Na pokładzie Lwowa (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


JERZY SZARECKI
NA POKŁADZIE

„LWOWA“
WARSZAWA — 1929

TOWARZYSTWO WYDAWNICZE „RÓJ“

DRUKARNIA NARODOWA W KRAKOWIE






Ojcu memu
poświęcam
WSTĘP
UCIECZKA
Gdańsk. Neugartenstrase Nr. 53 JWP. Zygmunt Fonberg.

Kochany Zydziu!
Zdumieniem wielkiem napełni się zapewne Twoje szlachetne serce, gdy po otworzeniu tej koperty, adresowanej do Ciebie, znajdziesz w niej drugą kopertę, zaadresowaną do „JWP. Pułkownika dr. Bolesława Szareckiego, Warszawa, ul. Mokotowska Nr. 49. m. 5.“ Zdziwisz się, czy nie? A może sam się domyślisz, o co chodzi? — Wiem wprawdzie, żeś bystrością umysłu nigdy nie grzeszył, ale w tym prostym wypadku życiowym wystarczy Ci chyba ta homeopatyczna doza inteligencji, którą posiadłeś, przebywając często w mojem towarzystwie. He, Zydziu?
Nie chcę Ci zresztą pisać gorzkich słów prawdy i jątrzyć niezagojone rany, teraz zwłaszcza, gdy mam zamiar prosić Cię o wyświadczenie mi wielkiej przysługi.
Słuchaj, Zydziu — tę kopertę, adresowaną do mojego papy, bądź łaskaw wrzucić do skrzynki pocztowej u siebie w Gdańsku. I to natychmiast. Idź już i wrzuć. Doczytasz później. Czyś już poszedł? Idźże prędzej, synu Ali Baby i czterdziestu rozbójników!
Przekonany jestem głęboko, żeś jeszcze nie poszedł, a sterczysz w miejscu, jak kołek, i czytasz dalej.
— No, trudno — zawsze byłeś uparty i robiłeś mi na złość.
Żeby Cię żądze ciekawości nie kąsały i żebyś wykoncypował sobie nareszcie, o co chodzi, podaję Ci treść mojego listu do ojca:
„Kochany Ojcze! Gdy czytać będziesz ten list, ja znajdować się już będę zapewne na pokładzie statku, idącego na morza dalekie. Pamiętasz zapewne naszą ostatnią rozmowę o wstąpieniu mojem do Szkoły Morskiej, gdyś oświadczył kategorycznie, że nigdy nie dopuścisz do tego, by syn Twój był marynarzem. Że o innej dla mnie myślałeś karjerze, że chciałbyś, bym został prawnikiem, inżynierem, dyplomatą, księdzem chociażby, zaś nigdy marynarzem!
„Ja kocham morze i bez niego obyć się nie mogę. Proszę Cię więc gorąco o pozwolenie wstąpienia do Szkoły Morskiej.
„Za dwa dni zatelefonuje do Ciebie mój pośrednik i zapyta, czy zgadzasz się, czy nie.
„Jeśli się zgodzisz, wracam natychmiast do domu. Jeżeli zaś odpowiedź będzie odmowna, to, wybacz, statek, na który się zaciągnąłem, odpłynie za tydzień, a razem z nim odpłynę ja.
„Wtedy już zobaczymy się nieprędko.
„Jeszcze raz proszę Cię bardzo o pozwolenie wstąpienia do Szkoły Morskiej.

Gorąco kochający Cię syn Jurek“.

„P. S. Pośrednik, który będzie do Ciebie telefonował, natychmiast po otrzymaniu odpowiedzi zadepeszuje do mnie“.
— No co, Zydziu, zrozumiałeś wreszcie? Może jeszcze nie wszystko dostatecznie jasne dla Ciebie?
