Admirał

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Admirał
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ADMIRAŁ
— Marynarz, wróć! Marynarz, wróć!

Spojrzałem poza siebie i przystanąłem.
Z gęstwy przechodniów wyrwał się jakiś wysoki jegomość w okularach i szybkiemi krokami zmierzał ku mnie.
Oczekiwałem go ze zmarszczoną brwią i niesympatycznym wyrazem twarzy.
— Chcę zwrócić pańską uwagę… — zacząłem, gdy nieznajomy stanął twarzą w twarz do mnie.
— Wiem, wiem — przerwał mi okularnik — wiem, że odezwanie się moje mogło się panu wydać niezupełnie na miejscu, zwłaszcza, że jestem po cywilnemu, ale widzi pan, ja mam niejakie prawo na traktowanie pana, jako podwładnego, pan pozwoli… admirał Alfjan jestem.
Uścisnąłem dłoń „admirała“, obrzuciwszy jednocześnie nieufnem spojrzeniem całą jego wysoce niemorską postać.
Wysoki, o wynędzniałej, bladej twarzy, ze zwisającemi wdół siwemi wąsami, ubrany był skromnie, nieomal biednie. Żółta, wyszarzana kurta, zapięta pod szyją z wyłożonym nawierzch wątpliwej czystości kołnierzykiem, przykryta była jakąś zielonawą pelerynką, słabo ukrywającą szczupłość postaci pana Alfjana. Łatane w kilku miejscach ongiś białe, a dziś ziemiste spodnie do konnej jazdy, gietry i od kilku dni nieczyszczone, stare buty, dopełniały stroju tego dziwnego admirała.
— W jakiejże marynarce pan admirał służył? — spytałem, patrząc nieufnie w szyby okularów mojego nowego znajomego i przebierając w pamięci 
nazwiska wszystkich admirałów, będących obecnie w Polsce.
Co prawda, do przebierania nie było tych nazwisk dużo — jedno zaledwie, admirała Porębskiego, jeżeli nie liczyć zmarłego niedawno szefa francuskiej misji morskiej, admirała Joliveta.
— Ach, służyłem w marynarce, służyłem, niech mi pan wierzy, na pewno służyłem, całe życie służyłem, od lat dziecinnych służyłem, słowo honoru, że
służyłem, — niech mi pan wierzy, że służyłem — sypnął potokiem zapewnień pan admirał.
Zaczerwienił się, spojrzał zpodełba i spytał: — Pan, zdaje się, wątpi, że jestem naprawdę admirałem?
— Jest to mi w najwyższym stopniu obojętne, kim pan jest — odrzekłem, zerkając na zegarek i przestępując z nogi na nogę, — chciałbym tylko wiedzieć, czem mogę panu służyć, gdyż wolnego czasu mam niewiele.
— Pan jest uczniem Szkoły Morskiej?
— Tak jest.
— Hm… widzi pan, sprawa jest tego rodzaju, że hm… — nieznajomy nabrał tchu i, patrząc mi przekonywająco w oczy, rzekł dobitnie — jestem admirał Alfjan.
— Wiem już o tem — odrzekłem z odcieniem zniecierpliwienia w głosie. — Cóż dalej?
— Jestem admirałem, ale admirałem w stanie spoczynku.
— Odrazu tak sobie pomyślałem — mruknąłem.
— Ale zapewniam pana, że będę jeszcze w służbie czynnej!
— Ani chwili w to nie wątpię — odrzekłem, uśmiechając się złośliwie — i naprawdę będzie mi bardzo miło służyć pod rozkazami pana admirała.
— Tak, tak, mnie również będzie bardzo przyjemnie, ale nie o to chodzi, zapewniam, że o to nie chodzi.
— Więc powiedzże pan nareszcie, o co chodzi, bo powtarzam, czasu mam niewiele.
Admirał chrząknął, złapał mnie za guzik i zaczął wykład, najwidoczniej usiłując myśli swoje wypowiadać w miarę możliwości jasno i logicznie.
— Widzi pan, zatrzymałem pana, bo jest pan uczniem Szkoły Morskiej. Jako do ucznia Szkoły Morskiej, mam do pana interes. Chodzi o to, że, nie 
służąc już obecnie w marynarce, z powodu szwankującego zdrowia (chory jestem na płuca, ale to głupstwo), chcę jednakże być pożyteczny dla naszej
 floty i jej marynarzy. Poza innemi mojemi działaniami, zmierzającemi ku zwiększeniu rozwoju polskiej marynarki, rozwinąłem akcję, mającą na celu 
stworzenie w Warszawie „Towarzystwa Przyjaciół Uczniów Szkoły Morskiej“. Poczynania moje uwieńczone już zostały pomyślnym wynikiem i oto dziś wieczór w mieszkaniu mojem przy ulicy Pięknej Nr. 57 odbędzie się bal morski, na który, jako prezes „Tow. Przyjaciół Szkoły Morskiej“, zaszczyt mam prosić pana i pańskich kolegów, będących w Warszawie. Jest obszerny salon, orkiestra zamówiona, bufet bezpłatny. Panienki też sprowadzę.
