Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jego zatraciły swój smutny wyraz, natomiast upodobniły się do obłąkanych strachem ślepiów zewsząd ściganego zwierza.
Ciągłe życie z kolegami na stopie wojennej zmuszało go do takich świństw i podłości, na które nie odważyłby się najbardziej popularny członek załogi.
Norecki stawał się arogancki i zuchwały. Owieczka przeistaczała się czasem w żmiję i to nawet w dość jadowitą żmiję.
Postępowanie takie pogorszało jeszcze bardziej jego położenie, a gdy razu pewnego, już w drodze powrotnej do Polski, Norecki w sprzeczce uderzył w twarz kuchcika, wybuchł wśród załogi bunt, który nie wiadomo, jakie pociągnąłby skutki dla Noreckiego, gdyby nie interwencja komendanta, broniącego tej ofiary od prześladowań, pomimo całej swej do niego niechęci.
Została za rufą Madera, wyspy Azorskie uszły w słoneczną dal, i „Lwów“ zbliżać się zaczął do brzegów Francji.
Stosunki z Noreckim stawały się coraz bardziej naprężone. Komendant z niepokojem śledził przebieg całej sprawy, a gdy wybuchły jeszcze dwa groźne rozruchy przeciwko Noreckiemu, zwołał do uczniowskiej kajuty nawigacyjnej trzeci kurs i w prze-