Dezerter

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Dezerter
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


DEZERTER
Gdy „Lwów“, zarzuciwszy kotwicę, stanął na rojących się od hydroplanów i łodzi podwodnych wodach redy Cherbourga, Norecki nagle poweselał. Radość jego zwiększyła się jeszcze, gdy motorówka pocztowa przywiozła na pokład listy i przekazy.

Kaprawe oczy Noreckiego zaświeciły szczęściem i zaczęły skakać z zachwytu w różne strony, gdy, przyszedłszy do kajuty kierownika naukowego po swoją pocztę, dostał tam przekaz z domu na dziesięć dolarów. Radość jego nie była proporcjonalna do sumy, jaką dostał. Cieszyć się tak i rozrzewniać nad pieniędzmi mógł tylko ktoś, dla kogo znaczyły one coś więcej, niż zjedzenie na lądzie dobrego obiadu w knajpie, zwiedzenie domów, których żadną miarą prywatnemi nazwać nie można, i powrót na statek w całkiem odmiennym od codziennego stanie świadomości.
Norecki był tak szczęśliwy, otrzymawszy te pieniądze, jak tylko może być szczęśliwy galernik, któremu zwracają wolność, lub może nieboszczyk, męki straszliwe w czyśćcu cierpiący, doczekawszy się nareszcie dnia sądu ostatecznego.
Nędzne życie prowadził Norecki na „Lwowie“. Rzec można, że nie żył on, a wegetował, przytłoczony ciężarem powszechnej pogardy i niechęci.
Poczynając od komendanta, a skończywszy na małym piętnastoletnim kuchciku, nie było na statku żywej istoty, któraby nie dokuczała i nie starała się obrzydzić życia tej biednej, zahukanej owieczce, na którą każdy swoją złość i zły humor wylewał.
Do owieczki Norecki podobny był bardzo. Dorobić mu tylko kręcone rogi, wełnistą sierść i kończyny zaopatrzyć racicami, a mielibyśmy autentyczną wypasioną owcę. Zresztą źle powiedziałem: wypasioną; jak wypasiona owca wyglądał on na początku podróży, a później była to już chuda, bardzo chuda owca o bardzo smutnych i bardzo kaprawych oczach.
To podobieństwo do owcy było jedną z przyczyn prześladowania Noreckiego przez kolegów.
Bo, proszę sobie pomyśleć, czy jest dopuszczalne, aby marynarz był podobny do owcy?
I w dodatku do owcy o smutnych i kaprawych oczach? — Nie, nie mogliśmy dopuścić do tego, aby Szkoła Morska przeistoczyła się w owczarnię.
To też na samym początku żeglugi stanął cichy układ pomiędzy całą załogą, że każdy poszczególny jej członek dołoży wszelkich starań i będzie robił wszystko, co tylko leży w jego mocy, aby Norecki po odbyciu swej kandydackiej podróży wystąpił dobrowolnie ze Szkoły Morskiej.
Pierwsze kroki poczynione w tym kierunku umocniły wszystkich w postanowieniu.
Zaczęło się od tego, że już podczas postoju „Lwowa“ w Gdyni buchnięto Noreckiemu przesyłkę z prowjantami, któremi kochająca mamusia zaopatrzyła synka, udającego się w długą, kilkomiesięczną podróż.
Rarytasy te spożyto gremjalnie wśród krzyków i śmiechu w obecności pokrzywdzonego.
Spodziewano się strasznego gniewu, wymysłów, potężnych, wielopiętrowych przekleństw, od których dreszcz po skórze przechodzi i własna matka staje się na czas jakiś istotą dziwnie obcą i nienawistną, a tymczasem stało się coś, co nie zdarzało się nigdy od dnia założenia Szkoły Morskiej.
Gdy ostatni kęs wspaniałego tortowego ciasta znikł w czeluściach jamy ustnej największego żarłoka załogi, Norecki wybuchł płaczem.