Pewien jestem, że nie rozumiesz, po kiego licha list do mojego ojca wrzucać będziesz do skrzynki pocztowej Ty, a nie ja sam. Zgadłem? Nie wiesz? Zrozumiej więc, ciemny człowieku, że z pięcioma złotemi w kieszeni wyjechać z Warszawy do Gdańska odważy się tylko warjat i to nie każdy.
Poco mi zresztą pchać się do Gdańska? Przecież nie gdzie indziej, a właśnie w Gdańsku policja łapie takie, jak ja, ptaszęta zamorskie, do Ameryki, do Indjan się wybierające!
Ojciec, oczywiście, po otrzymaniu ode mnie listu ze stemplem pocztowym W. M. Gdańska wierzyć będzie święcie, że ja nie gdzie indziej, tylko akuratnie tam się znajduję. W Gdańsku też szukać mnie będą rozmaite Sherlocki Holmesy i inne Pinkertony, najęte przez ojca. Niech szukają. Szukajcie, a znajdziecie, powiada przysłowie; zobaczymy, czy w tym wypadku się sprawdzi. Niezawsze przysłowia się sprawdzają.
No, bądź zdrów, Zydziu, kończę już ten przydługi list. Całuje Cię, spluwając z obrzydzeniem.

Twój szczery przyjaciel Jurek.

P. S. Nie piszę Ci, gdzie będę przebywał, abyś, wzięty na śledztwo i bity mocno po gębie, przysiąc mógł na brodę Mahometa, że naprawdę nie wiesz, gdzie jestem.

***

Śniłem cudny sen. Sen o morzu. Wizja jego fal, toczących swe ogromne cielska o białych kędzierzawych grzbietach pian po modrej, bezmiernej, na horyzoncie z błękitem nieba się stykającej płaszczyźnie, prześladowała mnie już oddawna. Urodzony nad brzegami morza Czarnego, pokochałem lazury niebios i wód mórz południowych. Gdy w następnych latach mego życia ujrzałem po raz pierwszy Bałtyk, przekonałem się, że nie jest on tak szary, jakim go opisują, i niebo nad nim też nie jest zawsze pochmurne. Pokochałem też morza północy. Odkąd miłością swoją objąłem wody wszystkich stron świata, rozpoczęła się męka. Wszystko przypomina mi morze. W mieście rechot pojazdów i gwar ludzi wydawał mi się szumem fal, bijących rytmicznie w skały wybrzeża, na wsi łany zbóż, kołysane podmuchami wiatru, robiły na mnie wrażenie oceanu o złotej barwie fal. Nawet w szkole monotonny i szepleniący głos profesora matematyki w uchu mojem przeistaczał się w łagodny szmer pian morskich, pieszczących piasek wybrzeża.
To ostatnie zjawisko akustyczne przyczyniło się niemało do obniżenia i tak już niewysokiego poziomu mojej wiedzy matematycznej.
Gdy więc dolazłem do klasy siódmej, a tęsknota do morza i niewiedza w dziedzinie nauk ścisłych osiągnęły u mnie punkt kulminacyjny, powiedziałem sobie: basta. Mam już dość życia lądowego, chcę na morze!
Tak powiedziałem ja. Ale Vis Maior, którą w danym wypadku uosabiał mój wszechwładny w stosunku do mnie ojciec, zdecydowała inaczej. Powiedziała mianowicie: Skończ szkołę, a później będziemy mówić o morzu.
Łatwo powiedzieć — skończ szkołę.
Jak tu ją skończyć, gdy się ma na tercjał same „dwóje“ i „konie“, a jedyna piątka, słabo ratująca sytuację, wysłużona została na boisku gimnastycznem?
Ja więc, jak z powyższego wynika, zamiaru ukończenia szkoły nie miałem, szkoła zato powzięła mało szlachetny zamiar „ukończenia mnie“.
Wieść o tem, krążąca wśród kolegów, zrazu głucha i niepewna, stawała się coraz głośniejsza, nabierała cech prawdopodobieństwa, aż w pierwszych dniach marca, stała się rzeczywistością.
