Godzien litości/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Godzien litości
Rozdział Akt II
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom IX
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Indeks stron


AKT II.

(Pomieszkanie Warskiego. Duży salon. Drzwi na prawo, na lewo i dwoje drzwi w głębi: 1) na prawo do pokoju Antonji; 2) w głębi do Warskiego; 3) wchód ogólny; 4) na lewo do pokoju Laury. Między drzwiami w głębi kanapa, przed nią stół nakryty dywanem, na nim taca i butelka z wodą — dzwonek. Na przodzie sceny, na lewo mała kanapa, przy któréj stoliczek z książkami. Na prawo, podobnież mały stoliczek z rycinami i fotel.)


SCENA I.
Laura, Warski.
(Siedzą na przodzie sceny.)
Laura.

Antonja idzie za mąż, tyle mi wczoraj Panie Karolu przy powitaniu powiedziałeś. Ale jakże to się stało — tak nagle? tak niespodziewanie?

Warski.

Nagle prawda, ale niespodziewanie, nie powiem.

Laura.

Najpierw chcę wiedzieć kto jest narzeczony. Młody? przystojny? majętny? Znam go?

Warski.
Spodziewam się, że pójdzie za Pana Dormunda.
Laura.

Za Dormunda?

Warski.

Znasz go kuzynko?

Laura.

Znam... z widzenia. Ale dlaczego mówisz „spodziewam się“. Czyliż to jeszcze rzecz niepewna?

Warski.

Prawie pewna.

Laura.

Dormund!.. Jestem ciekawa... bardzo ciekawa... Jakże to się stało?

Warski.

Trzeba wiedzieć droga kuzynko, że Dormund mieszka z nami w tym samym domu na tém samém piątrze.

Laura.

A!.. tak... łatwa więc znajomość.

Warski.

Zaraz, zaraz. Pana Dormunda znałem tylko z widzenia, ale wiedziałem że uchodzi za człowieka poważnego, nie lubiącego światowości a nawet może trochę i za odludka. Jakież nie było moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałem od służącéj Antonji, że od niejakiego czasu ten sensat, ten odludek, tajne miewa schadzki z moją córką.

Laura.

Czy być może?!.. z Antonją?.. On?..

Warski.
Tak jest, tak — a co więcéj, że te schadzki mają miejsce w jego pomieszkaniu.
Laura.

Ale, cóż to za baśnie!

Warski.

Za baśnie zrazu musiałem je uważać, bo Dormunda osobistość i stosunki majątkowe uprawniały go do otwartego wystąpienia. Czekałem czas jakiś oświadczenia, które byłoby chętnie przyjęte, nadewszystko z powodu, że wydając córkę za mąż, nic już mi przeszkadzać nie będzie do ziszczenia najdroższych nadziei. (Całuje ją w rękę.)

Laura.

No... no... kończ tylko czémprędzéj.

Warski.

Kiedy więc nie doczekałem się objaśnienia téj tajemnicy, musiała mi wpaść na myśl premedytowana sedukcja.

Laura.

Szkaradzieństwo!

Warski.

Jak dla kogo. Zrobiłem więc plan zdobycia tego com sobie życzył, wstępnym bojem. Zapewniwszy się, że Antonja przechodzi do niego kurytarzem od dawna zamkniętym i zatarasowanym, umyśliłem zejść kochanków znienacka.

Laura.

Nie do wiary... nie do wiary!..

Warski.
Wczoraj więc koło dwunastej poszedłem wskazaną drogą i zastałem gołąbki w przyzwoitéj wprawdzie, ale serdecznéj rozmowie.
Laura.

I cóż?.. i cóż?

Warski.

Antonji kazałem odejść, a Panu Dormundowi oświadczyłem, grzecznie mówiąc, że spodziewam się, iż postąpi sobie jako człowiek honoru i zechce być u mnie z prośbą o rękę mojéj małoletniéj córki. — Uważaj Pani: małoletniéj. Chciał mi dawać jakieś objaśnienia, ale tych nie przyjąłem i dodawszy trochę pieprzu, grzecznie mówiąc...

Laura.

Jakto pieprzu?

Warski.

Postraszywszy cokolwiek.

Laura.

Ależ Pan Dormund nie da się postraszyć.

Warski.

A jednak tak się stało. Zapomniał języka w gębie, chociaż adwokat, a ja odszedłem z największą grzecznością. Czekam tedy rezultatu, który jest niemylnym. Ponieważ zaś taka jest twoja tyrańska wola piękna kuzynko, abym pierwéj wydał córkę nim mnie rączką twoją uszczęśliwisz...

Laura (poprawiając).

Nim pozwolę prosić o rękę...

Warski.

Proszę, proszę, bo główna przeszkoda już usunięta.

Laura.
Jeszcze nie... jeszcze nie. W tém wszystkiém jest jakaś zagadka, któréj odgadnąć nie mogę.
Warski.

Niema żadnéj zagadki i całą sprawę możemy uważać za zupełnie ukończoną, tém więcéj, że w parę godzin po rzeczonym wypadku przyszedł przyjaciel Pana Dormunda, aby mi oświadczyć w jego imieniu, że wkrótce ustną da odpowiedź.

Laura.

Czy znam tego przyjaciela?

Warski.

Człowiek bardzo przyjemny, bardzo rozsądny, pełen nauki, Pan Elwin.

Laura.

Nie znam.

Warski.

Ma zamiar zostać profesorem filozofji w Hajdelbergu. Czeka tylko nominacyi. Rozgadaliśmy się trochę. Nieborak wiele doznał zawodów i musiałem mu przyznać, że jest godzien litości. Postrzegłszy zaś że cierpię ból głowy, zapytał dlaczego nie używam magnetyzmu. — „Ja temu nie wierzę, odrzekłem.“ — Zaczął więc opowiadać mnóstwo ledwie nie cudownych wypadków, których był świadkiem a czasem i aktorem. Nie będąc lekarzem, pomógł kilku osobom. Koniec końców przyszło do tego, że na moją prośbę zrobił mi na czole kilka pociągów ręką... I czy Pani uwierzysz, zdało mi się że ulgi doznałem?

