Lambro/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Lambro, powstańca grecki
Podtytuł Powieść poetyczna w 2 pieśniach
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
LAMBRO

POWSTAŃCA GRECKI

POWIEŚĆ POETYCZNA

W 2 PIEŚNIACH.





PIEŚŃ PIERWSZA.

......Should we again provoke
Our stronger, some worse way his wrath may find
To our destruction; if there be in hell
Fear to be worse destroy'd ......
MILTON.



I.

Falo błękitna kołysz łódkę Greka,
Niech mu po morzu ściele xiężyc złoty
Ścieżki obłędne, niech przed nim ucieka
Gdy po téj drodze puści żaglów loty;
Kołysz go falo, i łódkę Majnoty
W samotną morza obłąkaj krainę,
I tam mu powiédz: ja nosiłam floty
Na moich skrzydłach, aż pod Salaminę;
Płynęłam taką, jaką dzisiaj płynę.

W Archipelagu zanieś go ostrowy.
Tam góry chmurą owiane błękitną,
Na górach kolumn potrzaskane głowy:
Nad nimi wiecznie kwitnie laur różowy,
Pomarańczowe drzewa wiecznie kwitną,
I śniegiem kwiatów zasypują gruzy.
A ludzie — cierpią, że umrzéć nie śmieli;
Twarz ich boleści rysem naznaczona.
Gdyby tu błysnął dawny wzrok Meduzy,
Gdyby ci ludzie jak są skamienieli,
Ileż by nowych posągów przybyło
Łamanych wiecznym bolem Laokona.
Tu nad pomników i ludzi mogiłą,
Xiężyc posępny płynie co wieczora.
Gdy góry światłem błękitném przeniknął,
Mgły zasłonami doliny ośnieżył,
Szuka posągów, które widział wczora,
Do których twarzy wiekami przywyknął;

Blady — jak starzec co na ziemi przeżył
Zagasłe, mrące co dnia dzieci koło;
Gdy wszyscy padną, gdy ostatni padnie.
Tak ma wiekami wyniszczone czoło,
Że się nie chmurzy żalem, ani bladnie,
I nikt cierpienia z twarzy nie odgadnie.


II.

Archipelagu wysp wieniec różowy,
Lekkich kaików przerżynają wiosła.
Jak dawne Nimfy tak dziś te ostrowy,
Przed Tureckiémi uciekając gwałty,
Odmienne piérwszym biorą na się kształty.
Jak niegdyś Dafne w liść lauru porosła,
Tak dzisiaj Hydra zielona laurami.
Ipsara skalnym błyszczy stroma brzegiem,
Podobna córce głazowej Tantala;
Gdy pod nią śnieżna rozbija się fala,
Wiecznie od czoła wieńczonego śniegiem
Kryształowémi upłakana łzami[1].

Ipsarskie miasto, jak dłutem snycerza
Ze skał ciemnego łona wydobyte,
Barwy ma szare od tła nie odbite,
I lasem masztów na poły schowane.
Gdzieniegdzie lekka minaretów wieża,
Niesie pod niebo szczyty ołowiane.
Tam rzędy okien, od łuny zachodu
Jak mnogie lampy rospalone, drzące,
Co chwila bladsze, co chwila gasnące,
Już zaszły mrokiem — ale szczyty grodu
Długo złociste miały słońcem dachy.

Ostatnie światło z ciemnością się starło...
Chociaż to miasto napół obumarło,
Gwar słychać w mieście — bo bezludne gmachy
Głośniejszym odgłos odbijają echem;
Gwar smutny — rzadko pomięszany śmiéchem,
I tajemniczy, jako te odgłosy,

Które wiatr z martwéj muszli wydobywa.
W głębiach haremów lśniące perłą rosy
Palą się róże — smutno słowik spiéwa;
Przez szczyty murów na ciche ulice
Wonnych akacyj zwieszają się kwiaty;
Czasem pochodnia błyśnie spoza kraty;
Xiężyc turbanu olśni bawełnicę.
To Turek dąży w znajomą gospodę,
Co inne gmachy przenosi wytworem,
Gdzie wielkie kotły wrącą źródeł wodę
Leją w kanały złotym dziwotworem;
Ta z kłębem pary wytryska w fontanny,
I wieczną walkę z zimną siostrą toczy,
Opryska warem, parą ją omroczy,
Wprzód nim zezwoli iść do wspólnéj wanny.
Tam woń arabskich napojony duchem
Przechodzi Turek w marmurowe sale,
Jedna za drugą wiążą się łańcuchem,
Kłamane daléj w zwierciadeł krysztale.
Tam Grek usłużny obbiega wokoło,
Dla muzułmanów nie szczędzi ukłonu:
Do ziemi chyląc osiwiałe czoło,
Naléwa mokkę w łono róż z Japonu;
Potem przed Grekiem stawia czarę z gliny
Chowając aspra, do czary naléwa
Napój z makowéj tłoczony rośliny,
Co śmierć sprowadza — jak cień tego drzewa
Które usypia snem głębokim zgonu.
Mrok spada w dymu stambulskiego chmurze,
Gdzieniegdzie tylko z Etrusków wazonu
Widać w półowie wychyloną różę;
Gdzieniegdzie błyszczą sztyletów głowice;
Tam nieruchome wyznańców turbany,
Porosły kołem jak łąk tulipany;
Nad turbanami palą się xiężyce.


III.

Wchodzi do sali młody Ipsarjota,
Jak u śpiewaka twarz blada i smutna;

I na ramieniu miał kapotę z płótna
Niegęsto nićmi przetykaną złota.
Widać z gitary — znać po blasku oka,
Że z pieśnią sioła i grody przebiega.....
Wnet go tłum Greków dokoła oblega,
Wypuścił bursztyn wierny syn proroka.
Greki i Turki zarówno ciekawi
Jaki głos śpiewak, jaki lutnia wyda?
Czy ich upiorów powieścią zabawi?
Czy brylantową bajką Alraszyda?
Śpiewak po sali wiódł wzrok obłąkany,
Jak gdyby liczył tureckie turbany;
A potem spojrzał w mnogie Greków twarze
I gdy w nie patrzał — znalazł dźwięk w gitarze.




POWIEŚĆ GREKA.

IV.

Małe tu znajdę dla pieśni pokupy,
Miłość ją kraju i rozpacz uprzędły.
Tu zżółkłe twarze — może serca zwiędły?
Miałem tu znaleść ludzi — widzę trupy.
Nie zdolni z życia wybić się skonaniem,
Wyście odważni — lecz na pół otrucia,
Wyście przywykli zabijać pół czucia,
I zmartwychwstawać lecz półzmartwychwstaniem,
Wiecznie okuci w żelazne ogniwa.
Pieśń często z kajdan iskry wydobywa;
Więc będę śpiewał i dążył do kresu;
Ożywię ogień, jeśli jest w iskierce.
Tak Egipcjanin, w liście z Aloesu,
Obwija zwiędłe umarłego serce;
Na liściu pisze zmartwychwstania słowa;
Chociaż w tym liściu serce nie ożyje,
Lecz od zepsucia wiecznie się zachowa,
W proch nie rozsypie... Godzina wybije
Kiedy myśl słowa tajemną odgadnie,
Wtenczas odpowiedź będzie w sercu — na dnie.

Myśl syna pieśni ciemna, niezgłębiona,
Jest jako fala umarłego morza;
Co jéj powierzysz, wnet wyrzuca z łona,
Lecz barwą ciemnych głębi przyodzieje,

Da nieśmiertelność kamiennego łoża,
Kwiat w niéj nie tracąc barwy kamienieje.
Lecz jeśli wieszczek nie znajdzie wyrazów,
W głąb jego serca słuchacz nie dosięga;
Często podobny sam do zimnych głazów,
Choć pieśń ognista w myśli się wylęga,
Często go słuchacz odbiegnie wesoły...
A pieśń, co ledwo dopłynie półowy,
Jak mórz zamarłych owoc rubinowy,
Bezpłodne w sobie zamyka popioły.


V.

Niegdyś nam północ miecz podała w dłonie
A potém chytra bezsilnych odbiegła[2].
Widziałem walkę — widziałem to błonie
Gdzie siła naszych rycerzy poległa.
Ja byłem dzieckiem i patrzałem z chaty...
Powietrze chmura proporców krajała,
W Tureckich szykach lśnił xiężyc bogaty,
Nad nim dym śrebrny wyrzucały działa,
Stamtąd huk leciał, stamtąd ziemia grzmiała,
I grad pocisków wyrzucały spiże;
A stąd, zachodnim złocone promieniem
W ten dym ognisty szły błękitne krzyże,
Z uporném, z głuchém rospaczy milczeniem.
Potém je dymy spiżowe pożarły,
Mignęły w ogniu złote — i pobladły.
Przed nocą wszystkie szeregi wymarły,
I wszystkie krzyże w szeregach upadły.


VI.

Tak się zwycięstwa przeważyły szale...
Lambra Tureckie ominęły gromy,
Wdarł się na skałę — całą noc na skale,
Patrzał na groby, na groby bez końca!
I tak nazajutrz jeszcze nieruchomy
Błyszczał w promieniach wschodzącego słońca...
A stamtąd poszedł błąkać się po świecie.
Lecz nie samotny — znalazł się ktoś drugi,

Co przy nim giermka podjął się usługi;
Kto to był taki? — może odgadniecie.

Po długich latach, z krainy wygnania,
Ujrzał jak Grecy, z wiatrem na wyścigi,
Nieśli po górach hasło zmartwychwstania;
Pieśń grzmiała w dzwonach — była to pieśń Rygi[3].
Ale niedługo Grek o szczęściu marzy,
Kolejno w siołach milkła pieśń i dzwony,
Gdzieniegdzie snuł się Kleft — lecz zakrwawiony,
I z krwią miał rospacz przysechłą do twarzy.
Płacz, narzekanie wstrząsa Greków chaty,
Echami skał się rospłakały łona.
Jutro wołają na maszcie fregaty,
Haniebną śmiercią młody Ryga skona.