To już komentarzy nie wymagało; zjadacze i widzowie rozeszli się w milczeniu, i od dnia tego z oczu całej załogi patrzała na Noreckiego bezbrzeżna, głęboka, policzki rumieńcem wstydu pokrywająca pogarda.
Wtedy też po raz pierwszy naraził się Norecki komendantowi, gdy poszedł ze skargą na kolegów. Nikt nie wie, o czem rozmawiał komendant z Noreckim, wiadomo tylko, że z rupki komendanta wyszedł on dziwnie prędko po wejściu i jakby wypchnięty.
Gdy jeszcze okazało się, że Norecki jest tchórz i boi się wchodzić na reje, że niezdarnie przechodzi przez saling, źle pracuje na pokładzie i na dobitek odznacza się nieprzyzwoitym wprost apetytem przy stole, rozległ się zgodny, potężny okrzyk: Precz ze statku!
Było już jednak za późno, „Lwów“ znajdował się na morzu, daleko od brzegów.
Żałowała tego cała załoga, żałował i sam Norecki, życie jego bowiem stało się jednem pasmem mąk i udręczeń.
Przykro jest bardzo, gdy ktoś jest prześladowany w Szkole, gdy ma nieprzyjemności w domu, czy też w instytucji, gdzie służy, ale naprawdę nieszczęśliwym staje się ten, nad kim znęcać się zaczną na statku. Na każdym kroku, w każdem miejscu, we wszelkiej porze dnia i nocy jest tysiąc okazyj dokuczenia biednej ofierze umiłowania fachu marynarza.
Niema co liczyć w takim wypadku na to, że prześladowcom znudzi się wkońcu ten niecny proceder, — gdy statek żaglowy jest w morzu, na pokładzie panują nudy beznadziejne, które załoga stara się rozpędzić wszelkiemi sposobami i środkami, nie licząc się z tem, czy środki te są godziwe, czy nie.
Specjaliści katowania są niestrudzeni, pełni zapału i niewyczerpani w wynajdywaniu pomysłów coraz to nowych katuszy.
Położenie Noreckiego było tem gorsze, że jako kandydat stał on na jednym z najniższych szczebli hierarchji okrętowej, a co za tem idzie, lwia część jego przeciwników miała moc wydawania mu rozkazów, które bez względu na ich sens i jakość musiał wykonywać.
Dzień męczeństwa jego rozpoczynał się od tego, że dyżurny międzypokładu, budząc załogę na modlitwę, podchodził do hamaku Noreckiego i zapomocą dwóch celnych kopnięć w miejsce ciała, którego przy spotkaniu nigdy zprzodu nie widać, wyrywał brutalnie biedną „owieczkę“ z objęć boga snu Morfeusza.
Następowała kąpiel załogi pod szlauchem, w czasie której uczeń służbowy przy pompie doznawał szalonego szczęścia i rozkoszy, zwalając kilkakrotnie Noreckiego na pokład silnym strumieniem zimnej morskiej wody. Przejście przez saling nigdy nie odbyło się bez skopania pnącej się po wantach „owieczki“ przez kolegę, idącego przed nim i mającego przez cały czas bytności ich na wantach nogi tuż przy głowie Noreckiego.
Nie licząc tych nogoczynów, był on ustawicznie zasypywany pogróżkami zrzucenia z salingu z wysokości jakichś dziesięciu pięter łbem nadół. Podczas wachty w dzień dzielny ten marynarz tkwił przez cały czas w smrodliwym triumie, oskrobując rdzę, jako, że była to jedna z najwstrętniejszych robót na statku, a w nocy, gdy roboty niema i można się dyskretnie zdrzemnąć nawet podczas wachty, Norecki sterczał na „oku“ lub wywijał szprychami koła sterowego przy kompasie, zasypywany wymysłami oficera wachtowego.
Przy stole, gdzie Norecki jadał śniadania, obiady i kolacje, sytuacja przedstawiała się nieomal najgorzej, on to bowiem musiał przynosić z kuchni kotły z zupą i kaszą, on je musiał odnosić zpowrotem, zasypywany gradem docinków i drwin na temat ślamazarności i powolnych (owczych) ruchów.