Dyrektor wezwał mnie do siebie i oznajmił, że za trzy dni wydalony zostanę ze szkoły. Powód: zbyt ciche postępy i zbyt głośne w stosunku do nich sprawowanie. Kismet! — powiedziałem sobie w duchu — teraz już niema innego wyjścia z tej sytuacji bez wyjścia. Wyruszam na morze. Zimno i z rozwagą zacząłem przygotowywać zamach stanu. Odrazu zostać marynarzem było niemożliwe. Trzeba było najpierw ukończyć Szkołę Morską. Żeby ukończyć Szkołę Morską, trzeba było uzyskać pozwolenie ojca. Żeby uzyskać pozwolenie nie chcącego dać pozwolenia ojca, trzeba było uciec z domu. Pierwszym więc etapem w drodze do celu była ucieczka. Plan ten wykonałem z precyzją i ścisłością matematyczną, której, sądząc z postępów w szkole, trudno się było po mnie spodziewać.
Postanowiłem nie bawić się w dalekie podróże, a ukrywać się w okolicach Warszawy, żeby zaś odwrócić uwagę rodzicielską od właściwego miejsca mego pobytu, przeprowadziłem ową kombinację listową, z której jasno wynikało, że przebywam w Gdańsku.
Do spisku wciągnąłem kilku swoich najbliższych przyjaciół. Każdy z nich miał nałożone na siebie odpowiednie funkcje. Jedni z nich, „funkcjonarjusze mieszkaniowi“, mieli obowiązek dostarczania mi mieszkań (mieszkania musiałem często zmieniać ze względu na spodziewany pościg policji), drudzy, „spożywczy“, troszczyć się mieli o moje odżywianie, trzeci wreszcie pełnić mieli służbę najtrudniejszą i najbardziej odpowiedzialną: wywiadowczą.
Postanowione mianowicie zostało, że najsprytniejsi z moich „pomagierów“ przychodzić będą co jakiś czas do zrozpaczonego ojca i dowiadywać się oględnie o nastrojach domowych co do udzielenia mi pozwolenia na wstąpienie do wymarzonej Szkoły Morskiej.
Tak zorganizowawszy wszystko z najdrobniejszemi szczegółami, dnia 15 marca zapakowałem do małej walizki niektóre artykuły pierwszej potrzeby, wsunąłem do kieszeni dwie kajzerki i wyszedłem z domu.
Na dworze była podła, marcowa pogoda, kropił deszcz. Przed domem oczekiwał już mój agent mieszkaniowy, szkolny kolega Damazy.
— Zdecydowałeś się jednak? — odezwał się on, widząc mnie z walizką.
— Allah jest mądry, a ty głupi — odrzekłem mu na to ze zdenerwowaniem, zrozumiałem w mojem położeniu — nigdy się nie cofam przed stanowczym krokiem w życiu. Chodźmy.
— Jak tam z mieszkaniem? — zagadnąłem.
— Właśnie chciałem ci powiedzieć — zaczął, wzdychając, Damazy — że z mieszkaniem jest krucho. Przyjechała do nas kuzynka z Krakowa i wpakowała się do pokoju, w którym miałeś mieszkać. Do mnie więc nie można.
— Carramba! — zawołałem z oburzeniem — a niech ją gęś kopnie za to, że przyjechała. Cóż ja teraz zrobię? Do Stefana będę mógł się wprowadzić dopiero za cztery dni, do domu już nie wrócę, bo pojutrze nadejdzie mój list z Gdańska, w Łazienkach nie można nocować, bo deszcz pada. Cóżeś uczynił ze mną, Judaszu?!
— Jest na to rada — spokojnie odrzekł Damazy — znam pewien dom w Drewnicy, na którego strych podejmuję się ciebie zaprowadzić, i tam przesiedzisz te trzy dni. Później przyjdzie po ciebie Stefan i zabierze do siebie.
— Jakże ja wlezę na strych cudzego domu?
