Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mowie swojej o stosunkach kolegów do Noreckiego oznajmił, że za życie Noreckiego czyni odpowiedzialnym cały trzeci kurs.
Oznajmienie to było bardzo, ale to bardzo na czasie, bo czuli wszyscy, że, jeżeli w dniach najbliższych nie zajdzie coś, co rozpędzi gromadzące się nad głową Noreckiego chmury gniewu kolegów, to dalsze losy jego mogą być tragiczne.
I to „coś“ wydarzyło się wreszcie, usunąwszy aż do końca podróży sprawę Noreckiego z pola zainteresowań załogi.
Pierwszego dnia po zakotwiczeniu się w Cherbourgu wszyscy urlopowani pojechali na ląd do miasta. Dnia tego wszystkie prawie posiadane przez załogę pieniądze spłynęły w potokach wina, przebrzmiały w dźwiękach orkiestry „Café de Paris“, oraz poszły z dymem podłego francuskiego tytuniu.
To też dnia następnego zaledwie połowa dwóch wolnych wacht wyszła na ląd, a gdy nastąpił dzień piąty postoju „Lwowa“ w Cherbourgu, na szalupach, idących do mola, znalazło się wszystkiego czterech czy pięciu chętnych wstąpienia na stały ląd.
Później ze statku nie odjeżdżał już nikt, chyba komendant w sprawach służbowych.
Dopiero na dzień przed odpłynięciem „Lwowa“