Laura.
Dlaczego nie. Ja sama w nerwowéj słabości doświadczyłam skutków magnetyzmu.
Warski.

Obiecał dziś mnie odwiedzić. Z Antonją nie mówiłem jeszcze ani słowa, proszę cię więc kuzynko, abyś jéj dała dobrą nauczkę i uwiadomiła ją w jakim celu przyjdzie Pan Dormund. Zrób jéj nakoniec nadzieję ojcowskiego przebaczenia. Przyszlę ci ją.

(Odchodzi.)
Laura (sama).

Dormund... Dormnnd... On miałby się zakochać w ładnéj wprawdzie twarzyczce ale w główce zupełnie przewróconéj?.. nie, to być nie może. I jego postępowanie tak dziwne!.. nie, to być nie może... Jest w tém coś, czego nie pojmuję ale dociec muszę.





SCENA II.
Laura, Antonja.
Laura (całując ją serdecznie).

Witam cię kochana Antonjo. Nie mogłam uściskać cię wczoraj, bo mi powiedziano żeś była cierpiącą. — Cóż? Masz się lepiéj?

Antonja (zimno i ceremonjalnie).

Dziękuję Pani. Nie jestem i nie byłam cierpiącą.

Laura.

Ale trochę zmartwioną? (p. k. m.) Zmartwioną, że ściągnęłaś na siebie gniew ojca.

Antonja.
Niesłusznie się gniewał, bom nic złego nie zrobiła.
Laura.

Chętnie temu wierzę, ale przyznasz, że ojcu nie może być obojętném twoje postępowanie nie do pojęcia.

Antonja.

Pozwolisz Pani przypomnieć sobie, że trochę za wcześnie wstępujesz w prawa macochy.

Laura.

Za wcześnie, prawda, bo nie wiem nawet czy kiedy nią będę. Ale dlaczego tak zimno, ledwie że nie gniewnie odtrącasz uprzejmość moją?

Antonja.

Pani zapewne masz zlecenie przepuścić mnie przez rózeczki zbutwiałych morałów, skarcić za niezwykłe moje postępowanie; ale któż temu winien, żem była zmuszoną utorować sobie drogę do szczęścia, o które nikt się nigdy nie troszczył. Odosobniona od wszelkiéj styczności ze światem, bez przewodniéj przyjacielskiéj rady, musiałam sama starać się o rozwinięcie mojego umysłu i o ustalenie mojego charakteru, tak, abym już tylko na siebie rachować mogła, ale żałować tego nie mogę, bo ukułam sobie zbroję wytrwałą na wszelkie niezasłużone pociski.

Laura.

Na niezasłużone, dobrze, — ale twój ojciec a z nim i świat cały nie może nagany za przekroczenie przyzwoitości uważać za niezasłużone pociski.

Antonja.
Czcze słowa! — Rozumiem tylko złe albo dobre. Przyzwoitość nie pozłoci złego, a dobre w potrzebie bez niéj obejść się może.
Laura.

Ale któż będzie sędzią tego złego lub dobrego?

Antonja.

Mój rozum...

Laura.

Za śmiało, a nawet za zuchwale — ale mylisz się moja Antonjo, mówiąc żem przyszła zbutwiałemi morałami potępiać twoje niezwykłe postępowanie. Nie. Co się stało już odrobić nie można, ale chcę ci być pomocną, chcę być twoją przyjaciółką, być twoją obroną przed zagniewanym ojcem. Szczerze mówię, ale pozwól, daj mi się zrozumieć. (p. k. m. niepewnym głosem) Jestżeś pewna przywiązania Dormunda? (Antonja milczy) Jego miłość zaszczytem być może; nie potrzebowała tajemnicy. (p. k. m. biorąc za rękę) Bardzo cię kocha? Co? Powiedz.

Antonja (ironicznie).

Spodziewam się.

Laura.

A ty Antonjo?

Antonja.

Śledztwo cytadeliczne, jak widzę.

Laura (trochę urażona).

Cóż mam ojcu powiedzieć?

Antonja.

Że minęły czasy rodzinnego tyraństwa, minęły czasy wymuszonych ślubów, minęła trwoga krat klasztornych.

Laura.
Któż tém grozi?
Antonja.

Mamże wolność? Nie byłamże otoczoną upadlającém szpiegostwem?

Laura.

Nadzorowi rodzicielskiemu dziwić się nie można i okazało się tym razem że ojciec czuwał nie nadaremnie.

Antonja.

Daremnie. Cóż chciał? Co zrobił?

Laura.

Chciał cię wprowadzić na drogę rozsądku.

Antonja (ironicznie).

Jakimże sposobem?

Laura.

Był już wczoraj Pan profesor... jakże się nazywa?

Antonja.

Profesor?

Laura.

Profesor Elwin, przyjaciel Dormunda.

Antonja.

I cóż?

Laura.

Oświadczył w jego imieniu, że będąc wczoraj zmuszony wyjechać, dziś tu będzie dla rozmówienia się z twoim ojcem.

Antonja.

I cóż potém?

Laura (trochę zniecierpliwiona).
Ale czegóż ty chcesz? Czego? Kochasz Dormunda, potrzeba ci więc przebłagać ojca, abyś doszła do zamierzonego celu.
Antonja.

Któż się spytał jaki cel? Jak dojść do niego? Może korzystając z okoliczności chcą narzucić teraz nadpsuty towar w pół darmo.

