Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


coś z jedzenia, ale nie dużo, gdyż pieniądze oszczędzać musiał na kolej i na drogi pobyt w Paryżu.
Spodziewał się, że, gdy przyjdzie nad morze około szóstej godziny wieczór, „Lwów“ ukaże mu się już tylko, jako plamka na horyzoncie. Jakież było jego zdziwienie i zmartwienie, gdy, przyszedłszy na molo, ujrzał swój statek, stojący twardo na kotwicach i nie zdradzający najlżejszych nawet zamiarów rozwinięcia żagli.
— Może nie mogą narazie wyciągnąć kotwic i tak, jak w Ponta Del Garda, wyruszą jutro — pomyślał zasmucony dezerter, układając się do snu na piasku pod swoją wywróconą szalupą.
Nazajutrz jednak „Lwów“ ukazał się znów oczom jego na swojem starem miejscu.
— Jutro już odkotwiczą się na pewno — pocieszała się „owieczka“, czując, jak szpony głodu szarpią jej wnętrzności.
Jednak i ta nadzieja zawiodła i pomimo bardzo dokładnych obserwacyj Norecki nie dojrzał na fokmaszcie „Lwowa“ bandery, coby oznaczało rychły odjazd statku.
Piątego dnia ucieczki nienawistny „Lwów“ sterczał przed obłąkanemi z rozpaczy oczami Noreckiego, szóstego i siódmego dnia nie ruszył się z miejsca. Stanowczo szczęście nie sprzyjało dezerterowi.