Godzien litości/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Godzien litości
Rozdział Akt I
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom IX
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Indeks stron


AKT I.
(Pokój obszerny w pomieszkaniu Dormunda. Drzwi na prawo i lewo. W głębi duże okno, przez które widać drugie naprzeciwko w dziedzińcu. W kącie tapetowe drzwiczki zastawione stolikiem. Na przodzie sceny, na prawo (zawsze od aktorów) przy dużém biórze okrytém papierami, zwróconém nieco do widzów, Dormund pisze. — Na lewo Elwin rozciągnięty w krześle, oczy w górę wzniesione, ręce w krzyż złożone.)


SCENA I.
Dormund, Elwin.
(Długie milczenie.)
Elwin.
Jestem godzien litości. Każdy mi to przyzna. Nigdy jednéj chwili pociechy los mi nie użyczył. Zawsze, zawsze, od dzieciństwa, płynąłem jak pod wodę — a jeżeli chwyciłem się czego, to pewnie spruchniałéj gałęzi. Jestem godzien litości, nikt mi nie zaprzeczy. (po długiém milczeniu) Mój Boże! kiedy czasem w cichéj, pogodnéj nocy zatopię oko w gwiazdziste sklepienie... kiedy rosa rozwinie wonie tysiąca kwiatów, a słowik rzewnie swoją piosnkę zadzwoni... jakże piękny ten świat cały... a na nim człowiek jak lichy, jak podły!
Dormund (w krześle na ruletach zwróciwszy się do Elwina — p. k. m.)

Grałeś?

Elwin.

Grałem.

Dormund.

Przegrałeś?

Elwin.

Przegrałem.

Dormund (zwraca się do bióra).

Zgadłem. Od pierwszych słów zgadłem. Jak tylko wpadasz w sentymentalność, pewnie ustrzeliłeś bąka. A jak zaczynasz melancholizować, ja płakałbym rzewnie, bo mnie czeka nieomylna przemowa do mojéj kieszeni.

Elwin.

Dormundzie! jałmużny przecież nie dajesz.

Dormund.

Tego nie powiedziałem.

Elwin.

Co kiedy wziąłem od ciebie, zapisuję zawsze — utrzymuję dokładną ewidencyę długu.

Dormund.

Dobre i to.

Elwin.

Oddam ci kiedyś — wszystko razem.

Dormund.
O oddaniu niech mowy nie będzie — proszę cię tylko, abyś ewidencyj nie powiększał.
Elwin.

Nie, nie — pieniędzy od ciebie nie żądam. Sam sobie poradzę. Myślałem, myślałem długo i wymyśliłem nareszcie całkiem nową finansową operacyą. (Dormund zwraca się z krzesłem do niego i wpatruje się w niego) Cóż się patrzysz na mnie jak na raroga. Czy tylko tobie wolno mieć rozum?! Słuchaj... Umówiłem się z Berkiem. Daje mi na trzymiesięczny wexel pewną summę gotówką, a w drugiéj połowie długu biorę cztery konie... parę żelaznych pieców... parę kamieni mydła węgierskiego i kilka fasek powideł. Oprócz koni mam kupca na wszystko. Wprawdzie coś stracę, mniéj wszakże niż niejeden na Czerniowieckiéj kolei. Ale mam czas, mam czas Panie przed sobą. Konie wygładzę, wyleczę, sprzedam — bajeczną sumę zarobię i długi popłacę — wszystkie! wszystkie!! I tobie oddam co do grosza!

Dormund (zwracając się z krzesłem do biórka).

Jak gdybym widział!.. (p. k. m.) I szanowny Berko przyjmuje twój wexel?

Elwin.

Z największą ochotą, byle miał drugi podpis — i o to cię proszę.

Dormund (zrywając się).

Nie dam!

Elwin.

Ale coż ci to szkodzi?

Dormund.

Nie dam!

Elwin.
Tylko podpisz.
Dormund.