Admirał skończył, złapał oddech i, spojrzawszy mi pytająco w oczy, powtórzył: Panienki też będą.
Pan Alfjan, choć na pierwszy rzut oka wrażenia człowieka mądrego nie robił, jednak psychologiem był dobrym, o czem świadczyć może fakt powtórzenia i podkreślenia przez niego informacji o panienkach, mających być na balu.
I rzeczywiście, usłyszawszy o tem, zmieniłem natychmiast swoje mocne postanowienie, powzięte na początku dialogu z „admirałem“, nie zawierać z nim żadnej bliższej znajomości.
— Czy mówił pan o tym balu jeszcze komu z moich kolegów? — spytałem.
— A jakże, a jakże, zaprosiłem jeszcze czterech i mówiłem im, żeby przyprowadzili ze sobą jak najwięcej towarzyszy.
— Jakiż jest pański adres?
— Piękna Nr. 57. Niech pan koniecznie przyjdzie i przyprowadzi ze sobą wszystkich swoich kolegów.
— Bardzo dziękuję za zaproszenie, panie admirale, ale czy my się wszyscy pomieścimy… ja mam dużo kolegów…
— Już niech się pan nie boi, dla marynarzy u mnie zawsze się miejsce znajdzie.
— W takim razie przyjdziemy na pewno. Jeszcze raz dziękuję w imieniu swojem i kolegów. Do widzenia.
Uścisnąłem dłoń admirała i odszedłem.
Po paru chwilach jednak usłyszałem za sobą tętent biegnących nóg i wołanie:
— Marynarz, wróć! Marynarz, wróć!
Obejrzałem się. Przede mną stał zadyszany „admirał“.
— Zapomniałem panu powiedzieć — mówił przerywanym od szybkiego biegu głosem — że przed balem urządzamy maleńki koncert. Ja będę grał na skrzypcach, a panowie zaśpiewacie marynarskie piosenki i będziecie chodzić do taktu naokoło salonu. Dobrze? Do widzenia!
Przyłożył rękę do kapelusza i odbiegł truchtem.
— Dureń, czy idjota? — mruknąłem, zdziwiony do najwyższego stopnia.
Bawiąc po podróży na urlopie wypoczynkowym w Warszawie, utrzymywałem z kolegami ciągły kontakt, to też już o godzinie siódmej wkroczyliśmy w liczbie pięciu do bramy domu Nr. 57 przy ulicy Pięknej.
W Bramie zapukaliśmy do komórki dozorcy.
— Przepraszam, gdzie tu mieszka pan admirał Alfjan?
Tłusta, rozlewna stróżka o dobrodusznym wyrazie twarzy, wytoczyła się z drzwi na podwórze i, podparłszy się w boki, zmierzyła nas wesołem 
spojrzeniem.
— Nijaki tu admirał nie mieszka — rzekła — a panowie to pewno do tego sublokatora z pod trzydziestego, bo tam już potężna kupa marynarzy do
 niego poszła.
Drapiąc się po ciemnych, wąskich schodach, na górę, natknęliśmy się przed drzwiami mieszkania Nr. 30 na rzeczywiście „potężną kupę“ kolegów, siedzących na stopniach.
— Halt! — zawołał jeden z nich — nareszcie jesteście, my tu czekamy na was już od kwadransa. Trzeba sprezentować się „admirałowi“ w komplecie.
Towarzystwo, siedzące na schodach, huknęło śmiechem, co było jawnym dowodem niedowiarstwa ich w kwalifikacje admiralskie pana Alfjana.
— No, chodźmy już — rzekłem, naciskając guzik od dzwonka.
Za drzwiami dały się słyszeć kroki, i wkrótce, poprzedzona odgłosami odsuwanych rygli, stanęła przede mną jakaś szczupła staruszka i, obrzuciwszy nas podejrzliwem spojrzeniem, spytała, zwracając się do mnie:
— Panowie do kogo?
— My, proszę pani, do pana admirała Alfjana na bal.
Staruszka zmieniła się na twarzy, poczerwieniała ze złości i, złapawszy się rozpaczliwie za głowę, zawołała w głąb mieszkania tragicznym głosem:
— Słyszysz pan, panie Stanisławie? Znowu bal będzie! O, ja nieszczęsna kobieta!
Grzmot śmiechu moich kolegów runął wślad za dalszą litanją biadań i utyskiwań staruszki.
Z głębi mieszkania wyszedł młody człowiek lat około dwudziestu pięciu i zwrócił się do nas:
— Może panowie pozwolą na chwilę do mieszkania, bo muszę panom wyjaśnić to całe nieporozumienie z balem.
Weszliśmy. Małe, ubogie pokoiki mieszkanka bynajmniej nie zapowiadały hucznego „balu“ uczniów Szkoły Morskiej.
— Więc... panowie w jakiej sprawie?