Do kotła po swoją porcję miał prawo dobrać się Norecki ostatni, co miało ten skutek, że często wstawał od stołu, nawet nie wiedząc, czy dnia tego zupa miała smak stearyny świec okrętowych, czy też stęchłego wielorybiego łoju.
W nocy, gdy ciało męczennika skuwał dobroczynny sen, do hamaku jego podkradali się koledzy z nożami w ręku i podcinali liny, na których był on zawieszony.
Norecki leciał wraz z pościelą głową wdół, hałas czyniąc przeraźliwy, za co ściągał na siebie potoki wymysłów obudzonych i celne uderzenia ciężkich butów, rzucanych w ciemności w jego kierunku.
Po strasznej, upiornej nocy, podczas której ręka „owieczki“ cały czas była kurczowo zaciśnięta na żelaznym pręcie jagsztagu przy pułapie, aby za następnem podcięciem znów nie potłuc sobie gnatów, następował dzień z jego kąpielami pod szlauchem, chodzeniem przez saling, opukiwaniem rdzy w triumie i lataniem z kociołkami do kuchni, a wszystko wśród wrogich spojrzeń i pogardliwych okrzyków kolegów.
Do djabła! Aż dziw brał czasami, że człowiek potrafi to wszystko znieść i nie powiesić się na grot-bom-bram-rei na dobrze wysmarowanej mydlikiem lince.
Mijał czas, log wycykiwał setki i tysiące przebytych mil, a położenie Noreckiego nie poprawiało się, wprost przeciwnie, pogorszało się coraz bardziej. Chudł, mizerniał, stawał się nerwowy, owcze oczy jego zatraciły swój smutny wyraz, natomiast upodobniły się do obłąkanych strachem ślepiów zewsząd ściganego zwierza.
Ciągłe życie z kolegami na stopie wojennej zmuszało go do takich świństw i podłości, na które nie odważyłby się najbardziej popularny członek załogi.
Norecki stawał się arogancki i zuchwały. Owieczka przeistaczała się czasem w żmiję i to nawet w dość jadowitą żmiję.
Postępowanie takie pogorszało jeszcze bardziej jego położenie, a gdy razu pewnego, już w drodze powrotnej do Polski, Norecki w sprzeczce uderzył w twarz kuchcika, wybuchł wśród załogi bunt, który nie wiadomo, jakie pociągnąłby skutki dla Noreckiego, gdyby nie interwencja komendanta, broniącego tej ofiary od prześladowań, pomimo całej swej do niego niechęci.
Została za rufą Madera, wyspy Azorskie uszły w słoneczną dal, i „Lwów“ zbliżać się zaczął do brzegów Francji.
Stosunki z Noreckim stawały się coraz bardziej naprężone. Komendant z niepokojem śledził przebieg całej sprawy, a gdy wybuchły jeszcze dwa groźne rozruchy przeciwko Noreckiemu, zwołał do uczniowskiej kajuty nawigacyjnej trzeci kurs i w przemowie swojej o stosunkach kolegów do Noreckiego oznajmił, że za życie Noreckiego czyni odpowiedzialnym cały trzeci kurs.
Oznajmienie to było bardzo, ale to bardzo na czasie, bo czuli wszyscy, że, jeżeli w dniach najbliższych nie zajdzie coś, co rozpędzi gromadzące się nad głową Noreckiego chmury gniewu kolegów, to dalsze losy jego mogą być tragiczne.
I to „coś“ wydarzyło się wreszcie, usunąwszy aż do końca podróży sprawę Noreckiego z pola zainteresowań załogi.
Pierwszego dnia po zakotwiczeniu się w Cherbourgu wszyscy urlopowani pojechali na ląd do miasta. Dnia tego wszystkie prawie posiadane przez załogę pieniądze spłynęły w potokach wina, przebrzmiały w dźwiękach orkiestry „Café de Paris“, oraz poszły z dymem podłego francuskiego tytuniu.