Słuchaj Elwinie...

Elwin.

Będzie kazanie — co?

Dormund.

Nie, bo kazałbym na puszczy — ale chcę się winą podzielić. Elwinie, kiedy po śmierci twoich rodziców z ostrego rygoru...

Elwin.

Bardzo ostrego.

Dormund.

Nagle wpadłeś, syn chrzestny, w kochające objęcie mojéj matki...

Elwin.

Święta! droga, Opiekunka moja!..

Dormund.

Święta! droga! ale zbyt pobłażająca. Tak, że wkrótce stałeś się zawsze ładnym, wesołym, miłym ale tyranem, tyranem całego domu. Wszystko ci uchodziło. I ze mnie, prawdę mówiąc, robiłeś kozła i barana. Ale dosyć tego — wszystko ma swoje granice; nie chcę słyszeć o twoich finansowych operacyach i nie chcę spółki z twoim Berkiem i z jego mydłem i powidłem. Tak!

(Siada przy biórze i gorączkowo przerzuca papiery.)
Elwin (p. k. m.)

Prawda, prawda, nadużywałem macierzyńskiéj opieki i twojéj przyjaźni Dormundzie. Zapomniałem, że nie mam, że nie miałem prawa do waszéj miłości. Odtrącasz mnie, dobrze — ale zostawże mi przynajmniéj wspomnienie, że byłem kiedyś kochany; zostaw przekonanie, żem niesłusznie ściągnął twoją nienawiść — bo jeżelim komu szkodził, to tylko sam sobie.

Dormund.

Ale ja właśnie nie chcę, abyś szkodził sam sobie. (p. k. m.) Oddalę się!.. Hm!.. Kto cię o to prosi? Nienawidzę!.. Kto ci o tém powiedział? — potępiam, łaję cię, boś leń, boś próżniak. Z nieczynności wszystkie twoje głupstwa. (Elwin niepostrzeżony od Dormunda zbliża się do okna, gdzie naprzeciwko widać Antonją — p. k. m.) Dlaczego czém się nie zajmiesz?.. dlaczego cały dzień nic nie robisz? Masz zdolności... gdybyś tylko chciał, możesz stać się porządnym człowiekiem... (p. k. m.) No... cóż?.. pieniędzy ci trzeba?.. (dobywa pulares) No... wieleż tam przegrałeś hultaju? (Nie odbierając odpowiedzi, wykręca się z krzesłem coraz daléj, aż spostrzega Elwina z Antonją.) O!.. O!.. O!.. (wstając) Bardzo proszę!.. Niech tych umizgów nie widzę... Cóż to za panienka w moje okno telegramy ciska.

(Kiedy Dormund się zbliżał, Antonja w swojém oknie spuściła firankę.)
Elwin.

Anioł!

Dormund.

Spadł więc nieborak?

Elwin.

Nie spadł, ale niebo mi otwiera, bo będzie moją małżonką.

Dormund.
Na kiedyż wesele?
Elwin.

Jak będzie można najprędzéj.

Dormund.

Jakież ziemskie nazwisko anioła?

Elwin.

Piękna Antonja, córka Karola Warskiego, naszego sąsiada.

Dormund.

Sąsiedzka zatém przysługa.

Elwin.

Kocham ją niepojętą siłą, szalenie, wściekle!

Dormund.

A ona?

Elwin.

Kocha mnie także.

Dormund.

Także wściekle?

Elwin.

Kochamy się wzajemnie.

Dormund.

Taką rzeczą nie trać czasu daremnie, przez szybki zrobisz nie wiele. Idź do ojca, proś go o córkę.

Elwin.

Nie głupim!

Dormund.

Być może. Ale bez tego trudno się obejść.

Elwin.
Trzeba jeszcze temporyzować; nagląc rzeczy, dostałbym odkosza niezawodnie. Tam nie przystąp...
Dormund.

Bez kija?..

Elwin.

