Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z Cherbourga znalazł się jeden amator wyjścia na ląd.
Amatorem tym był Norecki.
Komendant stał na trapie, gdy szalupa, w której znajdował się Norecki, odbijała od burty.
— Cóż to wy tak sami jedziecie na ląd, Norecki, poco? — a? — zapytał komendant, gdy po kilku pierwszych rzutach wioseł szalupa odpłynęła od statku.
— Jadę oglądać dolmeny [1], panie komendancie! — odkrzyknął Norecki, salutując.
— Cóż to wy archeolog jesteście, a!?
— Jadę oglądać dolmeny! — wołał zdaleka Norecki.
Komendant wzruszył ramionami i odszedł od burty.
Po półgodzinie szalupa wróciła zpowrotem i załoga jej opowiadała, że Norecki, wyskoczywszy na ląd, wywalił do nich co najmniej pół łokcia swego owczego ozora i zawoławszy: „piszcie do mnie na Berdyczów, przysyłajcie brudną bieliznę“, w radosnych podskokach pobiegł w głąb miasta.
Nikt narazie nie wiedział, co znaczy to wezwanie do pisania mu listów „na Berdyczów“.

Tajemniczy sens tych słów stał się zrozumiałym

  1. Dolmeny — groby druidów, kapłanów frankońskich.