Król naftowy/Część piąta/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Część piąta
Rozdział W mocy Nijorów
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część piąta
Pobierz jako: Pobierz Cała część piąta jako ePub Pobierz Cała część piąta jako PDF Pobierz Cała część piąta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


W MOCY NIJORÓW

Na górze panowała głucha cisza. Szi-So, który doniedawna sprawował straż, odstąpił ją Drollowi. Westman aby nie zdrzemnąć się po wyczerpującej jeździe, chodził cicho i powoli tam i zpowrotem. Wszyscy inni spali, wyjąwszy Hobble-Franka, który zbudził się z okropnego snu. Śniło mu się, że pokłócił się z kantorem do takiego stopnia, iż skoczył mu do gardła. Atoli w tej chwili otworzył oczy, zobaczył nad sobą blady księżyc i stwierdził z zadowoleniem, że kłótnia nie była rzeczywistością. Odwrócił się na drugi bok, aby obejrzeć emeritusa, który położył się był wpobliżu, — nie było go na miejscu. Czyżby przeniósł się gdzie indziej? To było nieprawdopodobne. Frank usiadł na ziemi i obejrzał się wokoło. Zliczył śpiących — jednego brakowało. Hobble obudził swego sąsiada — był nim Sam Hawkens — i szepnął:
— Nie bierz mi za złe, Samie, że wybijam cię ze snu! Ale nie widzę kantora. Gdzie mógł się podziać? Czy mam innych obudzić?
Sam ziewnął i odpowiedział półgłosem:
— Budzić? Nie, muszą się wyspać. Ponieważ mnie już obudziłeś, więc we dwóch zbadamy, dokąd się wymknął ten nieprzezorny człowiek, aby w ciszy suszyć sobie głowę nad swoją znakomitą operą. Chodź, poszukamy!
— W jakim kierunku?
— Nie ośmielił się chyba wejść do lasu i na pochyłość góry.
— Nie, na pewno wymknął się na lewo na równinę, aby śpiewać do księżyca. Pójdziemy w tę stronę. Weźmiemy ze sobą broń? Wątpię, czy będzie potrzebna.
— Potrzebna, czy niepotrzebna, westman nie rozstaje się ze strzelbą. Na wszelki wypadek biorę swoją.
Porozumieli się z Drollem, który także zauważył nieobecność emeritusa.
— Musiał się oddalić, — zapewnił — zanim zluzowałem Szi-So. Sprowadźcie go zpowrotem, bo gotów nam piwa nawarzyć!
— Sprowadzimy go, jeśli się nie mylę, — skinął Sam. — Jeśli zakreślimy półkole, to na pewno wpadniemy na jego ślad. Księżyc nie świeci wprawdzie jasno, ale myślę, że go spostrzeżemy, że zmyjemy mu głowę, jako żywo, skoro go znajdziemy!
Hawkens i Frank poszli na zachód brzegiem lasu, aby później zakreślić na wschód półokrąg dokoła obozu. Chodzili nachyleni, szukając śladu. Ponieważ nie widać było kantora nigdzie, więc przypuszczali, że uszedł daleko.
Droll odprowadzał ich spojrzeniem, aż znikli; był zaniepokojony i mimowoli natężał wzrok w stronę równiny. Nie ujrzał przeto trzech Indjan, którzy wyszli ze skraju lasu i sunęli ku niemu cichaczem. Naraz poczuł parę rąk na gardle. Chciał zawołać, ale dobył tylko krótkiego rzężenia. Po chwili cios tępym tomahawkiem powalił go bez zmysłów na ziemię.
Sam Hawkens i Hobble przebyli dwie trzecie swej drogi, nie natrafiając nigdzie na ślad szukanego, gdy naraz usłyszeli głośny okrzyk wojenny Winnetou. W chwilę później rozległ się głos Old Shatterhanda:
— Wstańcie! Wróg jest — — —
Głos uwiązł w gardle; słowa przeszły w charkot, który aż do nich doszedł.
Mój Boże, napadnięto na nas! Szybko do nich! — zawołał Frank i odwrócił się w kierunku obozu.
Sam uchwycił go i zatrzymał.
— Czyś oszalał! — osadził go zgłuszonym głosem. — Uważaj! Już klamka zapadła. Nic nie wskóramy.
Rozległ się wielogłosy indjański okrzyk zwycięstwa.
— Czy słyszysz? — szepnął Sam. — Napadnięto na nasz obóz; leżą tam skupieni i, jeśli mądrze sobie poczniemy, to możemy ich jeszcze ocalić.
— Ocalić? To mi się podoba! Głowę dam, byle ich uwolnić!
— Głowę możesz zachować. Jak to dobrze, żeś mnie obudził. Gdyby nie to, leżelibyśmy przy naszych towarzyszach ze spętanemi rękami i nogami. — Jesteśmy wolni i, o ile znam starego Sama Hawkensa, nie spocznie, dopóki nie odbije swoich przyjaciół, jeśli się nie mylę, hihihihi!