A przynajmniéj bez pieniędzy.

Dormund.

Jakiż masz plan?

Elwin.

Plan? A planu na co? Od czegoż szczęście! I autor dramatyczny nie ma planu przed sobą jak szyny wykutéj. Ma coś... czegoś nie ma... Napisze tytuł... potem kręci, wykręca, kradnie, łata, płata i koniec końców ojciec staje między kochankami, dostaje czkawki z rozczulenia i powiada drżącym głosem: „Niech was Bóg błogosławi!“ — Bravo! bravo! bravo! I zasłona spada.

Dormund.

Życie, nie komedya.

Elwin.

Ach mój kochany! Jak zasłona spadnie — co było, wszystko komedya.

Dormund.

Ja inaczéj rzeczy widzę i chciej łaskawie nie dawać mi roli w twoim miłosnym dramacie, a umizgów z mego okna nie wyprawiaj...

Elwin.

Nie, nie... już tego nie będzie.

Dormund.
Bo ja moralność jeszcze po dawnemu cenię. (biorąc kapelusz) Idziesz?
Elwin.

Nie, poczytam trochę. Przeczytam jeszcze raz twoją obronę tego posła, co to ukradł półsetek płótna.

Dormund.

A okno?

Elwin.

Daję słowo, że przez okno rozmawiać nie będę.

Dormund.

Zamknę. Masz klucz drugi.

Elwin.

Dobrze! Dobrze!

Dormund (odchodząc, do siebie).

Szalona pałka... ale serce złote.

(Odchodzi.)
(Elwin chustką daje znak przez okno, potém odsuwa stolik, otwiera drzwiczki tapetowe, wychodzi i wkrótce wraca z Antonją — Antonja idzie poważnie i siada na krześle przy biórze.)




SCENA II.
Antonja, Elwin.
(Elwin klęka i z uniesieniem całuje ją w rękę.)
Elwin.

Droga! najdroższa Antonjo! Mój Aniele pociechy!

Antonja (odsuwa się).

Panie Elwinie, bardzo proszę nie zapominać się.

Elwin (wstając).
Moja miłość...
Antonja.

Miłości bez uszanowania nie chcę i nie pojmuję.

Elwin.

Czyliż uginając kolan do stóp twoich, nie składam hołdu czci i uwielbienia!

Antonja.

Dobrze, dobrze. Ale proszę pamiętać, że jeżeli tu przychodzę to nie dlatego, że uległam twoim pisemnym namowom, bo to dowodziłoby tylko słabości charakteru — ale przychodzę, bo to zgadza się z mojemi zasadami nieograniczonéj wolności, którą kobiety wywalczyć muszą! Kocham wybranego, poślubionego duszą, ale póty, póki jego miłość będzie odgłosem mojéj.

Elwin.

Tego tylko pragnę! W smutnym moim losie tak mało doznałem pociechy, że w miłości powitałem zorzę nowego życia. Kocham po raz pierwszy... prawdziwie. Kocham przez wdzięczność, boś rozwinęła w mojéj duszy świeży, uroczy pojaw niebiańskich czystych rozkoszy.

Antonja.

Wierzę ci, a ta wiara doda mi sił do zwyciężenia wszelkich przeszkód, któreby nas kiedykolwiek spotkać mogły. Ale Elwinie, nową dziś zgryzotę zwiastować ci muszę.

Elwin.

Przebóg!

Antonja.
Już to podobno raz ostatni widzimy się tu z sobą.
Elwin.

Ach, jestem godzien litości. Ostatnia moja ginie pociecha. Dlaczegóż wydałaś ten wyrok srogi?

Antonja.

Kuzynka nasza daleka, Laura Łęcka, dziś do nas ma przyjechać.

Elwin.

A!.. piękna Pani Łęcka — wdowa.

Antonja.

Nie wiem czy piękna, ale wiem że wdowa. Znasz ją?

Elwin.

