Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oto, gdy Norecki uciekł ze statku, na morzu Północnem i w kanale La Manche rozszalała się burza, która nie pozwalała nam opuścić portu. Nawet żywioły sprzysięgły się przeciwko owieczce.
Mijał czas i Norecki, zjadając powoli swoje osiem pozostałych po kupnie ubrania dolarów, skonstatował dnia pewnego, że mu już nie wystarczy pieniędzy na przejazd koleją do Paryża.
Wówczas z rozpaczą w sercu i przekleństwem na ustach najął w porcie łódkę i kazał się odwieźć na pokład „Lwowa“.
Łatwo sobie wyobrazić, jaka szalona radość zapanowała na statku, gdy łódź z Noreckim przybiła do trapu.
Załoga cała wyległa na pokład, szczerząc zęby z uciechy na myśl o całych serjach szykan, któremi się spodziewano przywitać dezertera. Stało się jednak inaczej.
Oto Norecki po wejściu na pokład stanął przed obliczem wszechwładnego komendanta.
Komendant zmarszczył brwi.
— Norecki, gdzie byliście przez ten cały czas? — spytał surowo.
Dezerter zbladł i zapomniał ze strachu języka w gębie.
— No, odpowiedzcież mi, gdzie byliście tak długo?