Hobble był ogromnie podniecony. Nachylił się, gotów do biegu, nadstawiając uważnie ucha w kierunku obozu; Hawkens nie puszczał go i pociągał ostrożnie za sobą. Przybywszy do lasu, skradali się w jego mroku wzdłuż skraju. Niebawem zatrzymał ich głośny krzyk.
Ustah arku etente! — Wejdźcie na górę, mężowie!
— Stój, musimy się zatrzymać! — szepnął Hawkens. — Ludzie, których wódz zwołuje, wejdą tutaj na górę, i zetkniemy się z nimi, jeśli pójdziemy dalej. Uważaj!
Głos wodza dotarł do doliny. Wkrótce rozległ się szmer kamyków, trzeszczenie gałęzi i odgłosy wielu kroków. Sprowadzenie jeńców nadół wymagało dużej eskorty Indjan.
Powstała wrzawa; krzyżowały się zapytania, odpowiedzi i rozkazy. Obaj podsłuchujący usłyszeli niebawem zbliżające się kroki ludzkie i tętent kopyt. Zobaczyli długi oddział ludzi i koni, który ich wyminął; ponieważ oddział był oświetlony księżycem, więc mogli wyraźnie rozpoznać poszczególne postacie. Wszyscy ich przyjaciele mieli ręce i nogi spętane, i mogli stawiać tylko bardzo drobne kroczki. Nikogo nie brakowało, prócz kantora. Winnetou, podobnie jak Old Shatterhand, kroczył między czterema rosłymi Indjanami.
Skoro ostatni czerwony zniknął, Hobble, odgrażając się pięścią, szepnął:
— Gdybym tak mógł, jak pragnę, rozdarłbym tych czerwonych łotrów na takie kawałki, że frunęłyby jak ptasie wióry na polowaniu! Ale ja im jeszcze pokażę, co znaczy taki Hobble-Frank, kiedy gniew jego się wścieka, a wściekłość się gniewa! Odeszli, a myśmy został jak dwa połamane parasole, albo jakgdyby obuwie przyrosło nam do nóg! Czy nie pójdziemy za nimi?
— Nie.
— Czemu nie?
— Ponieważ niepotrzebnie nadłożymy drogi. Czerwoni, ze względu na jeńców, musieli wybrać najwygodniejszą, dłuższą drogę. My zaś zejdziemy nadół drogą, którą oni wkroczyli.
— A potem?
— Potem zobaczymy, co się da zrobić.
— Ślicznie. A więc naprzód, Samie! Swędzi mnie ręka. Czuję, jak się rozpala aż do indjańskiej czerwoności.
Najkrótszą drogą Sam i Frank zeszli powoli i ostrożnie do doliny. Ńa dole łatwo im było skradać się dzięki ogniskom, które oświetlały drogę. Wyszli nieco poza obóz. Wpobliżu dwa wysokie, płaskie, cienkie głazy tworzyły rodzaj dachu, pod którym było dosyć miejsca na dwie osoby. Naprzedzie rosło kilka małych choin, których niskie krzaki zasłaniały prawie całkowicie kryjówkę. Wkradli się i położyli tak, że mogli obserwować obóz poprzez gałęzie.
Hobble-Frank, rozłożywszy się wygodnie, pchnął towarzysza łokciem i szepnął:
— Widzisz, że posiadam dar jasnowidzenia! Tam, koło ogniska, siedzi ten komponista. A więc on to naprawdę nas zdradził, ten dwunastoaktowy emeriticus!
— Tak, miałeś słuszność; to on doprawdy.
— Ale, zdaje się, że pozostawiono go na wolności! Dlaczego go nie spętali?
— Nie mogę pojąć.
— Czy widzisz, kto tam leży?
— Aha, król naftowy. A dwaj pozostali to Buttier i Poller.
Naliczyli stu pięćdziesięciu wojowników, a więc tylu też weszło na górę, aby przyprowadzić jeńców. Nad rzeką pasły się konie; siodła były złożone w jednem miejscu. Naraz czerwonoskórzy zerwali się — z oczekiwaniem spoglądali w głąb doliny. Stamtąd rozległ się okrzyk radości i po chwili zawtórowano mu w obozie, do którego oddział wraz z jeńcami się zbliżał!
Z początku ukazała się grupka czerwonych; następnie szli Old Shatterhand i Winnetou pod strażą ośmiu Nijorów. Nie można było odczytać w ich twarzach troski; szli z podniesionem czołem; swobodnemi spojrzeniami zmierzyli plac i osoby, stojące lub leżące koło ogniska. Nie okazywali niepokoju również inni westmani; natomiast niemieccy wychodźcy spoglądali z przestrachem, a jeszcze bardziej były przygnębione kobiety, usiłujące uciszyć płacz dzieci. Wyjątek stanowiła pani Rozalja Ebersbach. Spętana jak inni, dumnie kroczyła i ciskała wokół wyzywające spojrzenia.