Nie, ale wiem przez Dormunda, który ją przeszłego roku poznał w Szczawnicy.

Antonja.

I zapewne się zakochał.

Elwin.

Wątpię, bo Dormund nieprzyjaciel kobiet, wszystkie nazywa syrenami...

Antonja.

Ta jest w istocie syreną... Kto się zbliży do niéj, młody czy stary, ładny czy brzydki, musi być ujarzmiony jéj wdziękami. Kokietuje nieustannie i ostatni człowiek już umarł, którego nie chciała kokietować, a tym człowiekiem był jéj mąż. Przytém nie traci z oczu zamiaru wstąpienia jak najprędzéj w powtórne śluby małżeńskie, a w tym razie i rachuby nie zapomina.

Elwin.
Cóż to nas wszystko obchodzić może?
Antonja.

Bardzo wiele. Mój ojciec uległ jéj władzy, a że jest majętny, wisi jak na nitce póki się jéj coś lepszego nie trafi. Jeżeli nie, to będę miała macochę niezawodnie.

Elwin.

Jakże z nią jesteś?

Antonja.

Ja jéj nie lubię, a ona oddaje wet za wet.

Elwin.

To nie dobrze, mogłaby nam być pomocną.

Antonja.

Wątpię. Mój ojciec chce mnie za mąż wydać jak najprędzéj, nie wiem dlaczego. Nastręcza mi nieustannie konkurentów, majętnych rozumie się. Ja ich odmawiam, on się gniewa i na tém koniec. Bytność zaś Laury nakaże tylko więcéj ostrożności z naszéj strony.

Elwin.

Pieniądze! pieniądze, te przeklęte pieniądze! Ach, gdybym był bogatym lub ty ubogą!.. Gdyby między nami nie było różnicy...

(p. k. m.)
Znasz ty te kraje gdzie cytryny kwitną? Gdzie w liściu wonnym pomarańcze płoną?.. Gdzie wzniosłe wawrzyny, ciche mirty stoją?.. Tam moglibyśmy w małéj chatce żyć szczęśliwie... Praca nam wystarczy. (Antonja nieprzyzwalając wzrusza głową) Ale nie wolno mi i marzyć o tém. Nie chciałbym wystawić cię na niedostatek...
Antonja.

I na potępienie własnego sumienia. Nie Elwinie, o tém niech nigdy mowy nie będzie; miejmy stałe przedsięwzięcie, a życzenia nasze spełnione zostaną.

Elwin.

Dom twego ojca dla wszystkich prawie jak klasztor zamknięty. Jakże się zbliżyć? z jakiego powodu wstąpić do niego? Niby nauczyciel muzyki... Co? Jak Almaviva do opiekuna Rozyny... Co?..

Antonja (śmiejąc się).

Mój ojciec muzyki nie lubi.

Elwin.

I ja nic nie umiem... nie można więc... Hm!.. czy przypadkiem twój ojciec nie chory?

Antonja.

Na ból głowy ciągle cierpiący.

Elwin.

Dobrze!.. Wejdę jako lekarz...

Antonja.

Ale nie jesteś lekarzem.

Elwin.

Będę homeopatą. Będę dawał w szklance czystéj wody sześć tysięcy kropel czystéj wody. (Antonja śmiejąc się, nie pochwala) Albo będę magnetyzował.

Antonja.
Pani Laura w tém biegła. Strzeż się, abyś jéj obrotów nie stał się ofiarą.
Elwin.

Koniec końców, tym czy owym sposobem, muszę wejść do waszego domu — potem jakoś to będzie. Od czegoż sczęście?





SCENA III.
Antonja, Elwin, Dormund.
Dormund.

A!.. A!.. A!.. Dałeś mi słowo.

Elwin.

Dałem słowo, że przez okno rozmawiać nie będę.

Dormund.

Ależ to być nie może... Ja Panią przepraszam... ale...

Elwin.