Laura.

Ale któż nadpsuł ten towar, jeżeli ci się podobało użyć tego wyrazu?

Antonja.

Łaskawa Pani, my się nie rozumiemy — to rzecz daremna. Są kobiety które zrozumiały swoje wzniosłe powołanie, które dążą drogą prawdy do szczęścia co im tylko wolna wola zabezpieczyć może. Są zaś inne kobiety które tylko pozór szanować umią nie troszcząc się o istotę rzeczy, które chwytają się jak motyle pierwszego lepszego kwiatka, aby usidlić choćby tylko na chwilkę, — jedném słowem, których całą duszą jest zawsze płocha i nienasycona kokieterya.

Laura (obrażona).

Potępiasz kokieteryą a ty ją przeskoczyłaś równemi nogami aż do pomieszkania Pana Dormunda! Ale zkądże to twoje doświadczenie... ta twoja głęboka wiedza? Wierz mi Antonjo, ja jestem pobłażającą...

Antonja (sens kończąc).

Dla siebie.

Laura (wstrzymując się — p. k. m.).
Nie, Dormund cię nie kocha, kochać nie może. Za wiele ma serca i rozsądku, aby mógł cię pokochać.
Antonja.

Zdaje się, że śledztwo ukończone i pozwól Pani że się oddalę dla osobistego bezpieczeństwa.

(Odchodzi.)
Laura (sama — p. k. m.).

Próżna, zarozumiała czeczotka! I czegóż ona chce? Któż ją zrozumieć może? Dormund nie powinienby jej kochać... ale któż zaręczyć może?.. Powiadają niektórzy, że tylko te są kochane, które mężczyzn dręczyć umią. (p. k. m.) Może zdawało mu się, że znalazł kobietę co żyje rozumem a nie sercem... Może chciał ją ukształcić... może swoją władzę udowodnić... może nareszcie... Ach!.. gdzież jest sprzeczności nieodgadnięta granica!..





SCENA III.
Laura, Elwin.
(Elwin w czarnym surducie, białéj krawatce i białych rękawiczkach. Kłania się nisko, mówi poważnie ale bez żadnéj przesady — z początku nawet z niejaką nieśmiałością.)
Elwin.

Nie zastałem Pana Warskiego?

Laura.

Owszem. Zaraz tu będzie.

Elwin.

Nie trudno zgadnąć, że mam zaszczyt mówić z Panią Laurą Łęcką?

Laura.
A, tak.
Elwin.

Jestem Elwin.

Laura.

Profesor!

(Parska śmiechem.)
Elwin (nieco zmieszany).

Ach, jeszcze nim nie jestem. Jestem dopiero biednym aspirantem.

Laura.

No, ja tam nie wiem w jakim stopniu Pan jesteś profesorem filozofji, (śmiejąc się) ale niepraktycznéj jak się zdaje?

Elwin.

Przepraszam, ale nie rozumiem.

Laura.

Powiedziałam więc zapewne niedorzeczność. Ale my profany nazywamy filozofami tych co się już nad poziom wznieśli i z wyższego już stanowiska spoglądać mogą na marności tego świata. Pan zaś nie miałeś jeszcze czasu zostać filozofem. (Śmieje się.)

Elwin.

Ach Pani, doświadczenie nie idzie za latami. Świat był dla mnie ostrym, nieprzebłaganym mistrzem. Z młodu szedłem po samych cierniach. Dla mnie dotychczas życie było bez uśmiechu. Pani niełatwo to zrozumiesz. Dość spojrzeć na Panią, aby zgadnąć, że świat nie mógł jak tylko kwiatami obsypywać jéj godziny.

Laura (z gorzkim uśmiechem).
Kwiaty!.. O kwiaty moje!.. Ale dajmy temu pokój, nie o sobie chcę mówić. Pan jesteś przyjacielem Pana Dormunda?
Elwin.

Przyjacielem sercem i duszą.

Laura.

Ja go znam.

Elwin.

Wiem.

Laura.

Jego szczęście... to jest powodzenie... nie jest mi obojętném... to jest o tyle, o ile krótka znajomość mogła zawiązać przyjacielskie stosunki.

Elwin (na stronie).

Zgaduję.

Laura.

Chciałabym zatém otrzymać niektóre objaśnienia... Ale proszę wierzyć, że to nie dla próżnéj ciekawości... Nie myślę wszakże wdzierać się w tajemnice...

Elwin (sens kończąc na stronie).

Dezertera zapewne z zastawionych sideł.

Laura.

Pan mówisz?

Elwin.

Powiem mu, że Pani raczysz o nim pamiętać.

Laura.

Nie, nie, nic Pan o mnie nie mów.

Elwin.

Jak Pani każesz. Słucham.

Laura.
Zastałam tu wiadomość, która z niektórych względów powinnaby mnie ucieszyć, ale i dziwi trochę. Pan wiesz o czém mówię?
Elwin.

Rozumiem. (na stronie) I coraz lepiéj.

Laura.

Pan Dormund ukochał młodą, ładną osobę, — bardzo naturalnie... dlaczegóżby nie miał kochać. Ale chciałabym objaśnienia dlaczego obrał sobie drogę tak niezgodną z jego otwartym charakterem.

Elwin.

Otwartym, nie powiem. Ja jego najlepszy przyjaciel, tylko wnioskować mogę.

Laura.

Coż więc Pan wnioskujesz? (p. k. m.) Pan się namyślasz?

Elwin.

Nie wiem czy wypada...

Laura.

Ja pewnie nie zdradzę.

Elwin (na stronie).

Możemy pozyskać sprzymierzeńca, odciągnąć od Warskiego, — Antonją od macochy uwolnić.

Laura (zniecierpliwiona).

