Hegesias Peisithanatos

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Hegesias Peisithanatos
Pochodzenie Bajka o człowieku szczęśliwym
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
HEGESIAS PEISITHANATOS


1905


HEGESIAS PEISITHANATOS, „Namawiający do śmierci“ — przydomek nadany filozofowi ze szkoły kyrenejskich „chwalców życia“, który kazał w Aleksandrji za czasów króla Ptolomeusza.

Dzień był piękny, pogodny i ciepły i wybrzeże Wielkiego Portu w Aleksandrji roiło się od barwnych i gwarnych tłumów. Niektórzy spieszyli za sprawami dziennemi, inni podążali w stronę królewskiego pałacu, gdzie mądry i potężny władca, Ptolomeusz Lagi, wydawał był właśnie ucztę dla najprzedniejszych w mieście; ale największą część przechodniów stanowili tacy, co wyszli z domów tylko dla tego, aby patrzeć na błyszczące, ludne place, na słońce i na rojną żaglami przystań błękitną, — aby odetchnąć słonym powiewem morza, który chłodził zbytnią upalność dnia, albo upatrywać wśród mnóstwa snujących się kobiet jednodziennych towarzyszek, darzących chętnie wzamian za kosztowne podarunki jeszcze kosztowniejszą i wyszukaną i nadewszystko cenną miłością. Ci przechadzali się zwolna, jako ludzie, którym się nie spieszy, gdyż nie mają nic innego do roboty, a wiedzą, że znajdą wkońcu to, czego szukają. Tu i ówdzie tworzyły się w cieniu murów i pod rzadkiemi palmami grupy rozmawiających o wypadkach dnia, o cenach pszenicy, kobiet i oliwy, o pogodzie i o najsławniejszych w tym tygodniu filozofach i tancerkach.
Największa grupa utworzyła się przed gmachem Bibljoteki. Tutaj, na szerokich marmurowych schodach ogromnego budynku stał w bogate szaty przyodziany Grek i żywo coś rozprawiał. Wiatr od morza rzucał jego dźwięczne słowa na głowy skupionej rzeszy, a wraz ze słowami roznosił słodki zapach jego czarnych, rozwianych, wonnościami przepojonych włosów i ciskał połyski purpurą i złotem przetykanej szaty.
Ciekawych zbierało się coraz więcej, przywabionych snadź tem, co mówił, a jeszcze więcej może wspaniałą, bogom iście podobną jego postacią. Kobiety zwłaszcza, niewiela słuchając, wpatrywały się weń omdlałemi oczyma, których spojrzenie zdało się mówić: O, piękny Greczynie! z ochotą miłość ci damy, najwyszukańszą i najsłodszą, jeśli tylko równie, jak słowo — dźwięcznie i obficie — pada twe złoto!
Wśród mężczyzn podawano sobie z ust do ust wieść, że jest to mistrz Hegesias, który wczoraj wieczorem przybył na skrzydlatym statku z Kyreny, aby tutaj w rozkosznem mieście kazać o rozkoszach żywota. Tłoczono się tedy i starano się pochwycić lotne słowa mówcy, aby je móc powtórzyć przy wieczornej biesiadzie, gdy się już znudzą żarty, kobiety i śpiewy.
A bogom podobny mistrz Hegesias mówił:
„Azaż potrzebuję, o Aleksandryjczycy, powtarzać wam jeszcze, iż dobre jest życie? Czyż nie jestem w mieście, którego mieszkańcy wiedzą o tem przepysznie, w mieście najbogatszem i najszczęśliwszem na całym świata okręgu? Zaiste! tutaj-bym owszem posłał, kogobym chciał nauczyć tej wielkiej prawdy, o tyle lepszej nad inne, o ile Aleksandrja jest lepsza od miast licznych, położonych na wschód i zachód słońca...“
Wiatr szeroko słowa jego roznosił, na miasto rozkoszne i ku jezioru Mareotis, poza którem ciągnęły się zielone, żyzne, sztucznie kanałami nawodnione łany delty nilowej — spichlerz i ogród z pian morskich wykwitłej, marmurowej i białej Aleksandrji. A gdy lekki powiew przycichł na chwilę, wtedy słowa mistrza, od ścian i kolumn bibljoteki odbite, biegły ku morzu, ujętemu kamiennemi tamami w przystań ogromną i wygodną, gdzie drobna, łyskliwa fala wtór im dawała, uderzając z pluskiem białą piersią o granitowe ocembrowania.
Dwóch ludzi, przechadzających się wzdłuż wybrzeża, przystanęło na dźwięk głosu mistrza. Młodszy patrzył przez chwilę na słońcem oblane mury gmachu, a potem odezwał się do towarzysza:
— Przybysz z Kyreny naucza dzisiaj; czy chcesz się przybliżyć i posłuchać, o, Arystoklesie? Cień jest pod filarami, a widzę tam także wiele kobiet i zdaje mi się, że rozróżniam wśród nich najpiękniejsze i najdroższe w całej Aleksandrji!
Arystokles zwolna poruszył głową przecząco:
— Dobrze mi tu jest na wybrzeżu oddychać słonym powiewem morza i pławić się w słońcu. Nie jestem dość młody, aby biec za kobietami, gdy wiem, że same, nieproszone nawet, przyjdą pod dach mój i do mego złota, — nauki filozofów zaś najmilsze mi są, kiedy ich słowa przytłumione i złagodzone odległością, jak przypływ i odpływ morza, lekko w me uszy uderzają, wiążąc się harmonijnie ze śpiewem majtków i szczebiotem głupich, lecz pięknych zalotnic. Wtedy tylko nie obciążają umysłu, lecz bawią i podniecają apetyt przed ucztą wieczorną, przy której dzisiaj — mam nadzieję — będę cię miał za towarzysza, cny Tymonie!
Tymon zawahał się nieco. Przyszło mu na myśl, że dzisiejszy wieczór mógłby spędzić z pewną dziewczyną, poznaną niedawno, która nieświadoma jest wprawdzie arkanów wyszukanej miłości, ale ma oczy zadziwiające, co patrzą gdzieś w głąb, aż w duszę — i usta, co dziwnie szczerze i świeżo i zgoła odmiennie umieją mówić to, w liczman już zresztą zamienione słowo: kocham. Lekki a przejmujący dreszcz przeszedł go na to wspomnienie, ale wstydził się przyznać do tego przed wytwornym Arystoklesem.
Ten jednak spostrzegł jego wahanie i uśmiechnął się ironicznie, domyślając się snadź czegoś.
— Będzie także kilka kobiet, — rzekł — wybrałem największe mistrzynie wśród wychowanek Astartejonu; nie godzi się niemi pogardzać. Czy przyjdziesz? —
Tymon skłonił z lekka głową potakująco, ale Arystokles nie zauważył już tego. Zajęło go w tej chwili jakieś głośniejsze czy ciekawsze zdanie Kyrenejczyka, nadlatujące od Bibljoteki, lub może postać jego wyniosła, coraz barwniejsza i coraz więcej bogom podobna w promieniach zachodniego słońca, — dość, że jął patrzeć pilnie ku tej stronie, przystanąwszy nawet mimowolnie.
A Greczyn mówił tymczasem, rzucając słowa czyste, dźwięczne, pięknie utoczone, jak kule z kryształu:
„Na okręcie o białych żaglach przybyłem tu z zachodu, o Aleksandryjczycy! aby was życia nauczać, a oto widzę was i pragnę stać się raczej waszym uczniem! Pozwólcie mi tedy mówić o rzeczy dobrze wam znanej, a niechaj się wam zdaje, że opowiadam, czegom się wśród was dowiedział, prosząc abyście byli sędziami słów moich i wspierali moją niedostateczną wymowę, gdy się zająknę, głosząc pochwały życia. A jeśli mi przyklaśniecie, pójdę na wschód i zachód słońca, mając się za mistrza, iżem w Aleksandrji znalazł posłuch i łaskę!“
— Pochlebia nam ten Kyrenejczyk, — odezwał się Tymon.