Bądź spokojna droga Antonjo! To nasz najlepszy przyjaciel.

Dormund.

Właśnie dlatego, że najlepszy, cierpieć tego nie mogę... Pozwolę sobie prosić pannę Antonją o chwilkę rozmowy gdyż nie chcę sankcjonować nielegalnéj schadzki.

Elwin.

Ależ Dormundzie...

Dormund.

Nie, nie... to być nie może.

(Popychając go ku prawym drzwiom.)
Elwin.
Ale posłuchaj mnie tylko...
Dormund.

Ani słowa!..

(Wytrąca go i drzwi na klucz zamyka.)




SCENA IV.
Antonja, Dormund.
Antonja.

Cóż to znaczy mój Panie?

Dormund.

To znaczy, że chcę zrobić przedstawienie zgodne z moją i Pani godnością.

Antonja.

Pan jesteś przyjacielem Elwina, chętnie temu wierzę, ale to Panu nie daje prawa przekraczać granice wszelkiéj przyzwoitości. Roztrącać nas, jakby schwytanych na jakim złym uczynku!..

Dormund.

Przepraszam Panią, ale zdaje mi się...

Antonja.

A tém mniéj masz Pan prawo robienia mi jakichbądź przedstawień w celu zastrzeżenia mojéj godności.

Dormund.

Najmocniéj Panią przepraszam, jednakże...

Antonja.
Opieki nad moją godnością nie przyjmuję, bo jéj nie potrzebuję. Elwin zapewnił mnie, że Pan słyniesz jako człowiek prawy i wolny od wszelkiego uprzedzenia.
Dormund.

Pozwolisz Pani zwrócić jéj uwagę, że pozór...

Antonja.

A Pan pozwolisz sobie powiedzieć, że człowiek bez uprzedzenia i do tego doktor prawa, żadnemu pozorowi ulegać nie powinien.

Dormund.

Zdaje się, że nasze role zostały przemienione.

Antonja.

Pan chciałeś mi dać nauczkę, a ja daję Panu.

Dormund.

Muszę być zdziwiony...

Antonja.

Nie byłbyś Pan zdziwiony, gdybyś, jak to rozsądek wymaga, wysłuchał był i poznał pierwéj stan rzeczy, nim wydasz potępiający wyrok. No cóż?

Dormund (na stronie).

Prawdziwie, nie wiem co mówić.

Antonja.

Zastałeś mnie Pan w swoim pokoju. Czy tak?

Dormund.

A!.. tak się zdaje.

Antonja.

To się nie zdaje, ale tak jest w istocie. Zastałeś mnie z młodym człowiekiem, sam na sam. To także nie zdaje się... prawda?..

Dormund.
A tak... sam na sam.. w saméj rzeczy...
Antonja.

Jest to z mojéj strony postępowanie nie zwykłe.

Dormund.

Prawda.

Antonja.

Więcéj powiem: nierozważne.

Dormund.

Prawda.

Antonja.

Nierozważne powiadam, gdybym nie ufała sile mego charakteru, — gdybym nie ufała honorowi tego, który umiał pozyskać serce moje. A rękojmią (gdyby jéj potrzeba było) jest także niezawodnie przyjaźń twoja, Panie Dormundzie.

Dormund.

O!.. O!.. Bardzo dziękuję... bardzo...

Antonja.

Człowiek tak powszechnie szanowany, (Dormund kłania się) tak rozsądny, tak prawy, (ukłony) nie mógłby nierozłącznym być przyjacielem lekkomyślnego młodzieńca. To mi Pan przyznasz.

Dormund (pokrząkując).

To jest... wprawdzie... to powiadam... że w istocie... serce jego dobre...

Antonja (podając mu rękę).

A teraz zgoda Panie Dormundzie, bo nam będzie potrzeba twojéj rady i pomocy.

Dormund (na stronie).
Czy mnie tu djabli wnieśli.
Antonja.