No, cóż? Jeżeli Pan profesor chcesz dyplomatyzować, to niech mowy o tém nie będzie. Zresztą wielkiéj wagi do tego nie przywiązuję.

Elwin.

Na dyplomatę nie mam zdolności. Wyjawiać jednak cudze tajemnice i to jeszcze tylko przez wnioski, nie wiem czy rozsądnie. Ale ponieważ jestem przekonany, że Dormund w swojém postanowieniu szczęścia nie znajdzie, chcę wszelkiemi sposobami wyrwać go z jego fałszywego położenia. Powiem więc, że zdaje mi się że Dormund chowa w sercu jakąś dawną miłość.

Laura (ironicznie).

I dlatego chce się żenić?

Elwin.

Może mu coś skrzyżowało plany... może jaka wieść dotknęła... może un dèpit amoureux...

Laura.

I Pan myślisz, że on swego przedsięwzięcia żałuje?

Elwin.

Jeżeli nie żałuje, to żałować będzie — takie jest moje przekonanie.

Laura.

I chcesz go ratować choćby mimo jego woli?

Elwin.

Chcę.

Laura.

Szczerze?

Elwin.

O! na to przysięgę mogę złożyć.

Laura.

A więc podajmy sobie ręce. Wszelkiemi siłami będę się starała przeszkodzić temu nierozsądnemu związkowi, bo wiem że Pan Dormund żałowałby późniéj.

Elwin.
Ale nie bez mojéj wiedzy — to mi Pani musisz przyrzec.
Laura.

Przyrzekam. Ale jestżeś Pan pewny, że Dormund nie kocha?

Elwin.

Antonji pewnie nie kocha, a kogo kocha... mógłbym zgadnąć, ale nie powiem.

(Całuje ją w rękę — Warski wchodzi.)
Laura (żartując).

Temu Panu profesorowi wróżę wielkie postępy w filozofji. Nie będę przeszkadzać.

(Odchodzi do swego pokoju.)




SCENA IV.
Elwin, Warski.
Warski.

Witam kochanego Doktora.

Elwin.

Ależ nie jestem doktorem.

Warski.

U mnie ten doktor co uzdrawia. Spokojnie spałem w nocy... Zdaje się nawet, że mój ból głowy pofolgował nieco...

Elwin.

Bardzo się cieszę.

Warski.
I ośmielam się upraszać Wielmożnego Wać Pana Dobrodzieja, abyś z łaski swojéj chciał mnie wziąć, grzecznie mówiąc, w kuracyą.
Elwin.

Ależ, łaskawy Panie, ja nie jestem lekarzem. Kuracyj przedsiębrać nie mogę i nie chcę być o szarlatanizm oskarżony.

Warski.

Ale rady możesz udzielać.

Elwin (mówiąc powoli).

Od rady, jeżeli kto jéj żąda, odsuwać się nie mogę. Wprawdzie, nie będąc lekarzem, mam trochę znajomości rzeczy; zajmowałem się Antropotomyą, zgłębiałem Fizyologyą, badałem Frenologyą. Nie jest mi obcą Patologya i słuchałem kursów Farmakologyj.

Warski (jak do siebie).

Farmakologyj! Człowiek głębokiéj nauki.

Elwin.

Udzielanie płynu magnetycznego nie jest środkiem tak niewinnym, jak się zdawać może. Niechętnie daję się skłaniać ku temu, bo muszę przyznać, że płyn magnetyczny, Fluidum magneticum animale, mogę do wielkiéj rozwinąć potęgi.

Warski.

Fluidum magneticum animale. Chciejże Wielmożny Wać Pan Dobrodziej nie odmawiać mi tego Fluidum animale, przynajmniéj tyle, ile go wczoraj otrzymałem, bo znacznéj ulgi doznałem.

Elwin.
Stałem się więc lekarzem mimo woli, ale żądaniu jego odmówić nie mogę, tém bardziéj że osoba szanownego Pana jest dla mnie wielce sympatyczną i życzę sobie abyś mógł tę moją sympatyą podzielać.
Warski.

Już ją podzielam, na mój honor podzielam.

Elwin.

Niechże Pan usiądzie.

(Sadza go obróconego tyłem do drzwi Antonji.)

Muszę Pana uwiadomić, że przy magnetycznéj operacyi rozmawiać trzeba.

Warski.

Rozmawiaj Wielmożny Wać Pan Dobrodziej do woli.

Elwin.

Ha! zapomniałem. — Nie ruszaj się Pan... nic a nic.

(Otwiera drzwi do pokoju Antonji i tam głośno mówi:)

Niema tu gdzie?.. Niema tu gdzie?..

Warski.

Czegóż Wielmożny Wać Pan Dobrodziej żądasz?

Elwin.

Szklanki wody.

Warski.

Jest na stole przed kanapą.

Elwin.

A tak... tak... już mam. Proszę...

Warski.

Napić się?

Elwin (spoglądając w drzwi Antonji).

Proszę... powoli...

Warski (wypiwszy).
Nie lubię wody.
Elwin.

I ja także. Dobry znak, bo jest już między nami rodzaj sympatyi.

(Zaczyna magnetyzować ale bez wszelkiéj przesady, wyglądając Antonji.)

Magnetyzm jest to... magnetyzm... władza magnesu magnetyzującego... magnetyczne objawy... rozmagnetyzowanego fizyologicznego usposobienia duszy. Rzecz więc jasna... że to jest „Fluidum magneticum animale“.

(Antonja staje we drzwiach — Elwin do niéj zwraca mowę po nad głową siedzącego z zamkniętemi oczami Warskiego.)

Naprzykład. Przybywa na pomoc sympatya, potrzeba jednak odtrącać uporczywie afirmacyą i zostawać w niezachwianéj negacyi.