Młody człowiek stał na środku pokoju i patrzał z niechęcią na „balowe“ towarzystwo.
— Powiedziałem już panu — odparłem, — że przyszliśmy na mający się tu jakoby odbyć bal, ale widzę, że to kawał, czy też nieporozumienie.
— Zaproszeni zostaliśmy przez jakiegoś pana, podającego się za admirała Alfjana.
— Tak — młody człowiek wstrząsnął niecierpliwie głową — muszę więc panów zawiadomić, że ów rzekomy admirał Alfjan, a mój brat, jest już od wielu lat chory umysłowo. Cały ten bal jest tylko wytworem jego chorej wyobraźni. Oczywiście, jest to mrzonka, tylko co do orkiestry, bufetu, sali balowej etc. goście stawią się w komplecie. Czuję, że jeszcze tu dużo panów przyjdzie. Zresztą nietylko panów, damy też będą, przecież zacny mój braciszek zbiera różne dziewki po ulicach od świtu do nocy już od dwóch tygodni, czyli od chwili zakończenia poprzedniego balu.
Młody gospodarz uśmiechnął się cierpko.
— Wtedy, proszę panów, był to „bal młodych marynarzy sygnalistów“. Bo trzeba wam panowie wiedzieć, że arcymiły brat mój urządza bale morskie regularnie co dwa tygodnie. W przerwie zaś zbiera składki dobrowolne, oraz ściąga podatek przymusowy (od domowników oczywiście) na budowę krążownika „Nadzieja“, na którym dureń ten ma być dowódcą. Krążownik ten już jest w budowie. Robota idzie sprawnie i gładko: stoły, krzesła i łóżko są już porąbane. Gdy pod ciosami siekiery legnie moja piękna dębowa szafa, wtedy, zdaje się, krążownik będzie gotów i można będzie przez czas jakiś odetchnąć.
— A o łodzi podwodnej pan zapomniał? — zawołała płaczliwym głosem stojąca za nami staruszka.
— O Boże, Boże — młody człowiek tragikomicznie machnął ręką — na śmierć zapomniałem, że rząd powierzył mojemu bratu budowę największej w świecie łodzi podwodnej.
Koledzy moi, którzy już od dłuższego czasu hamowali się, w miejscu tem huknęli potężnym śmiechem.
Zaśmiał się i gospodarz, tylko trochę ciszej i jakby przez grzeczność. Z oczu zaś jego wyzierała dławiona złość i rozpacz.
Wśród śmiechu nie słyszeliśmy, jak skrzypnęły drzwi, to też drgnęli wszyscy, gdy za nami odezwał się głos:
— Cześć, marynarze!
W drzwiach stał „admirał“ Alfjan, zaś ztyłu za nim widać było dość pokaźną gromadkę jakichś wymalowanych kobiet i podejrzanych indywiduów płci męskiej.
— Bardzo mi miło i bardzo przyjemnie — począł mówić pan Alfjan, przykładając rękę do serca — bardzo mi przyjemnie i ogromnie miło. Jak widzimy więc, cała załoga krążownika „Nadzieja“ stawiła się w komplecie na bal, który wydaje admirał Alfjan, stary, zasłużony komendant. Ogromnie mi miło i bardzo przyjemnie.
Nasza banda, która na chwilę zacichła, znów się zaczęła dusić ze śmiechu.
— My jesteśmy ze Szkolnego statku „Lwów“ — rzekł jeden — a nie z jakiegoś tam krążownika „Nadzieja“.
— To wszystko jedno — odparł z powagą pan Alfjan, wznosząc uroczyście palec do góry, — wierzajcie staremu wilkowi morskiemu, że to wszystko jedno. Jeśli tylko weźmiecie pod uwagę teorję Forela o rozmnażaniu się karpi, nie spuścicie oka z wagi trzyletniego wieloryba, oraz nie zaniedbacie obliczyć przyrostu nieślubnych dzieci na naszem wybrzeżu — dojdziecie do wniosku, że to wszystko jedno.
Potężny ryk i rechot były odpowiedzią na słowa „starego wilka morskiego“.
— Te, warjat! Nasyra! — rozległy się piskliwe, roześmiane głosy podmalowanych kobiet.
Młody człowiek, który rozmawiał z nami poprzednio, drgnął, zmarszczył brwi i energicznym krokiem podszedł do admirała.
— Proszę — rzekł głośno i stanowczo — proszę iść do swojego pokoju i zabrać tam gości. Bal się odbędzie w salonach reprezentacyjnych stoczni.
— A, tak, tak, naturalnie, że tak, — zatrwożył się pan Alfjan — oczywiście, gdzieżby indziej, w salach reprezentacyjnych… proszę… proszę… proszę bardzo do salonów… proszę za mną.
Ruszył przodem do przedpokoju, a za nim zaczęli się przepychać marynarze, posępni cywile z rękoma w kieszeniach kraciastych spodni i rozchichotana, zawadjacka gromada ulicznych dziewek. Staruszka gospodyni, patrząc na ten oryginalny pochód, przeraźliwie pobladła i przycisnęła mocno do piersi woreczek z pieniędzmi, leżący na krześle.