VII.

Na dzikich brzegach skalistej Ipsary
Wznosi się klasztor wysoko nad morze;
Krzyż jego pierwszy wita ranne zorze,
Ostatnie słońcem złocą się filary.
Koło klasztoru bez czoła kolumny,
Stoją jak palmy pozbawione liści.
Tam mnich pracuje koło własnéj trumny,
Tam od Tureckiéj uciekł nienawiści...
Ów dzwon, co dzisiaj ogłasza pacierze,
Nieraz do broni powoła majnotę;
Nieraz od Turków okrążone wieże,
Czoła dział srebrnym uwieńczają dymem.
Z tych okien błyszczą spiżu paszcze złote,
I mnich pokorny staje się olbrzymem.
Nieraz rospaczy naglony potrzebą
Rozwala miną poświęcone ściany;
Rzekłbyś że mnich ten chce zdobywać niebo
Skał odłamami jak dawne Tytany.

Na niższych skałach cmentarz Muzułmanów,
Czarowny, cichy; pełny drzew i kwiatów,

I dłutowanych w marmurze turbanów,
Jak odłam z rajskich oderwany światów
I przesadzony na skalne urwiska.
Tam byłem wczora... Słońce zachodziło...
Za marmurowe skryty grobowiska,
Widziałem dwoje ludzi nad mogiłą;
Widziałem klefta i Greczynkę młodą.
Ona — do Peri podobna urodą,
Jak była piękną, wyraz nie okryśli!
Gdy długo, długo patrzałem w jéj lica,
Kiedy się potém obudziłem z myśli,
Tak byłem tęskny — rozmarzony — smutny,
Jak gdybym długo patrzał w twarz xiężyca.
Snadź że jéj życie był to czas pokutny,
Za całą przeszłość szczęścia pogrzebaną;
Miała na twarzy smutek — lecz nie żałość,
Barwę koralu łzą nie opłukaną;
Rumieniec tonął w bezpromienną białość,
I w białych szatach stała między drzewa
W pół przeświecona blaskami zachodu,
Podobna śrebrnéj fontannie ogrodu,
Z któréj wiatr mgliste warkocze odwiewa.

Kleft znać z ubioru był kiedyś rycerzem,
I wierne rysom członków nosił szaty,
Piersi jedwabnym zamknięte pancerzem,
Co się od słońca w różne barwy łamie,
Wypukło w złote wyszywany kwiaty.
I miał kapotę rzuconą na ramię,
Białą jak śniegi — i pas złotolity,
Nogę złoconym wiązaną rzemieniem,
Małą misiurkę któréj axamity
Pod kruczych włosów tonęły pierścieniem,
Na niéj z misternie ułożoéej zwici,
Węzeł w złociste rozpadał się nici.

Choć stłumionémi przemawiali słowy,
Mogłem dosłyszéć ułamków rozmowy.


VIII.

„Lambro! ty w słowach dajesz mi obłudę,
Nie odpowiadasz szczérze, gdy zapytam.
Na twojém czole z przerażeniem czytam,
Ostatni stopień wszystkich nieszczęść — nudę.
Blask twego oka nie odbłyska z duszy.
Serce jak brylant chociaż się roskruszy,
W każdym odłamie iskra się zawiesza,
A każda czystém lśni tęczy promieniem:
Lecz na twém czole jakiś szatan mięsza,
Rospacz ze śmiechem, śmiéch blady z cierpieniem...
Ty jesteś z ludzi, których serce żywi
Łzami — lub gorżką trucizną laurową.
O! bo też prawda, że my nieszczęśliwi,
I czasem czuję że pociechy słowo
Ma dźwięk szyderczy i na serce spada.
Gdy myślą wracam w przeszłości krainy,
Widzę jak przy nas stojąc rospacz blada,
Czekała szczęściem niepełnéj godziny,
Aby się poznać z nami — i być z nami...
Czekała długo — przyszła choć nie skora;
Ze wspólnych myśli, jednego wieczora,
Myśmy się w stronę rozbiegli myślami.
I dziś mi nie chcesz odkryć serca głębi,
Milczysz?...“ —

— „Dziś nie chcę zabijać słowami.
Bo każde słowo do serca utonie,
I tak jak sztylet dreszczem je oziębi;
A potém długiém rozpamiętywaniem,
Jak żar piekielny rozpali się w łonie,
I potém, potém — cała przyszłość twoja
Stanie się długiém i ciężkiém konaniem.
O! patrzaj na mnie — ta złocista zbroja
Dzikiego Klefta nigdy nie stroiła,
Zmieniłem szaty — tyś serce zmieniła.
Winnaś wyczytać na pobladłém czole,
Myśli ukryte i obecne bole,
I wszystkie zbrodnie — a żądasz wyrazów!

Tak jak wędrowiec wśród grobowych głazów
Nie umiesz czytać napisów cmentarza?
Więc poznaj Lambra, jak ludzie poznali...
Jam dzisiaj królem błękitnawej fali,
Mszczę się... Dziś czarna bandera korsarza
Rzuca cień śmierci, gdzie dosięgną działa:
I zapomniałem zetrzeć z mego czoła,
Cieniu co dzisiaj rzuciła nań rano;
Otarłem tylko szablę krwią skalaną.
Kłócę niebaczny spokojność anioła...
Napół przeklęty, napół zapomniany,
Rozpalam ogień miłośnéj pochodni,
I wiążę serce dwóma talizmany,
Wielkością nieszczęść — i wielkością zbrodni.
Mój obraz kształty przybierze olbrzymie
W głębi twéj duszy — jak anioł upadły,
We krwi skalany — w dział omglony dymie,
W blasku brylantów i złota wybladły.
O! bo ja miałem wielką niegdyś duszę!
Lecz gdy ją znudził smutek jednobrzmienny,
Idę wśród ludzi jak przez las jesienny,
Kędy pod stopą zżółkłe liście kruszę,
I gardzę liściem, co ściészki pozłaca
Barwą uwiędłą — lecz szum ich zasmuca!
Wolę niech moją łodzią fala rzuca,
Niechaj mi wzgardą za wzgardę odpłaca.
Morze — to wielka mogiła stworzenia,
Dumającemu na niéj, myśli płyną.
Nieraz na fali umiéram z pragnienia,
Jak obciążony Tantalową winą,
I mogę niebo przeklinać — i morze.
Usłałem sobie rozwahane łoże,
Co mi piastunki daje kołysanie,
Bo spać nie mogłem na ziemi — a teraz
Często mię zorza spiącego zastanie,
I nie obudzi skrawém światłem — nieraz
Działo mi dając ranne powitanie,
Zbudzić nie może — często sen przedłużę,
Aby w tym życiu żyć jak najmniéj — nie snem.
Dziś nieszczęściami, są mi niebios burze,

Lina zerwana ujęciem niewczesném;
Mam jeszcze czucie... bo dziś mię rozczula,
I łzy mam w oku, gdy rozryje kula
Maszt, z którym długie przebiegałem drogi,
Wycięty z rosłej Epiru topoli,
Co mi rodzinne wspominał rozłogi:
Lecz gdy mrą majtki, wtenczas poniewoli
Na moich ustach błyszczy uśmiéch dziki,
Jak gdybym szydził, że niezręczni byli
Śmierci uniknąć — a ci ludzie żyli
Zemną, przez długie lata trosk, cierpienia,
Jak krwi tygrysy — druhy — niewolniki...
Ostatnia miłość, miłość przywyknienia,
Skamieniałego serca nie poruszy...
Ze złotem stawię człowieka na szale,
A potém złoto rzucam w morskie fale,
Jakby w tém była jaka wielkość duszy.“ —


IX.

Słucha dziewica, jéj rumieniec mgławy,
Zrazu rozkwitał i blasku nabywał...
Gdy zaczął mówić, to uśmiéch ciekawy
Twarz jéj oświecił — we łzy się rozpływał,
I znów powracał tak w odcieniach zmienny,
Że słów kochanka wydawał się echem:
A gdy ten uśmiech gasiła zgryzota,
Gdy obumiérał zadumaniem senny;
Podobną była do niewiasty Lota,
W chwili gdy tonie ostatnim uśmiechem
W nieodgadnioną boleść, w sen kamienny,
I jeszcze słucha w przeszłość odwrócona...
I tak posągów brała kształt nieżywy,
Tak opuściła bezwładnie ramiona,:
Że z ramion szata płynąca do ziemi,
Jakby w kamienne łamała się spływy.

I Lambro bladnął i usty drżącemi
Mówił: „O luba, wybacz, że te słowa
Za nadto czarną malowały duszę;

Przywykłem kruszyć serca — a gdy kruszę,
Patrzéć jak cierpią i śmiać się szalenie.
Lecz twoja boleść, bladość marmurowa,
To już nad moje siły, nad sumnienie!
Czy wierzysz, luba! ja się wyznać wstydzę,
Ja, korsarz krwawy! ja, ludzi morderca!
Że się zabójstwem i zbrodniami brzydzę,
Że mam myśl jedną, wielką, w głębi serca,
Co kiedyś zbawi nawet pamięć moją.
O luba! teraz niech się ludzie boją;
Niech się przed czarnym chronią pawillonem;
Znajdę ich — zbudzę... jeśli nagłym zgonem
Bóg wielkiéj we mnie myśli nie rozłamie.
Na moim czole widzisz dumy znamię,
To jest przeczucie sławy — tam — tam w dali
Widzę okropną przyszłość — ale sławną:
Precz te obrazy... Luba! jakże dawno
Z tobą po obcych błądziliśmy światach?
Jakżeśmy dawno w przeczuciach szukali,
I w oberwanych po liściu róż kwiatach
Naszéj przyszłości? Z tobą moje losy
I z tobą dotąd wiążę myśli moje.
Często przed ludźmi w kajucie ukryty,
Jak dziécie trefię przed zwierciadłem włosy,
Szaty poprawiam — brylantami stroję,
Bo widzę jasno — widzę w twych marzeniach,
Mój własny obraz wyraźnie odbity,
Więc podobieństwa szukam w ukraszeniach,
I póty śmiechem rozjaśniam jagody,
Aż póki czyste wróci mi zwierciadło
Obraz twych wspomnień z twarzą mniéj pobladłą
I mniéj posępny — i smutny i młody.“

„O! świat ten gorzki, śmiéchem przeraźliwy
Dla tych co płaczą czy to krwią czy łzami.
Chroń się ty świata — bo on nie był z nami
W szczęścia godzinie, więc i dziś nie będzie;
Bo przeciw wielkim czuciom on gniewliwy,
I nie przebacza tym co toną w błędzie.
Patrz jak ten klasztor czoło w chmurach trzyma,

Ja ci wynajdę mieszkanie w klasztorze;
Zamknij się w cichéj celi i ze skały
Patrzaj nocami na rozległe morze,
I błękitnymi po fali oczyma
Mojego statku ścigaj żagiel biały.
A gdy zagrożą fali niepokoje,
Kiedy się będziesz modlić zdjęta trwogą,
Razem popłyną w niebo, jedną drogą,
Twoje modlitwy i przekleństwa moje.

