Choinka (Szarecki, 1929)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Choinka
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


CHOINKA
15 grudnia, w przeddzień rozdania kart urlopowych, w Szkole Morskiej odbywa się doroczna, tradycyjna uroczystość. Dzień ten aż do wieczora upływa spokojnie na zwykłych zajęciach, wykładach i nauce. Dopiero po kolacji i modlitwie wieczornej, gdy wielki, mosiężny dzwon na dolnym korytarzu wybije godzinę dziesiątą, sypialnie obu wydziałów i wszystkich trzech kursów przebiega najstarszy uczeń Szkoły Morskiej i, uchylając drzwi, woła:

— Choinka! Brazylijska choinka!
Sakramentalny ten okrzyk wyrywa społeczeństwa sypialń z objęć drzemki i w mgnieniu oka stawia na nogi. Marynarze z błyskawiczną szybkością wciągają na siebie mundury, myją się i czeszą. Pośpiech ten wywołany jest obawą przed ukazaniem się oficera służbowego, bowiem o godzinie dziesiątej uczniowie już muszą spać i w sypialniach nie wolno palić światła. Śpieszą się więc wszyscy ubrać się odświętnie i zejść nadół do sali jadalnej, gdzie odbywa się uroczystość i gdzie już na pewno nie będzie władzy, gdyż sala jadalna dnia tego jest „tabu“, czyli, że żaden oficer, ani wykładowca nie błyśnie tam złotem swych naszywek.
Dyrekcja Szkoły Morskiej szanuje tradycje swych wychowanków i w dniu uroczystości „Brazylijskiej choinki“ patrzy przez palce na pogwałcenie prawa ciszy nocnej i snu.
Pocichu, żeby jeszcze na korytarzu jakim nie „napatoczyć się“ na oficera, uczniowie schodzą nadół, do oświetlonej rzęsiście sali jadalnej, z której już poprzednio zostały usunięte stoły.
Tutaj, nieobeznani jeszcze z tradycjami i zabytkami Szkoły Morskiej, uczniowie pierwszego kursu stają w zachwycie, a ze spartych zdumieniem piersi ich dobywa się zgodny, chóralny okrzyk:
— Cie cholera!
Ten objaw zdumienia i radości powstaje na widok pewnego dziwacznego tworu, który stoi w środku sali, na specjalnem podwyższeniu.
Na pierwszy rzut oka człowiek o małej wyobraźni i nieobdarzony zdolnością do rozwiązywania rebusów nie zgadłby nigdy, co wyobraża ten długi bums (po lądowemu — słup) z wetkniętemi weń z boków zielonemi dylami i połyskujący stalą marszpikli, dulek, wielkich gwoździ okrętowych i wypolerowanych do blasku pudełek od konserw.
Niekażdy tedy pozna odrazu, co to jest. Jednakże, zbliżywszy się do tego bezdusznego tworu i po kilku chwilach obserwacji zsumowawszy swoje spostrzeżenia co do podobieństwa zielonych dyli, sterczących z bumsu, do — gałęzi, drobnych drzazg nawtykanych w nie, do — igieł, a połyskujących narzędzi okrętowych do — zabawek, dojść możemy do wniosku, że przed nami w całej swej okazałości stoi choinka.
Wniosek ten nie jest mylny. Jest to choinka Szkoły Morskiej, tak zwana „Brazylijska choinka“.
Na początku uroczystości dla uczniów pierwszego kursu nazwa ta owiana jest mgłą tajemnicy. I na wszystkie ich pytania, zdążające do wykrycia „incognita“ brazylijskiej choinki, starsi koledzy robią zagadkowe miny i odpowiadają:
— Zaraz się dowiecie.
Jakoż, gdy gaśnie elektryczność i dyle „choinki“ jarzyć się zaczynają światłem zapalonych świec, najstarszy uczeń trzeciego kursu staje pod drzewem i zebranym wokoło kolegom opowiada historję „Brazylijskiej choinki“, która jest jednocześnie historją pierwszej podróży polskiego szkolnego statku „Lwów“, historją bandery marynarki polskiej, która załopotała wtedy po raz pierwszy nad bezmiarem wód Atlantyku.
