Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W nocy, gdy ciało męczennika skuwał dobroczynny sen, do hamaku jego podkradali się koledzy z nożami w ręku i podcinali liny, na których był on zawieszony.
Norecki leciał wraz z pościelą głową wdół, hałas czyniąc przeraźliwy, za co ściągał na siebie potoki wymysłów obudzonych i celne uderzenia ciężkich butów, rzucanych w ciemności w jego kierunku.
Po strasznej, upiornej nocy, podczas której ręka „owieczki“ cały czas była kurczowo zaciśnięta na żelaznym pręcie jagsztagu przy pułapie, aby za następnem podcięciem znów nie potłuc sobie gnatów, następował dzień z jego kąpielami pod szlauchem, chodzeniem przez saling, opukiwaniem rdzy w triumie i lataniem z kociołkami do kuchni, a wszystko wśród wrogich spojrzeń i pogardliwych okrzyków kolegów.
Do djabła! Aż dziw brał czasami, że człowiek potrafi to wszystko znieść i nie powiesić się na grot-bom-bram-rei na dobrze wysmarowanej mydlikiem lince.
Mijał czas, log wycykiwał setki i tysiące przebytych mil, a położenie Noreckiego nie poprawiało się, wprost przeciwnie, pogorszało się coraz bardziej. Chudł, mizerniał, stawał się nerwowy, owcze oczy