„Lecz nim obierzesz klasztorny spoczynek:
Jutro, nim zorza świtem się rozpali,
Przyjdź do mnie sama — tam — nad brzegi fali,
Odziana płaszczem bogatych Turczynek.
I miej kalemkiar ciemny z muselinu,
Lub czewrę gęsto haftowaną złotem[4];
Niechaj się z wiatru nie wznosi polotem.
Nie zdradzi twarzy przed oczyma gminu,
Jutro — pamiętaj! — tam łódź moja czeka,
Gdzie się przy skale załamało morze.
Ja sam przebrany w Tureckim ubiorze,
Płynę na pogrzeb ostatniego Greka.“ —

Skończył — a kiedy z ostatniémi słowy
Na piersi chylił twarz cierpieniem zbladłą,
Zda się, widziałem, kilka łez upadło...
Niewiem... to może z silniejszym powiewem
Opadał z drzewa kwiat pomarańczowy?
Niewiem czy płakał — czyli zachwiał drzewem?


X.

Ranek był. Morze rozpalone świtem
Wre zdala, szumi i śrebrzy się w pianę,
Potém portową groblą odłamane
Brzegi spokojnym oblewa błękitem;
A brzeg wysoko szarzeje granitem.
Wyżéj palm błyszczy zieloność wesoła.
Te palmy w niebo sięgające szczytem,
Jako nam istność malują anioła;
W mgle mają stopy — a w błękicie czoła.


O! jakże smutny fali szum bezdenny
Co się z cichego morza wydobywa!
I ten las masztów, jako las jesienny,
Z którego burza północy gniewliwa
Połowę jasnych liści poobrywa
A pozostałym da rozliczne szaty,
Liść Sztatudera złotem się pokrywa,
Róż Albionu płonią się szkarłaty,
Szronem się Franków ośrebrzyły kwiaty.

Słysząc szum żagli — słyszysz jakby we śnie
Gwarzące różnym językiem narody…
Rozdarte gromem skarżą się boleśnie,
Jakby mówiły doznane przygody,
I prześcignięte z wiatrami zawody.
A fala milczy — choć może w niéj tonie
W téj chwili okręt nadziejami młody;
I jęk rospaczy wydany przy zgonie,
Uczuła fala — lecz zamknęła w łonie.


XI.

Okręt troistą opasany spiżą
Zatknął na maszcie xiężyc, trzy buńczuki,
Omglił się dymem — dział rozesłał huki:
I wtenczas niby szatana był tronem;
Gdy wiatr poddany dym unosił chyżo,
Wszystkie go maszty witały pokłonem;
A okręt ucichł, pił dumy kadzidła.
Mgła ranna, hukiem potrójnym rozbita
Śrebrne po masztach zawieszała skrzydła;
Na wschodzie skrawo dzień wschodzący świta.
Nie ma wyrazów język niezaskarbny
Malować słońcem ukazane czary.
Jako rozkwitłe Nilu nenufary
Z kwiatów kobierzec wiążą różnofarbny,
Jak odświeżone muszle i kamyki
Pieszczotą fali — tak na cichéj wodzie,
Wiążąc się razem w jasne mozaiki,
Spłynęły żaglem oskrzydlone łodzie.

Tam turban kitą ozłocony świetną,
Tam śrebrna dziewic zasłona powiała;
Od łodzi fala różny połysk brała,
Barwiona złotem lub purpurą Tyru.
Cała ta przestrzeń była łąką kwietną,
Była doliną, szalem kaszemiru.
Łódź każda wiosłem drugą łódź prześciga,
Pod maszt fregaty gdzie ma skonać Ryga.
I tak jak chciwe sępy, albo kruki,
Gdy czują oddech śmierci, tak spłynęli
W bogatych łodziach, po morskiéj topieli
Z męczarni Greka różne brać nauki.
Wielu jest w tłumie co się śmiać nauczą,
Śmiech taki wrzkomo wielkość serca kłamie!
Wielu stąd wróci i miecze rozłamie,
Co jutro w królów miały tonąć łona.
Gdy tacy zemstę aniołom poruczą,
Nieliczny może z męczarni wyłamie
Prawdę — że skonać nietrudno — skona.


XII.

Wstąpił na pokład Ryga wśród janczarów,
Kiedy chciał mówić, słowa mu nie dali;
Więc tylko okiem raz rzucił po fali,
Spojrzał na mgłami osrebrzone góry.
A wtenczas ucichł dźwięk niesfornych gwarów,
W szmer się zamienił gasnący — ponury,
I była cisza… Z ciszy wybłąkana
Pieśń, między Turków urodzona tłumem,
Na kilka cichych głosów rozłamana,
Rośnie i z fali kołysze się szumem:
Rzuciła w tłumie grzmiące Rygi hasła,
Powstańcie, Grecy! ale Grek nie słyszy,
Powstańcie, Grecy! brzmiało — ale ciszéj —
Do broni — cicho — pieśń znikła — zagasła.
Pieśń serce Rygi przy skonaniu kruszy,
Lecz radość widna z twarzy i z postawy.
Jak gdyby przeczuł nieśmiertelność duszy…
Może czuł tylko nieśmiertelność sławy.


XIII.

Widziałem! ja sam widziałem o Greki!
Jako na wielkie wstąpił rusztowanie;
Widziałem wszystko — i tłumiłem łkanie…
On był tak młody — nie zmrużył powieki
Choć śmierć tak bliska! choć śmierć tak straszliwa!
Jeszcze go widzę jak zasłonę zrywa,
Jeszcze go widzę — jak pod nieba stropy
Na rusztowaniu stanął — i smutnemi
Oczyma dawał pożegnanie ziemi,
Siłom młodości — marzeniom młodości.
Wtem szczeble pękły wymknięte spod stopy…
Niemam wyrazów… Któż mu nie zazdrości
Śmierci, teutońską sprowadzonéj zdradą?
Lecz któż się zemści? któż w całym narodzie?

I właśnie słońce wstawało na wschodzie,
I promień z rannéj otrząśniony rosy
Pozłocił Rygi twarz martwą i bladą
I na ramiona spływające włosy.
Na twarzy siłę ukazał niezmienną,
Uratowaną z męczarni rozbicia;
Na twarzy walczy senna boleść życia,
Z drugą boleścią wieczności — bezsenną.


XIV.

A w tłumie widzów jedna łódź ożyła;
Jak po jeziorze trzcinami zarosłém,
Wężową ścieszką z tłumu się wywiła;
Turek ją pędził obustronném, wiosłem
I bawił Turków, rzucając nad głowy
Tysiączne kręgi wodnistych obręczy,
Umalowane kolorami tęczy.
A łódź, jak delfin w wodzie rozigrana,
Czasem tonęła w odmęt lazurowy,
Równa powierzchni morza, tak że piana
Żagiel srebrzyła; czasem statek złoty
Po wierzchu fali szedł ptasiemi loty,

I coraz bliższy fregaty sułtana,
Niebacząc niby, pod srogiemi kary
Wzbronione łodziom, granice przechodzi.
Nie śmieli strzelać strzegące janczary,
I od płynących zdrady się nie bali;
Bo w téj złocisto malowanéj łodzi
Ujrzeli postać dziewicy — i głośno
Śmiejąc się wszyscy — wszyscy przeklinali
Szatę Turecką — zamkniętą — zazdrośną,
I ów kalemkiar z musselinu biały,
Tak gęsto lśniącym haftowany złotem,
Że go powiewy wiatru nie odwiały,
Ani łódź szybkim odsłoniła lotem.
Ta pod zasłoną róża niewidoma,
Snadź z ciekawością dziecinną haremu
Może przejęta zgrozą — nieruchoma
Chciała się bliżéj przypatrzyć zmarłemu?
Może się pod tą zasłoną ukrywa
Uśmiech w połowie ciekawy — wesoły?
Z takim uśmiechem liście róż obrywa,
Z takim uśmiechem te ziemskie anioły
Widzą zgon róży — serca — lub człowieka.

A wtém okrętu piersi niedaleka,
Łódka uczuła silny popęd wiosła,
Biegła po fali — z fregatą się zrosła:
I wnet z jej łona dym się wybił szary,
A potem jasność błękitnawa siarki.

Majtek przez chwilę patrzał na pożary;
A gdy mu płomień ramiona otoczył,
Odrzucił turban i do fali skoczył.
Za zbiegłym setne strzeliły janczarki,
Przed kulą w morzu zanurzony zginął…
Po chwili błękit pianą się zakłócił,
Majtek na fali powierszchnie wypłynął,
Pobladłym Turkom śmiech szyderczy rzucił…
A gdy smiech echo okrętu powtarza,
Gdy się twarz majtka słońcem oświeciła,
Śmiech ten poznałem — był to śmiech korsarza,
I twarz poznałem — to twarz Lambra była.