To też dnia następnego zaledwie połowa dwóch wolnych wacht wyszła na ląd, a gdy nastąpił dzień piąty postoju „Lwowa“ w Cherbourgu, na szalupach, idących do mola, znalazło się wszystkiego czterech czy pięciu chętnych wstąpienia na stały ląd.
Później ze statku nie odjeżdżał już nikt, chyba komendant w sprawach służbowych.
Dopiero na dzień przed odpłynięciem „Lwowa“ z Cherbourga znalazł się jeden amator wyjścia na ląd.
Amatorem tym był Norecki.
Komendant stał na trapie, gdy szalupa, w której znajdował się Norecki, odbijała od burty.
— Cóż to wy tak sami jedziecie na ląd, Norecki, poco? — a? — zapytał komendant, gdy po kilku pierwszych rzutach wioseł szalupa odpłynęła od statku.
— Jadę oglądać dolmeny [1], panie komendancie! — odkrzyknął Norecki, salutując.
— Cóż to wy archeolog jesteście, a!?
— Jadę oglądać dolmeny! — wołał zdaleka Norecki.
Komendant wzruszył ramionami i odszedł od burty.
Po półgodzinie szalupa wróciła zpowrotem i załoga jej opowiadała, że Norecki, wyskoczywszy na ląd, wywalił do nich co najmniej pół łokcia swego owczego ozora i zawoławszy: „piszcie do mnie na Berdyczów, przysyłajcie brudną bieliznę“, w radosnych podskokach pobiegł w głąb miasta.
Nikt narazie nie wiedział, co znaczy to wezwanie do pisania mu listów „na Berdyczów“.
Tajemniczy sens tych słów stał się zrozumiałym i jasnym dla wszystkich dopiero wtedy, gdy ostatnia dnia tego szalupa, wróciwszy z lądu, nie przywiozła na pokład Noreckiego.
Norecki zwiał ze statku.
Mówiono później ironicznie, że dolmeny, które pojechał oglądać, tak pochłonęły jego uwagę, że zapomniał wrócić na „Lwów“.
Komendant był wściekły, gdyż dnia następnego mieliśmy już odpłynąć z Cherbourga, a ponieważ dla jednego dezertera nie można było przedłużać postoju, jasnem się wydawało, że plan ucieczki Noreckiego powiedzie się w całej rozciągłości.
Komendant zawiadomił o wypadku żandarmerję i z godziny na godzinę oczekiwał powrotu „owieczki“ pod strażą bagnetów żandarmów portowych.
Ale Norecki nie wracał i jego jakoś też nie mogli „wrócić“.
Plan swój, bestja, obmyślił dobrze i przeprowadził konsekwentnie.
Po otrzymaniu owych dziesięciu dolarów z domu, Norecki schował je głęboko do kieszeni i nie wychodził wcale na ląd, aby nie wydać z nich ani jednego centa.
Dopiero na dzień przedtem, gdy „Lwów“ miał odpłynąć z Cherbourga, pojechał do miasta oglądać rzekomo dolmeny, a w rzeczywistości, mając zamiar przeczekać gdzie w ukryciu, aż „Lwów“ odpłynie z Francji, a później pojechać pociągiem do Paryża, do ambasady polskiej i zameldować tam, że został wypadkiem w Cherbourgu, podczas gdy statek jego odpłynął.
Oczywiście, ambasada zaopiekowałaby się nim i odesłałaby go pociągiem do Polski wprost w ramiona kochającej i stęsknionej mamusi.
Tak też Norecki uczynił.
Gdy tylko szalupa, która przywiozła go na ląd, odpłynęła od mola, dezerter udał się do oberży „Matelot“, gdzie wśród marynarzy przewijały się najprzeróżniejsze męty portowe Cherbourga, i tam od jakiegoś oberwańca kupił za dwa dolary cywilne ubranie i czapkę; strój ten przywdział na miejscu, w knajpie, schowawszy się za szynkwasem, na który to wyczyn, urągający moralności publicznej, pozwolił mu oberżysta za drobną opłatą pięciu franków.