Kantor dopiero teraz zrozumiał swój błąd. Podszedł do Old Shatterhanda i rzekł:
— Pan Hobble-Frank utyskiwał na pragnienie; dlatego zlazłem nadół, aby mu gaudium sprawić i — — —
— Milcz pan! — ofuknął myśliwy i odwrócił się od niego.
Kilku Indjan odsunęło emeritusa, ponieważ wódz zabronił mu porozumiewać się z jeńcami. Nijorowie utworzyli dookoła przybyłych koło; pośrodku stał wódz w asyście najwybitniejszych wojowników. Zwracając się do Winnetou, rzekł: — Winnetou, wódz Apaczów, przybył tutaj, aby nas zabić. Umrze zatem przy palu męczarni.
Pshaw!
Apacz wypowiedział tylko to jedno słowo, poczem usiadł. Był zbyt dumny, aby się elokwencją bronić. Wódz ściągnął gniewnie brwi i zwrócił się do Old Shatterhanda:
— Wszyscy biali zginą wraz z Apaczem. Wykopaliśmy topór wojny. Po dwakroć zasłużyliście na śmierć, bo nadomiar chcieliście nas zabić.
— Kto ci to powiedział? — zapytał Old Shatterhand.
— Ten człowiek — oświadczył wódz, wskazując na kantora.
— Nie znasz języka, którym włada. Jakże mogłeś z nim rozmawiać?
Wódz wskazał na Pollera i odrzekł:
— Za pośrednictwem tego tłumacza.
— W takim razie tłumacz jest kłamcą i oszustem. Wiesz, kim jestem. Czy ktoś może nazwać Old Shatterhanda wrogiem czerwonych?
— Nie. Ale teraz wybuchnęła wojna, i każda biała twarz jest naszym wrogiem.
— Nawet człowiek Bogu ducha winny?
— Tak.
— Dobrze, a więc wiemy, co o tem sądzić! Obejrzyj-no tych trzech, których schwytałeś przed nami; są kłamcami, złodziejami i mordercami. Przybyliśmy tutaj, aby ich schwytać, a nie aby z wami walczyć. Wydaj nam ich, wówczas pojedziemy dalej, nie wtrącając się do waszych spraw!
Uff! Czy Old Shatterhand naraz zdziecinniał, że stawia nam takie żądanie? Mamy mu wydać tych białych? Należą do nas i będą uświetniali nasz powrót triumfalny, a następnie zginą przy palu. Ten sam los spotka Old Shatterhanda i wszystkich, których wraz z nim schwytaliśmy. Jaki wódz czerwony wyda takich jeńców? A gdybym nawet wydał, Old Shatterhand zażądałby o wiele więcej.
— Czego?
— Zabraliśmy wasze konie i wszystką własność. Najcenniejsza jest srebrna strzelba Winnetou, twoja znakomita niedźwiedziówka i strzelba zaczarowana, która strzela bez naładowania, ile razy tylko zechcesz. Czy nie zażądasz wydania broni, jeśli was wypuścimy?
— Stanowczo.
— A więc widzisz, że mam słuszność! Nie wydamy łupu, i was zatrzymamy. Wasza śmierć przy naszych palach okryje sławą cały szczep. Po naszej śmierci, we Wiecznych Ostępach, wojownicy pozazdroszczą nam szczęścia, gdyż wasze dusze będą nas obsługiwały!
Aczkolwiek spętany, Old Shatterhand z dumnym gestem zapytał:
Pshaw! Czy tak postanowiłeś nieodzownie?
— Tak.
— A więc skoroś skończył, ja też wypowiem ostatnie swoje słowo. Słuchaj: nie zdołacie nas zatrzymać, a oprócz tego będziecie musieli zwrócić zdobycz! Nasze dusze nie będą obsługiwały waszych, gdyż, jeśli tylko zechcemy, możemy was natychmiast wysłać do Wiecznych Ostępów, gdzie zatem będziecie nam służyli, a nie my wam. Powiedziałem.
Chciał się odwrócić; ale oto wódz wystąpił o parę kroków naprzód i huknął nań:
— Śmiesz przemawiać tak do mnie, naczelnego wodza Nijorów! Czy wy jesteście naszymi jeńcami, czy my waszymi? Porachuj swych ludzi! Kilkunastu spętanych i bezsilnych; my natomiast jesteśmy wolni, uzbrojeni. Jest nas trzykroć po dziesięć razy dziesięciu mężnych wojowników!
Pshaw! Old Shatterhand i Winnetou nie zwykli rachować wrogów — i nie liczą się z tem, czy są związani, czy nie. Nie przyszliśmy tutaj jako wrogowie; chcieliśmy odejść w pokoju. Ale tyś wolał waśń od zgody. Dobrze, przyjmujemy wyzwanie! Niech więc tomahawk wojny zostanie wykopany między mną a tobą, między nami a wami. Nie liczba głów i spętanych rąk rozstrzygnie, lecz doskonałość broni i moc ducha!