(Antonja pokazuje, że zrozumiała i odchodzi. Za nią rzuca Elwin całusek.)
Warski (słabym głosem).

Dlaczego Wielmożny Wać Pan Dobrodziej cmokasz?

Elwin.

To jest najsilniejszy objaw sympatyj.

Warski.

Fluidum?

Elwin.

Fluidum.

Warski.

Animale?

Elwin.
Grzecznie mówiąc.
Służący (wchodząc).

Pan adwokat Dormund dowiaduje się czy tu jest Pan Elwin? a jeżeli jest, prosi go aby zaraz przyszedł.

Elwin.

Proszę powiedzieć, że zaraz przyjdę. Operacya została gwałtownie przerwana i na teraz powtórzoną być nie może. (Służący odchodzi.)

Warski.

A jednak zdaje mi się, że jestem rzeźwiejszy.

(Ziewa ogromnie.)
Elwin.

Ja uważam. Napij się Pan wody.

Warski.

Koniecznie?

Elwin.

Nie koniecznie.

Warski.

Ale Wielmożny Wać Pan Dobrodziej może zechcesz wypić szklaneczkę?

Elwin.

Całuję rączki.

Warski.

Prawda! Sympatya.

Elwin.

Teraz odejść mi trzeba, ale pierwéj muszę Pana zaspokoić względem mojego przyjaciela Dormunda. Z odebranego listu dowiaduję się, że na wszelką ewentualność starał się zasiągnąć wiadomości co się tycze majątku panny Antonji...

Warski.
A!.. A!.. zasiągnąć wiadomości?
Elwin.

Ale możesz Pan być zupełnie spokojnym, postąpi z wszelką właściwą mu sumiennością.

Warski.

Ależ ja mu tego nie zleciłem.

Elwin.

O!... mego przyjaciela nie trzeba przynaglać, gdzie idzie o spełnienie obowiązku.

Warski.

Ależ proszę Wielmożnego Wać Pana Dobrodzieja, jakiego obowiązku?

Elwin.

Szanowna panna Antonja jest małoletnią. Jéj prawa muszą być zastrzeżone. Bądź Pan spokojny, jeden szeląg nie przepadnie. Wszak majątku po matce mało co dostała?

Warski.

Przeciwnie.

Elwin.

Tem lepiéj, jeżeli majątek znaczny... Dormund umie rachować. Bądź Pan spokojny. Może były jakie nieruchomości. Co?

Warski.

A! tak... ale pojąć nie mogę...

Elwin.
Fraszki! fraszki Panie. Dormund strutynuje kalkulacye pupilarnéj administracyi, wyciśnie jak gąbkę. A jeżeli był jaki kapitalik, on Panie finansista... niech się Rotschild schowa... małoletnia nic nie straci, bądź Pan spokojny.
Warski.

Ależ do djabła, grzecznie mówiąc, ja wcale nie widzę powodów być spokojnym. Ja jestem opiekunem mojéj córki. Administrowałem majątek. Skrzywdzić jéj nie chciałem.

Elwin.

Ach, któż to pomyśleć może!

Warski.

Ale w tak długim przeciągu lat, nie będąc prawnikiem, może uchybiłem jakim formalnościom. Jeżeli zatém Pan Dormund zechce mnie pieniać...

Elwin.

Chęć wyjaśnienia dokładnego stanu rzeczy, pieniactwem nazwać nie można.

Warski.

Dlaczegóż tak pochopnie, nie proszony, nie dziękowany, nim jeszcze dał odpowiedź, zaczyna od trutynowania jakichsiś tam głupich kalkulacyj?

Elwin.

Ha!... To już takie jego usposobienie. Co zacznie, pewnie nie zaśpi. Może jest, prawdę mówiąc, trochę pedantem, ale człowiek sumienny... ostry... bez pardonu... i możesz Pan być zupełnie spokojny.

(Laura wchodzi, Elwin chce odejść.)
Laura.

Nie odchodź jeszcze, zatrzymaj się Doktorze.





SCENA V.
Ciż sami, Laura.
Elwin.

Ależ dla Boga, państwo wystawiacie mnie na śmieszność — nie jestem doktorem.

Laura.

Przepraszam, przepraszam, chciałam powiedzieć: zatrzymaj się Panie profesorze, mam z Panem pomówić.

Warski.

I ja także miałbym z kuzynką pomówić.

Laura (wskazując drzwi).

Bądźże tak grzeczny mój profesorze i zaczekaj w moim pokoju. Znajdziesz tam kilka książek, ale ostrzegam, ani jednéj filozoficznéj.





SCENA VI.
Laura, Warski.
Warski.

Boję się kochana kuzynko, czy ja nie zrobiłem wielkiego głupstwa, grzecznie mówiąc.

Laura.

Cóż takiego?

Warski.

Chciałem wydać córkę za mąż jak najpredzéj, głównie dlatego, że wtenczas dopiero miałbym nadzieję otrzymać twoją rękę. Skorzystałem więc z szalonego postępowania Antonji, ale kiedy chwyciłem kochającą parę na uczynku, — na uczynku nieprzekraczającym granic przyzwoitości, — potrzeba mi było nie grozić, nie wyrokować piorunowo, ale przyjąć objaśnienia i wysłuchać złych czy dobrych powodów karygodnego czynu. Byłbym teraz coś więcéj wiedział i rozumiał, jak tylko to, że się ci młodzi ludzie szalenie kochają.

Laura.

Zapewne tak wnosić wypada, ale Antonja nic nie wyrzekła.

Warski.

Cóż powiada?

Laura.

Nic nie powiada. Ile pojęłam z jéj zagmatwanego rozumowania, żąda nieograniczonéj i bezwzględnéj wolności w swojém dalszém postępowaniu. Nie lęka się żadnych przymusowych środków, które już nie są, jak się wyraziła, na czasie.