Pierwsza podróż „Lwowa“ była najdłuższą i najcięższą podróżą. Rozpoczęła się ona zaraz po odparciu inwazji bolszewickiej, co miało ten skutek, że co drugi członek załogi był wachmistrzem lub sierżantem, każdy plutonowym lub co najmniej starszym żołnierzem, zaś dwóch czy trzech miało nawet jedną gwiazdkę. Zdawałoby się, że komendatura statku cieszyć się powinna, że uczniowie, wyruszający w długą podróż, rekrutują się z tak tęgiego i mocnego elementu, jakim jest żołnierz frontowy, zahartowany w pochodach i bojach. Przypuszczaćby można, że młodzian, który nie uląkł się świstu kul na polu bitwy, nie zblednie i nie zadrży w obliczu wichury sztormowej, huczącej w wantach i olinowaniu.
Przypuszczenia te nie zawiodły. Tak mężnej i dzielnej załogi, jak ta, która pierwsza ruszyła na pokładzie „Lwowa“ w kraje dalekie, nie było już nigdy potem na żadnym polskim okręcie. Jednakże z tą właśnie pierwszą załogą miał komendant i oficerowie szkolnego statku najwięcej kłopotów i zmartwień. Przyczyną tego była niekarność.
Na paradoks zakrawa powiedzenie, że człowiek, tylko co zwolniony z szeregów wojskowych, jest niekarny. A jednak tak było. Wszyscy ci wachmistrze, sierżanci, plutonowi, zagończycy z armji Bałachowicza, na których piersiach niejednokrotnie połyskiwały krzyże walecznych, chłopy pod bardzo gęstym i sztywnym już wąsem, patrzyli na świat i nędzne sprawy jego z filozoficzno-frontową pogardą i wszystko, ale to absolutnie wszystko uważali za głupstwo i marność w porównaniu z wiecznością, która już im nieraz z paszczęk dział i luf karabinowych zaglądała w oczy. Cóż znaczyły dla nich te wszytkie gniewy komendanta, paki, stania na salingu, karne stery, karne roboty, odbieranie urlopów, w porównaniu ze śmiercią, z objęć której się wydarli?
Za nic sobie miało tedy to cne towarzystwo komendanta i wszystkich oficerów razem wziętych. — Niekarni oni zresztą byli tylko poza służbą. Podczas wachty, podczas pracy, bądź to na rei, bądź na pokładzie, nie było nad nich sprawniejszych i lepszych. Zato po służbie rządzili się na statku, jak szare gęsi, za nic sobie mieli karność i subordynację, a na oficera patrzyli, jak na puste miejsce. Na początku podróży szło jeszcze jako tako, ale później, gdy rejs zaczął się przeciągać i po czterech miesiącach żeglugi dalekie brzegi Ameryki nie zbliżyły się tak bardzo do „Lwowa“, jak oni sobie tego życzyli, zaczęli sarkać. Podczas zbiórek porannych i wieczornych wrzeszczano na całe gardło, że już dość mają tej podróży, że chcą do portu, do szynków, knajp, kin, dancingów i innych miejsc tym podobnych, że dość się już namordowali w rowach strzeleckich, że chcą już nareszcie odpocząć, a nie tłuc się po całym Atlantyku. Żądano nieomal, żeby komendant zawrócił z powrotem do Gdańska. Z trudnością przychodziło komendantowi tłumienie tych wybuchów niezadowolenia, do djabła! W pace może siedzieć dwóch, trzech najwyżej, ale nie cała załoga.
Tymczasem jak na nieszczęście żegluga się przedłużała z powodu niepomyślnych wiatrów, dmących wprost „w zęby“ i nie pozwalających podejść do brzegów Brazylji. To też, gdy po blisko półrocznej żegludze „Lwów“ zarzucił wreszcie kotwice w porcie Rio De Janeiro, panowie wachmistrze i sierżanci dość mieli narazie życia morskiego i postanowili sobie setnie odpocząć.
Odrazu pierwszego dnia postoju w porcie na ląd pojechali nietylko urlopowani, ale i ci, co do urlopu żadnego absolutnie prawa nie mieli. Wieczorem na wyznaczoną regulaminem godzinę wróciła tylko połowa załogi. Reszta nie wróciła wcale. Komendant czekał na nich noc całą i dzień następny, szykował, oporządzał pakę, przygotowywał roboty karne i czekał. Oni jednakże nie wracali. Zawiadomiono wkońcu policję portową, która jednak wiedziała tylko tyle, że elewowie Szkoły Morskiej wyszli grupkami z miasta, kierując się w stronę osad emigrantów polskich, bardzo licznych w okolicach Rio De Janeiro.