„Admirał“ wprowadził nas do „salonów reprezentacyjnych stoczni“.
Klitka, do której wprowadził nas pan Alfjan, nie to że salonu, ale nie przypominała nawet pokoju mieszkalnego. Była to poprostu kuchnia, o czem świadczył wielki piec kuchenny, stojący w rogu i zajmujący jedną trzecią przestrzeni tej komórki.
Na piecu tym, wśród szczap i wiórów drzewnych, stał jakiś stwór bezduszny, sklecony z desek i patyków.
Tylko wprawne oko marynarza mogło tę bezkształtną masę materjału opałowego uznać za niedokończony model kadłuba pękatego, ale to bardzo pękatego statku. Na dziobie tej nędznej imitacji modelu widniał napis, uczyniony czerwoną farbą: „Nadzieja“.
Oprócz pieca i krążownika „Nadzieja“ w pokoiku znajdowało się jeszcze małe, szczupłe łóżko polowe i, co zwróciło ogólną uwagę, wielki drąg, wetknięty w szparę podłogi, a sięgający niskiego sufitu.
Tuż pod sufitem, na drągu dyndał się na podobieństwo flagi brudny, poplamiony ręcznik.
Wszystko to stanowiło cały, martwy inwentarz „salonów reprezentacyjnych stoczni“.
„Admirał“ robił honory pana domu.
Posadził damy na łóżku, a nas i owych rzezi
mieszków w kraciastych spodniach poustawiał pod 
ścianami.
Tłok się uczynił przeraźliwy, część towarzystwa
 zostać musiała na korytarzu z powodu braku miejsca.
Gospodarz wystąpił na środek i zasalutował:
— Cześć marynarze! Dzień dobry przyjaciółki i przyjaciele „Szkoły Morskiej“!
Rozległ się grzmot śmiechu.
— Servus, głupi, jak się czujesz! — wrzasnął ja
kiś cywil, huknąwszy admirała pięścią między łopatki.
— No, no, proszę, proszę — skrzywił się „admirał“ — proszę o spokój.
Wytworne towarzystwo na chwilę zamilkło.
Pan Alfjan przeczekał, aż przebrzmiały ostatnie, 
 słaboperliste, mętne kaskady śmiechu podejrzanych 
dziewoj, siedzących na łóżku i, poprawiwszy oku
lary, wzniósł uroczyście rękę do góry:
— „Marynarze, bracia moi i wy, przyjaciele marynarzy, zebrałem was tutaj, aby zapoznać z postępem robót polskiego krążownika „Nadzieja“. Oto on. Krążownik „Nadzieja“. Pracuję już nad nim pięć 
lat, rąk nie pokładając, nie sypiając po nocach i nie dając sobie ani chwili odpoczynku. Dużo on mnie 
trudów i pieniędzy kosztował, wydałem już na niego
 30 złotych.
— Łżesz, bracie — przerwał w tem miejscu
 młody człowiek, stając w drzwiach pokoju — dwa
 stoły, trzy krzesła i łóżko, któreś porąbał, kosztowały, zapewniam cię, dużo więcej, niż 30 złotych.
Znów runęła salwa śmiechu.
— Sz... szszsz... sz... ciszej, ciszej, proszę — zaczął uspokajać gości „admirał“ — marynarze, ciszej, bo postawię pod karabin.
— „Otóż, załogo moja — zaczął mówić znowu —
 widzicie, że wydatki i praca nie poszły na marne, 
kadłub już jest na ukończeniu, nadpis wykonany
 tak, że za rok niecały spodziewam się dokonać uroczystego spuszczenia mojego krążownika na morze. 
Odbędzie się to przy salwach armatnich. Wy stano
wić będziecie załogę...“
— No, dziękuję serdecznie — odezwał się jeden
 z kolegów — ja się tam na to nie piszę, jeszcze mi
 życie nie obrzydło!
Rozległ się tłumiony śmiech.
— Dlaczego? Dlaczego? — zaperzył się „admi
rał“. Dlaczego nie chcecie? Dlaczego nie chcecie
 służ...
Przerwał w połowie słowa, przymknął oczy i zaczął nasłuchiwać.
Skądś z głębi mieszkania dał się słyszeć dźwięk 
zegara, wybijającego godzinę ósmą.
Usłyszawszy ten głos, pan Alfjan jednym, potężnym susem dopadł drąga z zawieszonym na nim
 ręcznikiem i zapomocą sznurka, przypominającego
 w działaniu flaglinę, ściągnął nadół ową brudną
 szmatę-ręcznik.
Dokonawszy tego, zwrócił się do nas:
— Ósma godzina — rzekł — opuszczenie ban
dery.
W tem miejscu powstał taki śmiech, gwałt i tumult, że, obawiając się udaru z powodu paroksyz
mów śmiechu, złapałem pod rękę jednego z kolegów i razem z nim, rycząc i wijąc się w konwulsjach, 
 wytoczyliśmy się na schody.
