Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miar przeczekać gdzie w ukryciu, aż „Lwów“ odpłynie z Francji, a później pojechać pociągiem do Paryża, do ambasady polskiej i zameldować tam, że został wypadkiem w Cherbourgu, podczas gdy statek jego odpłynął.
Oczywiście, ambasada zaopiekowałaby się nim i odesłałaby go pociągiem do Polski wprost w ramiona kochającej i stęsknionej mamusi.
Tak też Norecki uczynił.
Gdy tylko szalupa, która przywiozła go na ląd, odpłynęła od mola, dezerter udał się do oberży „Matelot“, gdzie wśród marynarzy przewijały się najprzeróżniejsze męty portowe Cherbourga, i tam od jakiegoś oberwańca kupił za dwa dolary cywilne ubranie i czapkę; strój ten przywdział na miejscu, w knajpie, schowawszy się za szynkwasem, na który to wyczyn, urągający moralności publicznej, pozwolił mu oberżysta za drobną opłatą pięciu franków.
Już jako cywil pomaszerował do parku miejskiego i tam cały dzień zabawiał się ze sobą w dolce far niente, czyli w słodkie nicnierobienie; grę tę Norecki lubił ogromnie.
Gdy mrok zapadł, dezerter udał się nad brzeg morza i tu, schowawszy się pod jakąś wywróconą do góry dnem szalupę, noc spędził. Zrana znów poszedł do parku, po drodze przetrąciwszy cośnie-