Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ności!.. Powtarzał: „Bądź Pan spokojny, małoletnia szeląga nie straci... Dormund umie wycisnąć jak gąbkę.“ — Jak gąbkę! Piękne aspekta! I ja mam być spokojny... przepraszam, ja jestem niespokojny, arcyniespokojny i mam powód być niespokojnym. — Taki wilk w mojéj owczarni!.. piękne aspekta!..

Laura (z uśmiechem).

Ten Pan profesor ma rozum.

Warski.

Fiu! Człowiek głębokiéj nauki... ale cóż on pomoże... magnetyzmem nie wróci pieniędzy, które mi wydrze ten przeklęty kauzyperda!

Laura.

Kiedy przeklęty, to go oddalić.

Warski.

Tak! oddalić! kiedym go zaprosił i to dosyć wyraźnie i dobitnie. Oddalić!.. Gdyby się nareszcie udało zerwać zgodnym sposobem, cóż powie Antonja?

Laura.

Pogniewa się, popłacze i będzie tak jak było...

Warski (sens kończąc).

W domu, prawda?.. Ale ja właśnie tego nie chcę. Ona z kuzynką zgadzać się nie będzie.

Laura.

Pewnie że nie, ale czyliż tylko jeden Dormund na świecie?.. Czyliż o zięcia trudno?