W twojém oknie jakby pod twojém skrzydłem było pierwsze zaznajomienie się nasze.

Dormund.

Pod mojém skrzydłem...

Antonja.

A co najwięcéj ujęło serce moje i ustaliło miłość, to jest jego czysta, naiwna dusza.

Dormund.

Naiwna?...

Antonja.

Prawda? On jeszcze dzieckiem jest w tym świecie. A do tego tyle był losem prześladowany, że musiałam przyznać iż jest godzien litości.

Dormund (na stronie).

Jak kos w klatce, zawsze jedną piosnkę gwiżdże.

Antonja.

Nie mam wprawdzie doświadczenia, ale dużo czytałam, bardzo dużo, — a w sile mojego charakteru znajdziemy niezawodnie podporę i opiekę téj miłości, którąśmy sobie święcie zaprzysięgli i którą muszę... rozumiesz Pan, muszę naszém szczęściem uwieńczyć. A jeżeli jako wolna kobieta i pojmująca wyższe swoje powołanie, skłoniłam się taić jeszcze moje przedsięwzięcie, to chciej mi Pan wierzyć, że tylko domowe stosunki są tego powodem... (chwytając go za rękę) Ach! Panie Dormundzie! Ojciec mnie nie kocha, a do tego jestem zagrożoną niegodną macochą. (Warski wchodzi małemi drzwiczkami) Mój ojciec!.. (do Dormunda na stronie) Nie zdradź nas, jeżeliś człowiek honoru.

Warski.

Antonjo, odejdź.(Antonja odchodzi.)





SCENA V.
Dormund, Warski.
Warski (z ukłonem).

Jestem Karol Warski. Z kim mam honor mówić?

Dormund (z ukłonem).

Dormund, do usług.

Warski.

Doktor prawa i adwokat krajowy?

Dormund.

Tak jest.

(Siadają na wezwanie Dormunda.)
Warski.

Chciej Wielmożny Wać Pan Dobrodziéj uwiadomić mnie łaskawie, czy masz żonę?

Dormund.

Nie.

Warski.

Dobrze. Pozwolisz Wielmożny Wać Pan Dobrodziej zapytać się jeszcze, grzecznie mówiąc, czy mam ukontentowanie znajdować się w jego pomieszkaniu?

Dormund.
Tak jest.
Warski.

Proszę najuprzejmiej, abyś mi Wielmożny Wać Pan Dobrodziej raczył powiedzieć, czy wiesz kto jest ta Panna, którą tu zastałem?

Dormund.

Dowiaduję się, że Panna Warska.

Warski.

A więc moja córka?

Dormund.

Prawdopodobnie.

Warski.

Jest nią dokumentnie. Córkę więc moją Antonją małoletnią zastałem z Panem sam na sam.

Dormund.

Na ten protokół, dosyć zresztą uprzejmy, muszę odpowiedzieć że okoliczności...

Warski.

Za pozwoleniem. Ja tylko konstatuję fakta.

Dormund.

Ale fakta potrzebują objaśnienia...

Warski.

Chciej Wielmożny Wać Pan Dobrodziej pozwolić, abym ściśle, grzecznie mówiąc, trzymał się faktu, którego negować nie możesz.

Dormund.

I zaprzeczać nie myślę. Wszelako...

Warski.

Wielmożny Wać Pan Dobrodziej pozwolisz, abym nie zabierał drogiego czasu słynnemu obrońcy praw, Wielmożnemu adwokatowi Dormundowi, i w krótkości powiedział co mam powiedzieć. Tém więcéj że cierpię ból głowy, chronologiczny jak doktorowie nazywają.

Dormund.

Słucham więc.

Warski.

Reasumuję. Moją córką Antonję, małoletnią zastałem u Wielmożnego Wać Pana Dobrodzieja, sam na sam w miłosnéj rozmowie.

Dormund.

Temu przeczyć muszę.

Warski.

Fakt, że zastałem.