— Filozofowie, — odparł Arystokles, — skończywszy wykład mądrości, zbierają grosze na talerz cynowy, podobnie jak linoskoczki i syryjskie tancerki; słuszna jest tedy, aby wpierw słowami swemi otwarli kieszenie słuchaczy. Ale ten zdaje mi się być mówcą niepoślednim i wspaniale się odziewa. Przygotowałem już sztukę złota dla niego, jeśli mnie zbyt nie znudzi...
To rzekłszy, przybliżył się nieco, pociągając za ramię młodego Tymona, który oglądał się był właśnie za przechodzącą nubijką o wyniosłych piersiach i wargach namiętnie nabrzmiałych.
„Godzi się pięknie i dobrze mówić o dobrych rzeczach, a zwłaszcza o najlepszej, jaką jest życie, — prawił Kyrenejczyk. — Nadto w porządku, aby mowa była, jak uczta doskonała, gdzie potrawy kolejno tak po sobie następują — w zieleń a nie rzadko i w kwiaty przybrane, — iżby smak jednej nie psował biesiadnikom rozkoszy, jaką z drugiej język ich wyciągnąć jest zdolny. Otóż i ja radbym w porządku zastawić przed wami, smakosze mądrzy i niezrównani, oną biesiadę słów, którą oby nie pogardziły wybredne podniebienia wasze! — radbym z ładem i składem wysławiać życie wobec was!
„Ale jakoż mi to uczynić, o Aleksandryjczycy? Drga to życie i płynie, szumi, umyka i błyska, goni i znów ucieka — zaprawdę! zbyt żywe jest to, o czem chcę mówić i zbyt nieuchwytne! Darujcie więc, jeśli i słowa moje rozpryskać się czasem będą, jak to życie dokoła, srebrnej kaskadzie podobne.
„O jakże rad je sławię, to święte, to jasne, to błogie i umiłowane życie! Czyż nie jest ono jak światło dnia wschodzącego, które z czarnej nicości nocy stwarza cuda niewypowiedziane i najpiękniejsze czary wydobywa? Czyż nie jest owszem samo jasnością, bez której słońce byłoby ciemne i dzień ślepy? Wszak z życiem naszem dopiero świat się poczyna...
„Bo nie wiem, czy istniał przede mną, o Aleksandryjczycy, jak nie wiem, czy istnieją w tej chwili miasta, których nie widzę, okolice, gdzie mnie niema. O tem nikt się jeszcze snadź nie przekonał, i wierzyć w to tylko można, tak jak wierzymy zazwyczaj, że przedmioty i w ciemności zachowują swe barwy, choć nikt tego nie widział, gdyż, z chwilą, kiedy się ukazują, ciemność już niknie“.
„Ale pocóż troskać mi was zagadnieniami, które nie dość są ucieszne, aby mogły zająć was, którzyście byli przez dzień rybakami i poławiaczami pereł na rozkołysanej fali życia, a myślicie w tej chwili (co słuszna jest, zaiste), jaką rozkoszą wypełnić wieczór nadchodzący? Czyż nie dość, jeśli wymienię błogosławione imiona życia, abyście mieli zapas mian słodkich, gdy się z niem pieścić zechcecie? Bo zaiste światem je mienię być i potokiem srebrzystym i wzrastającem drzewem, jabłonią, która ma kwiat przewonny i słodkie owoce. A zaś je nazywam czarą drogocenną, sztucznie po bokach malowaną, albo zgoła ze złota wykutą i kosztownym zdobną kamieniem; nie próżną jednakże, owszem, nalaną winem po brzegi, które moc ma w sobie przedziwną i boską. I jeszcze pieśnią doskonałą ucztą i niezrównaną i gmachem marmurowym o słupach rzezanych i złocistym dachu nazwę życie, o Aleksandryjczycy! Ukochaniem naszem jest ono i rozkoszą, śmiechem ust naszych i szczęściem!
„Bogdajbym mógł je godnie wysławić! O potoku dwakroć już wspomniałem, mówiąc o życiu, i zaiste obraz ten wydaje mi się być dlań najodpowiedniejszym. Jako strumień, co z nieznacznych wypływa początków, gdzieś z łąki kwietnej u stóp gór śnieżystych, a w moc i wodę srebrzystą wzbierając, toczy się po łanach i skały w kaskadach przesadza, a kiedy się w rzekę rozleje wspaniałą, odbija w sobie miasta stubramne, kraje rozkoszne i nieba najpiękniejsze a błękitne, aż wreszcie w morza niezgłębionej rozpływa się toni: tak jest i życie, od dzieciństwa swego przez młodość i męskość, aż po kres śmierci!“
Tu mówca urwał nagle, jakby dźwiękiem słowa przestraszony. Przez chwilę patrzył na tłum zasłuchany, w milczeniu, aż wreszcie, powiódłszy ręką po czole, uśmiechnął się dziwnie i podjął znów, rzucając słowa dobitnie i powoli:
„Jakimże to wyrazem, niebaczny, obraziłem uszy wasze, o Aleksandryjczycy! Jakież to widmo wywołałem lekkomyślnie przed oczy wasze? Czyż godzi się wspominać bodaj o śmierci, sławiąc życie? Strofujcie mnie albo odbieżcie zgoła, bo ciężko zawiniłem przed wami, dając dowód jedynie, iż początkującym jestem i nie dość mistrzem, aby panować nad słowami i myślą!“
Smutek — rzeczywisty, czy udany — zawładnął jego głosem i przyćmił mu oczy płomienne. Słuchacze poczynali szemrać, nie rozumiejąc jeszcze, co znaczy ten zwrot niespodziewany; dalsi, którzy nie wszystkie słowa dobrze słyszeli, zbliżali się teraz, dopytując bliżej stojących, o co rzecz idzie.
Mistrz Hegesias mówił zasię dalej:
„Zdaje mi się, jakobym był szybkobiegaczem, który chciał rychło dojść do celu krokiem tanecznym i zaledwie palcami nóg ziemi tykając, a potknął się na głazie i upadł na początku drogi. Czy zdołam się poprawić? Rozglądam się wkoło i widzę, że jakąkolwiek drogę wybiorę, zawsze spotkam na niej ów głaz, o który muszę się roztrącić! Dopóki bowiem chwalić będę życie, jako rzecz dobrą w samej sobie, nie podobna mi nie myśleć o tem, że to życie się skończy, że kończy się świat, który ono w sobie streszcza! I lęk mnie ogarnia, o Aleksandryjczycy, zalim nie do zbyt kruchej rzeczy przywiązał miłość moją? Wszak życie samo w sobie, choćbyśmy mu najpiękniejsze nawet nadali imiona, jest trwaniem tylko, — cóż zasię warte jest trwanie, jeśli skończyć się musi?
„Znałem ja w Atenach mędrca niepośledniego, wyśmiewanego przez jednych, boską niemal cześć gwoli swym naukom odbierającego od innych, który wręcz utrzymywał, że życie ludzkie jest ową mocą niepojętą, która świat z nicości wydobywa i jasnością oną, bez której słońce byłoby ciemne i dzień ślepy! — Ale pocóż mi w tej chwili podnosić dumę waszą, powtarzając za mędrcem tym doskonałym, że człowiek jest miarą rzeczy istniejących i nieistniejących i że każdy z was swem życiem stworzył ten świat, na który patrzy? — Czyż nie większe upokorzenie, że stwórcami będąc, czasowi i śmierci poddani nie zdołamy być dzierżycielami? czyż nie gorszy przestrach i ból, że ze zgonem naszym cały jeden świat w nicość zapada?“
— Ten przybysz nie dla pieniędzy mówi, — odezwał się Arystokles, wsparty wciąż na ramieniu Tymona i posunął się mimowolnie ku Bibljotece, zapomniawszy snadź, co mówił przed niedawnym czasem, że zdala najchętniej słucha mów filozofów.