Idąc już ulicą, nie mogliśmy powiedzieć do siebie 
słowa, a po policzkach naszych spływały łzy — łzy śmiechu.
— Nie będę już chodził do „Qui-Pro-Quo“ — rzekłem, żegnając się z koleżką — wolę iść do admirała Alfjana.
Ów ryknął śmiechem, strzepnął rękoma i w pod
skokach pobiegł do domu.
Przed wyjazdem do Szkoły Morskiej danem mi
 było zobaczyć się jeszcze raz z „admirałem“.
Jak i za pierwszym razem, spotkałem go na ulicy.
 Był czegoś markotny, a za szybami okularów, 
 w krótkowzrocznych oczach jego malował się smutek jakiś, rozpacz nieomal.
— Chodźmy do mnie — rzekł, biorąc mnie pod
 rękę — nudzi mi się dzisiaj — pogawędzimy trochę.
W małej izdebce „admirała“ siedziałem do późnej nocy. Milczałem. Mówił admirał.
Obłąkana to była mowa. Głosem cichym, smutnym, przerywanym od bolesnego kaszlu, „admirał“ 
opowiadał o morzu i miłości. Znał morze i znał miłość. W bezsensowych bełkotach jego było tyle 
prawdziwych, żywością tchnących obrazów morza, 
tyle uwielbienia dla tych płaszczyzn bezmiernych
 wód zimnych, z błękitem nieba się stykających, tyle
 odczucia rytmu melodji wichrów burz morskich, że 
nie było wątpliwości. Pan Alfjan znał morze.
Później mówić począł o miłości. Miłość poznał
 również. Nieszczęśliwą miłość. Znał, czuł wszystkie
 jej porywy, wzloty i upadki, sercem wyczuwał jej 
ciepłe, żarem tchnące tętno. Znał, głęboko w obłąkanej swej duszy miał wyryte oczy miłości. Błękitne
 one były, błękitne, jak wody mórz i tak samo zimne 
i okrutne.
I tak samo, jak nawałnice oceanów, znał burze 
miłości.
Niektórych te burze hartują, niektórych łamią.
„Admirała“ złamały. Świadczyła o tem uboga, 
ciemna izdebka, świadczył niedokończony, pękaty
 kadłub krążownika „Nadzieja“, brudna flaga-ręcznik
 na drągu, i same biedne, obłąkane oczy pana Alfjana.
Późno już było, gdym pożegnał „admirała“. Daliśmy sobie nawzajem adresy i ja obiecałem choremu prowadzić z nim korespondencję.
Wychodząc, natknąłem się w przedpokoju na 
młodego człowieka, brata pana Alfjana. Ten poprosił mnie na chwilę do salonu.
— Bardzo przepraszam, że pana zatrzymuję —
 rzekł — ale mam do pana interes, maleńką prośbę, 
 mam nadzieję, że pan nie odmówi?
— Słucham.
— To chodzi o niego — młody człowiek kiwnął głową w kierunku kuchenki „admirała“ — widzi pan, te ustawiczne „bale morskie“ zaczynają już nużyć i mnie i gospodynię. Zwracam się więc do pana 
z prośbą, żeby był pan tak dobry wytłumaczyć ko
legom, że uczęszczanie ich na zwarjowane imprezy
 chorego człowieka są ciężarem dla niego samego i dla otoczenia. Jeśli marynarze nie przyjdą, brat nie 
przyjmie gości cywilnych, i przez to samo okropne te bale nareszcie się skończą. Osądź pan sam, czy kilka takich zabaw, jak ta, na której pan był, nie mogą obrzydzić życia człowiekowi, mieszkającemu z tym manjakiem pod jednym dachem? A zresztą — młody człowiek poruszył się niecierpliwie — to nawet nieludzkie. Przez cały ten czas chory człowiek jest pośmiewiskiem swych gości. Pan sam widział przecież. On tylko pozornie pragnie tych zabaw, w gruncie rzeczy sprawiają mu one niewypowiedzianą przykrość, gdyż zawsze marynarze dają mu odczuć dotkliwie, że nie jest on tem, czem chciałby być. Zawsze okrutnie i po grubjańsku mówią mu mniej więcej tak: „Durniu jeden, jesteś zwykłym warjatem, a nie żadnym admirałem“. Panie, żeby pan wiedział, jakie to przykre dla niego! Zwykle po takim balu, gdy się goście rozejdą, brat siada na łóżku i płacze.
— To jest bardzo nieszczęśliwy człowiek, proszę pana. Niech pan siada, opowiem panu o nim trochę. Ciekaw pan jest zapewne, jakie są przyczyny jego szaleństwa? Dwie są przyczyny, proszę pana, morze i miłość. Każde zosobna bezwzględnie nie uczyniłoby z niego tego, czem jest on obecnie. Ale złączywszy się razem, dwa te motywy zadały śmiertelny cios jego rozsądkowi.