— Nie bój się, ja to urządzę.
— A jak przyjdzie Stefan, jakże się do mnie dostanie, żeby go nie zauważono?
— Przyjdzie za trzy dni, o godz. 2-giej w nocy, pod dom i będzie gwizdał arję Torreadora, a ty wyleziesz przez otwór w dachu i po rynnie zjedziesz nadół.
— Gdzież ja w nocy będę szukał tej dziury w dachu?
— Oto plan strychu — rzekł Damazy, dając mi jakiś papierek.
— Ha, fiat voluntas tua — rzekłem zrezygnowany. Jedziemy do Drewnicy.
O godzinie dziesiątej wieczór znajdowałem się już, otoczony egipskiemi ciemnościami, na strychu obcego mi zupełnie domu. Przewidując, że mieszkańcy mogą wejść na strych po wiszącą tam właśnie bieliznę lub jeszcze po co innego i, zauważywszy intruza, wrzask srogi podniosą, mniemając, że jestem złodziejem bielizny lub uciekinierem z pobliskiego zakładu dla umysłowo chorych — wlazłem w mikroskopijnie mały podstryszek, znajdujący się pod samym dachem.
Przestrzeń, jaką rozporządzałem tam dla swojej wygody, a właściwie niewygody, wynosiła nie więcej, niż dwa metry sześcienne, wobec czego mieszkać tam mogłem jedynie w pozycji leżącej, bo nawet przewrócenie się na bok było utrudnione z powodu bezpośredniego sąsiedztwa dachu.
Schodzić nadół zaś, na obszerniejszą przestrzeń strychu, było ryzykowne, gdyż podstryszek znajdował się wysoko nad strychem i odgłos skoku mógł łatwo zaalarmować mieszkańców. Poza tem tuż koło miejsca zejścia z podstryszku znajdowały się schody, prowadzące na sam dół domu, w ciemności więc bardzo łatwo mogłem trafić, stoczywszy się po tych schodach wprost w ramiona owego tęgiego policjanta, który mieszkał na dole.
Leżałem tedy smętny na jakiemś tłuczonem szkle, wsłuchując się w namiętne krzyki kotów, harcujących po dachu.
Ze zdenerwowania nie mogłem zasnąć, tem bardziej, że lał deszcz i na moim podstryszku robiło się mokro.
Myślałem o domu, o ojcu, o matce, o tem, że już pewnie się niepokoją z powodu mojej długiej nieobecności. Robiłem domysły, co ojciec uczyni, gdy nadejdzie ranek, a mnie jeszcze nie będzie? Ojciec mój był człowiekiem dobrym, ale surowym, i ucieczka moja była pierwszem jawnem wypowiedzeniem mu posłuszeństwa. Zrobiło mi się ciężko na duszy. Na dachu pluskał deszcz i gdzieś w ciemności miauczały koty.
Tak leżałem długie godziny. Nastał dzień. Przyjście jego poznałem po ruchu w całym domu i po tem, że zabielały zlekka szpary w dachu, przez które obficie lała się na mnie w nocy woda deszczowa.
Dzień ten minął bez przygód, aczkolwiek w trwodze, że mnie odkryją na strychu i romantyczne przedsięwzięcie moje skończy się prozaicznie zbiciem po gębie, jako złodzieja bielizny lub warjata, zbiegłego z zakładu.
Minęła noc, podczas której znów zmokłem z powodu deszczu i nie spałem, strasząc marcujące się koty światłem mojej elektrycznej latarki. Była to jedyna, wątpliwa zresztą, rozrywka, rozganiająca smutne myśli o domu.
Następny dzień tak, jak poprzedni, nie przyniósł nic nowego. Już dwie doby nie spałem i nic nie jadłem, gdyż owe dwie kajzerki, zabrane z domu, zgubiłem, drapiąc się na podstryszek. Do ciężkich przeżyć moich duchowych dołączyły się też cierpienia fizyczne. W nocy, jak zwykle, popadywał deszczyk, a ja mokłem.