Ten zaś, poprawiwszy białą dłonią złotą we włosach opaskę, począł znów, rozmysłem zapał miarkując;
„Zbyt szybko biegłem zaiste i mało ziemi tykając stopami! Wrócić mi się pono trzeba i nie w próżnych słowach wychwalać życie, nie trwaniem się radować, lecz szukać w treści jego jakiejś rzeczy, dla której w istocie dobrem się je nazwać godzi i która nie zblednie ani się rozchwieje wobec niszczącego podmuchu owej światy walącej, tajemniczej mocy — śmierci!
„Mnóstwo jest mędrców w Grecji, a zdaje się jeszcze więcej na dalekim Wschodzie, wśród ludów odmiennego języka i odmiennej twarzy, których zaiste nie godzi się nazwać barbarzyńskimi, choć obcy im jest przesłodki dźwięk helleńskiej mowy. Mędrcy ci nader różnie piszą o życiu, a nawet, aby prawdę powiedzieć, większa ich część zgoła w niem nic dobrego znaleść nie umie. Pocóż mi powtarzać słowa mędrców rozlicznych? — czyż nie jestem w Aleksandrji i czyż nie stoję pod portykiem Bibljoteki, gotowej każdej chwili przemówić do ciekawego dziesięcioma językami świata?
„Niech jednak milczą te głosy — martwe i przeważnie ponure. Gdyby się rozjęczały nad nami, (gdyż śmiać się bardzo rzadkie tylko wśród nich umieją), nie wiem doprawdy, czyby nam smakowała uczta wieczorna, — tyle bowiem jest w nich goryczy i skargi, utyskiwania i pogardy życia. A zwłaszcza w tych, któremi Azja przemawia...
„Nie warto ich budzić, — cokolwiekby nam bowiem powiedziały o marności życia, choćby to było nawet, jeśli możliwa, rozumne, sprzeciwiałoby się tej wielkiej i najlepszej prawdzie, którą z nas każdy w sercu swem nosi głęboko wyrytą: iż dobre jest życie! Cóż więc warte być mogą wszelkie dowodzenia, jeśli taki żywy głos w duszy naszej z góry kłam im zadaje?
„Ale dlaczego dobre? i co w niem jest dobre, jeśli samo trwanie jego, zbyt kruche i nieuchwytne i zbyt nagle się kończące, dobrem nazwać się nie może?...“
Odetchnął nieco mistrz i powiódł okiem po swoich słuchaczach. Niecierpliwili się jedni, nie radzi zbyt mądrych słuchać wywodów, inni z zapartym oddechem słowa jego chwytali. Mówca przeliczył ich szybko i snadź dosyć ich znalazł, bo jął znowu mówić, swobodny jak dotąd:
„Oto powiadają niektórzy, a nawet najlepsi, iż dobra jest — cnota! Dzieckiem byłem-ci ja jeszcze, kiedy mi mówiono, że ona jedna cenna jest nadewszystko i niezniszczalna i życiu wagę dająca. Słuchałem tych słów i wierzyłem im, ponieważ ich nie rozumiałem. A kiedym, stawszy się młodzieńcem, tunikę już przewdziewał, słyszałem to z ust wielu mędrców i w wielu księgach pochwałę cnoty czytałem. Ale przewrotnym stał się z wiekiem umysł mój, o Aleksandryjczycy, bo oto pewnego dnia zapragnąłem wiedzieć, co to jest owa cnota? Pytałem nauczycieli, a oni odpowiadali mi, wymieniając cnót różnych rozliczne rodzaje, a gdym niezadowolony tem, o odkrycie mi jej istoty nalegał, odpowiadano mi słowami, które treści zgoła były pozbawione, jako to naprzykład mieniąc ją być umiejętnością, albo też wypełnieniem woli bogów, nieznanych mi i niewiadomo zresztą dlaczego to, a nie co innego ludziom nakazujących.
„Więc tedy sam szukać począłem i przekonałem się — nie bez zdziwienia, że cnotą nazywa się zawsze takie postępowanie, które innym ludziom przyjemność sprawia albo-li przynosi pożytek. Sprawiedliwość i męstwo, roztropność i miłosierdzie i umiarkowanie ono, które się na tem zasadza, aby wszystkiego nie pragnąć dla siebie, — czyż nie są to rzeczy raczej ludziom wokół mnie żyjącym, niźli mnie samemu potrzebne i miłe? Jać ich potrzebuję także, ale u innych, nie u siebie! — a jeśli je sam wykonuję, to czyż nie czynię przez to ofiary w nadziei, że i inni tak postępować względem mnie będą?
„Jakoż więc wagę życia, które jest moje, kłaść mam w to, co leży poza mną i cudzego raczej dobra dotyczy? Ja ten świat, który znam i widzę, dla siebie stworzyłem — i ja chcę w nim być szczęśliwym! — jeśli chwalić mam życie...
„Zdarzyło się, iż rozmawiałem był o tem z mędrcem pewnym niepośledniej sławy, jednym z uczni Zenona, którego zwą Stoikiem. Gdym mu powiedział, co myślę, skarcił mnie srodze, jako że oni wszyscy cnotę za największą rzecz mają i głoszą, że ona jedna życiu godność, wagę i cenę nadaje.
„On to, gdym dalej nalegał, aby mi cnoty rzeczywistą istotę pokazał, któraby sama dla siebie miała znaczenie i wartość, nie zasię w odniesieniu dopiero do bóstw jakichś lub ludzi: rzekł mi, iż w mądrości ją widzi. Tak tedy patrzyć począłem, zali mądrość jest w życiu ową rzeczą dobrą w samej sobie? I skłonny już byłem, o Aleksandryjczycy, przyznać, że tak jest w istocie. Czyż nie mądrość bowiem uczy nas korzystać z wszelkiego dobra na ziemi i czyż owo korzystanie nie jest właśnie mądrością? Sąć wprawdzie mądrości różne: i takie, które głoszą zaparcie się i wyrzeczenie i pogardę dobra wszystkiego, krom samych siebie, ale te nie nazbyt rozumnemi mi się wydają, a i wy, o Aleksandryjczycy, zgodzicie się zapewne ze mną pod tym względem! Zwłaszcza, że podejrzywam je, owe mądrości ponure, że gardzić każą rzeczami dobremi przeto jedynie, iż nie umieją wskazać sposobu, jakby je osiągnąć!