Już jako cywil pomaszerował do parku miejskiego i tam cały dzień zabawiał się ze sobą w dolce far niente, czyli w słodkie nicnierobienie; grę tę Norecki lubił ogromnie.
Gdy mrok zapadł, dezerter udał się nad brzeg morza i tu, schowawszy się pod jakąś wywróconą do góry dnem szalupę, noc spędził. Zrana znów poszedł do parku, po drodze przetrąciwszy cośniecoś z jedzenia, ale nie dużo, gdyż pieniądze oszczędzać musiał na kolej i na drogi pobyt w Paryżu.
Spodziewał się, że, gdy przyjdzie nad morze około szóstej godziny wieczór, „Lwów“ ukaże mu się już tylko, jako plamka na horyzoncie. Jakież było jego zdziwienie i zmartwienie, gdy, przyszedłszy na molo, ujrzał swój statek, stojący twardo na kotwicach i nie zdradzający najlżejszych nawet zamiarów rozwinięcia żagli.
— Może nie mogą narazie wyciągnąć kotwic i tak, jak w Ponta Del Garda, wyruszą jutro — pomyślał zasmucony dezerter, układając się do snu na piasku pod swoją wywróconą szalupą.
Nazajutrz jednak „Lwów“ ukazał się znów oczom jego na swojem starem miejscu.
— Jutro już odkotwiczą się na pewno — pocieszała się „owieczka“, czując, jak szpony głodu szarpią jej wnętrzności.
Jednak i ta nadzieja zawiodła i pomimo bardzo dokładnych obserwacyj Norecki nie dojrzał na fokmaszcie „Lwowa“ bandery, coby oznaczało rychły odjazd statku.
Piątego dnia ucieczki nienawistny „Lwów“ sterczał przed obłąkanemi z rozpaczy oczami Noreckiego, szóstego i siódmego dnia nie ruszył się z miejsca. Stanowczo szczęście nie sprzyjało dezerterowi.
Oto, gdy Norecki uciekł ze statku, na morzu Północnem i w kanale La Manche rozszalała się burza, która nie pozwalała nam opuścić portu. Nawet żywioły sprzysięgły się przeciwko owieczce.
Mijał czas i Norecki, zjadając powoli swoje osiem pozostałych po kupnie ubrania dolarów, skonstatował dnia pewnego, że mu już nie wystarczy pieniędzy na przejazd koleją do Paryża.
Wówczas z rozpaczą w sercu i przekleństwem na ustach najął w porcie łódkę i kazał się odwieźć na pokład „Lwowa“.
Łatwo sobie wyobrazić, jaka szalona radość zapanowała na statku, gdy łódź z Noreckim przybiła do trapu.
Załoga cała wyległa na pokład, szczerząc zęby z uciechy na myśl o całych serjach szykan, któremi się spodziewano przywitać dezertera. Stało się jednak inaczej.
Oto Norecki po wejściu na pokład stanął przed obliczem wszechwładnego komendanta.
Komendant zmarszczył brwi.
— Norecki, gdzie byliście przez ten cały czas? — spytał surowo.
Dezerter zbladł i zapomniał ze strachu języka w gębie.
— No, odpowiedzcież mi, gdzie byliście tak długo?
— Ja… ja… oglądałem dolmeny, panie komendancie — wyjąkała drżącym głosem „owieczka“.
— Cóż, obejrzeliście je dobrze, mieliście czasu dużo, prawda?
— Tak… tak jest, panie komendancie.
— Piękneż one są, te dolmeny? — A?
— Pię… pię… pię… piękne, panie komendancie.
— No, ot, a teraz maszerujcie do paki, będziecie tam rozmyślać o piękności tych dolmenów. Marsz!
Bardzo długo rozmyślał Norecki w pace nad pięknością dolmenów.
Długo, bo aż do końca podróży, czyli do chwili, gdy został on skreślony z listy załogi i z listy uczniów Szkoły Morskiej.

Przypisy

  1. Dolmeny — groby druidów, kapłanów frankońskich.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.