Warski.

Ale, koniec końców, czegóż chce?

Laura.

Czego ona chce, nie wiem, ale ja wiem czego ja nie chcę, to jest wystawiać się na jéj niegrzeczność. Róbcie co chcecie, ja się mieszać nie będę.

Warski.

Pójdę, skarcę jéj niegrzeczność i łatwo tym ceregielom koniec położę, ale ja więcéj jestem zatrwożony z powodu Dormunda.

Laura.
Może nie kocha?
Warski.

O tém wątpić nie można.

Laura.

O wszystkiém wątpić potrzeba.

Warski.

Chwycił się jak kleszcz mojéj propozycyi.

Laura.

Nie widziałeś go przecie.

Warski.

Ale dowiedziałem się od Pana profesora szczegółów, które w swojéj dobroduszności wyjawił mi bez ogródki. Pani! ten adwokat jest człowiek niebezpieczny.

Laura.

Hę?

Warski.

Zakroił na obdarcie mnie z majątku.

Laura.

Jakim sposobem?

Warski.

Pieniactwem. Już zaciąga wiadomości o stanie majątku po matce Antonji. Chce rozpocząć od żądania kalkulacyi z opieki... a Pani wiesz czém to pachnie?!

Laura.

I Pan profesor to powiedział?..

Warski.

Dobrodusznie, bo wychwalał przy tém sumienność swojego przyjaciela... djabliż mi z téj sumienności!.. Powtarzał: „Bądź Pan spokojny, małoletnia szeląga nie straci... Dormund umie wycisnąć jak gąbkę.“ — Jak gąbkę! Piękne aspekta! I ja mam być spokojny... przepraszam, ja jestem niespokojny, arcyniespokojny i mam powód być niespokojnym. — Taki wilk w mojéj owczarni!.. piękne aspekta!..

Laura (z uśmiechem).

Ten Pan profesor ma rozum.

Warski.

Fiu! Człowiek głębokiéj nauki... ale cóż on pomoże... magnetyzmem nie wróci pieniędzy, które mi wydrze ten przeklęty kauzyperda!

Laura.

Kiedy przeklęty, to go oddalić.

Warski.

Tak! oddalić! kiedym go zaprosił i to dosyć wyraźnie i dobitnie. Oddalić!.. Gdyby się nareszcie udało zerwać zgodnym sposobem, cóż powie Antonja?

Laura.

Pogniewa się, popłacze i będzie tak jak było...

Warski (sens kończąc).

W domu, prawda?.. Ale ja właśnie tego nie chcę. Ona z kuzynką zgadzać się nie będzie.

Laura.
Pewnie że nie, ale czyliż tylko jeden Dormund na świecie?.. Czyliż o zięcia trudno?
Warski.

Teraz już będzie trudno. Nasz wypadek familijny tajemnicą pozostać nie może. Świat łakomy takich anegdotek... a pod opieką bogobojnych obywatelek, które kochają cnotę bliźniego więcéj niż swoją własną, Bóg wie w co to wszystko urosnąć może.

Laura.

Ależ Antonja zdaje się pogardzać opinją świata.

Warski.

Chociażby i tak było.. z tego zadania nie wyjdę. Jeżeli nie pójdzie za mąż, ja nie będę mógł ożenić się. Jeżeli zaś pójdzie... mam wilka w owczarni. — Złapał kozak Tatarzyna, Mościa Dobrodziejko, a Tatarzyn za łeb trzyma.

Laura.

Tylko powoli... tylko powoli... da się to jakoś ułożyć. Będziemy słyszeć co on powie... Da jakieś objaśnienia, a wtenczas będziesz umiał korzystać, aby z nim zerwać jak najprędzéj. Bo jużcić tego pragniesz — wszakże prawda?

Warski.

Pragną, pragnę, a co najgorzéj, że tego powiedzieć nie mogę. I o téj krnąbrnéj dziewczynie zapomnieć nie trzeba. Koniec końców, w mojém Coup d’ Etat zrobiłem kompletne fiasco.

Laura.
Poradzimy, poradzimy... tylko cierpliwie, tylko łagodnie.
Warski.

Pójdę do téj gąski, grzecznie mówiąc, może się czego dowiem.

(Odchodzi.)
Laura (sama).

Profesor dąży widocznie do przeszkodzenia temu związkowi. Ale czy jego wnioskom można ufać?.. Czy Dormund swoje przedsięwzięcie, z jakiegobądź powodu powzięte, zechce zmienić?.. To wielkie pytanie.





SCENA VII.
Laura, Dormund.
(W następującéj scenie przebija się niejakie nerwowe rozdrażnienie.)
Dormund.

Laura!

Laura (wesoło).

Przestraszyłam niechcący. Przepraszam, (podając mu rękę) ale witam serdecznie.

Dormund (z przymuszoną wesołością).

Jakkolwiek Pani jesteś straszną, nie przestraszyłem się jednak ale się zdziwiłem zastając ją tutaj.

Laura.

Wczoraj przyjechałam. Ale spodziewaliście się mnie przecie?

Dormund.
Spodziewaliście się? Kto?
Laura (z wesołością).

No, Panna Antonja, — a czego się spodziewa Panna Antonja, tego i Pan Dormund spodziewać się powinien. Ale źle się wyraziłam, trzeba było powiedzieć: Panna Antonja zatrwożona była spodziewaném przybyciem mojém.

Dormund.

Zatém to o Pani mówiła jako o... o...

Laura.

O domniemanéj swojéj strasznéj macosze? Tak jest, tak. I Pan o tém nie słyszałeś?

Dormund.

Nie. Doszły mnie wprawdzie pogłoski, że piękna Laura Łęcka zdecydowała się nareszcie zrobić wybór w liczném gronie swoich wielbicieli. Jedni mówili że ten... drudzy że tamten... ale wszyscy w tém się zgadzają, ze wybranemu zazdroszczą.