„Ale oto w tej chwili, kiedym chciał sławić mądrość jako dobro prawdziwe i szukałem w myśli porównania, aby w obrazie pięknym wartość jej uczcić — w tej oto chwili zdało mi się, że mądrość jest podobna do klucza złotego, który zamczysty skarbiec otwiera... I przeląkłem się. Czyż bowiem nie jestem znów na fałszywej drodze, jeśli klucz chwalę, miasto skarbu, który za jego pomocą osiągam? Czyż nie ten skarb właśnie kluczowi wartość nadaje i cenniejszym robi z szarego żelaza wykuty, ale zdolny odewrzeć zapory, od złotego nawet i ozdobnie wyrobionego, który jednak nie trafia do zamku? A ileż takich złotych, lśniących a bezużytecznych kluczy w ręku ludzkich widziałem? Niezdolne są one otworzyć posiadaczom swym skarbu życia i przeto same natomiast się stawiają i mówią: Oto ja, klucz, skarbem jestem prawdziwym, a za temi drzwiami, które słuchać mnie nie chcą, niema już nic! — Ale i klucz właściwy kluczem jest jeno. Jakoż szalony jestem, jeżeli klucz cenię, miast szukać skarbu!“
Tu przerwał mistrz na chwilę i smutek udając wyrazistą twarzą, pojrzał nieco po zgromadzonych, którzy z małym wyjątkiem już naprawdę niecierpliwić się teraz poczynali, znudzeni mową zbyt mądrą i pozbawioną dźwięcznych zwrotów krasomówczych, tak obficie z początku z ust Greczyna padających. On to spostrzegł, ale miast mieszać się lub zmartwić istotnie, uśmiechnął się jeno chytrze i począł znów mówić, wodząc wokół oczyma:
„Widziałem ludzi, którzy spokój sobie chwalili i w dziwnem zaiste opętaniu w tem usiłowali szukać wartości życia, co jest samem jego zaprzeczeniem! Nie musieliżbyśmy przyznać, iż złe jest życie, jeśliby spokój w niem miał być dobrem jedynem? I nie musieliżbyśmy wyrzec się życia, aby spokój osiągnąć? zamknąć oczy i uszy i ducha zawrzeć przed wszystkiem, co z zewnątrz przychodzi? A jeszcze potem z wnętrza własnego wyprzeć to wszystko, co żywe w nas jest, co myśli, pragnie i odczuwa? Kto mi to zrobić potrafi wobec tej burzy zdarzeń, która go otacza — i drugiej, co z wnętrza echem jej odpowiada? A jeśliby się znalazł taki i pokój uzyskał i chwalił go sobie: zaprawdę, iż śmierćby on chwalił, nie życie, umarł już bowiem, nim na stos go złożono!
„Prędzej już gotówbym przyznać słuszność tym, którzy pragną radości i wysławiają cichą i umiarkowaną, ceniąc przyjemności, a zwłaszcza sielskie, i mówią o słodyczy zajęć codziennych w kole rodziny i dobrych przyjaciół, o piękności nieba i słońca promiennego i pól i morza i gajów zielonych! Aleć to wszystko są rzeczy wielce niepewne! Trudno je osiągnąć a trudniej jeszcze utrzymać.
„Jest-ci to bowiem dobro, które na braku przeciwności się zasadza, a nie jest tak silne, aby przeciwnościom oprzeć się mogło! Straty i dolegliwości, zawiść i złość i choroba czyhają na człowieka, zawsze gotowe wydrzeć mu tę radość cichą, dla której życie swe cenił. I niemasz tak bogatego, któryby nie mógł jutro stać się nędzarzem, ani tak zdrowego, iżby był pewien, że nie zwali go jutro boleść na łoże, ani tak wesołego zasię, coby mógł rzec, iż jutro płakać nie będzie! I gdzież jest to dobro życia? mówcie mi, o, Aleksandryjczycy!
„Zwątpiłem już był i zaiste szaleństwo poczęło mnie ogarniać i gotów byłem bluźnić życiu i przeklinać je, za mądrość to sobie smutną lecz ostatnią poczytując! Lecz oto bóg jakiś dobrotliwy zlitował się nade mną i przywiódł mnie do was, byście mnie z obłędu mego wyleczyli, nauczyciele dobrzy, słuchacze moi aż nazbyt łaskawi! W was jest mądrość prawdziwa! u was jest klucz, co skarby życia otwiera!“
Przerwał mówca i pojrzał zaś po słuchaczach, pochlebstwem jego zadowolonych. Przytakiwano głowami, uśmiechano się z ulgą i czyniono szmer, gdy on zaczął znów mówić:
„Przybyłem do was zaledwie wczora, kiedy słońce się miało ku zachodowi, a dzisiaj, patrząc znów na czerwoną zorzę ponad falą, już stoję przed wami, aby wam dziękować. Spędziłem wśród was noc jedną i jeden dzień, — a nie wiem nawet, które z nich lepszem mam mienić! — tak słodka była noc owa i dzień tak rozkoszny! Wyście mnie prawdziwej mądrości nauczyli! Widziałem was przy uczcie wieczornej, na łożach wygodnych, w kwieciu róż i w szatach drogocennych, kiedy niewolnicy stawiali przed wami wybredne i wyszukane potrawy a inni zasię ogniste wina pachnące ze złotych stągwi w kryształowe czary nalewali! Widziałem was, jak pląsały przed wami tancerki o nagich biodrach, Kryprydy godnych zaiste; widziałem, jak słuchaliście śpiewu płomiennookich dziewcząt indyjskich alboli żydowskich i pobrzęku sprawnych lutnistów, z dalekich ziem sprowadzonych! Byłem w mieszkaniach waszych i patrzyłem na kolumny alabastrowe i sprzęty z marmuru, bronzu, lub zgoła ze złota szczerego, oglądałem bogate malowidła na ścianach i przypatrywałem się posągom przez bogów zda się raczej niźli przez ludzi zdziałanych! A cóż mam mówić dopiero o pocałunkach waszych niewolnic i o uściskach dostojnych heter waszych, najumiejętniejszych zaiste na świata okręgu i godnych, aby im za miłość złotem trzykrotną wagę ich boskiego ciała płacono!
„Łaskawi byliście dla mnie, gościa, poznać was żądnego i gdy róże zwiędły o świtaniu dnia, w złotą obręcz przystroiliście czoło moje i daliście mi okręt, ażebym rano, wonną kąpielą odświeżony, mógł odpoczywać po rozkoszach nocy, kołysząc się z lekka w cieniu purpurowych żagli. A kiedym się zbudził, gdy upał mimo słony powiew morza począł już doskwierać, niewolnica naga, od Charyt snadź piękniejsza choć smagłej skóry, strusim wachlarzem znój z mego czoła odpędzała, podczas gdy rzezaniec dźwięcznousty czytał mi w głos przesłodkie strofy jońskich pieśniarzy...
„Dzięki wam czynię, łaskawcy, dzięki, nauczyciele moi niezrównani! Oto już wiem, że dobre jest to wszystko, co cieszy, dobre jest użycie i dostatek jest dobry, który pozwala kupić wino i sztukę i piękne kobiety. Wyście mnie nauczyli cenić rozkosz, jedyne dobro na świecie! Wiem-ci ja teraz, że nie o miarę idzie, nie o spokój martwy i radość niepewną, ale o użycie, o wyrwanie chwili wszystkiego, co ona dać może, bez pamięci dnia wczorajszego i bez myśli o jutrze, które nadchodzi! Oby bogowie, jeśli jacy istnieją, w świętej was mieli opiece, oby wszelkie błogosławieństwa na was zsyłali, ciesząc się widokiem waszym, którzy z tak wielu względów do nich jesteście podobni, o Aleksandryjczycy!“
Szmer zadowolenia przeszedł znowu po tłumie, który raczej zgromadzeniem dostojnych nazwaćby należało, tak przedni bowiem i doskonali a majętni mężowie byli w ten dzień zebrani u portyków Bibljoteki...
— Zawiódł mnie ten mówca, — odezwał się Arystokles do Tymona, — spodziewałem się, że powie rzecz jaką ciekawą, ale on znowu tylko pochlebia i na tem już snadź zakończy. A przytem nowicjusz to jest, zda się, i człowiek życia nie znający, kiedy z takim zapałem mówi o drobnych naszych przyjemnościach, które powtarzając się codziennie, nudnemi stają się w końcu...
To mówiąc, spojrzał na Greka z lekkiem szyderstwem w oczach i przelotnym na twarzy uśmiechem i odwrócił się, jakby pragnął już odejść.