Z nadejściem rana obliczać zacząłem godziny, dzielące mnie od chwili, gdy usłyszę przecudną arję Torreadora z opery Carmen, zapowiedzieć mającą przyjście kolegi Stefana i uwolnienie moje z tego parszywego strychu.
Cały ten dzień deszcz lał, jak z cebra, tak, że dosłownie zaczynałem pływać, jak okręt, rozbijając się od czasu do czasu o skały podwodne szkła, którego tam, jak wspomniałem, braku się odczuwać nie dawało. Jak i poprzednio, dnia tego zasnąć, mimo tytanicznych wysiłków, nie zdołałem.
Z nastaniem nocy zacząłem nasłuchiwać.
Już o dziesiątej godzinie cały dom spał snem kamiennym. Cisza panowała śmiertelna, przerywana tylko tradycyjnym chlupotem deszczu.
Nafosforyzowana wskazówka mojego zegarka minęła północ, minęła godzinę pierwszą i zbliżać się zaczęła do godziny drugiej. Zmieniłem się cały w słuch. Wszystkie moje uczucia, myśli i pragnienia skoncentrowały się w uchu. W rozgorączkowanym mózgu brzmiała wspaniała arja Torreadora: Torreador... Torreador... śmia... ło... rzuć... się... w... w bój — pukało pośpiesznie serce.
Minęła godzina druga, a na dworze było cicho, jak w mogile. Minęła trzecia i żaden odgłos nie zamącił monotonnego chlupotu deszczu. Rozpacz mnie porwała.
Ach, ty wuju wielbłąda, pomiocie tchórzliwego szakala — myślałem gniewnie o Stefanie — tak to można na ciebie liczyć, ty kłamliwy mężu czterdziestu tysięcy czarownic?!
Trzeba się było na coś zdecydować — umierać z głodu na strychu zamiaru nie miałem.
Postanowiłem sam się wydostać z niewoli. Walizkę porzuciłem w miejscu, gdzie leżała, a sam tyłem czołgać się począłem w ciemnościach do skraju podstryszka. Dolazłem. Nogi moje zwisły w próżni. Zaraz pode mną znajdowały się strome schody, prowadzące nadół. Okalała je barjerka, na której chciałem stanąć, żeby nie robić głośnych skoków po strychu i nie budzić mieszkańców. Zawsze szanowałem sen ludzki. Poświeciłem latarką. Zaświeciła mdłem światełkiem i zaraz zgasła, — baterja się zużyła podczas moich walk z kocim nierządem. — Cholerra! — zakląłem w duchu, nagłos bowiem bałem się. Ten krótki błysk latarki wystarczył mi jednak do określenia miejsca, w którem się znajdowała barjerka. Obliczyłem, że, jeżeli zwisnę na ręku, trzymając się za skraj podstryszka, to nogami dosięgnę barjerki.
Powoli zaczynam zwisać, macając nogami w ciemności. Ot, tutaj, pod lewą nogą powinna być barjerka, a tu na prawo przede mną, według obliczeń, stoi słup, za który się przytrzymam, gdy stanę na barjerce.
No, hop!
Puściłem ręce i... w jednej chwili znalazłem się na samym dole schodów wraz z całym potokiem jakichś beczek, butelek, wiader i łopat, które to instrumenta, strącone skądciś mojem ciałem, poleciały wraz ze mną wdół, hałas czyniąc taki, że obudziłyby nietylko czujnego lokatora-policjanta, mieszkającego na dole, ale samego boga snu, Morfeusza.
W jednej chwili wyprysnąłem z pod przygniatających mnie łopat i butelek i wbiegłem zpowrotem na strych. Do hałasu beczek, ciągle się toczących po stromych schodach i nie mogących znaleźć sobie odpowiedniego miejsca, dołączyło się szczekanie zbudzonego psa i jakiś chrapliwy głos męski — Franka, a co to tam na strychu się wyczynia?!
