Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


układ pomiędzy całą załogą, że każdy poszczególny jej członek dołoży wszelkich starań i będzie robił wszystko, co tylko leży w jego mocy, aby Norecki po odbyciu swej kandydackiej podróży wystąpił dobrowolnie ze Szkoły Morskiej.
Pierwsze kroki poczynione w tym kierunku umocniły wszystkich w postanowieniu.
Zaczęło się od tego, że już podczas postoju „Lwowa“ w Gdyni buchnięto Noreckiemu przesyłkę z prowjantami, któremi kochająca mamusia zaopatrzyła synka, udającego się w długą, kilkomiesięczną podróż.
Rarytasy te spożyto gremjalnie wśród krzyków i śmiechu w obecności pokrzywdzonego.
Spodziewano się strasznego gniewu, wymysłów, potężnych, wielopiętrowych przekleństw, od których dreszcz po skórze przechodzi i własna matka staje się na czas jakiś istotą dziwnie obcą i nienawistną, a tymczasem stało się coś, co nie zdarzało się nigdy od dnia założenia Szkoły Morskiej.
Gdy ostatni kęs wspaniałego tortowego ciasta znikł w czeluściach jamy ustnej największego żarłoka załogi, Norecki wybuchł płaczem.
To już komentarzy nie wymagało; zjadacze i widzowie rozeszli się w milczeniu, i od dnia tego z oczu całej załogi patrzała na Noreckiego bezbrzeżna,