Laura (śmiejąc się).

Pan Dormund najpierwszy.

Dormund.

Niezawodnie. Ale aby Warski miał być laureatem, tego nie wiedziałem i przyznam się...

Laura.

Co?

Dormund.

Że... winszuję.

Laura.

Tak jak ja Panu.

Dormund (uśmiechając się).
Warski, zatém Warski!
Laura.

Warski, Warski!.. Cóż to śmieszy? Co, dziwić się zdaje?

Dormund.

Nie dziwi bynajmniéj, śmieszy tylko trochę ten pośpiech.

Laura.

Cóż Pan nazywasz pośpiechem?

Dormund.

Wyraz dość jasny jak się zdaje.

Laura.

Ja jednak niedokładnie rozumiem. Naprzykład, czy pośpiechem trzeba nazwać odjazd Pana Dormunda ze Szczawnicy?.. (Dormund zmięszany — ona mówi p. k. m.) Ten, miał prawo niezawodnie zadziwić i rozśmieszyć. Zadziwił téż i rozśmieszył ogólnie.

Dormund.

Rozśmieszył?

Laura.

O! proszę być spokojnym. Jeżeli rozśmieszył, to tylko moim kosztem. (ze wzrastającém uczuciem) W parę dni po rzeczonym odjeździe, oddano mi przy źródle duży list. Gdym go rozdarła nieostrożnie, (z gorzkim uśmiechem) wypadło z niego i rozleciało się na wszystkie wiatry krocie biletów wizytowych „Dormund pour donner congé“.

Dormund.

Niegodziwy, podły anonim!

Laura.

Pośpiech odjazdu proszącego, nazajutrz po otrzymaniu przyzwolenia, nie był cofnięciem się ale publiczną odprawą. I za taką téż był uważany... serdecznie ubawił.

Dormund.

Przebacz mi Pani, przebacz... ale ja tego przewidzieć nie mogłem. Wyjechałem wprawdzie w chwili spleenu czyli raczéj obłędu spowodowanego niegodziwemi poduszczeniami, lecz ten anonim nie wyszedł odemnie... ja tu jestem niewinny.

Laura.

A ja?... jestżem winna? O cóż mnie oskarżać mogą? Co ma być moją zbrodnią? Czy to żem była wesołą... że się bawić lubiłam... że nie umiałam dosyć ukrywać tryumfu nad niewieścią zawiścią? (żartuje ze łzawym uśmiechem) Jestem ładna, cóż ja temu winna? (p. k. m.) Wtenczas zdawało mi się, że ten drobny punkcik na ziemi stał się całym światem... że pociski całego świata wymierzone były w biedne serce moje... Chciałabym była gdzieś uciekać... gdzieś się schować... szukać, znaleźć gdzieś obronę. I wtenczas dopiero poznałam jak okropnie być samą, zupełnie samą w tém życiu. A ten świat, tak bezwzględnie pobłażający dla szczęśliwych... jakże jest bez litości dla tych co upadli.

Dormund.

Ależ ty Pani nie upadłaś.

Laura.

Świat tak mniemał... a światu dość na tém. Wtenczas zjawił się mój daleki krewny, Karol Warski, i... podał mi rękę.

Dormund.
I Pani przyjęłaś?
Laura (p. k. m.).

Przyjmę zapewne. (z wesołością) Ale, co tam myśleć o tém. Co się stało, to się stało... a może stało się dobrze. Dosyć już o mnie... pomówmy teraz o tobie, Panie Dormundzie.

Dormund.

Ach Pani! zlituj się... nie teraz... nie jestem w stanie w téj chwili zebrać moich myśli.

Laura.

Zdaje się wszakże, że czas ku temu. Pan Warski oczekuje.

Dormund.

A tak, tak... oczekuje.

Laura.

Pan profesor obiecał, że przyjdziesz.

Dormund.

Profesor? Jaki profesor?

Laura.

Jakże się nazywa... profesor filozofii w Heidelbergu.

Dormund.

Jaki profesor? Co za profesor? nie znam żadnego profesora w Heidelbergu.

Laura.

Zaraz... zaraz... mam... mam... Profesor Elwin.

Dormund.
Elwin! (na stronie) O Boże! Cóż on tu nabroił! (głośno) Cóż on tu robił?
Laura.

Magnetyzował Warskiego.

Dormund (na stronie).

No! Nawarzył piwa. Niema wątpienia.

Laura.

Znasz Pan tego filozofa?

Dormund.

Filozofa?!.. Znam... znam. (na stronie) Aż nadto na moje nieszczęście.

Laura (p. k. m).

Panie Dormundzie, daj mi dowód przyjaźni, któréj pewnie nie mogłeś stracić zupełnie. Powiedz, dlaczego tak dziwną, niezrozumiałą, niepojętą obrałeś sobie drogę do celu, który w każdym względzie był przystępnym dla ciebie?

Dormund (zmieszany).

Cóż tam w to wchodzić... naco rozbierać... zastanawiać się. Czy się temi drzwiami wchodzi, czy tamtemi... fraszka... byle wejść do domu.

Laura.

Dobrze. Drzwiami, ale nie oknem ani kominem.

Dormund.

A jeżeli mi się tak podoba, któż zabroni?

Laura.

Nikt pewnie, skoro to jest wprowadzeniem nowéj mody.

Dormund.
Nigdy Panią tak wesołą nie widziałem.
Laura.

Jestem wesołą, bo się gotuję na wesele.

Dormund.

Na wesele Pani?

Laura.

I na wesele Pana. Ach to będzie tysiąc uciech.

Dormund.

Prawda, — tysiąc uciech.

Laura (z przymuszonym usmiechem).

