Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bliczną odprawą. I za taką téż był uważany... serdecznie ubawił.

Dormund.

Przebacz mi Pani, przebacz... ale ja tego przewidzieć nie mogłem. Wyjechałem wprawdzie w chwili spleenu czyli raczéj obłędu spowodowanego niegodziwemi poduszczeniami, lecz ten anonim nie wyszedł odemnie... ja tu jestem niewinny.

Laura.

A ja?... jestżem winna? O cóż mnie oskarżać mogą? Co ma być moją zbrodnią? Czy to żem była wesołą... że się bawić lubiłam... że nie umiałam dosyć ukrywać tryumfu nad niewieścią zawiścią? (żartuje ze łzawym uśmiechem) Jestem ładna, cóż ja temu winna? (p. k. m.) Wtenczas zdawało mi się, że ten drobny punkcik na ziemi stał się całym światem... że pociski całego świata wymierzone były w biedne serce moje... Chciałabym była gdzieś uciekać... gdzieś się schować... szukać, znaleźć gdzieś obronę. I wtenczas dopiero poznałam jak okropnie być samą, zupełnie samą w tém życiu. A ten świat, tak bezwzględnie pobłażający dla szczęśliwych... jakże jest bez litości dla tych co upadli.

Dormund.

Ależ ty Pani nie upadłaś.

Laura.

Świat tak mniemał... a światu dość na tém. Wtenczas zjawił się mój daleki krewny, Karol Warski, i... podał mi rękę.

Dormund.

I Pani przyjęłaś?