XV.

Spłonęła łódka — a w dymie z lazuru
Błękitna siarka błyska — z razu blada
Całuje okręt jak czarę z marmuru,
Jąć się nie może, ślizga się i spada —
Wgląda na pokład — potem z trzaskiem nagle
Czerwona dębu zajęła się ściana
I w dymu kłębie iskra zabłąkana
Jak gwiazda z nieba upadła na żagle.
Wnet płomień szybko aż na maszty wbiega,
Spodem okrętu roztwiera szczeliny…
Pękały szyby i rwały się liny,
I maszt z węglowym padł na pokład dźwiękiem.
Odgłos rospaczy w trzasku się rozlega,
A tysiąc jęków było jednym jękiem…
Ucichły razem… huk płomieni głuchnął;
Ciszą się zdawał gdy doń słuch nawyknął.
Nagle — w płomieniach nowy blask wybuchnął.
Jak tknięty rószczką czarowną aniołów,
Z gromem wulkanu cały pożar zniknął,
Zostawił przepaść — i w niéj wrącą pianę,
I wszystkie łodzie burzą kołysane,
A na nie chmura upadła popiołów. —


XVI.

Takim był Ryga uczczony pogrzebem…
Nie poszedł pruchniéć w marmurowe lochy,
Stos miał wzniesiony pod błękitnym niebem,
Z dębów i trupów — jako do łzawicy
Do czary morza spadły jego prochy. —
Lecz jak okropna śmierć młodéj dziewicy!
Anielskim niby ożywiona duchem,
Kiedy ją ogień dokoła obchodzi,
Boleści żadnym nie zdradziła ruchem,
Bez jęku prochem opadła do łodzi.


XVII.

A Lambro w morzu przechował się cały,
Do korsarskiego dopłynął okrętu;

Przywołał pazia — i napół omdlały
Padł na kobierce — mówił — a z odmętu
Myśli zburzonych płynie mowa skora,
W stu słowach ledwo jedna myśl roskwita…
Mówił do pazia: „Już pora! już pora!
Zmienić banderę… Ale czy powstaną?
Gdy krzyż na czarnéj banderze zaświta,
Może powiedzą — szalony! za rano!
Więc dla niczego tyle znieść męczarni?
Paziu! idź w góry, gdzie się klefty kryją,
Do marmurowych zazieraj kawiarni,
I pieśń im spiewaj — i zobacz czy żyją?
Zobacz — na grobach czy płaczą mściciele?
Lecz wróć jak zwykle lać napój makowy,
O każdą kroplę napoju się spierać;
Bo dzisiaj czuję straszny ciężar głowy,
I ciężar myśli… wypiłbym za wiele.
Dzisiaj chcę marzyć dłużéj — i spać dłużéj —
Ale żyć muszę — z Grekami umierać…
Idź dobre wieści przynieś mi z podróży…“
— „Poszedłem“ —
Spiewak cały się zapłonił,
Czuł że się słowem nierostropném zdradził:
Kryjąc zmięszanie — silnie w lutnię dzwonił,
Ręką przez wszystkie struny przeprowadził.
Obejrzał koło Greków… myśli czyta.
Zaśmiał się gorżko — rzucił wzgardy okiem,
I wyszedł… Za nim śpiesznym wyszła krokiem
Jakaś Greczynka zasłoną okryta.
Może ciekawa pieśni tajemnicy
Za odchodzącym paziem zawołała?
Potém z nim długo — długo rozmawiała,
Na ośrebrzonéj xiężycem ulicy.
A choć rozmowy niedosłyszéć dźwięku,
Snać gorącymi prosiła go słowy…
Musiał zezwolić, — bo na jego ręku
Błysnął xiężycem pierścień brylantowy.






PIEŚŃ DRUGA.

I.

Już noc zapada w korsarza kabinie,
Zalana falą szyba bursztynowa
Coraz ciemnieje; jak w piekła krainie
Mrok był ognisty i cisza grobowa,
Piekło to było... i te same słowa,
Co na piekielnéj wypisane bramie,
Tu z pierwszym wiatrem na wchodzących wieją;
Bo kto tu wejdzie, żegna się z nadzieją.
Tu myśl starzeje w przeciągu godziny;
Gdy się nad głową grzmiąca fala łamie,
Gdy huczą płótna, jęczą starte liny.
Choćbyś wrażenia powiązał łańcuchem,
To się rozprysną — ogarnąć nie mogą
Ruchu, co ziemi wydaje się ruchem,
Pojęty tylko jednym zmysłem — trwogą.
Jest ktoś w kabinie — bo chociaż wśród cienia
Nie widać kształtu żyjącéj istoty,
Lecz słychać często ciężkie odetchnienia.
Ktoś w tym się grobie musiał zamknąć żywy?
Jeżeli czuwa, to ma myśl zgryzoty;
Jeżeli zasnął, to ma sen straszliwy.


II.

Paź wszedł... postawił na stół lampę kryształową.
Przy stole siedział korsarz z pochyloną głową,

I zadrżał, bo te światło z marzenia go budzi,
Bo te światło natrętne było jak tłum ludzi
Co widząc blade czoło o szaleństwo woła.
Korsarz długo ze światłem godził rysy czoła,
Twarz jego jakby z kruszcu łamała się twardo,
Malowana naprzemian śmiéchem, bolem, wzgardą;
A potém się w bezwładną spokojność przybrała,
Jeśli twarz może skonać, twarz Lambra skonała.
I spoczywał bezwładnie na stole oparty,
Przed nim rozwite świata znajomego karty,
Cała ziemia ramieniem Lambra opasana,
Leżała jak w żelaznych skrętach Lewjatana.

A te ściany są krwawą powieścią korsarza.
Lampa co przed nim płonie, zdjęta z przed ołtarza,
Świeci zbrodni jak niegdyś przyświecała Bogu.
Tam daléj blask xiężyca rzucony na progu,
Odbłyska jakby kawał śniegu błękitnawy.
I różne pawillony z obcej wzięte nawy,
Skarżą się pod stopami korsarza rozdarte.
A tam — lampa oświeca pargaminu kartę,
Firman — złotem w sułtańskie ustrojony słowa;
Na nim jak pieczęć z wosku leży trupia głowa,
Od sułtana samego głowy mało mniejsza,
Żółta, lśniąca i może z czaszek najpiękniejsza.
Daléj złotem wybite, krwią rdzawe oręże,
Nad czarami ze spiżu okręcone węże,
Zginają kark do czary po szczątki trucizny.
Z tych ścian wyczytaj zbrodnie wygnańców z ojczyzny
A sumnieniem kajuty są ścienne zwierciadła,
Których powierszchnia parą wilgoci pobladła,
I — co dnia zasłonami grubszemi ciemnieją,
I co dnia na co patrzą, spowiadać nie śmieją. —

Czasem słychać szum morza, czasem cichość głucha,
W ciszy korsarz podnosi blade czoło — słucha.
Jego myślom, w dalekie rzuconym zawody,
Odpowiadają dźwiękiem, krople morskiéj wody,
Co ze szczelin sączone dźwięk wydają szklanny,
Jak płacz łzawy dalekiej w cytrynach fontanny.

III.

Czegoż paź czeka — powinien co nocy
Podawać czarę, w niej napój makowy.
Bo Lambro co dnia bladszy o północy,
Szaleje trucizn namiętnem piciem;
I życie mieni na sen gorączkowy,
Sen tak jasnemi grający barwami,
Że chwile życia zdają mu się snami,
A sen szalony wydaje się życiem.
I co dnia czara o kroplę pełniejsza,
Te same widma i sny mu dawała.
A choć twarz bladła — źrennica świetniejsza.
W ciemność wlepiona, krwawa — potém biała
W krainę duchów biegła — i wracała
W krainę myśli... wtenczas cierpiał — szalał —
Żebrał u pazia trucizny nad miarę;
Lecz paź jak dziecku groził, niepozwalał,
I nieraz w morze ciskał zgubną czarę.


IV.

Lecz cóż się stało, że choć noc zapadła
Paź jak zazwyczaj nie podaje czary?
I korsarz milczy — choć mu twarz pobladła;
Snać że się lęka ze wspomnień zwierciadła
Zamglić szaleństwem — gorączkowéj mary
Owego widma płonącéj fregaty,
Co stoi przed nim pełna jęków, wrzasku
Przeraźliwego — wśród płomieni blasku,
Dotknięta palcem anioła zatraty.
Więc nie chce trucizn — ale czy wytrzyma
Przez noc zwyczaju przełamać narowy?
Obłąkanémi spogląda oczyma,
Wstał — i na pokład wyszedł okrętowy.


V.

Noc była cicha. Okręt na kotwicy,
Niepełnym żaglem brał wiatru pieszczoty.

Powietrze szkliste pełne tajemnicy,
Xiężycowego blasku i tęsknoty.
I tak się błękit ochylił do koła,
Że maszt najwyższy, schylony u szczytu,
Nie śmiał jakoby wznieść dumnego czoła,
Pod kryształowém sklepieniem błękitu.
A w drżącéj fali, jak srebrne delfiny,
Igrały w koło blaski xiężycowe
A daléj mgłami błękitne krainy,
Archipelagu wyspy cytrynowe,
Na widnokręgu nieraz czarna skała,
Albo w lodowéj — albo w gwiazd koronie,
Przejdzie przez xiężyc — i we mgłach zatonie.
I nieraz z szumem fali doleciała
Pieśń którą słowik napełnia ogrody;
I róż woniami, co na brzegach kwitną,
Nieraz wiatr drżącą falę zakołysze.
I wszystkie barwy topią się w błękitną,
I wonie — w zapach tajemniczy wody,
I wszystkie dźwięki toną w wielką ciszę.