Dormund.

Ale nie w miłosnéj rozmowie.

Warski.

W scyentyficznéj rozmowie, nie koniecznie potrzeba trzymać się za ręce. Chciej więc Wielmożny Wać Pan Dobrodziej wysłuchać mnie tylko z kompletną cierpliwością.

Dormund.

Niech i tak będzie. Sprzeczki sobie nie życzę.

Warski.

A ja tém mniéj, grzecznie mówiąc. Po niezaprzeczonym zatém fakcie, że moją córkę małoletnią zastałem sam na sam w pomieszkaniu Wielmożnego Wać Pana Dobrodzieja, spodziewam się, że dziś albo jutro przyjdziesz do mnie jako do ojca i prosić będziesz o rękę mojej córki małoletniéj. Odpowiedź będzie pomyślna.

Dormund (z uśmiechem).

Tak?

Warski.

Tak.

Dormund.

A jak jéj żądać nie zechcę?

Warski.

Natenczas z nadzwyczajną przykrością będę przymuszony wytoczyć Panu proces.

Dormund (ironicznie).

Proces?

Warski.

Proces, grzecznie mówiąc, o zbałamucenie małoletniéj...

Dormund.

Panie!..

Warski.

Za pozwoleniem. Może Wielmożny Wać Pan Dobrodziej, jako biegły praw obrońca, pokonasz mnie w téj nowéj dla mnie arenie, ale famy nie zbyt chlubnéj z pewnością nie ominiesz.

Dormund.

A tém mniéj Panna Warska.

Warski.

Dziękuję za troskliwość o reputacyą mojéj małoletniéj córki, ale pozwolisz łaskawie abym w tym razie był jedynym sędzią.

Dormund.
Jak się podoba.
Warski.

Wiem, że dekretem sądowym nie zmuszę Wielmożnego Wać Pana Dobrodzieja do matrymonjalnego związku, ale gdy już zejdziemy z drogi komplanacyj, natenczas jako człowiek honoru dołożę wszelkiego starania, aby Wielmożnego Wać Pana Dobrodzieja najserdeczniéj, grzecznie mówiąc, kulką poczęstować. — Sługa uniżony.

(Odchodzi małemi drzwiczkami.)




SCENA VI.
Dormund, Elwin.
(Dormund zostaje w miejscu jakby odurzony, Elwin dobywa się gwałtownie — nareszcie drzwi wytrąca wołając: Otwórz! Otwórz!)
Elwin.

Wszystko słyszałem. W piękne błoto nas wprowadziłeś. Gdyby nie twoja fanatyczna pedanterja, byłby nas zastał rozmawiających we troje i Antonja nie byłaby ściągnęła na siebie krzywdzącego posądzenia.

Dormund (który nie słuchał).

Kulką poczęstować!.. I ja, i ja mogę poczęstować! Będziemy częstowali się wzajemnie. (Bierze kapelusz.)

Elwin.

Gdzież idziesz?

Dormund.

Do niego.

Elwin.
Do kogo?
Dormund.

Do kogoż! Do Warskiego... Kulką!.. kulką!..

Elwin.

Chcesz wszystko powiedzieć?

Dormund.

Powinienbym, gdyby szło tylko o ciebie, ale ona mnie prosiła abym was nie zdradził i nie zdradzę. Do Warskiego idę aby mu powiedzieć, że się jego groźby nie boję.

Elwin.

Cóż dobrego ztąd wyniknie?

Dormund.

Nie chcę zostawić na sobie i jednéj chwili upokarzających jego wyrazów. Biłbym się... gryzłbym sobie palce ze złości, że mu nie odpowiedziałem jak się należało... Tak mnie obwijał bawełnianemi słowami, że wszystkiego prędzéj byłbym się spodziewał, jak tak grubijańskiéj konkluzyi.

Elwin.

Ot, powiedział co wiedział!

Dormund.