Obrzucił krótkiem spojrzeniom Winnetou, który skinął potakująco, ledwo dostrzegalnie. Obaj rozumieli się bez słów. Wódz, rozgniewany, nie zauważył tych wymownych spojrzeń. Nabrzmiałym wściekłością głosem zawołał:
— Gdzie jest wasza broń i gdzie duch, o którym mówiłeś? Wasze trzy znakomite strzelby wiszą tutaj na moich plecach i — — —
— Duch, o którym mówiłem, odbierze je! — dokończył Old Shatterhand.
W tej samej chwili zerwał się, wzniósł obie spętane pięści i grzmotnął wodza po głowie, że ten runął bez przytomności. A oto już stał przy nim Winnetou, wyrwał spętanemi rękami nóż z za pasa wodza i przekrajał więzy u rąk Old Shatterhanda. Westman przeciął wzamian pęta Apacza. Mieli więc wolne ręce. Jeszcze dwa ruchy, a padły także pęta u nóg. Wszystko to stało się z tak błyskawiczną szybkością, że czerwonoskórzy nie mieli czasu zapobiec; stali nieruchomi ze zdumienia, że dwaj ludzie odważyli się w ten sposób postąpić wobec trzystu wojowników. Należało wykorzystać moment i powstrzymać ich od natarcia. Old Shatterhand uchwycił lewą ręką wodza, w prawą ujął nóż i zawołał:
— Odstąpcie! Jeśli jeden chociażby Nijor odważy się nogę ku nam wysunąć, nóż mój natychmiast przebije serce waszego wodza! Tu oto widzicie Winnetou, wodza Apaczów! Czy ma wam wsadzić we łby kule mojej zaczarowanej strzelby?
Winnetou uchwycił bowiem sztuciec i trzymał go w ręku. Wpływ słynnych ludzi jest niezwykły, zwłaszcza na przesądnych dzikusów. A jednak była to chwila nader niebezpieczna. Gdyby chociaż jeden Nijor miał odwagę natrzeć, kula, któraby go przebiła, rozpętałaby zemstę, i nastąpiłby istny pogrom. Jednak wrogowie byli oszołomieni i żaden nie ośmielił się poruszyć; ale po chwili czary mogły stracić moc; wporę jednak nadeszła pomoc, której nie spodziewał się mężny myśliwy. Mianowicie, skroś drzewa lasu rozległ się głośny krzyk:
— Wara, Nijorowie! I tutaj stoją białe twarze. Jeśli się nie cofniecie, pożrą was nasze kule. Aby was ostrzec, przebijemy na początek pióro zastępcy wodza! Ale potem trafimy w głowy. A więc ognia!
Zastępca wodza stał wpobliżu Old Shatterhanda; nosił jako oznakę godności pióro orle. Posępne, żądne walki spojrzenia, jakiemi mierzył obu śmiałych mężów, wymownie świadczyły, że nie da się zahukać. Ale naraz padł strzał z mroków lasu, z miejsca gdzie stały wspomniane dwa głazy, i kula zerwała mu pióro z głowy. Narazie stracił jedynie piórko, za chwilę mógł stracić głowę. Nie podejrzewał, że to tylko dwaj ludzie grożą z ciemności. Sądził, że musi ich być bardzo wielu, skoro tak wyzywająco występują. Wydał okrzyk zgrozy i odskoczył od ogniska. Pozostali Nijorowie poszli za jego przykładem — rejterował również szybko.
— Dzięki Bogu! — szepnął Old Shatterhand do wodza Apaczów. — Zwyciężyliśmy. To Sam Hawkens krzyknął. Jest tam również Hobble-Frank! Trzymaj wodza w postrachu. Nóż jest mi potrzebny; chcę uwolnić towarzyszów.
Opuścił wodza, w którego Winnetou natychmiast wycelował lufę strzelby, i obrócił się ku towarzyszom, aby uwolnić ich z więzów. Uwijał się z nadzwyczajną szybkością; Indjanie nie mieli czasu sprzeciwić się tej procedurze. Wszystko, co odebrali białym, sprowadzili byli nadół i złożyli koło ogniska; między innemi także broń. Białym więc teraz wystarczyło się tylko nachylić, aby odzyskać noże i strzelby. Stali już wolni i uzbrojeni, nim jeszcze minęły dwie minuty od początku niebezpiecznej sceny.
— Teraz na koń i za mną do lasu! — rozkazał Old Shatterhand.
Wziął konie, swego i Apacza, za uzdę, podczas gdy Winnetou podniósł wodza Nijorów i znikł wraz z nim w ciemnościach, pomknąwszy w kierunku, skąd dobiegał głos Sama Hawkensa. Plac naokoło ogniska świecił pustką; czerwoni nie mogli jeszcze zdać sobie sprawy z nieoczekiwanego obrotu rzeczy.