Gdy wyszedł Lambro, drużyna korsarza
Długo — ciekawie śledzi rysów lica...
Twarz jego straszną bladością przeraża,
Pobłękitniała od blasku xiężyca...
Odeszli.. Lambro osłoniony w żagle
Patrzał na morze, na odległe skały,
I patrzał długo — dumał... potém nagle
Zachwiał się — chylił i upadł — omdlały.


VI.

Wnet go tłum majtków dokoła otoczy...
Blady był strasznie — napoły nieżywy.
I paź krzyk wydał z piersi przeraźliwy,
Gdy omdlałego przyniesiono pana.
Lambro zbielałe na krzyk podniósł oczy,
Twarz mu roztlala, śmiercią obłąkana.
Otworzył usta — mówił nieprzytomnie:
»Kto tutaj jęczał — kto tu płakał po mnie?

Jeden znam tylko taki głos na ziemi
W płaczu z miłośnym pomięszany dźwiękiem.
Paziu! —płakałeś łzami nie twojémi,
Ty mnie zabijesz takim drugim jękiem!
Ten jęk dziewicy, posłyszany we śnie,
Dziwnym połamał myśli moje kształtem;
I wyciągnąłem dłonie i sił gwałtem
Z letargu wstałem... gdzież ona?... tu była.
Nie — tu paź tylko — Jakże mię boleśnie
Noc ta urokiem ciszy przeraziła!
Noc xiężycowa — czemu nie ciemniejsza?
I noc przekląłem i morza zwierciadło,
Morze tak ciche, czemu burz nie miało?
Gdy w nie patrzałem — moje czucie mdlało,
Patrzałem w czucie — moje czoło bladło,
I mgły na serce spadały jak śniegi.
Lecz to minęło... niechaj noc przemarzę.
Paziu, daj czarę nalaną po brzegi,
Niech wiem przynajmniéj, że w obfitéj czarze
Śmierć trzymam pełną, dotkniętą ustami;
Nie spełnię całéj — chociaż drżącéj ręki
Nikt nie odchyli proźbą ani łzami,
Lecz nie chcę skonać, póki ziomków jęki
Będą pacierzem i grobu hymnami.“ —

Wnet paź posłuszny rozkazowi pana
Podał mu czarę i odstąpił krokiem.
A czara była kształtnie dłutowana,
Niepełna z roślin wytłoczonéj śliny;
Chwycił ją Lambro i pożerał okiem,
Blady na czole i na ustach siny.


VII.

Wypił — i zwolna płomieniem roskwita;
Z czoła zasłony opadają mgliste,
W źrennicy płomień obłąkania świta,
Oczy tak jasne, błyszczące i szkliste,
Że można było przejrzéć w nie daleko,
Straciły barwę — stały się iskrami

I gorączkową rozpalone śpieką,
Kryształowémi pokryły się łzami.
A potém czoło wsparł na drżącéj dłoni,
Oczy nie miały wzroku choć bezsenne,
I wszystkie żyły wybłysły na skroni,
Jakby gałązki bluszczu powiązane;
I wszystkie włosy, jak liście jesienne,
Drżały na czole, wiatrem nie rozwiane:
I w marmurowéj na pozór postawie,
Rozkołysanie widać zmysłów pjane.
A o czém inni śnią — widział na jawie,
Tylko jaśniejsze. Jak węża kawały,
Rozcięte widma jedném życiem drgały.

Ciszéj! bo właśnie teraz sen czarowny
Rzucił go lotem po nieba błękicie...
Dzikiéj roskoszy urok niewymowny,
W nagloném tchnieniu zamknął zmysły — życie —
Słowo poczęte śmiéch porywa — łamie —
I śmiéch poczęty w odetchnieniu kona.
Bo to nie skrzydło, ani silne ramie,
W lekkiéj powietrza pławiło go fali;
Lecz ciężar myśli opadł z głębi łona,
I ciężar wspomnień zniknął z uczuć szali.

Stanął... i nagle tysiące błyskawic
Wieńcem ognistym mignęły do koła.
Rzekłbyś że tysiąc zamachniętych prawic
Wiało tysiącznym mieczem archanioła.
Pogasły, w błękit stopiły się ciemny,
Tak przezroczysty — głęboki — tajemny,
Jak nieskończoność... I słychać szum morza.
Potém z ciemnego błękitu przestworza
Wykwitał mglisty obraz sennych czarów.
I gmach z tysiącznych złożony filarów,
Lekką jasnością w powietrzu skréślony,
Od stóp korsarza w dwie się rozbiegł strony
Po całém niebie. A jedna półowa
Uwiana była z promieni xiężyca.
Jasna i blada jak noc xiężycowa,

Cała w przezroczu błękitnawo szklista;
A druga strona posępna, ognista,
Jak piekło. Wielkie zwierciadło egidy
Gmach cały kryło jasności sklepieniem;
Pod niém schylone duchów karjatydy,
Dwubarwnym światła uwiane promieniem,
Z bliska ogromne — jak ciemni szatani,
Biegły w dwie strony, oddaleniem mniejsze,
I coraz dalsze — i coraz świetniejsze,
Jak mgliste gwiazdy niknęły w otchłani. —

A Lambro nie śmiał tchnąć — bo choć wynio[sła]
Była duchami otoczona sala,
Lecz taka lekka, że powietrza fala
W otchłań człowieka tchnieniem potrącona,
Możeby duchów kolumny rozniosła.
Więc stał — i tchnienie połykał do łona,
By czarownego nie zamglić zwierciadła.
A w lesie kolumn widział ludzkie cienie,
Kleftów oddawna pomarłych widziadła:
A wszyscy w gmachu wplątani promienie,
Bladzi — posępno śrebrni lub ogniści,
Lekcy i liczni jako chmura liści
Wiatrem zwichrzona, wiązali się w tłumy.
Ale dotknięci żywego oczyma,
W twarzach zdradzili wiele ziemskiéj dumy.
Widać, że znaczni rysami Kaima
I strojni dotąd w blask ziemskich kolorów,
Nie mogli zasiąść wśród niebieskich chorów;
I przed oczyma Lambra, napół sini,
Napoły lśniący od złota, szkarłatów,
Ziemskiemi barwy, jak oazis kwiatów
Stali na śrebrno ognistéj pustyni.

A skoro Lambro stanął w duchów kole,
Milionowe patrzały nań duchy;
I tak go w spojrzeń zakuli łańcuchy,
Że nie mógł zamknąć oczu — i na czole
Palące uczuł znamię duchów wzroku,
I drzał — gdy szmerem rosnącym potoku,

W ciszy setnémi glosy zawołali:
„Czemuś nie skonał, gdy wszyscy konali?“ —


VIII.

Straszna twarz Lambra łamana cierpieniem,
Otworzył usta, chciał mówić — i nie mógł...
A potém słowo złamane westchnieniem,
To słowo „żyję“ rzucił z głębi łona...
I wstał z dywanu — wyciągnął ramiona.
Widać, że walczył ze snem i sen przemógł.
Spojrzał w około... „Paziu! daj mi czarę;
Za mało trucizn zapalonych piłem,
Bo myślą ziemską we śnie się rozbiłem...
Że nie zginąłem życie mam za karę;
A to piekielna kara niebios — życie...
Być w świecie dzwiękiem rozwiązanéj struny,
Co razi serca tonące w zachwycie!
Być jako wieko przysypanéj truny,
Co zrazu każdéj garści zapomnienia
Posępnym, głuchym jękiem odpowiada;
A potém milczy... Paziu, chcę marzenia!
Léj mi trucizny — pić będę, pić będę,
Póki się wszystkich myśli nie pozbędę,
I téj ostatniej, co serce przejada.
Paziu, daj czarę.“ —

„ — Próżno błagasz, panie;
Téj czary żadna nie zdobędzie siła;
Bo dziś, jak niosło twoje rozkazanie,
Jam czarę (kłamał:) do morza wrzuciła...” —

Nie skończył Lambra przerażony wzrokiem;
Bo korsarz drżące wyciągnął ramiona,
I pochylony naprzód stąpił krokiem,
Patrzał w twarz pazia i krzyknął: „to ona...
O nie, to widmo z piekielnéj otchłani,
To mi upiora przysłali szatani,

Aby tak za mną wiecznie szedł po świecie...
Ha! wy anieli piekieł! wy nie wiecie,
Że ona żyje — i tylko dziś rano
W jéj szaty lalkę ubrałem słomianą;
I tym podstępem omyliłem straże,
Palnego statku Turcy nie poznali...[5]
O! gdyby ona spłonęła w pożarze;
Chciałżebym z morskiéj wynurzyć się fali?...
Pocóż te widmo?... we mnie — lub koło mnie
Wiecznie i wiecznie — czemuż ludzi twarze
W jéj twarz się mienią? Paziu! chodź tu do mnie
Chodź! niech przy lampie“...

Lecz paź nieprzytomnie
Nalewał napój w pozłacaną czarę,
I z drżącéj ręki nieliczonych wiele
Kropel trucizny upadło nad miarę,
I szedł zachwiany i stąpał nie śmiele,
Jakby od blasku ręką zakrył oczy;
I tak przed lampą stanął — że ją cieniem
Swojéj postaci nachylonéj mroczy...
Lambro miał usta spalone pragnieniem,
Oczy sennemi tłoczone ciężary,
Z oblicza pazia — upadły w głąb czary.


IX.

Wypił. Wnet cale spłonęło mu lice,
W tym blasku, w oka obłąkanym rzucie,
Nieodgadnioną widać tajemnicę;
Jakby niepewne boleści przeczucie.
Znów mu się senne ukazały barwy:
Ciemnoognista i miesięcznéj bieli;
I znów te same widział kleftów larwy.
Stanął w ich kole, słuchał — lecz milczeli.
A przed Kleftami stali dwaj anieli;
jeden ognisty jak piorunu strzała,
Bezkarnie wzrokiem człowieka nie tknięty,
Był w Lambra myśli jako płód poczęty,
I nie mógł w zmysłów narodzić się świecie.