„Bywają przykre chwile w życiu“ — rzekł podobno rak, gotując się we wrzątku.
Nie jestem rakiem, nie siedziałem też we wrzątku, lecz zrobiło mi się niemniej przykro, jak owemu rakowi.
Uciekać nie było gdzie. Rzuciłem się zdesperowany na jakąś słomę i nasłuchiwałem z biciem serca rozmowy na dole.
— Co tam je na strychu, pytam się — grzmiał głos męski.
— Et nic, koty się marcujom — odpowiedział głos kobiecy.
— Koty, jak koty, a pójść i zobaczyć warto.
— Jak chcesz, ja spać będę.
— Cóż to, ja sam mam iść?
— A jak chcesz.
Słuchałem tej rozmowy to głośnej, to zacichającej aż... zasnąłem.
Do dziś dnia zrozumieć nie mogę, jak w takiej sytuacji mogłem zasnąć. Bardzo widać byłem wyczerpany duchowo i fizycznie.
Gdy obudziłem się, było już cicho. Nie przyszli — pomyślałem — myśleli, że koty...
Spojrzałem na zegarek — była godzina wpół do czwartej, spałem więc nie dłużej, niż piętnaście minut.
No, trzeba „dawać fraka“ — mruknąłem, za kilka godzin będzie już widno.
Wstałem ze słomy i szukać począłem owej dziury w dachu, o której wspominał Damazy.
Eheu! — nie było jej nigdzie.
O, plemię jaszczurcze! — przeklinałem. Szczeniaki rajskie, na każdym kroku niespodzianki mi urządzają. Poczekajcie, rozmówię się jeszcze z wami!
Zamiast dziury, natrafiłem na jakieś drzwi, prowadzące do komórki, w której znajdowało się okno. Wyjrzałem z niego ostrożnie. Tak, wychodzi na podwórko. Tędy droga, wspaniały żeglarzu — mruknąłem uradowany.
Okno znajdowało się na wysokości drugiego pietra. Żadnej rynny wpobliżu — wleźć było niepodobieństwem. Skakać nie ryzykowałbym: śmierć pewna lub w najlepszym wypadku złamanie zadnich nóg. Ale na wysokości dwóch metrów nad oknem zauważyłem ciemne zarysy haku. Tuż nad hakiem znajdował się dach. W głowie zaświtał mi plan: zaczepić jaką linkę na hak, wdrapać się po niej na dach, a z dachu już zleźć po rynnie nadół. Plan swój zacząłem realizować w błyskawicznem tempie. Pozrywałem sznury, na których się suszyła bielizna, i skręcać począłem linę. Śpieszyłem się, gdyż bałem się, że zacznie świtać i trzeba będzie siedzieć na strychu jeszcze jeden dzień. Linka wypadła nieźle, niepokoiło mnie tylko, że sznurki były podgniłe od wilgoci rozwieszanej na niej bielizny i niebardzo mocne. Stanąłem na parapecie okna, zrobiłem pętlę i zarzuciłem ją na hak. Zrobione. Pociągnąłem kilka razy. Trzyma. All right — można leźć.
Przeżegnałem się, grzesznego ducha Bogu polecając, i przełożyłem jedną nogę za okno. Krótka chwila wahania: przełożę drugą nogę, a będę już stał tylko na cienkim gzymsie, na wysokości drugiego piętra, trzymając się przegniłej linki.
No nic — raz maty rodyła.
Hop! — druga nóżka też za oknem.
Zaczynam powoli wspinać się do góry. Trrrr... trrr... potrzaskuje linka — trrr... trrr... lezę dalej. Ha, już niedaleko, jeszcze jeden wysiłek, a złapię ręką za krawędź dachu i będzie po niebezpieczeństwie.
Raptem... poczułem okropny ból w krzyżu i skądciś zdaleka usłyszałem głos mego ojca.