Mistrz Hegesias spostrzegł ten uśmiech na licu Arystoklesa, a snadź i u innych musiał podobny zauważyć, gdyż złożywszy ręce na piersi i cofając się nieco w głąb, począł mówić głosem zupełnie zmienionym:
„Śmiejecie się ze mnie, o Aleksandryjczycy! Cóżem ja rzekł tak nieprzystojnego? Czyż przeto tak wam się zabawnym wydaję, iż nie umiem powściągać zachwytu z powodu rozkoszy tej jednej doby w waszem mieście spędzonej? Tak-to snadź jest rzeczywiście. Śmiejecie się ze mnie i szydzicie w duchu, prostakiem zwąc mnie może, iż tak chciwemi usty i z takiem pragnieniem czerpałem ze studni, z której wy, mistrze życia doskonali, co dnia pijąc, już się czerpać nazbyt nie kwapicie!
„Teraz przypominam sobie istotnie pewne rzeczy z dziejów dnia ubiegłego, o których zapomniałem był na razie, nie przywiązując do nich zbytniej wagi. A przecież powinny mnie one były lepszej nauczyć mądrości...
„Widziałem was wczoraj wesołych i przy rozkosznej biesiadzie, a przecież były chwile, kiedy mi się zdawało, że ja jeden, który po raz pierwszy wśród was tak ucztuję, zadowolony jestem naprawdę! Wśród wybuchów śmiechu waszego brzmiała mi niekiedy nuta dziwna, która mrozem serce moje przejmowała. Znać było, iż się codziennie tak śmiejecie i dziś już więcej z przyzwyczajenia, niźli z prawdziwej uciechy!
„Potrawy wyszukane, które podniebienie moje zachwycały, wyście zaledwie usty raczyli dotykać, — najsłodsze i najognistsze wina cypryjskie piliście ze złotych puharów niebacznie, z mniejszem zadowoleniem, niż robotnik znużony glinianą czarę kwasu wychyla: snadź wy codziennie tak biesiadujecie!
„Obojętnem okiem patrzyliście na wijące się przed wami nagie ciała doskonałych tancerek i nie zachwycał was śpiew dziewcząt syryjskich, wonnych jak kwiaty — a i w tem jeszcze kwiatom podobnych, że je nietknięte dla uciechy waszej od matek kupiono! Snadź wy codziennie tak się bawicie!
„Aż oto nadeszła godzina świtania. I była chwila, gdy zobaczyłem, jak z oparów wina, z kadzidlanych ambry obłoków wykwitły wśród was w szarym dnia obrzasku trzy nieuchwytne, a potężne i straszne bóstwa, których ja nawet przez pochlebstwo Eumenidami nieśmiałbym nazwać, tak są bowiem ludziom mało przychylne... I szły dwa z nich i dotykały waszych czół i zimne ręce swoje kładły na piersi waszej i serc w niej szukały, serc, które doprawdy tak niewiele zażyły rozkoszy! I widziałem twarze wasze pobladłe i wargi drżące — i osłupiałe, tępego przerażenia pełne źrenice wasze i jakby szukające uporczywie tego trzeciego widma, najstraszniejszego, które niewidzialne krążyło nad wami...
„Czyż mam nazwać tych bóstw złośliwych a znanych wam tak dobrze straszne imiona? Oto naszły was: Przesyt i Nuda — a Myśl o śmierci była za niemi...“
Setka szeroko rozwartych oczu wpatrywała się teraz w mówcę, który znużony zamilkł na chwilę, aby piersiom dać nieco swobodnego oddechu. Arystokles, który poprzednio miał się już był ku odejściu, stał także zasłuchany i patrzył na Greczyna, niemal ze zdumieniem, tak mu się prawdziwem być wydało to, co tenże powiedział. A on, odetchnąwszy niewiela, mówić znów jął głosem mocnym i pewnym siebie, bez śladu już owej chęci przypodobania się słuchaczom, na co początkowo tak baczną zwracał był uwagę.
„Takież-to więc, — mówił, — o Aleksandryjczycy, jest owo dobro życia jedyne, taka jest rozkosz, ku której osiągnięciu zmierza cała mądrość nasza? Każdy dzień nowy dobro nam to psuje, Nuda i Przesyt wartość mu odbierają, a ono mizerne, nie potrafi nas od tej najstraszniejszej zmory wybawić, jaką jest Myśl o śmierci! Zaiste, przekląłbym życie albobym się zgoła do szalonego cechu zaprzeczycieli jego na Wschodzie zapisał, jeśliby nic nad tę rozkosz i to użycie większego w treści swojej nie miało, nic, coby nam o okresie jego, o śmierci kazało zapomnieć, albo — pozór strachu jej odebrać!
„Dajcie mi, dajcie dobro takie, co wzmoże do tego stopnia wszystkie żywotne potęgi w człowieku, iż zaiste nie będzie pamiętał, że śmierć istnieje, a jeśli nawet o niej wspomnieć raczy, to z uśmiechem, jako o rzeczy, co słabsza jest, niż jego bujna szczęśliwość! Dajcie mi taką moc!...“
Jak spiż zadźwięczało to ostatnie słowo w ustach mówcy. Drgnęli słuchacze — i on sam drgnął, jak gdyby w wyrazie — mimowoli wypowiedzianym — nalazł był jakieś nowe objawienie.
„A! czyż nie wypowiedziałem — przypadkiem — słowa czarodziejskiego, za którem szukałem? — zawołał radośnie. — O moc mi właśnie idzie, o Aleksandryjczycy! o tak wypotężniałe życia uczucie, iż przeciwważy siłę nieszczęścia i bólu, przesytu, nudy i śmierci! Nie małych nam rzeczy szukać zaiste, ale sięgnąć po największe! — nie godzinami i lat długością mierzyć szczęśliwość! ale potęgą chwili, w której się życie objawia! Zła była mądrość wasza, której mnie uczyliście, — więc oto ja was chcę lepszej nauczyć! Bądźcie potężni! umiejcie spalać się w czynie i konać w nadmiarze zachwytu, boć to jest życie prawdziwe i jego jedyna szczęśliwość, co śmierć przezwycięża i obraz jej z myśli usuwa nawet w chwili, gdy ona już w chłodne nas tuli ramiona!
„Bo patrzcie! któryż z władnych tego świata w godzinie najwyższej swojej potęgi raczył myśleć o kresie? kto się go obawiał? Czyż nie jest nawet przeciwnie? czyż się śmierci wprost nie wyzywa, aby w jej obliczu władzę swą uczuć tem potężniej? Spytajcie mowcy, który nad rozhukanym tłumem zapanował i tych, co go przed chwilą ukamienować może chcieli, uczynił na jedną godzinę niewolnikami głosu i skinienia swego i stoi tak, trzymając dumne dłonie na dzikim zwierzu okiełzanym, posłusznym mu teraz, a jednak gotowym rozedrzeć go zaraz w następnej chwili, jeśli jeden fałszywy ruch jeno uczyni! Króla zapytajcie, co zgiął do nóg nieprzyjacioły swoje i rękę żelazną na dziesięciu ludach i na stu miastach położył! Oto stanął na tarasie swego pałacu i patrzy na kraj ujarzmiony, patrzy na lud i wie, że go nienawidzą, bo jest potężny — i dobrze mu z tem, że dzisiaj jest potężny. A jutro...? czyż jutro dlań istnieje! — Czyż myśli o jutrze wódz, który dzisiaj bitwę wygrał przeważną? Oto w zorzy wieczornej ociera z krwi miecz swój żarłoczny i patrzy, jak powiązanych jeńców wiodą mu do nóg a zaś rzucają zdobyte znaki pułkowe, — słyszy radosne okrzyki żołnierstwa, sławiące jego, zwycięzcę, mocarza, dzikie serce się w nim weseli, przepełnione uczuciem władzy i potęgi! — Czyż po stokroć on dzisiaj życia nie narażał, aby dożyć tej jednej chwili? czyż nie byłby gotów jutro życiem za tę chwałę zapłacić? Znacież wy rozkosz podobną alboli równą na ziemi szczęśliwość?