Drugiego istność xiężycowa — biała —
Miał skrzydła u głów, u rąk, u stóp trzecie[6].
Widać że kiedyś był Boga aniołem,
Lecz barwy skrzydeł spłowiały, pobladły,
Musiał je zrosić, ów anioł upadły,
We łzach człowieka nad świata padołem.
Ma w ręku czarę z któréj błękitnawy
Płomyk wytryska i lice mu bieli...
I w ciszy Lambra marzeń dwaj anieli
Spiewali razem hymn straszny i krwawy.


HYMN ANIOŁA.

Falo ludzi! falo ludzi!
Przewracasz się, pienisz i mętna
Bez wiatru usypiasz... któż ciebie obudzi?
Czy sława paląca — czy miłość namiętna!
Falo ludzi! falo ludzi!
Przed tronami niższa czołem,
Przerzedzona mieczem wroga;
Gdy chciałaś się modlić i modlić do Boga,
Modliłaś się do mnie, jam zemsty aniołem.
O! byłem ja nieraz w ostatnim pacierzu,
Na ustach zmarłego... Ja stoję przy grobach,
Gdy krewni przychodzą ubrani w żałobach,
A kiedy się modlą po zmarłym rycerzu,
Wzywają mię więcéj i więcéj niż Boga.

Płynęła od wschodu,
Szarańcza złowroga.
Niszczona od głodu,
Na Stambuł upadła;
Z téj chmury lazuru,
Jak ciemne widziadła,
Wybiło się wieży tysiące;
I rzekłbyś że wielkie olbrzymy milczące,
Szarańcze rozgniotły stopami z marmuru.

A potém te mrące na głazach owady,
Stworzyły myśl w chmurze, co duszą jéj była.

I gryzły bezsilne z marmuru posady,
I marły — a mrących myśl we mnie ożyła.
Myśl zemsty mrącego narodu.
A kto chce iść za mną, gdy nieśmié lud cały,
Na inne uczucia niech lice ma z lodu;
Gdy lud będzie milczał do zemsty nieśmiały,
Gdy grobów gęściejsze porosną cyprysy,
Gdy głośne łez będą rozpacze,
Ja śmiechem złamane pokażę mu rysy,
Aż póki w nim śmiéchu nie wzbudzę szatana;
I będzie go zgraja przeklinać spłakana,
Że z niémi na grobach nie płacze.
Wylany ze łzami
Mój duch obumiera,
Mnie światło dnia plami,
Mnie xiężyc otwiera
Jak kwiaty, co kwitną nocami.
Ja czekam aż Turki wychodzą z meczetu,
I płynę w ich serca przed Bogiem otwarte.
Ja jestem modlitwą na stali sztyletu.
Ja mieczem ognistym anioła,
Wśród xięgi wspomnienia zaginam tę kartę,
Co o krew woła.


HYMN ANIOŁA.

Gdzie kilka palm pustyni, gdzie wrące powietrze
Drzy przebiegane falą żółtawą płomyków,
Tam ja byłem na spiekłym urodzony wietrze,
Tam jak szakal pilnuję gryzących się szyków.
A kiedy trupami pustynię pokryją,
Nim xiężyc się w niebie wyśrebrzy dwa razy,
Szakale nocami pieśń sławy im wyją,
Ja mszczę się umarłych — jam anioł zarazy[7].
I lecę ich żony zabijać i dzieci,
Ażeby nie długo umarłych płakały.

A moje skrzydło krwi plamami świeci,
Ani ich w morza opłucze kryształy.
I lecę miasta zamieniać w pustynie:

A w miastach ludzie czują że ja lecę,
W śrebrno łękitnéj — w nadpowietrznéj rzece,
Co nad krętémi ulicami płynie.

Z sułtana powracam ja grodu,
Sto głów dziś sułtański ściął miecznik:
A każda na postrach narodu,
Z bram miasta, jak żółty słonecznik,
Spogląda za słońcem zachodu.
I oczy wlepiły w mgłę białą,
Co kraj im rodzinny zakrywa:
I każda się zda jakby żywa,
Krwią płaczą gdy łez im nie stało.

Zemsty natchnąłem je duchem,
Mścijcie się rzekłem, dam broni...
Czarnym zarazy łańcuchem
Sułtańskie grody związały,
W meczetów zakradły się woni.
Za bramy wybiegł lud cały,
Na bramach była zaraza;
Lud martwe dał jéj pokłony.
Głowy — jak królów korony,
Świecą na słupach z żelaza,
I mają poddanych — trupy.

Z Syryjskiémi łupy,
Ja okręt, przez wały,
Po morza błękicie,
Do portu zawiałem.
I stał oniemiały,
Nie spuścił szalupy,
A na żaglu szczycie,
Nad cichémi trupy,
Ja anioł siedziałem.

Lud widząc bitny,
W grobów popiele,
Chciałem by groby otwarli.
Złoty aniele!

Rzekli umarli,
Weź z naszych grobów płomyk błękitny,
I mścij się za nas... Duch grobów wziąłem
I lecę mściwy,
Bo lud nieżywy
Nazwał mię zemsty aniołem.

Skonały dzikie dwóch aniołów pienia.
Lambro je we snach gorączkowych składał.
Hymn ostatniego tak rymami spadał,
Jak gdyby w piersi marzeń brakło tchnienia.
Wstał — chciał się zbudzić — lecz padł na dywany,
Usta mu tylko drżały blade, sine,
Jakby chciał mówić — i wzrok obłąkany
Przebiegał marzeń zamgloną krainę.
A jego twarzy powleczonéj w bieli,
Nawet szatani marzeń się przelękną.
I rzekł: „O Duchy! — o, ciemni anieli!
Wyście mi zemstę malowali piękną,
Jak najpiękniejszą ze wschodnich Odalisk;
Bo w mojém sercu miłość zapaliła.
Choć sny wygasną — ona będzie żyła,
Dla niéj utworzę, pośród myśli zwalisk,
Krainę czucia, brylantowy Eden...
I nie sam będę... choć klasztorna krata
Już mię na wieki rozdzieliła z Idą...
Szalona zemsta!... burzę świat sam jeden,
Mamże być znowu piekieł Danaidą
I krew lać wiecznie do téj czary świata,
Co się krwią nigdy napełnić nie może. —
Czyż się bezemnie sam nie zemścisz Boże!
To są anieli twoi.. ci... przedemną,
Przynieśli na świat myśl wielką i ciemną,
Całą na czołach ogniem wypisaną,
Ale nie mogę wyłamać z niéj słowa...
Słuchajcie ludy... mścić się nie za rano...
Nie — dziś nie mogę, dziś mi cięży głowa...
Jutro — dziś w marzeń upływam potopie...
Jutro. — Lecz dzisiaj sennym wydrę cudom
Myśl wielką... potém tę myśl zmartwychwstania,

Jak Kleopatry perłę w krwi rostopię,
W czarze z kryształu i dam czarę ludom...
A one może, w chwili obłąkania,
Odepchną czarę... wieczna im mogiła!
Jeżeli czarę od siebie odrzucą,
Jeżeli usta dla tego odwrócą
Że się w krwi ludzkiéj myśl ta rostopiła,
Chociaż tak była bezcenna i droga,
Że o niéj dotąd nie śnił nikt — prócz Boga...
Lecz niech ją pojmę — niech przeniknę jasno,
Niech mi z posianych roskwitnie zarodów,
Zemsta człowieka i zemsta narodów...
Jest w sercu... w myślach... moje myśli gasną...
Znów mię ogniste porywa marzenie;
Widzę je sercem i okiem zamkniętém.
Powietrze zda się wielkim dyamentem
W którym kolory grają i płomienie.
Szatani! o ciemni szatani!
Jak płyną wirem obrazy!
To mój okręt korsarski na ciemnéj otchłani
W skrzydlate widmo się mieni;
A z prawéj strony anioł zarazy,
A z lewéj anioł ognisty,
Liny z promieni...
I morza obrus błękitno szklisty
Nie łamie się w pianę pod statku piersiami,
I okręt białémi nie szumi żaglami;
I tylko czuję że płynę,
Jak duchy w północną godzinę,
Posępny, okryty mgłami.
I mgła błękitna pobiela
Uciekające wstecz brzegi,
Topią się, nikną jak śniegi.
Znów widne... tam palma drząca,
Jako kapłan Izraela,
Do cichéj twarzy miesiąca
Wznosi dłonie — twarz odwraca,
I mówi modlitwy szmerem.
Anioł zemsty kieruje okrętowym sterem,
Odbłyskiem swego lica ciemny brzeg pozłaca.

Palmy się zamieniają w ogniste kolumny,
I brzeg cały przeraża pożarów ogromem,
Tylko czarne cyprysy niedotknięte gromem,
Stoją zmarłego świata pilnujące trumny...

A tam... Kolonny wybrzeże,
Białe posągów narody.
Wśród kolumn Tureckie wieże,
Na gmachach las ostów szumi,
Jak Babillońskie ogrody,
I szmerem głos modlitwy Mahometa tłumi,
Głos, co się smutnym dźwiękiem po fali rozlewa.
A tam, gdzie laur różowy, gdzie oliwne drzewa,
Wybłyska jedna — druga i czwarta kolumna,
Szczęty gmachów Jowisza ściętą mają głowę.
Jakaż to jaskółka dumna
Na te gzymsy marmurowe
Zaniosła gniazdo? — skonała
W tych gmachach wiara i chwała,
A ta jaskółka nie skona?
O nie... to chata Santona[8]
Na gzymsów zawisła szczycie.
Posępna w około cisza...
Przed chatą posiać derwisza,
W nieba skreślona błękicie,
Jako posąg nieruchoma...
Modli się... depcąc świątynie.
Lambro marzył... a w twarzy zgryzota widoma
Czerni się i łza wstydu po licach mu płynie.
Patrzał w anioła zemsty, w anioła zarazy,
I oba stali cicho — posępnie, jak głazy,
I w ich postawach ogień potępieńców bladnie.
„Gdy cały kraj powstanie, ta chata upadnie“
Rzekli... i okręt płynął na błękitne morze.

