Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Laura.

Ale, cóż to za baśnie!

Warski.

Za baśnie zrazu musiałem je uważać, bo Dormunda osobistość i stosunki majątkowe uprawniały go do otwartego wystąpienia. Czekałem czas jakiś oświadczenia, które byłoby chętnie przyjęte, nadewszystko z powodu, że wydając córkę za mąż, nic już mi przeszkadzać nie będzie do ziszczenia najdroższych nadziei. (Całuje ją w rękę.)

Laura.

No... no... kończ tylko czémprędzéj.

Warski.

Kiedy więc nie doczekałem się objaśnienia téj tajemnicy, musiała mi wpaść na myśl premedytowana sedukcja.

Laura.

Szkaradzieństwo!

Warski.

Jak dla kogo. Zrobiłem więc plan zdobycia tego com sobie życzył, wstępnym bojem. Zapewniwszy się, że Antonja przechodzi do niego kurytarzem od dawna zamkniętym i zatarasowanym, umyśliłem zejść kochanków znienacka.

Laura.

Nie do wiary... nie do wiary!..

Warski.

Wczoraj więc koło dwunastej poszedłem wskazaną drogą i zastałem gołąbki w przyzwoitéj wprawdzie, ale serdecznéj rozmowie.