Obaj bohaterzy tych czynów nie mieli czasu zwrócić uwagi na szczegół, który później miał wydać nieoczekiwane następstwa. Oto kantor emeritus nagle sobie przypomniał, iż w górnej kieszonce kamizelki, której mu nie przeszukano, ma scyzoryk. Chciał naprawić swą pomyłkę i, podczas gdy powszechna uwaga skupiała się dokoła Winnetou i Old Shatterhanda, podszedł do Pollera, przysiadł się doń i rzekł.
— Właśnie sobie przypomniałem, że mam scyzoryk. Pomoże pan moim towarzyszom. Oto on.
— Pięknie, pięknie! — odrzekł zachwycony Poller. — Połóż się pan przy mnie i przetnij mi pęta u rąk, ale tak, aby nikt nie widział. Skoro mi pan następnie wręczy nóż, resztę biorę na siebie.
— Uwolnij pan również moich towarzyszów!
— Naturalnie, naturalnie! Ale uwijaj się pan prędzej!
Kantor usłuchał. Wręczył Pollerowi nóż w chwili, gdy Old Shatterhand rozciął więzy u swoich nóg.
— Spójrz pan! — rzekł kantor. — Teraz pomoc pana jest niepotrzebna. Shatterhand uwolni także pana. Może mi pan zwrócić scyzoryk.
— Ani mi się śni! — odpowiedział Poller. — Zmykaj pan do swoich. My trzej pośpieszymy wnet za panem! Kantor zatem podniósł się i, usłyszawszy rozkaz Old Shatterhanda, dopadł konia.
Teraz sytuacja przedstawiała się tak, że tylko Buttler, Poller i król naftowy leżeli koło ogniska; Indjanie, aby nie wystawiać się na cel, cofnęli się pod osłonę mroku, podczas gdy biali przylegli między drzewami nad rzeką. Z tego też ukrycia Old Shatterhand zawołał do czerwonoskórych:
— Niech wojownicy Nijorów spokojnie się zachowują! Jeśli spostrzegę choćby drobny odruch napastniczy, jeśli ośmielą się wyjść na zwiady, — zabijemy zmiejsca waszego wodza! Skoro dzień zaświta, zaczniemy się układać. Jesteśmy przyjaciółmi czerwonych. Krew wodza, jeśli będziemy zmuszeni go zabić, spadnie na wasze głowy!
Indjanie wierzyli, że westman dotrzyma słowa. Jemu wszakże, gdyby nawet przeszli do ataku, nie wpadłoby na myśl popełnić morderstwa. Poczytywał nawet w tym wyjątkowym wypadku zabicie bezbronnego jeńca za morderstwo. Wódz zaś Nijorów był bezbronny — spętano mu ręce i nogi.
Sam Hawkens i Hobble-Frank wypełzli z pomiędzy głazów. Sam rzekł swoją osobliwą manierą:
— Czerwoni gentlemani tego się nie spodziewali! Trzystu takich drabów pozwala się zapędzić w kozi róg przez dwóch ludzi. Takiego wypadku mój siwy włos nie pamięta! Gdyby nawet się nie powiodło, rezultat odwlókłby się tylko, gdyż obaj czailiśmy się tutaj, aby was uwolnić, hihihihi!
— Tak, — potwierdził hobble-Frank — że wydobylibyśmy was, to pewne, jak amen w pacierzu. Czy dziesięciu, czy też stu Indjan, — dla nas to drobnostka.
— Tak, jesteście nadzwyczajnymi bohaterami, — rzekł Old Shatterhand napoły rozgniewany, napoły rozbawiony. — Gdzieżeście się wałęsali? Zdaje się, że poszliście na spacerek, zamiast spać?
— Na spacerek? O nie! Miałem sen, który podniecił moją duszę internistycznie, — ocknąłem się i zauważyłem ku memu zdumieniu, że niema pana kantora. Obudziłem więc mego przyjaciela Sama i poszliśmy, aby wskrzesić obecność zaginionego. Tymczasem zdarzyła się napaść, której nie mogliśmy przeszkodzić. Widzieliśmy z ukrycia, jak was przenoszono. Zeszliśmy do doliny, aby czatować na chwilę stosowną do auksyljacji. Szczęściem dla nas, pan emeritus się oddalił, bo inaczej nie szukalibyśmy go, a wpadli wraz z wami w biedę.
— Mylisz się, przyjacielu, — odpowiedział Old Shatterhand. — Jestem przeświadczony, że napad nie nastąpiłby wcale, gdyby ten pomyleniec leżał był spokojnie. Gdzież tkwi teraz? Nie widzę qo tutaj.
Ecce me — odpowiedział kantor, występując z za drzewa.
— Dobrze! Powiedz mi pan, co panu strzeliło do głowy, żeś opuścił obóz!
— Chciałem przynieść wody, panie Shatterhand.
— Wody! Z rzeki?
— Tak.
— Czy być może! Czy tak silne odczuwał pan pragnienie, żeś nie mógł się doczekać świtu?