— „Od lat dziecinnych brat mój pragnął być marynarzem. Gorąco pragnął. Wprost nie wyobrażał sobie stałego życia na lądzie. Rwał się do morza. Z biegiem czasu pociąg ten stał się tak silny, że przeszedł nieomal w manję. Bredził morzem. Ach nie, nie myśl pan, proszę, że już wtedy zaczął być nienormalny. Broń Boże! Było to tylko jakieś ponad zwykłą miarę silniejsze pragnienie. Nic poza tem. Jakaś tęsknota, jaką odczuwa, dajmy na to, dziki człowiek, porwany z dziewiczych puszcz i uwięziony w mieście.
U brata mego było oczywiście uczucie innego nieco rodzaju, gdyż urodził się on i wychował na lądzie stałym, daleko nawet od morza. Tutaj był to raczej jakiś rozrosły do gigantycznych rozmiarów atawizm. Przynajmniej ja to tak sobie tłumaczę. Bo widzi pan, wszyscy przodkowie nasi byli marynarzami.
Pragnął więc brat gorąco zostać marynarzem. Pragnienie to spotęgowało się jeszcze stokrotnie, gdy zakochał się po raz pierwszy. Ukochana jego też miała bzika na punkcie morza.
Oczywiście, w innym zupełnie kierunku szły jej pożądania. Pragnęła mieć męża marynarza.
Tak też powiedziała Alfjanowi. Jeśli będzie marynarzem, zostanie jego żoną.
Zdawałoby się, że wszystko zapowiada się jak najlepiej. Ona chciała widzieć Alfjana marynarzem, stokroć więcej pragnął tego on sam.
Płynęły lata, brat kończył gimnazjum, i nikt z nas nie przeczuwał okropnego uderzenia losu, którego jednak spodziewać się należało i zawczasu mu zaradzić.
Sedno nieszczęścia, proszę pana, leżało w pewnej wadliwości organizmu mego brata, odziedziczonej po matce. Matka nasza była krótkowzroczna. Wada ta w latach dziecinnych mego brata nie występowała wcale. Poprostu, mając słaby wzrok, nie odczuwał tego. Na początku zresztą było to bardzo małe osłabienie ostrości wzroku. Później wszelako, przygotowując się intensywnie do egzaminów maturalnych, ślęcząc nocami nad książką, byle tylko zdać egzamin i prędzej zrealizować marzenia lat dziecinnych, wstąpić do Oficerskiej Szkoły Morskiej — popsuł doreszty wzrok.
I oto, gdy z szaloną radością w sercu, że nareszcie zaczynają się ziszczać sny jego młodości, stanął na badanie przed lekarską komisję morską, zapadł druzgocący wyrok: niezdolny do służby morskiej z powodu krótkiego wzroku.
Zrozpaczony, złamany nieszczęściem, napół już obłąkany od bólu, wrócił do domu i tu czekał go drugi zabójczy cios: kobieta, którą kochał nad życie, dowiedziawszy się, że Alfjan nigdy nie będzie marynarzem, zerwała z nim na zawsze.
Tego uderzenia losu nie przetrzymał już jego biedny, znękany, nieomal od kołyski myślą o morzu trawiony umysł — Alfjan zwarjował. Na drugi dzień po zerwaniu z narzeczoną znikł z domu. Sądziliśmy początkowo, że popełnił samobójstwo, ale gdy minęło pięć lat i rodzice, straciwszy wszelką nadzieję odzyskania syna, zmarli, pogrążeni w smutku, — Alfjan wrócił. Wrócił chory na suchoty. Z nieprzytomnych, obłąkanych opowiadań jego wywnioskowałem, że przez szereg lat poniewierał się na jakimś statku rybackim mórz północnych jako kucharz. Tam też, w zetknięciu się z surową przyrodą północy, organizm jego, i tak słaby, zrujnował się doszczętnie i nabawił suchot. Poprzez wielki smutek jego przebijała nowa, wesoła, szalona myśl — był admirałem.
Chorobliwy ten wytwór jego umysłu podtrzymywał go na duchu, umilał życie. Wierzył święcie, że jest admirałem, i każde ostre, realne, okrutne zaprzeczenie tego, napełnia go smutkiem, rozpaczą.
Natychmiast po powrocie ustawił w pokoju swoim ten maszt, który pan widział, i zawsze o świcie wciąga nań ów brudny ręcznik-flagę, imitując podniesienie bandery, jak to jest tradycyjnie przyjęte na pokładach okrętów. Pan wie zresztą!
Rozpoczął też budowę krążownika „Nadzieja“, która się już ciągnie od wielu lat, pochłaniając wielkie sumy pieniędzy i meble domowe… Budowa krążownika tego nie dobiegnie jednak, zdaje się, do końca, gdyż stan zdrowia brata mego pogarsza się coraz bardziej, suchoty postępują i teraz już dni jego są policzone“.
Młody człowiek skończył i otarł nieznacznie łzę.