Tam zdala, okryta mgłami,
Turków stolica w Bosforze.
Tysiące gmachów — meczetów,
I tysiące minaretów,
Jakby złotémi głoskami,

Jakiś napis alkoranu
Pisały w nieba błękicie.
Zemstę będziemy winni przedwiecznemu panu —
Anioł zarazy siada na Sofijskim szczycie,
I patrzy na stolicę... Gdzież sen mój? — ciemnieje, —
Paziu, ty rozbić musiałeś zwierciadło,
W którém czytałem wszystko na te oczy.
Rozbić musiałeś — bo wszystko tak mgleje,
Czerni się — pierszcha — rozbija — pobladło,
I coraz grubiéj wzrok mi się zamroczy,
Tak, że nie widzę nic prócz myśli własnych...
O męka! męka z tych obrazów jasnych
W ciemność myślenia nagle wpaść oczyma,
O jak głęboko, pośród myśli tłumu,
Wzrok mój zabiega — jeszcze dna nie trzyma,
To wzrok ocknienia... to promień rozumu
Budzi się z marzeń piekielnych roskuty“...
Tu korsarz zamilkł — sam w sobie zamknięty,
Długo na łożu leżał rozciągnięty,
Potem się zerwał, krzyknął: „jam otruty.“


X.

Zrazu się wahał i myśli przędziwa
Żadnémi na jaw nie śmiał wydać słowy;
Jakby się lękał aby smierć skwapliwa
Nie rozwiązała wpół zaczętéj mowy;
I widać było, jak na jego czole,
Ze snu chmurami łamały się bole.
Chwyta za sztylet złotem wybijany,
A tak był drzący że go ledwo dźwignął;
I krwi gwałtowném rozigraniem chwiany,
Nad bladym paziem dłoń wzniesioną trzyma.
Palił się cały — potém cały stygnął,
Żelazo z dźwiękiem padło na podłogę.
„Paź błękitnémi ściga mię oczyma,
On ma twarz Idy — zabić go nie mogę!
Idź w świat — tam ludzie wszyscy ciebie godni,
Obłudą w serca wkradaj się tajemnie;
Ty się odemnie nauczyłeś zbrodni,

Na Boga! szczęścia nie ucz się odemnie.
Idź — weź te złoto... może nim zapłacisz
Za snu godzinę — za czarę trucizny.
Weź i tę czarę — wśród domowych zacisz
Jeżeli kiedy dożyjesz siwizny,
Niech do téj czary twoje dzieci własne
Cypryjskich jagód nalewają wina;
A może zaśniesz, jak ja teraz zasnę.
Ja nie przeklinam, śmierć ciebie przeklina.
Śmierć od trucizny — bezsławna — i marna
I nadto wczesna... Głębi mego łona
Bóg tajemnicze dał zarodu ziarna,
Dał samobójczą myśl, ta wykarmiona
Rosła jak bujne, głuszące rośliny,
Stała się zmysłem duszy — roskwitała.
Czekałem tylko szczęśliwéj godziny,
A wtenczas, dusza rozwiązana z ciała,
Mogłaby skończyć pasmo wyobrażeń,
Uczuciem dumy i śmiercią bez marzeń.
Wtenczas koło mnie stałyby w około,
Z grobów wezwane dawnych druhów twarze.
Z uśmiéchem gorzkim odwróciłbym czoło,
Niechby widzieli że śmierć była w czarze!
Bo oni niegdyś niedowiarstwa wzrokiem
Śledzili we mnie męstwa — niedostrzegli...
I dziś — dziś jeszcze nie wszyscy odbiegli.
Widzę ją — widzę — tam — z błękitnem okiem,
O nie — to szatan ubiera w mgłę ciemną
Takie obrazy. Wściekłość mnie porywa!
To paź... to ona... martwa... jeśliś żywa?
Ja konam! konam! — chodź ze mną! chodź ze mną!“
Paź upadł we krwi. Lambro drzący, blady,
Zbył w nim sztyletu — szedł — i niezatarte
Stopami krwawe powyciskał ślady,
Pot miał na czole — usta wpół otwarte.


XI.

Taką twarz noszą anieli przeklęci.
Na czole myśli biegające tłumem,

Niepowiązane czuciem i rozumem,
Zlały się w ciemną niepewność pamięci.
Niepomny zbrodni którą był wykonał,
Sennémi słowy trzykroć pazia woła;
Paź jeszcze słyszał, podniósł nieco czoła,
Westchnął głęboko — chciał mówić i skonał.
Lambro spalony truciznami bladnie,
Potém się drzący przyczołgał do stoła,
Chwycił za czarę — w czarze znalazł na dnie
Męty napoju — wypił je i ożył;
I sen od powiek na chwilę oddalił,
Śmierci przyśpieszył — lecz marzeń przysporzył,
Jak lampa blaskiem ostatnim się palił.


XII.

„Oto mój żywioł — ta ciemność ponura,
Już do otchłani myśl moja należy.
I nieskończoność, jako ciemna chmura,
Świat opłynęła — myśl, gdy w nią pobieży,
Wraca zbłąkana i znów się zamyka
W sennych marzeniach — moja nie wróciła...
Już nie mam myśli — odbiega mnie — znika.
Raz nad świat wzbita nie jest częścią świata,
Zna nieskończoność, znała piekło — żyła.
Niech, jak zabójca pierworodny brata,
Leci płomienną naznaczona blizną,
W małéj z początku żywiona iskierce,
Kiedy w popioły obróciła serce,
W proch się rozpadło dotknięte trucizną...
...................
O jak tu ciężko... poco pod sklepienia
Zamknięto kwiaty?... ta woń kwiatów nudzi!...
Bo kwiaty nocą jak dawne wspomnienia
Kiedy roskwitną, zabijają ludzi.
Rozbić te okna! — rozbić szklanne stropy!
Czy mi się zdaje? zali w tym wazonie
Rosnące róże i heliotropy,
Podobne z siebie jak krew dają wonie?
...................

Wiele, tłum wspomnień zostawiam po sobie,
Sławę... i zbrodni przebieżone stopnie
I krew — O sława! sława! to okropnie
Stać jako posąg na ojczyzny grobie.
...................
Wyście mię wpletli w koło Ixyona,
Wyście się po mnie wiele spodziewali;
Lecz miałem skute cierpieniem ramiona,
I wiecznie w tłumu zanurzony fali,
Nie mogłem czoła wznieść nad tłum — cierpiałem.
Precz ludzie... dajcie spokojnie mi zasnąć!
Ha! i ta lampa chce zemną zagasnąć.
Świeć blada lampo, kiedy ja się mroczę,
Świeć — i świeć jutro nad korsarza ciałem...
Dotknąłem lampy i cale przezrocze
Krwią poplamiłem. — Tu wrogi być muszą...
Wpadli na pokład i krew się rozlała,
Słyszę nad głową jak się deski kruszą,
Jak pierś okrętu rozbijają działa.
Chodźcie tu wszyscy, choć mam twarz pobladłą,
To nie od trwogi... Chodźcie wszyscy razem!
Jeszcze nad głową powieję żelazem...
O jak mi ciemno!... więc wszystko przepadło?
Przekleństwo temu co pomiędzy tłumem,
Jękiem rospaczy przeraźliwie wrzasnął,
Przekleństwo fali, co z piekielnym szumem
Drze się, szczelinę rozwierając kruchą.
I okręt z głębi łona westchnął głucho...
W głąb idę...“ upadł na dywan i zasnął...


XIII.

Lampa zagasła. A korsarz otruty
Przed śmierci chwilą tonął w sen głęboki...[9]
A teraz... słychać tajemnicze kroki,
Ktoś przez otwarte cicho drzwi kajuty
Wchodzi ostrożnie w krainę męczarni...
„Cicho?“ rzekł „cóż to, oboje uśpieni?“
Więc nieco tajnéj otworzył latarni,
Rzucając kołem kilka mdłych promieni;

A gdy te biegły po ścianach komnaty,
Gdy od zwierciadeł wróciły przezroczy,
Widać przychodnia... Pazia nosił szaty,
Do zabitego szat podobne krojem,
I równie bliski postawą jak strojem;
Ale miał czarne, jak noc czarne oczy,
I mniéj był młody i piękny na twarzy;
Bo na niéj uśmiéch i bladość korsarzy,
Jako na miękkim wosku odciśnięte,
Świadczą, że bolem przed latami dojrzał;
Że miał już serce na czucia zamknięte.
Stał... słuchał chwilę... potém ku drzwiom spojrzał,
Chcąc niezgłębioną rzucić tajemnicę,
I tak jak ludzie niepewnością chwiani,
Znów się odwrócił, z polu otarł lice,
I wołał coraz głośniej: „Pani! pani!
Już ranek świta... Pani! o na Boga!
Uciekaj ze mną — korzystajmy z cieni...
Bo teraz jeszcze mgłą pewniejsza droga,
I on się zbudzi... Korzystajmy z mroku...
Choćbyś mi dała twoich sto pierścieni,
Za sto pierścieni nie chcę czekać kary,
Ja nie wytrzymam nawet Lambra wzroku,
Bo on jak człowiek, on się mści bez miary.
Pani! odpowiedz... chwil mamy nie wiele...
A korsarz... Cóż to? podłoga zroszona,
I krew... na martwém spotknąłem się ciele.
Lampę odkryję... O Boże! to ona!
Sztylet ma w piersiach... to ona... zabita.“
Umilkł, tysiączne uczucie nim miota,
Martwy w przestrachu — przerażeniem ożył.
Spojrzał przez okno, krzyknął „świta, świta!“
I z obłąkaniem chwycił za wór złota,
Wybiegł i rygle za sobą założył.


XIV.