— Nie dla siebie, ale dla mego przyjaciela Hobble-Franka chciałem przynieść wody. Skarżył się na pragnienie. Sądziłem, że jeśli wyświadczę mu przysługę, puści w niepamięć wczorajszą waśń, która skłóciła nasze dusze.
— Co za nonsens! Z powodu głupiej sprzeczki skazał pan nas wszystkich na śmierć! Chętnie przegnałbym pana na wszystkie cztery wiatry. Niestety, nie mogę, gdyż, skazany na samotność, zginiesz tu niechybnie.
— Ja? Niech pan w to nie wierzy! Kto ma przed sobą tak wysoką muzyczną misję, jaką jest moja dwunastoaktowa opera, ten nie może zginąć.
— Niech się pan nie wystawia na pośmiewisko! Na przyszłość będę musiał pana wieczorami przywiązywać, abyś nie mógł powtarzać swoich bredni. I w pierwszem osiedlu, do jakiego przybędziemy, zostawię pana. Wówczas będzie pan mógł szukać materjału do swej znakomitej opery, gdziekolwiek tylko zechcesz. Czy udało się panu dojść do rzeki?
Emeritus zaprzeczył i opowiedział wszystko. Wspomniał także o scyzoryku, wręczonym Pollerowi.
— Do pioruna! — zaklął Old Shatterhand. — Co to za fatalny szkodnik z tego jegomości. Musimy postarać się, aby nie umknęli. Odważę się podejść do ogniska i związać ich ponownie. Mam nadzieję, że Nijorom nie wpadnie do głowy mnie — — —
Urwał, zagłuszony głośnym krzykiem Nijorów. Spojrzawszy na ognisko, odrazu spostrzegł przyczynę alarmu. Poller, Buttler i król naftowy szybko zerwali się na równe nogi i pomknęli ku koniom Indjan.
— Wyrywają, wyrywają! — zawołał Hobble-Frank. — Szybko na koń, za nimi, bo — — —
Nie dokończył zdania, aby nie tracić czasu i aby zamienić słowa na czyny. Atoli Old Shatterhand zatrzymał go i zgromił:
— Zostać tu! Cicho! Uważajcie!
Indjanie pomknęli ku swym rumakom; ale trzej uciekinierzy wyprzedzili ich, gdyż nad okrzykami wściekłości górował wyraźnie tętent koni, których zbiegowie dopadli i na których pocwałowali.
— Uciekli, przepadli dla nas na wieki wieków! — lamentował Hobble-Frank. — Chciałem pędzić za nimi. Czemu pan zabronił?
— Ponieważ nanicby się to zdało I byłoby dla nas niebezpieczne — odparł Old Shatterhand.
— Niebezpieczne? Myśli pan, że lękam się tych trzech drapichróśtów? W takim razie nie zna mnie pan ani trochę!
— Mam na myśli czerwonoskórych. Nie ułożyliśmy się jeszcze, zatem musimy być bardzo ostrożni. Gdybyśmy chcieli teraz ścigać zbiegów, wpadlibyśmy w ręce Nijorów. Musimy tu zostać w ukryciu, póki nie zawrzemy ugody.
— Lecz pozwolić tym łotrom zbiec?
— Czy udałoby się nam teraz, po nocy, ich schwytać? Jeśli jest jaka szansa, możemy ją zostawić czerwonoskórym. Słuchaj! Ścigają uciekinierów. Niech nas wyręczą.
— Ach, co znowu! Że też nie mogę znaleźć posłuchu! Ci Indjanie nie zadadzą sobie wiele trudu.
— I tem właśnie wykażą roztropność. Za dnia łatwo rozpoznamy ślady i puścimy się w pościg.
— Ale zbrodniarze ubiegną nas o szmat drogi! — Dogonimy ich. Łatwo zbiegów schwytać, gdyż nie potrafią się bronić; mają tylko scyzoryk, wypożyczony przez sprytnego pana kantora, a to wszak nie jest broń groźna i niebezpieczna.
Wszyscy rozumieli, że ma słuszność; nawet Hobble-Frank musiał mu ją przyznać. Po pewnym czasie usłyszano tętent koni, poczem znów zapanowała cisza; widocznie Indjanie wrócili z próżnemi rękami. Gdyby bowiem schwytali zbiegów, nie powstrzymaliby się od wrzawy radosnej.