„A przecież większa jest jeszcze z podniesienia ducha w chwili nadzwyczajnego czynu płynąca! — A ja wam powiadam, iż nie dla sławy wielkie czyny się spełnia, lecz przeto, iż szczęściem są one dla pełniącego! — Otoście wszyscy wraz ze mną czytali o maratońskiej bitwie na szumiącego morza wybrzeżu; i któż jest, kto nie zazdrościł w potrzebie onej poległym, nie zazdrościł tej jednej chwili, gdy trąb miedzianych zagrzmiały spiże i serce w piersi zagrzmiało: na bój! za wolność! na wroga! — Któż nie zazdrościł losu nawet gońcowi onemu, co pierwszy przybiegł i krzyknął: Zwycięstwo! — i martwy padł na ateńskim bruku! Nie znużenie go tam zabiło, ale mu pękło męskie serce z rozkoszy! — Czyż za chwilę śmierci takiej nie dalibyście chętnie życia całego? Chwalą ludzie tych, co się poświęcili, a przecież tylko zazdrościć im winni, bo oni byli szczęśliwi — i stokroć szczęśliwsi od tych, co z poświęcenia ich korzystają...
„Lecz oto znam jeszcze jedno ducha podniesienie i jedną nad wszystkie inne większą i doskonalszą szczęśliwość...“
Tu mistrz Hegesias zniżył głos, jakby tajemnicę zwierzał ludowi; wzniesione czoło i w dal gdzieś zapatrzone oczy dziwnym mu blaskiem rozbłysły — i drżały wargi purpurowe, gdy mówił:
„Miłość mienię być tą rozkoszą, tem dobrem najwyższem i szczęśliwością nad wszystkie inne na ziemi...!“
Szmer się rozległ wśród słuchaczy. Nie rozumiano dobrze, co ma na myśli mędrzec ten wymowny i gorszono się nawet, że przy wielkich rzeczach o drobnych wspomina. Wszak wszyscy, zgromadzeni tu dzisiaj o wieczornym mroku, znali miłość, cenili ją i złotem płacili bogato, i wszyscy zarówno wiedzieli, że nuda i przesyt to rzecz jedyna, którą ta miłość, drogo kupiona, niesie ze sobą... Wiedzieli, że uprzykrzyć się muszą najpiękniejsze ciała niewieście, że rychło, zbyt rychło niestety! przychodzi czas, kiedy słabną już siły i gaśnie boska pożądliwość krwi i człek z pustką w sercu patrzeć poczyna okiem obojętnem zarówno na niewinne, dziecięce niemal jeszcze piersi dziewczątek, jak i na pełne, lubieżne biodra doświadczonych w kunszcie Astarty rozkosznic. I wiedziano także, iż przestrach śmierci człowiekowi wtenczas w oczy zagląda. Dziwiono się tedy, że mistrz oną miłość nadewszystko inne wysławia i wstręt budzi im w sercach, wzniesionych poprzedniemi słowami na chwilę.
Poznał Hegesias myśli swoich słuchaczy i gorzko, niemal z pogardą uśmiechnął się, szmeru zdumionych głosów słuchając.
„Nie o tej ja wam miłości chcę kazać, o Aleksandryjczycy! — mówił, — która dla was codzienną i umierżoną stała się strawą“...
Zamilkł i zdawało się, że tym razem prawdziwe zakłopotanie głos mu odjęło. Po chwili dopiero zaczął znowu:
„Władzę chwaliłem i wielkich czynów radosne wesele — i widziałem rozpłonione oczy wasze i czułem, że mnie rozumiecie, choć żaden z was nie władał naprawdę, za trud to sobie zbyt wielki mając, ani o czyn się całopalny pokusił. A oto chcę ja teraz sławić miłość prawdziwą i nie wiem doprawdy, jak mi mówić przystoi, abyście wy mnie pojęli! Ta rzecz bowiem największa to ma do siebie, że ci tylko świętość jej mogą zrozumieć, którzy ją znają. A patrzę na was i zdaje mi się, że to słowo, które wypowiadam, jest dla was pustym dźwiękiem jedynie, jeśli nie nazwą rzeczy plugawej i tak od miłości różnej, jak różny jest nędzarz pijany od człowieka boskim obłędem natchnionego — i wstyd mi nawet mówić przed wami i obawiam się, że gdy będę mówił, świętokradztwo popełnię, jak kapłan, który swoje bóstwo tajemnicze oczom niewiernych na pastwę wydaje. Ale niech będzie! może owszem cudu stanę się świadkiem? może obaczę, iż mocniejsza jest bóstwa mojego świetlaność, niźli niedowiarstwo wasze!
„Słuchajcież mnie tedy, o Aleksandryjczycy, wy, którzyście wczoraj na białych łonach kobiet napróżno zapomnienia szukali — i dziś go znowu napróżno szukać będziecie, — jeśli to, co wam powiem, zgoła wam ochoty do marnych uciech waszych nie odbierze! Słuchajcie mnie wy, którzyście ze wszystkich źródeł życia rozkosz czerpali, a prawdziwej pono nigdy nie znaleźli! Słuchajcie, a ja wam powiem, że jest uczucie — najpotężniejsze — którebym nazwał rozkoszą jedną, gdyby nie było większe od rozkoszy! którebym zapomnieniem życia nazwał, gdyby nie było najwyższem życia spotęgowaniem! — uczucie zachwytu, wobec którego niczem jest bujna władcy szczęśliwość i zabijająca rozkosz spełnionego czynu!
„Miłość je tylko daje prawdziwa! z miłości ono tylko się rodzi — i tak w sobie stapia całą istność człowieczą, tak wszystko na jedną chwilę z życia ludzkiego bierze, jakby to życie gwoli jemu tylko istniało!
„Nie martwego pokoju, nie radości niepewnych ani marnych rozkoszy, ale ZACHWYTU ja was tutaj uczyć przyszedłem! — Co mówię! nie — uczyć! — ale w pierś waszą słowami uderzyć i zatrząść serce pod piersią i zbudzić, a jeśli się ocknie i poczuje, że zdolne jest do zachwytu: zaprawdę, że mu nie potrzeba nauczyciela! Jeśli jest zdolne...
Plato już ongi w Helladzie nauczał, że dusze ludzkie parami przez stwórcę uczynione zostały, a wcieliwszy się tutaj, w ciągłem za sobą są poszukiwaniu. I zdarza się czasami, że najdą się te dusze bliźniacze. A wtedy się łączą ze sobą i chłoną wzajemnie z uczuciem rozkoszy tak doskonałej i niewysłowionej, że śmiesznością i smutnem kłamstwem wobec niej się być wydają wszystkie inne ziemskie uciechy. Nie wiem ja, o Aleksandryjczycy, jak stwarzał duszę świata budowniczy; nie wiem nawet, aby prawdę powiedzieć, czy w istocie są jakie — nieśmiertelne — w tej ciała naszego powłoce, owszem, skłonny jestem raczej mieć to za dowiedzioną, że z życiem naszem wszystko się zaczyna i kończy wszystko wraz z życiem, — ale to wiem napewno, że są ludzie dla siebie stworzeni i oni tylko wzajem dać sobie mogą szczęście zupełne i w chwili zachwytu bogom wydrzeć dobro ich najwyższe!...
„Czy znacie to pożądanie, tę tęsknotę, w której się wszystkie życia pragnienia streszczają? Oto człowiek, aby posiąść ukochaną kobietę, sto razy idzie przez śmierć, gotów opuścić dostatki, władzy się wyrzec i wszystko zdobyć, wszystko porzucić — bez żalu, bo to „wszystko“ niczem mu jest wobec tego jednego słowa: kocham, które on chce z ust jej usłyszeć. Wiecież wy, czem jest to słowo? wiecie wy, że gdyby można zań było światem całym zapłacić, wszystkiemi jego rozkoszami i złotem wszystkiem, które ziemia żywicielka w łonie swem chowa, całym przepychem, który ludzie stworzyli i pięknem, które snadź boska jakaś uczyniła ręka: to jeszcze ono tanio byłoby kupione, ba! co ja mówię! byłoby jeszcze dane zgoła za darmo, tak jest bowiem w istocie swojej bezcenne!