Wiedział, nie wiedział, ale powiedział, a ja tego znieść nie mogę.

Elwin.

Ale bądźże rozsądny.

Dormund.

Jak ty naprzykład.

Elwin.

O mnie niema mowy. Jeżeli ma się skończyć pojedynkiem, dosyć czasu na to. Czekając nic nie stracisz, a porywczością zgubić możesz na zawsze najdroższe nasze nadzieje.

Dormund.

Na których biedna obałamucona dziewczyna nicby pewnie nie straciła... I ja, ja, byłem dość słaby, dosyć podły cofać się przed prawdą!.. Nie ostrzedz z kim ma do czynienia!.. słuchałem o twojéj naiwnéj duszy, o pierwszéj twojéj miłości, i ja, ja nie powiedziałem żeś trzpiot, żeś pędziwicher, żeś stracił coś miał...

Elwin.

Już nie stracę.

Dormund.

Żeś się kochał w życiu sto tysięcy razy!..

Elwin (z uśmiechem).

Sto tysięcy!

Dormund.

Trzy kroć sto tysięcy!.. O hańbo!.. stałem się uczestnikiem, współwinowajcą niegodziwości twojéj.

Elwin.

Prawda, prawda Dormundzie. Byłem tém wszystkiém, ale już teraz nie jestem.

Dormund.

Stara piosnka.

Elwin.

W miłości Antonji chcę szukać i znajdę zbawienie moje.

Dormund.
Zacząłeś od fałszu.
Elwin.

Ależ dla Boga! czyliż pokochawszy ją całą siłą duszy, mogłem jéj na wstępie wyjawiać wszystkie moje grzechy.

Dormund.

Długi rejestr!

Elwin.

Czyliż sądząc po przeszłości, zawierzyłaby memu przedsięwzięciu?

Dormund.

Przedsięwzięciu znikomemu.

Elwin.

Nie, nie. Przysięgam na pamięć twojéj matki, która mnie jak syna kochała, która na śmiertelném łożu błogosławiła, — przysięgam, że szczerze mówię.

Dormund.

Wierzę nareszcie, że mówisz szczerze dzisiaj, ale jutro?

Elwin.

Dormundzie, kochany mój bracie, ojcze, opiekunie, nie opuszczaj mnie.

Dormund.

Już znowu wlazł na mnie, już... Ale cóż mam robić u djabła?!

Elwin.

Wejdziesz do domu Warskiego i jako przyjaciela wprowadzisz mnie z sobą razem. Ślubu przecież zaraz nie weźmiesz.

Dormund.
Spodziewam się.
Elwin.

Zdawaj się ulegać... czasu nam trzeba... czas wiele może... Nie zrywaj tylko porywczo z Warskim, a jakoś to będzie.

Dormund.

Tak!.. jakoś to będzie... że będę brnął w intrygach, których nie lubię, nie umiem i nie chcę.

Elwin.

Od tego jednak mój los zawisł.

Dormund.

Jestżeś pewny jéj miłości?

Elwin.

Fiu!..

Dormund.

Co to Fiu?!.. U ciebie wszystko fiu! fiu!

Elwin.

Kocha mnie, że mało jéj serce nie pęknie.

Dormund.

Żeby tylko tobie nie pękło co w głowie przed czasem. (p. k. m.) Jéj charakterowi a raczéj uporowi zaufać mogę... I ciebie nie chcę opuścić. Namyślę się co robić wypadnie. Dziś odjechać muszę, jutro po południu wrócę. Ty idź do Warskiego, aby nie myślał żem połknął jego pigułkę. Powiedz mu, że w nagłym interesie odjeżdżam, ale że jutro z nim się rozmówię.

Elwin.
Drogi Dormundzie!
Dormund.

Ale pamiętaj, pamiętaj! abyś z lekkomyślnego nie został występnym.

Elwin.

Miłość Antonji będzie moim aniołem stróżem!

Koniec aktu I.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.