Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


najmniéj wspomnienie, że byłem kiedyś kochany; zostaw przekonanie, żem niesłusznie ściągnął twoją nienawiść — bo jeżelim komu szkodził, to tylko sam sobie.

Dormund.

Ale ja właśnie nie chcę, abyś szkodził sam sobie. (p. k. m.) Oddalę się!.. Hm!.. Kto cię o to prosi? Nienawidzę!.. Kto ci o tém powiedział? — potępiam, łaję cię, boś leń, boś próżniak. Z nieczynności wszystkie twoje głupstwa. (Elwin niepostrzeżony od Dormunda zbliża się do okna, gdzie naprzeciwko widać Antonją — p. k. m.) Dlaczego czém się nie zajmiesz?.. dlaczego cały dzień nic nie robisz? Masz zdolności... gdybyś tylko chciał, możesz stać się porządnym człowiekiem... (p. k. m.) No... cóż?.. pieniędzy ci trzeba?.. (dobywa pulares) No... wieleż tam przegrałeś hultaju? (Nie odbierając odpowiedzi, wykręca się z krzesłem coraz daléj, aż spostrzega Elwina z Antonją.) O!.. O!.. O!.. (wstając) Bardzo proszę!.. Niech tych umizgów nie widzę... Cóż to za panienka w moje okno telegramy ciska.

(Kiedy Dormund się zbliżał, Antonja w swojém oknie spuściła firankę.)
Elwin.

Anioł!

Dormund.

Spadł więc nieborak?

Elwin.

Nie spadł, ale niebo mi otwiera, bo będzie moją małżonką.

Dormund.

Na kiedyż wesele?