Tysiąc uciech.

Dormund (podobnież).

Będzie zabawnie... przyjemnie... Cieszą się. (na stronie) Aż mnie dławi.

Laura.

Ależ, Panie Dormundzie, to mnie ogromnie zestarzeje. Wszak ja będę jego macochą! (śmieje się) Nie zechcesz mnie przecie przy ludziach mamą nazywać.

Dormund.

Obraz Pani na świetle nie straci, będzie miał obok cieniu dosyć.

Laura.

Mój poczciwy Karol.

Dormund.

Moja droga Antonja.

Laura (seryo).

Otóż ja nie chcę zostać w téj rodzinie... Nie chcę zostawać pod dachem, gdzie Pan mieszkać będziesz... gdzie Panna Antonja, emancypowana niewiasta, która jak zdeptała wszelką przyzwoitość, tak i nadal deptać będzie. Nie chcę być świadkiem miłości bez serca. Odjadę... Bądź Pan spokojny... i szczęśliwy... jeżeli możesz. Warskiemu jednak nie chcę jeszcze tego oświadczyć z pośpiechem... bo wiem... jak wzgarda boli.

(Laura odchodzi — Dormund zostaje zamyślony. Służący przynosi światło.)




SCENA VIII.
Dormund, Warski.
(Na wezwanie Warskiego siadają na przodzie sceny.)
Dormund.

Kiedy miałem zaszczyt, niespodziewany wprawdzie ale przez to nie mniéj przyjemny, oglądać Wać Pana Dobrodzieja w ścianach moich, życzyłem sobie udzielić mu niejakich objaśnień.

Warski.

Jestem gotów wysłuchać.

Dormund.

Już za późno. Pozwolisz Wać Pan Dobrodziej, Że będę tylko konstatował fakta. — Wać Pan Dobrodziej raczyłeś oświadczyć z wszelką grzecznością ale razem i dobitnością, że mój honor wymaga abym w jego domu, jak to przyzwoitość każe, prosił ojca szanownéj Panny Antonji o jej rękę, zapewniając mnie, że tego zaszczytu nie odmówisz.

Warski.
Byłoby to dla mnie...
Dormund.

Za pozwoleniem. Racz Wać Pan Dobrodziej wysłuchać łaskawie. Oświadczyłeś mi potém, że w razie gdyby to nie nastąpiło, wydasz mi proces, a gdyby wyrok sądu wypadł dla niego niepomyślnie, natenczas chcesz mnie kulką poczęstować.

Warski.

Na drodze honoru.

Dormund.

To się rozumie.

Warski.

Chciej Wielmożny Wać Pan Dobrodziej uwzględnić...

Dormund.

Racz Wać Pan Dobrodziej wysłuchać łaskawie. Pogróżka stała się faktem niezaprzeczonym.

Warski.

Proszę...

Dormund.

Za pozwoleniem. Niech skończę. — Znaglony okolicznościami... (gestem wstrzymując przerwę) Bardzo proszę! Zmuszony okolicznościami, przychodzę więc zadość uczynić żądaniu Wać Pana Dobrodzieja i prosić o ofiarowaną mi rękę szanownéj Panny Antonji. Niema już zatém powodu do procesu?

Warski.

Zapewne, ale...

Dormund.

Racz Wać Pan Dobrodziej wysłuchać łaskawie, jeszcze nie skończyłem. — Dotychczas wszystko w porządku, ale pozwól zrobić sobie uwagę, że abyśmy mogli wspólny osiągnąć cel, potrzeba nam jeszcze przyzwolenia trzeciéj osoby, a tą jest szanowna Panna Antonja. (unikając przerwy) Za pozwoleniem. — Spodziewam się, że żadnéj nie znajdziemy trudności. Wszelako, gdyby tak było, wtenczas żadna władza zmusić jéj nie może, a przez to samo i ja już ożenić się nie mogę. Jestem zatém zmuszony oświadczyć, że w tym wypadku będę się starał Wać Pana Dobrodzieja najserdeczniéj kulką poczęstować. Na drodze honoru rozumie się.

Warski.

A!.. przyznam się, że tego nie pojmuję wcale.

Dormund.

Niech skończę. Gdybym ożenił się z Panną Antonją, nie chcę aby ktokolwiek, kiedykolwiek posądził mnie, że się to stało w skutek wyrzeczonéj pogróżki. Chcę zatém, abyś i Wać Pan Dobrodziej, oddając mi rękę córki, mógł być równie oskarżony, że to zrobiłeś dla otrzymanéj pogróżki. Pogróżka za pogróżkę. Jutro będę miał zaszczyt przedstawić się Pannie Antonji i prosić o jéj decyzyą. Jeżeli otrzymam odmowną odpowiedź, wtenczas nie Pan mnie, ale ja Wielmożnego Wać Pana Dobrodzieja będę miał ukontentowanie wyzwać i będziemy częstować się kulkami serdecznie i do woli. Sługa uniżony!

(Odchodzi.)
Warski (sam).

Jak żyję nie widziałem tak gorącego adwokata. Ale z tego wszystkiego to tylko teraz jasno pojmuję, że mój majątek spełznie w kalkulacyach i nieprzeliczonych procesach. (p. k. m.) Jestem już przekonany, że zawiadomienie, naprowadzenie, schwytanie na mniemanym uczynku w pomieszkaniu Dormunda — wszystko to było rzeczą przez niego naprzód zręcznie ukartowaną. — Pistolet był nabity. Miał niby być zmuszony a w istocie on mnie zaplątał w obietnicę, któréj skutków nie miałem czasu przewidzieć. (rzucając się na krzesło — p. k. m.) O tak! tak, niezawodnie. Złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn, grzecznie mówiąc, za łeb trzyma.

Koniec aktu II.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.