„Czy znacie wy te spojrzenia, które jak dwa płomienie wzajem się ogarniają i są wymowniejsze od słów najbardziej kwiecistych? Znacie ten uśmiech cichy, co w chwili szczęścia najwyższego na ustach wykwita i człowieka, który już ręce może ma krwią zbroczone i przez wszystek ból i brud tego świata już przeszedł, czyni napowrót dzieckiem niewinnem i równocześnie w boga go zamienia!
„Nie dość wymowne są usta moje i słów mi już brakować poczyna, bo zaiste niczem są słowa wobec rzeczy, którą chciałbym opisać. Przeto jak przed świętą tajemnicą cofam się przed skreśleniem onej chwili, kiedy się ręce ukochanych wiążą i usta spragnione w jeden grom stapiają.
„Bo jakoż nawet mówić mi o tem? Oto ciało swoje uczuwasz przez to już tylko, że jest miejscem rozkoszy. Dreszczem jeno niewysłowionym, wszystkie tajniki żył przechodzącym, mówi ono nadludzko szczęśliwemu duchowi, że żyje i dążyć chce za nim w tę otchłań, w to niebo... Jak gdyby łkanie jakieś ściska cię za pierś, opadają powieki, ustom tchu już brakuje, a pragną jeszcze bez końca, bez końca...
„A potem ta chwila jeszcze nadmiernego zachwytu, kiedy dwa duchy łączą się ze sobą i z dwóch ciał człowieczych jeden najświętszy przybytek bogu się staje! Oto świat cały w otchłań zapada, a wszystkie gwiazdy nieba szerokiego krążą nurtami krwi i w uderzeniu tętna się iskrzą — a życie całe, wzmożone, do takiego natężenia dochodzi, że już się jeno umrzeć pragnie w tej chwili!“
Tu Grek, na którego licu jakiś nieziemski płomień się rozpalił, wzniósł ręce i cały iście do boga raczej podobny, zapominając prawie, iż ma słuchaczy przed sobą i sztucznem już gardząc krasomówstwem, wołać począł wysoko, wysoko ponad głowy tłumu, ku gwiazdom gdzieś na stropie nieb właśnie błyskającym, jakby modlitwę jakąś świętą odmawiał:
„Błogosławione niech będzie Życie, iż dać nam może godzinę takiego zachwytu!
„Błogosławiony Człowiek, iż zdolny doznać go swą duszą!
„I Śmierć niech będzie błogosławiona, iż się staje szczytem jego i koroną!...“
Głuche milczenie zaległo pośród słuchaczy i choć mistrz przestał mówić, nikt się nie ruszył ani oczu nie spuścił z natchnionej jego postaci... On zaś, jakby zwolna z boskiego obłędu do przytomności wracając, powiódł okiem po rzeszy i mówił znowu dumny i pewny już władzy swojej nad tym ludem:
„Tak jest, o Aleksandryjczycy! ja życia chwalca niezmordowany, myśliwiec niestrudzony wszelkiej rozkoszy jego, śmierć tutaj wysławiam przed wami, ponieważ w chwili, kiedym poznał dobro prawdziwe, przestała mi ona być zmorą i postrachem, stając się owszem rozkoszy najwyższej koniecznem dopełnieniem!
„A to mówi mądrość moja, którą znalazłem: Człowiek umrzeć powinien w godzinie największego szczęścia swojego! Wódz po zwycięzkiej bitwie niech śmierć, która śpi w jego mieczu, k’sobie przywoła i król w godzinie, kiedy potęga jego najwyższy stopień osiągła, pierś mu rozkoszą mocy wzdymając! W chwili najwyższego podniesienia ducha i w chwili boskiego zachwytu miłosnego powinniśmy dopełnić to, czego przyroda snadź przez złośliwość uczynić omieszkała, nie dając szczęściu mocy zabijania; powinniśmy własnowolnie kres położyć życiu naszemu! I na cóż nam czekać jeszcze? Dlaczegóż w bólu, w nędzy i we łzach stąd odchodzić, gdy można odejść w weselu i całym młodego życia przepychu? I cóż tracimy? świat ten, który w onej chwili niczem jest dla nas! Mało-ć to jest zaiste!
„Zachwyt wszelki i wszelkie uczucie szczęścia potężne — krótkie jest, jak błyskawica; niechże więc i gromem dla człeka się staje, bo biada temu, kto przeżył swoją godzinę!
„Nie przeto szczęściem gardzić się godzi lub wartość jego obniżać, iż krótkie jest i przelotne: wszakże nie trwaniem ono jest, jak życie, lecz natężeniem życia samego i w potędze jest dlań miara jedyna! — ale bać nam się tego trzeba zaiste, co ono pozostawia po sobie, jeśli już przeszło!
„Dobrze i miło wspominać jest drobne życia przyjemności i bawić się niemi w myśli powtórnie, lecz niech nas bogowie raczą zachować od pamięci szczęścia minionego! Nie nasyca ono nigdy, tak go bowiem człek jest spragniony, a przeto pamięć jego tęsknotą jeno jest przerażającą i bólem strasznym a wiecznym! Nie był ten naprawdę szczęśliwy, kto z uśmiechem wspominać zdoła godzinę, którą szczęśliwą nazywa! Spytajcie króla, co wczoraj był potężny, spytajcie człeka lub raczej boga, bo tak go nazwać się godzi, co wczoraj czarę świętego miłości zachwytu wychylił! I przeto powtarzam: umrzeć powinien, kto dzień swój już przeżył!
„I oto śmierć, która była dla nas postrachem, dobrodziejką naszą się staje, dobrem najwyższem, szczęściu naszemu świętą opiekunką! Ona jemu kończyć się nie daje, ona nas chroni przed jutrem! Bo wierzcie mi, bracia, niema jutra dla tego, kto dzisiaj był szczęśliwy! Dzień każdy odmienny jest i nowy, a życie się toczy i nie staje, a kto był już na szczycie, ten dalej w dół tylko iść może!
„Dwie są możliwości, że człowiek jutra jeszcze oczekuje: Albo nie zaznał dotąd prawdziwego dobra, nie był jeszcze szczęśliwy a czuje w sobie moc osiągnięcia tej boskiej chwili zachwytu — a wtedy, zaprawdę powiadam wam! nie do życia on dąży, ale do śmierci! Nie czyni bowiem nic innego, jak to, iż z całym wysiłkiem życie swoje skupia i natęża i jako muzyk strunę na złotej formindze z takim zapałem napina, ażeby prysła nareszcie, najwyższy ton swój wydawszy!
„Lecz są też ludzie, którzy dlatego jutra oczekują, iż zapomnieli umrzeć w chwili należnej i łudzą się teraz, broniąc się rozpaczy, iż dzień następny jeszcze to samo, co wczoraj, im przyniesie! Najbardziej gorzkie i najstraszniejsze życia złudzenie! Raz tylko człowiek może być szczęśliwym, tak dalece bowiem w chwili szczęścia płomiennej cała moc jego czucia się spala. Każdy dzień następny bólem jeno musi być i goryczą, bo każdy cieniem będzie się kładł na życiu naszem wobec onej jasności nieporównanej dnia wczorajszego! To jakby w słońce kto wpadł i, ostawszy żywym, oślepł od blasku zbytniego i w wiecznej teraz tęsknocie szukał jeszcze światła ślepemi oczyma! Biada tym, którzy dzień swój przeżyli!