— Szkoda mi go — rzekł głucho — tem bardziej, że nie byłem zawsze sprawiedliwy i dobry dla niego. Traktuję go źle, trzymam w kuchni, pieniędzy nie daję. Ale też mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, że sam się znajduję w ciężkich warunkach materjalnych i nie mogę go umieścić w zakładzie. Sam zaś nie mam tyle cierpliwości, by łagodnie i bez szemrania znosić jego szaleńcze imprezy.
— Pan wybaczy — młody człowiek zerwał się z krzesła — zagadałem się i zatrzymałem pana. Bardzo przepraszam!
Żegnając się, prosiłem młodego człowieka o pozwolenie odwiedzenia chorego w czasie następnego urlopu.
— Ależ proszę bardzo, proszę bardzo — odrzekł uprzejmie — będzie to nawet wielką ulgą dla mnie — gdyż przynajmniej przez czas pańskiej wizyty będę pewny, że nie porąbie kredensu lub jakiej szafy.
Wychodząc już na ulicę, słyszałem z kuchenki „admirała“ dźwięk piły i stuk młota. To budował się krążownik „Nadzieja“.
Wyjechawszy do Szkoły Morskiej, prowadziłem korespondencję z panem Alfjanem.
W listach jego, listach upiornych, nieprzytomnych, jak refren jakiś straszliwy, przewijały się ciągle dwa motywy: morze i miłość, miłość i morze. Kojarzyły się ze sobą, łączyły nierozerwalnie. W ostatnich swych listach donosił, że czuje się niezdrów, a to z powodu „morskiej choroby, na którą, jak wiadomo, zapadał nawet admirał Nelson…“
Po ponownym przyjeździe do Warszawy byłem z kolegami u pana Alfjana.
Trafiliśmy akurat na „bal młodych marynarzy torpedystów“. Wśród wrzawy, śmiechu i dzikich okrzyków, brzmiał cicho i jakby nieśmiało, bolesny, z trudem hamowany kaszel „admirała“. Poznaliśmy wówczas, jaka to „morska choroba“ trawiła pana Alfjana.
Skończył się urlop i poszliśmy w długie, półroczne pływanie.
„Admirał“ śledził widać bacznie kurs, jakim płynął „Lwów“, gdyż w każdym nieomal porcie, gdzie zarzucaliśmy kotwicę, czekał na nas list od pana Alfjana.
Ze zdrowiem jego było coraz gorzej. Uporczywa „morska choroba“ zwaliła go z nóg i pan Alfjan leżał w łóżku.
Bale jednak, pomimo złego stanu zdrowia organizatora, odbywały się regularnie co dwa tygodnie.
Budowa krążownika „Nadzieja“, mimo energicznych sprzeciwów brata „admirała“, też postępowała naprzód. Codziennie o wschodzie i zachodzie słońca bandera podnosiła się i opadała na maszcie.
„Nie można się poddawać chorobie — pisał pan Alfjan — prawdziwy marynarz do ostatniego tchu powinien stać na stanowisku i usunąć się dopiero wtedy, gdy śmierć swą kościstą rękę położy na jego oczach…“
A śmierć już wyciągała swą kościstą rękę, by zamknąć na wieki biedne, krótkowzroczne oczy „admirała“.
Gdy po skończonej podróży przyjechaliśmy na urlop, znaleźliśmy pana Alfjana w agonji.
— Ciszej panowie — rzekł młody człowiek, otworzywszy nam drzwi — brat umiera.
Ostrożnie, na palcach weszliśmy do izdebki „admirała“.
Na małem, wąskiem łóżku polowem, leżał chory. Bladożółta, wynędzniała twarz z zamkniętemi oczami spoczywała na małej, brudnej poduszce; cienkie, zakrzywione w szpony palce rąk, przebierały po kołdrze do taktu jakiejś brzmiącej mu w duszy melodji.
Na szmer naszych kroków chory otworzył oczy i uniósł zlekka głowę.
— A, bardzo mi przyjemnie i ogromnie miło — rzekł słabym, ledwo dosłyszalnym głosem — jak widzimy więc, cała załoga krążownika „Nadzieja“ przyszła pożegnać się z umierającym, starym admirałem.
Uśmiechnął się słabo i opadł na poduszkę.
Światło małej lampki naftowej rzucało wokoło ponure cienie, i ciemna sylwetka krążownika „Nadzieja“, odbita na ścianie, zdawała się drgać i ożywiać.
Usiedliśmy obok łóżka na krześle.
— Jakże się pan czuje, admirale? — spytał jeden z kolegów.
— Nieszczególnie, nieszczególnie — odrzekł chory, nie otwierając oczu — morska choroba, przyjaciele moi, to rzecz bardzo niebezpieczna, bardzo niebez…
Pan Alfjan przerwał. Twarz jego przybrała skupiony wyraz. — O Boże! — jęknął.
Strasznym wysiłkiem przezwyciężywszy słabość, siadł na łóżku.
— To okropne — zawołał — to straszne! Słyszycie?! Słuchajcie wszyscy!