Oficerowie na rozkaz komendanta udali się do braci Polaków z Brazylji z prośbą o wskazanie im miejsca pobytu pupilów ze „Lwowa“. Ale oni z punktu przybrali wobec oficerów wrogą postawę i oświadczyli, że nic nie wiedzą o żadnych zbiegach, a gdyby nawet wiedzieli, toby ich nigdy nie wydali, gdyż bardziej sympatyzują z nimi, niż z ich dowódcami.
Zpoczątku trudno było dociec przyczyny tej sympatji kolonistów do zbiegów, później dopiero sprawa się wyjaśniła, gdy na ręce komendanta przychodzić zaczęły listy od uciekinierów z zawiadomieniem o wstąpieniu w związki małżeńskie z nadobnemi córami kolonistów, wybujałych pięknie pod modrem niebem Brazylji. Jedna trzecia część zbiegów przełożyła okowy małżeńskie nad trudy i udręki żeglugi powrotnej. Reszta po dwóch tygodniach wróciła i partjami odbywać zaczęła odsiadywanie kary w areszcie okrętowym.
Żegluga powrotna była jeszcze dłuższa i cięższa od poprzedniej. Nastąpiła zima i warunki życia na okręcie stały się niemal nie do zniesienia. Znów się zaczęły niezadowolenia i sarkania, które niejednokrotnie przybierały formę rozruchów.
Komendant czuł, że zanosi się na otwarty bunt.
Boże Narodzenie zastało „Lwów“ na oceanie daleko od brzegów ojczystych. W dniu tym uczniowie postanowili porwać się do czynu mocnego i zmusić komendanta zawinąć od portu.
Ale oto stało się coś, co niezwykłością swoją i urokiem podziałało kojąco na wzburzone buntownicze umysły ekswachmistrzów i sierżantów, uspokoiło ich i dodało siły do wytrwania w posłuszeństwie aż do końca żeglugi.
23 grudnia załoga cała na rozkaz komendanta wyszła z międzypokładu na górę, pozostał tylko stolarz i sam komendant. Oficerowie pozamykali wszystkie luki i stanęli przy nich na warcie.
— Cóż to za nowy kawał? — sarkała załoga, trzęsąc się na przenikliwym, mroźnym wietrze. — Czy już i w międzypokładzie nam siedzieć nie wolno?
Wieczorem dopiero otworzono luki. Zmarznięci i źli uczniowie zeszli nadół… stanęli, jak wryci.
Tuż pod grota-łukiem stała naturalnej wielkości choinka, obwieszona różnemi drobiazgami pochodzenia okrętowego i jarząca się w mroku międzypokładu wielką ilością zapalonych świec. Pod choinką stał komendant z butlami konjaku i rumu, gościnnym gestem zapraszając załogę do środka.
Chwilę trwało milczenie, lecz gdy do uszu załogi doleciały dźwięki kolędy, wygrywanej na harmonji przez starego bosmana, okrzyk potężny wstrząsnął szybami iluminatorów:
— Niech żyje komendant!
Później zasiedli wszyscy dokoła choinki.
Komendant przemówił. Prawił o choince, o tem, jak ją zrobił ze stolarzem z drzewa okrętowego i pomalował na zielono, wysuwał projekty sfabrykowania zabawek bardziej pomysłowych, układał z uczniami menu przyszłej uczty, dawał pomysły do zabaw i gier, twierdząc, że choinka na oceanie niczem się nie powinna różnić od choinki lądowej. Nastrój zapanował świąteczny. Znów zabrzmiały kolędy pod akompanjament harmonji bosmańskiej i poszumu fal oceanu. Do późnej nocy przeciągnęła się ta uroczystość, z punktu ochrzczona od nazwy podróży „Brazylijską choinką“.
Tydzień cały stała choinka w międzypokładzie, widokiem swym przypominając załodze ojczyznę i dom rodzinny.
Po świętach Bożego Narodzenia wiać zaczęły wiatry pomyślne i „Lwów“ rychło zawitał do Polski.
Od czasu „Brazylijskiej choinki“ niema już na „Lwowie“ rozdźwięków między komendantem i załogą. Uczniowie i dowódcy żyją w zgodzie ze sobą, wspominając z rozrzewnieniem pierwszą, najdłuższą podróż „Lwowa“ do Ameryki, i święcą rok rocznie tradycyjną „Brazylijską choinkę“ Szkoły Morskiej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.