Ponieważ dzień następny miał wymagać wiele trudu, więc towarzystwo musiało ułożyć się ponownie do snu; Winnetou i Old Shatterhand czuwali, nie spuszczając oka z Nijorów, którzy przecież mogli pokusić się o uwolnienie wodza. Aliści Indjanie zachowywali się spokojnie, Rano ujrzano straże nad rzeką. Prawdopodobnie czuwały przez całą noc. Dotychczas nikt jeszcze nie zamienił słówka z Mokaszim; wódz leżał tak spokojnie i nieruchomo, jak gdyby go pięść Old Shatterhanda zabiła. Lecz żył i spoglądał przenikliwym wzrokiem; był już czas odpowiedni do stawiania mu żądań. Old Shatterhand chciał rozpocząć, ale Winnetou krótkim gestem zalecił milczenie, i zwrócił się sam, wbrew swemu zwyczajowi, do wodza Nijorów:
— Wódz Nijorów jest silnym mężem, wielkim myśliwym i bardzo walecznym wojownikiem. Zabił najsilniejszego wołu jedną strzałą. Dlatego nazywają go Mokaszi. Chciałbym doń przemówić jako przyjaciel i brat, i proszę go, aby mi powiedział, kim ja jestem.
Była to napozór dziwna prośba, ale miała swój cel; Mokaszi uświadomił to sobie i dlatego odpowiedział z gotowością; — Jesteś Winnetou, wódz Apaczów.
— Słusznie powiedziałeś. Czemu jednak nie wymieniłeś szczepu Apaczów, do którego należę?
— Ponieważ wszystkie szczepy tego wielkiego plemienia uznają cię za swego wodza.
— Tak jest. A czy wiesz, do jakiego plemienia zalicza się szczep Nawajów?
— Do Apaczów.
— A Nijorowie, którzy cię nazywają swym wodzem?
— Też są Apacze.
— Twoje usta mówią prawdę. Skoro jedni i drudzy należą do Apaczów, są braćmi. Dzieci jednego ojca powinni się kochać i wspomagać w potrzebie, w trosce, w biedzie i w niebezpieczeństwie, a nie kłócić się, lub, co gorsza, zwalczać. Tam, na dole, na południo-wschodzie, mieszkają Komanczowie, śmiertelni wrogowie Apaczów; ich wojownicy rok rocznie wyruszają do walki z Apaczami; a zatem nasze szczepy powinny się skupić i obronić przed tymi rabusiami i mordercami. Lecz one, przeciwnie, kłócą się, mordują wzajemnie i przez to nie starczy im sił do odparcia wspólnego wroga. Kiedy dusza moja o tem myśli, serce uciska ciężar głazu. Nijorowie i Nawajowie uważają mnie za wodza Apaczów; oni sami są Apaczami; dlatego uszy ich powinny słuchać moich ust. Schwytałeś w niewolę mnie i moich białych braci, aczkolwiek nic złego nie wyrządziliśmy tobie, aczkolwiek należymy do jednego plemienia. Czy możesz mi podać jakiś słuszny powód?
— Tak. Twoje serce przychyla się bardziej ku Nawajom, niż ku nam.
— Mylisz się. Wszystkim wam jestem bratem.
— Ale twoja dusza należy do białych twarzy, naszych wrogów!
— Mylisz się również. Kocham wszystkich ludzi, — białych, czy czerwonych, — którzy czynią dobro. Jestem zaś wrogiem wszystkich złych ludzi, i nie pytam się, czy są Indjanami, czy białymi. Topór wojny został wykopany, i oto brat występuje przeciwko bratu, aby przelać jego krew. Walka jest złem, a nie dobrodziejstwem, i dlatego nie jestem dziś waszym przyjacielem. A jednak nie powinieneś dopatrywać się we mnie wroga. Nie pomagam ani wam, ani Nawajom, chcę was tylko upomnieć, abyście znów zakopali tomahawk wojny i wskrzesili pokój.
— Nie może to być! Topór, skoro go uchwyciła ręka wojownika, nie może spocząć, dopóki nie zbroczył się krwią. Nie możemy słuchać ust, mówiących o pokoju!
— Nawet, jeśli to moje usta?
— Nawet.
— A więc widzę i słyszę, że każde moje słowo jest daremne; Winnetou nie zwykł mówić na wiatr; będę zatem milczał. Rozstrzygajcie swój spór z Nawajami, ale strzeżcie się wciągać w tę walkę bratobójczą mnie i moich białych braci! Potraktowałeś nas jak wrogów; chcemy o tem zapomnieć. Teraz znalazłeś się w naszych rękach, twoje życie jest w naszej mocy. Czyż mają opowiadać w namiotach waszych wrogów: Old Shatterhand i Winnetou samowtór schwytali w niewolę Mokasziego. aczkolwiek miał przy sobie trzystu wojowników?
Winnetou trafił w sedno. Była to wielka hańba dla Mokasziego, że w takich okolicznościach i wobec tylu wojowników został schwytany. Musiał okupić swoją wolność układem z ludźmi, którzy doniedawna byli jego jeńcami. Jeśli zgodziłby się na taką kapitulację, to jedynie pod warunkiem, że biali nie rozgłoszą jego hańby.
Spoglądał przed siebie ponuro i nie odpowiadał. Dlatego Winnetou dodał.
— Twoi wojownicy wiedzą, że ty pierwszy zginiesz, jeśli na nas napadną. Czy słyszałeś, jak im to mój brat Shatterhand oznajmił!