Gdzieś z głębi mieszkania doleciał nas głos zegara, wybijającego godzinę dziesiątą.
— To straszne — jęczał „admirał“ — to okropne, takie zaniedbanie. Już dawno minęła godzina ósma, a bandera jeszcze nie opuszczona!
Idąc za wzrokiem chorego, spojrzeliśmy wgórę. Rzeczywiście na drągu pod pułapem wisiał niezdjęty, brudny ręcznik.
— To straszne — mówił „admirał“ przerywanym głosem — takie zaniedbanie. Od wielu, wielu lat pierwszy raz mi się coś podobnego zdarzyło. A tak to zawsze, wierzajcie mi, zawsze… o wschodzie i o zachodzie… straszne… straszne…
Opadł na pościel i zaczął charczeć.
Siedzieliśmy, nasłuchując cichego tykania zegara i przerywanego, świszczącego oddechu chorego.
Mijały minuty, kwadranse i godziny.
Sądząc ze śmiertelnej bladości, pokrywającej twarz, coraz szybszego ruchu rąk po kołdrze i coraz bardziej przerywanego oddechu, biednemu „admirałowi“ robiło się coraz gorzej i końca należało się spodziewać lada chwila.
Około godziny trzeciej w nocy umierający raptownie drgnął i siadł na łóżku.
W szeroko rozwartych oczach jego malowało się przerażenie.
— Idzie już, idzie — zaszeptały jego blade, wykrzywione usta — idzie już, idzie — śmierć.
Twarz się skurczyła w potworny, grozą przejmujący grymas, chuda ręka z wyciągniętym palcem wskazywała naprzód.
— Załoga krążownika „Nadzieja“, baczność! — krzyknął z całych sił — śmierć tam! Odległość osiem tysięcy metrów! Poprawka — trzy setne w prawo! Ognia! Jeszcze raz, ognia! Salwami! Prędzej! Prędzej! Już idzie! Idzie! Porywa! Załoga! Na pomoc!
Okropny krzyk zamarł mu w krtani. „Admirał“ osłabł i ciężko opadł na łóżko.
W ciszy, jaka zapadła, ze zgrzytem i świstem wylatywał oddech z jego zaciśniętych w śmiertelnym skurczu zębów.
Chwil parę chory leżał spokojnie. Raptem ustał świszczący oddech, i „admirał“ znów otworzył oczy. Tym razem w rozszerzonych nienaturalnie, krótkowzrocznych źrenicach umierającego malowała się bezgraniczna radość i zachwyt.
— Morze… — dał się słyszeć słaby, przerywany szept — widzę ciebie, morze bezmierne. Widzę Twe płaszczyzny rozległe wód modrych, biel śnieżną twych pian widzę. Lazury niebios, okrywających ciebie, nad sobą czuję. Twe fale, w księżyca poświacie stalą lśniące, widzę. Sznury pagórków wodnych, woddali za widnokręgiem ginących widzę. Czuję, rozumiem ich rytm tajemny, słyszę ich szmer cichutki, gdy łagodnie piasek wybrzeży pieszczą bielą pian. I wichry morskie słyszę, pieśń swą odwieczną nucące. I krzyki żałosne mew słyszę. Czemu tak żałośnie zawodzicie, mewy białopióre? Czy orkan straszliwy idzie z zachodu? Czy tajfun z południa zagładę niesie? Czy wiatr północny burzę ciemną rozpęta? A może śmierć czujecie, mewy? Powiedzcie, mewy białopióre!
Szept stawał się coraz słabszy, zacichał coraz bardziej.
Monotonnie tykający zegar odliczał ostatnie minuty życia „admirała“.
Poruszyły się jeszcze stygnące już usta umierającego. Słów słychać nie było; z samego tylko ruchu bladych śmiertelnie warg można było zrozumieć ich znaczenie.
— Morze, morze moje umiłowane — drgały napół martwe wargi — kochałem ciebie zawsze, od lat swych dziecinnych kochałem, kocham teraz i kochać będę zawsze. Kocham twe fale szumiące, pieniste, po których od dalekiego, z pochmurnem niebem stykającego się widnokręgu, idzie do mnie śmierć. Po pienistych, białośnieżnych, szumiących grzbietach pian idzie śmierć… śmierć…
Drgnęły po raz ostatni blade wargi i znieruchomiały.
Znieruchomiały na wieki.
Podszedłem do masztu z zawieszonym na nim brudnym ręcznikiem i opuściłem go do połowy wysokości drąga.
Spojrzałem na kolegów. Stali na baczność.
Pierwsze promienie słoneczne wstającego dnia wdarły się do ubogiej izdebki, oświetliły niedokończony, pękaty kadłub krążownika „Nadzieja“, wybieliły brudny ręcznik-banderę, opuszczony na znak żałoby do połowy masztu, i ześlizgnąwszy się po łóżku na twarz zmarłego, złożyły cichy pocałunek na krótkowzrocznych, na wieki zamkniętych oczach „Admirała“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.