyaką, co mu w austeryi w drogę wlazł; inni wesele sprawiają i tańczą przy kobzie, że aż w niebie słychać; tam dostatnia karoca wali z państwem, a za nią służebna drużyna; ówdzie mielnik śmigi u młyna nastawia i węszy w pole, skąd mu wiatr zawieje; tu rybołowy wracają z więcierzem, pastuchy przy ognisku gwarzą, dziewczęta zaloty z chłopakami stroją, ba, są i kupcy, i mnichy, choć im na świat nie czas; są i baby znachorki wróżące, i dzieci, i starce, i różny statek domowy, ot, jakbyś ściany rozkrył i każdego w małościach i zabiegach życia pokazał. Wtem dreszcz... błysk... dech... Skamieniało wszystko. Odwróciły się głowy, podniosły źrenice; jak kto był, tak został z niedomówionem słowem, z niedomyśloną myślą, z nieskończonym gestem. Nikt nie wie co, ale czuje, że go w zaklęciu czarem dziwnym trzyma. Płowe oracze, woły, i te podniosły łby płaskie o wielkich, rozłożystych rogach; ryczą — i patrzą w niebo. I koń się strząsnął i zastrzygł uszyma, zadrżała na nim skóra od karku do pęcin, odwrócił głowę od paszni — i słucha. Strachnął się pod jeźdźcem kłusak, omal że go nie wysadził z siodła; kur z podjętemi skrzydły na płocie do piania dziób rozwarł i nagle oniemiał; strumienie się zatrzymały, stoją ciche, świetliste, srebrne; wiatr, co po drzewach hulał, o ziem padł, a drzewa niemo stoją... Dalekie tententy od gór kędyś słychać; grzmot — że to, czy ziemia zadrżała?
A tam w oddali, w cichym jarze, w stajence, na garści słomy Dzieciątko leży w nagości nędzy ziemskiej. Ale ze słomy bije blask słońca, ale nad szopą zorza jutrzenna stoi.
Ku Dzieciątku pochylona Służebnica pańska, w dziewiczych łunach klęczy, blaski w nią dziwne biją, oczu od Dzieciątka oderwać nie może, ręce złożone przy ustach niemych trzyma, przestrachem i zachwytem zdjęta. Przy niej Józef. Na berlicy się wędrownej wsparł, w Dziecko wpatrzony, zadumany posępnie. Ani on widzi chórów anielskich, ani ich muzyki słucha; biała broda mu się trzęsie, ciężko mu, jakby miał głaz na piersi...
A tam zdaleka, na najgłębszym planie, ledwo widni trzej królowie jadą. Jeszcze ich złotogłowy i barwiste szaty zadalekie, by ci w oczy biły. Tylko się przed nimi rozjaśniają cienie tak, jakby je kto rękoma na strony garnął; anioł ci jest, duch gwiezdny, co powietrzem płynie, rozdzielając zmierzchy i świecąc bożym kagankiem...
Taki jest moment jasełek Polidora i taki nastrój, zbudzony w duszy widza. Wrażenie jest niezwykłe, silne, zgoła nieoczekiwane przez tego, co tu na „szopkę” patrzeć szedł, a odchodzi tak przejęty, jakby się ot to wszystko, tu właśnie przed nim tylko co odbyło...
I to jest tryumf artysty.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.