— Jestem wojownikiem i nie lękam się śmierci. Wojownicy Nijorów pomszczą moją hańbę!
— Mylisz się. Osłaniają nas tutaj skały i drzewa. Zresztą, nigdy nie mierzyliśmy wroga liczbą.
— Ą więc niech moi wojownicy wraz ze mną polegną, niechaj krwią swoją zmyją piętno hańby, która dotknęła ich narówni ze mną!
— Jeśli jesteś rozsądny i posłuchasz mnie, nie dosięgnie was hańba. Przyrzekniemy ci nigdy o niej nie wspominać.
Oczy Mokasziego rozbłysły radośnie.
— Przyrzekasz? — zawołał.
— Tak. A czy Winnetou złamał kiedy swoje słowo?
— Nie. — Teraz powiedz mi, jak się zachowacie wobec nas, skoro pozwolimy wam odejść!
— Tak, jak wy wobec nas. Jeśli pojedziecie za nami, aby walczyć, oczywiście, będziemy się bronić.
— Dokąd się zwrócicie? Czy do Nawajów?
— Musimy ścigać trzech zbiegów. Pojedziemy wślad za nimi. Jeśli umkną do Nawajów, my za nimi.
— I wspomożecie ich w walce z nami?
— Będziemy ich nakłaniać do zgody, jak nakłaniałem ciebie. Powiedziałem ci już, że nie jesteśmy ani waszymi, ani ich wrogami. Zdecyduj się szybko! Musimy zaraz wyruszyć, aby uciekinierzy nie ubiegli nas o zbyt wielki szmat drogi.
Mokaszi przymknął powieki, aby wszystko sobie w duchu rozważyć; podniósł je po chwili i oświadczył: — Odzyskacie swoją własność i będziecie mogli spokojnie odjechać.
— A więc zaniechacie pościgu?
— Przestaniemy o was myśleć. Wzamian przyrzeknij, że nie wspomnicie nikomu o tem, co się tutaj zdarzyło.
— Zgoda! Czy brat mój gotów jest wypalić z nami fajkę pokoju?
— Tak. Rozwiążcie mnie.
Natychmiast uczyniono zadość jego życzeniu. Oswobodzono go z więzów, poczem wszyscy usiedli na miejscu, gdzie poprzedniego dnia paliło się ognisko. Winnetou napełnił swoją fajkę pokoju, zapalił ją i dał Mokasziemu do pociągnięcia. Następnie szła od ręki do ręki. Nawet kobiety i dzieci musiały ją wziąć co najmniej w usta, inaczej bowiem, według zwyczajów indjańskich, układ nie rozciągałby się na nie, i czerwoni mogliby je zabić, nie łamiąc układu.
Po ukończeniu tego ceremonjału, Mokaszi wszystkim, nawet dzieciom, podał rękę i odszedł do swoich, aby ich zawiadomić o ugodzie.
— Chętniebym również wyzwolił ośmiu Nawajów — rzekł Old Shatterhand. — Niestety, musimy ich zostawić w rękach Nijorów.
— Mój brat niech się o nich nie kłopocze, nic im się złego nie stanie, — zapewnił Winnetou. — Nijorowie będą zmuszeni uwolnić i tych więźniów.
— Kto ich zmusi? Nawajowie?
— Tak.
— A więc myślisz, że teraz wprost podążymy do Nawajów?
— Będziemy musieli, ponieważ do nich pojechał król naftowy,
— Hm! Należy tak przypuszczać. Szubrawcy nie mają broni, nie mogą zatem ubić zwierzyny. Głód zmusi ich do szukania towarzystwa, tam, dokąd dążą, niema nikogo, oprócz Nawajów. Pytanie, jak. Indjanie ich przyjmą.
— Dobrze.
— Dosyć wątpliwe, aczkolwiek i to może się zdarzyć. Jeśli oświadczą, że są wrogami Nijorów, że byli u nich w niewoli, i że udało im się zbiec, Nawajowie nie odmówią gościny.
— Zależy od tego, co opowiedzą. Nitsas-Ini, wielki wódz Nawajów, jest mądrym człowiekiem; wybada, każde ich słowo, zanim uwierzy. Ale spójrz na Nijorów! Dosiadają koni.
Tak było w istocie. Mokaszi oznajmił swym wojownikom, że zawarł pokój. Niebardzo byli zadowoleni z tego obrotu sprawy, musieli się jednak zgodzić, albowiem wypalono kalumet. Zawstydzeni i rozgniewani nieprzyjemnem dla nich zakończeniem przygody, pragnęli jak najprędzej opuścić to niefortunne miejsce; dosiedli koni i odjechali. Kilku jednak zostało. Przynieśli białym resztę rzeczy, które do nich należały. Brakło coprawda paru drobnostek, ale tak mało wartościowych, że nie wspomniano o nich. Dopominać się głupich drobiazgów tam, gdzie stawką było życie! — — —




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.