Bogini nocy, przed blaskami świtu
Gwiazdy z rozwianych strząsała warkoczy;

Deszczem spadały do morza błękitu,
Inne blask zorzy płonącéj pochłonął.
Lambro otworzył mgliste snami oczy:
Półową czucia jeszcze we śnie tonął,
Półową myśli sen przenikał zdradny,
Rozkołysany pośród burzy wrażeń.
Lecz boleść była nicią Aryadny,
Po któréj wyszedł z labiryntu marzeń.
A szatan ciemny co się karmi łzami,
Skąpy swych darów, żadnych nie uronił;
I chwil boleściom ukradzionych snami,
Większem cierpieniem i bolem dogonił.
Skoro w komnaty dzień przeniknął jasny,
Lambro krew ujrzał, stał nad martwém ciałem,
I rzekł: „sztyletu głowicę poznałem.
To jam go zabił, to mój sztylet własny.
Boże! czyż w świecie byłem tak splątany
Z tym tłumem ludzi? że nawet samotny
Umrzéć nie mogę — ale w tłum wmięszany
Konam — i ludzie koło mnie padają
Jak oberwany z drzewa liść stokrotny.
O! boleść! boleść umierać ze zgrają
Jak pod gruzami zawalonéj ściany!
Gdzie nawet śmierci ostatnie westchnienie
Głośnémi jęki ludzi zagłuszone;
Gdzie i ostatnie o zmarłym wspomnienie
Nie na człowieka lecz na tłum upada...
Wzniosę ten zawój — pióra zakrwawione,
Ujrzę twarz pazia, czy mściwa i blada?“


XV.

Lambro schylony z drzeniem i nieśmiało
Zdjął zawój pazia ze strusiémi pióry...
I uderzony jak gromem o mało
Nie padł na ziemię, gdy spotkał oczyma
Napół otwartéj zrennicy lazury.
Upuścił zawój — sztyletu się ima...
Potem przypomniał śmierć... sztylet odrzucił...
Bo miał na ustach gorycze napoju.

I z obłąkaniem odszedł — i znów wrócił.
I znów rękami od śmierci drzącémi
Zdejmował zawój — wtenczas z pod zawoju
Włos uwolniony sypał się po ziemi,
Ze smutnym szmerem, i dokoła twarzy
Kładł się w tysiączne pierścienie rozwity.
Okropny widok! Ta krew co się warzy,
Co poplamiła jéj szat axamity,
Na twarzy smutek i miękka omdlałość,
I przezroczysta alabastru białość;
Kilka uwiędłych kwiatów w martwéj dłoni
Trzyma na piersiach — a drugą dłoń dała
Jak śpiące dziecko za węzgłowie skroni,
W takiéj postawie martwa, jakby spała.


XVI.

Siły korsarza na pomoc zwołane,
W serce wrzucone, z boleścią się łamią.
On tak jak ludzie co przed sobą kłamią
Moc wielką duszy — wstydzi się cierpienia.
A gdy mu własne serce zlitowane
Niosło jałmużnę łez i użalenia,
On ją odrzucił — on sercem hartownie
Boleści ciała brał i nie wydawał.
Ale po chwili — nowych cierpień nawał
Wszystkie mu członki połamał gwałtownie.
Straszna to boleść! rwał na czole włosy,
Ręką bił w piersi — i krwawémi ciosy
Rozdzierał w bojach odebrane blizny.
Skądże ta rospacz? oto w głębi łona
Uczuł niknące cierpienie trucizny,
I myśl okropna — że siłami ciała
Bole zwycięży, trucizny pokona,
Że się wyłamie śmierci — zabijała.

„Tak“ rzekł posępny „pochowam ją święcie,
W grób mój rodzinny, w ciche fal błękity.
Sam dałem roskaz — aby na okręcie,
Pod tą zasłoną pawillonu krwawą,

Nie przeszła stopa ani cień kobiéty...
Miałżebym piérwszy łamać dane prawo?
Mogliby ze mnie urągać niegodni!
Przed nimi trzeba kryć wszystko — prócz zbrodni. —


XVII.

Otworzył okna kajuty kratowe,
Siadł nad cichémi morza zwierciadłami.
Morze się lśniło ciemno — lazurowe,
Złociste słońcem — osrebrzone mgłami;
I wiatr po żaglach okrętowych szumiał.
Korsarz na łonie złożył Idy zwłoki
I długo z martwą rozstać się nie umiał.
To patrzał w odmęt ciemny i głęboki,
To na jéj lice zwracał smutne oczy;
A wiatr mu ranny przesłaniał oblicze,
Mgłą rozwiewaną jéj długich warkoczy;
Wtenczas czuł włosa wonie tajemnicze,
I dumał długo cichym wspomnień żalem,
Ani go zmarłéj twarz raziła zbladła.
Na płeć jéj niegdyś płonącą koralem
Smierć bledsze barwy, ale piękne kładła.
Widząc jéj kształty zda się że upadła
W uściski Lambra, zachwyceniem żywa;
I tylko drżąca tuli się do łona,
O nadto skore rozstanie lękliwa.
Zda się że szumem morza przerażona,
Od grobu lice odwrócone trzyma;
I z okiem Lambra wiąże się oczyma,
I dłoń mu błędną kładzie na ramiona.
O! patrząc na nią, musiał czuciom kłamać
Jeśli łzy nie miał na cierpienia nowe!
Gdy przyszło z objęć martwych się wyłamać,
Odrzucić z szyi ręce lilijowe,
I twarz odsłonić z wonnéj włosów chmury,
Przebył męczarnie wszystkie, wszystko przeżył...
Rzucił ją w morze i patrzał ponury,
Jak się krąg fali złamanéj rozszerzył;

Patrzał jak odmęt zrastał się rozbity,
A martwe ciało napoły widome,
Napół morskiémi przykryte błękity,
Wzruszonéj morza fali się broniło,
Łamiąc się w kształty życiem nieruchome;
I utonęło pod morza mogiłą.

A Lambro... on był szatanem — czy głazem!
Lambro schylony nad takim obrazem,
Śmiech miał na licach, wesołość na czole.
Ten śmiéch, ustami wydany bladémi,
To były trucizn wracające bole,
Był to śmiéch Lambra — ostatni na ziemi.


XVIII.

Lambro milczący usiadł na dywanie,
Cały się mroczył i bladnął i gasnął.
A potém głośno w obie dłonie klasnął,
Wnet stary majtek wbiegł na zawołanie.
Lambro rzekł: „Majtku! niech pop okrętowy
Zapali lampy jak o wielkiém święcie,
I niechaj głośno spiewa hymn grobowy,
Przy mnogich światłach, w mrocznym kadzidł dymie,
Za tych co mają skonać na okręcie,
I co skonali...“
— „Panie! jakież imie
Wspomni w modlitwach? czyjeż gaśnie życie?“
— „Powiesić pazia na masztowym szczycie,
Za niego modły niech wzniesie do pana“. —

— „Lambro! twój rozkaz spełnić się nie może.
Twój paź gdzieś uszedł, i zniknął od rana,
Musiał tajemnie spuścić łódź na morze.
Lecz choćby w Pera ukrywał się wieże,
Choćby się w gmachach zamykał sułtana,
Nakarmię kruki jego ciała ćwiercią.“ —

— „To nic... Pop niechaj odmawia pacierze
Za konających i za zmarłych duszę;

Teraz ty — odejdź... ja sam zostać muszę“
I cicho dodał „sam jeden — ze śmiercią.“


XIX.

Oto na czarnéj okrętu banderze
Martwe korsarza spoczywają zwłoki.
Majtkowie wyszli na pokład szeroki,
I słychać było szeptane pacierze,
Szarawe kadzidł snuły się obłoki,
W dymach żółtawe płonęły gromnice.
I był to widok pięknością straszliwy,
Gdy majtki, patrząc w umarłego lice,
Cicho brzęczące zrywali kotwice,
I okręt płynął a Lambro nieżywy
Po raz ostatni wędrował przez morze.
A skoro trzecie zabłysnęło zorze,
Umalowane czerwonémi swity,
Do fal rzucili ciało i zniknęło...
I dział trzydzieście głęboko westchnęło,
Na bez echowe otchłani błękity.








Przypisy

  1. Podobna córce głazowéj Tantala
    Gdy, etc.

    Te cztery wiersze są tłómaczeniem z Antygony Sofoklesa.

  2. Niegdyś nam północ miecz podała w dłonie
    A potém chytrze bezsilnych odbiegła.

    Mowa o Katarzynie Carowéj, która Greków podburzała do powstania, i zdradziła oczekujących od niéj pomocy.

  3. .......... była to pieśń Rygi.

    Sławny hymn powstańców, napisany przez Rygę, zaczyna się od słów: Δευ̃νε, παι̃δες των Έλλνων.

  4. I miéj kalemkiar ciemny z musselinu
    Lub czewrę. —

    Rodzaj zasłony kobiét Tureckich.

  5. W jéj szaty lalkę ubrałem słomianą
    I tym podstępem omyliłem straże;
    Palnego statku Turcy nie poznali.

    W ostatniéj wojnie o niepodległość Grecy często pod Tureckie floty puszczali statki palne, napełnione lalkami czyli tak zwanémi manekinami, aby w Turkach podejrzenia nie wzbudzić — A łodzie takie miały pozór handlowych statków.
  6. Miał skrzydła u głów — u rąk, u stop trzecie.

    Obraz anioła naśladowany z Miltona.

  7. Ja maszczę się umarłych, jam anioł zarazy.

    Zaraza, która w ostatnich czasach, mściła się na Europie opuszczającéj naszą sprawę, podała mi myśl połączenia anioła zarazy z zemsty aniołem.

  8. ....... to chata Santona.

    W Atenach na gruzach kościoła Jowisza, Santon, derwisz Turecki zbudował chatę...

  9. Korsarz otruty
    Przed śmierci chwilą tonął w sen głęboki.

    Otruci napojem opium usypiają, lecz przed śmiercią budzą się. —


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.