„I dlatego to druga mądrość moja radzi: Umiej, człowiecze, poznać dzień, w którym masz umrzeć! A jeśliś, nieszczęśniku przez bogów snadź przeklęty, tę wielką swoją godzinę przeoczył i ostał żywym, życia szczyt już mając po za sobą: to umrzej, umrzej, mówię, co prędzej, aby bolesnej drogi swej nie przedłużać! Nie będzie ci ta śmierć wprawdzie onem pożądanem życia dopełnieniem, nie przywołasz jej w różach na głowie ani z jasnym na twarzy uśmiechem, bo w takiej błogosławionej postaci szczęśliwym się ona tylko pojawia, ale jej wołaj, chociażby przyjść ku tobie w czarnej miała opończy, boć ona jedna jeszcze dla ciebie jest wybawicielką! Tchórzami są nieszczęśliwi i trudno zbolałym umierać, ale dlatego, nędzy ich się litując, wołam ja właśnie: miejcie odwagę!...“
I znowu podniósł ręce Hegesias i mówił w cieniach zapadającego wieczora:
„O, śmierci, przybywaj! miłośnicy życia wołają ciebie!
„Wołają ciebie, gdyż życie jest dobre, a oni nie chcą, aby złem się im stało!
„Oto, którzy dążą do szczęścia, pragną cię, śmierci.
„Oto szczęśliwi w chwili zachwytu na łono twoje błogosławione chylą głowy promienne!
„Pragnących tęsknoto, opiekunko szczęśliwych, smutnych wybawicielko, — przybywaj!
„Oto jak łan w wietrze, głowy się nasze chylą przed tobą: przybywaj! bo nazbyt życie kochamy!“
Przebrzmiał potężny głos mowcy, do grzmotu niebieskiego iście podobny i głucha w okrąg cisza zaległa. — Słuchacze, nie śmiejąc ozwać się słowem, cofali się jeno zdumieni i przerażeni, jakby łopot szerokich śmierci skrzydeł tam od puszczy libijskiej albo z nad morza gdzieś bezkresnego nadlatującej usłyszeli już byli nad sobą... I dreszcz nagły przejął wszystkich, którzy słów mistrza słuchali. — A on zobaczył to i naraz gorzkim śmiechem wybuchnął:
„Ha! wy się cofacie i strach widzę na licach waszych, o Aleksandryjczycy! Zaiste! nie do właściwych ja uszu mądrość moją rzucałem, nie przed dobrymi ja dzisiaj kazałem słuchaczami! W tej chwili jam was dopiero pojął i zrozumiał! — Wy się śmierci boicie, boście naprawdę nigdy nie żyli! Żaden z was nigdy nie był szczęśliwy, żaden nigdy szczęśliwy nie będzie, bo mocy ku temu nawet nie macie, nędzarze, którzy za bogaczy chcecie uchodzić!
Śmiechem mi są wasze życia rozkosze! Dostatek wasz marny, o który drżycie każdego dnia i godziny, by go snadź nie utracić, — jeśli z was który choć pozór władzy osięgnął, to drży przed wyższymi, a gdy ci są zdaleka, to własnych sług się obawia, aby mu nie zajrzeli! Do miłości prawdziwej niezdolni, na wagę złota sobie piękne ciała kupujecie, które was nudą jeno darzą i przesytem! A cóż wam mówić o czynach wielkich, o ducha wzniesieniu, wam, którzy już duchów zgoła nie macie? Wyście, zaiste, żyć nie umiejąc, życie pokalali i niczego odeń spodziewać się nie macie prawa. Zwłaszcza, że ono to tylko daje, co człowiek sam wziąć sobie jest zdolny; ale wy do niczego zdolni nie jesteście, nędzarze, nędzarze, po trzykroć nędzarze! marni, bezsilni i głupi!
„Czyż nie widzicie, że i dla was jedno jest tylko jeszcze zbawienie? i jeden sposób poczucia się jeszcze na chwilę panami życia samowładnymi? Nie cofać wam się przed śmiercią, lecz modlić się do niej przystało, aby wam raczyła moc dać ostatnią i poślednią piękną zgonu odwagę! Jeśli już niemożliwe, abyście pięknie żyli, umiejcież przynajmniej pięknie umierać! — Oto jest morze przed wami; czy nie słyszycie, jak lubieżnie i słodko fale jego szeleszczą? W domach szych gorące i wonne kąpiele dla was przygotowano, — czyż braknie wam noży ostrych, które żyły cicho otwierać umieją? Czyż szczypta mocnej trucizny nie podniesie raczej smaku ostatniej czary wina płomiennego?...
„Oto jedyna droga przed wami, byście się stali szczęśliwym podobni, lecz jeśli, nadto spodleni, jej się boicie, to ja was najgorszą klątwą przeklinam: na wieczne życie skazuję, które wam nie da nic, kromia pragnienia niespełnionego — i proszę zaś bogów wysokich, aby wam, postrachem śmierci obłąkanym, nigdy umrzeć nie dali!“
Jeszcze te słowa nie przebrzmiały, a mistrz, w głąb ciemnego portyku snadź się cofnąwszy, zniknął tak nagle, iż niektórzy z obawą myśleć poczęli, czy to nie bóg był jaki zjawiony, który do nich przemawiał? Większość jednakże wiedziała, że to był człowiek, tak ludzkie bowiem było to, co mówił.
Noc już zapadła, kiedy zwolna poczęto się rozchodzić... A w milczeniu rozchodzili się ci, którzy gwarnie przed słońca zachodem zeszli się byli tutaj. Kobiety jeno — nieliczne, które cierpliwie końca dosłuchały, biegły wesołe i zalotne jak przedtem, nie unosząc w drobnych swych główkach z długiej mowy Greczyna nic, ponad wspomnienie kształtnej jego postaci i głosu, mile ucho łechcącego. Ze zdziwieniem też spoglądały na mężczyzn, co szli zadumani ku domom, z rzadka z mowy szydzić usiłując, alboli zwracali kroki w stronę morza, nad którem właśnie księżyc wstawał ogromny i czerwony...
Tymon i Arystokles stali jeszcze długo w milczeniu i plac był już pusty, kiedy starszy z przyjaciół wzniósł nagle głowę i wyrzekł, jakby mimowoli myślom swym odpowiadając: „Ja już dzień swój przeżyłem!“
Tymon nie odparł ani słowa, uścisnął tylko szybko dłoń towarzyszowi i zapomniawszy o zaproszeniu na ucztę, zwrócił się ku miastu, w stronę rozległych ogrodów. Szedł tak w blasku księżyca i myślał z uśmiechem na ustach, że młody jest jeszcze i że zna dom pośród drzew pachnących, gdzie mieszka młoda dziewczyna, która go kocha... I o tem myślał jeszcze, że ma ostry, stalowy i krwi głodny puginał przy sobie...


∗                           ∗

Następnego rana mnóstwo ciał morze na brzeg wyrzuciło, a także po mieście coraz nowe wieści rozchodzić się poczęły, że ten i ów żyły sobie w nocy otworzył. Doniesiono o tem mądremu i potężnemu królowi Ptolomeuszowi, a on zaciekawiony, kazał sobie słowa Greczyna powtórzyć. Gdy jeden z dworaków, który był wczora przed Bibljoteką, wiernie mowę jego przytoczył, zadumał się król, a potem rzekł: „Jeśli się tego człowieka z miasta nie wydali, wkrótce nie będę miał nad kim panować... (tu spojrzał na dworzan i na dostojników obok stojących, na kobiety półnagie u stóp tronu jego rozesłane i dokończył ciszej, przenosząc wzrok na pierścień, w którym podobno nosił truciznę:) ...tak wielką bowiem prawdę on powiada!“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.