Poza tem nic — ciemność i martwa cisza, tylko ból czuję straszny, dech w piersi zatykający, i słyszę daleki głos ojca.
Głos się zbliża, potęguje, rośnie, wibruje z każdą chwilą coraz silniej, aż rozbrzmiewa gdzieś zbliska rozdzierającym jękiem. To już nie jęk ojca — słyszę swój własny głos: Boże... Boże...
Ból w krzyżu staje się wyraźniejszy, ciemności ustępują i... spostrzegam, że leżę w kałuży na ziemi, trzymając w ręku kawał oberwanej liny i beczę z bólu baranim głosem.
Stłumiłem oczywiście odrazu ten mimowolny krzyk i spróbowałem się podnieść. Trudno. Popełzłem parę kroków na czworakach. Wkońcu wstałem i zgarbiony, chwiejący się wyszedłem z podwórka w wiejską ulicę. Cud Boski — pomyślałem sobie — zleciałem z drugiego piętra, żyję, mało tego — kręgosłup, zdaje się, mam cały.
Powlokłem się słaby i rozbity w kierunku szosy. Jedna myśl tylko panowała w głowie: nie jestem już na strychu, jestem na wolności.
Ledwie żywy dolazłem do Warszawy. Była godzina piąta zrana. Doczekałem się otwarcia bufetu na dworcu głównym i poszedłem pokrzepić swoje znękane ciało.
Na publiczność, znajdującą się w bufecie, oraz na kelnerów, wrażenie wywarłem piorunujące. Wyglądałem rzeczywiście, jakbym przed chwilą dopiero wylazł z wąskiej rury kanalizacyjnej: zabłocony, mokry, pokryty słomą, blady i wogóle ledwie żyjący, uchodzić mogłem za nieboszczyka, który, znudziwszy sobie pobyt w mogile, zwiał z cmentarza do bufetu dworca głównego.
— Proszę herbaty i butersznitów — zażądałem. Sam się przeraziłem, lecz nie menu swojego, a głosu, jakim to było powiedziane. Głos to był taki słaby i żałosny, że mnie samemu zapłakać się zachciało nad sobą.
Po herbacie jednakże i butersznitach odzyskałem siły na tyle, że zadziwiłem całą salę gromkim okrzykiem: płacić!
O trzeciej godzinie dnia tego spotkałem się ze Stefanem i już o czwartej zamieszkałem w willi jego ojca w Ząbkach. Naiwnemu ojcu jego bujałem codziennie przy obiedzie, że rodzice moi wyjechali zagranicę, a ja z nudów jedynie przyjąłem zaproszenie Stefana zamieszkania z nim na jakiś czas.
Z nieobecności swojej owej krytycznej nocy tłumaczył się Stefan w ten sposób, że miał randkę i nie mógł przyjść.
— Randka — mówił — dla mnie suprema lex i żaden przyjaciel na strychu w takim wypadku nic mnie nie rozczula.
— Szakalu — powiedziałem mu tylko, lecz takim głosem, że pobladł i cofnął się parę kroków.
Codziennie przyjeżdżali do mnie z raportami „wywiadowcy“ i donosili, że sprawa stoi pomyślnie, że poszukiwania policji w Gdańsku spełzły na niczem i po fakcie tym mój biedny, zmartwiony ojciec skłonny jest do daleko idących ustępstw na moją korzyść.
Rozczuliłem się tem ogromnie i kazałem, jak to było ułożone, zatelefonować do ojca i spytać ostatecznie: zgadza się, czy nie, na moje wstąpienie do Szkoły Morskiej.
Piątego dnia pobytu mojego u Stefana przyniesiono mi ustną odpowiedź ojca: zgoda na wstąpienie do marynarki.
Nazajutrz byłem już w domu.
— Wróciłeś synu marnotrawny — powiedział ojciec, całując się ze mną serdecznie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W trzy miesiące potem płynąłem już na statku, jako uczeń Szkoły Morskiej, w pierwszą ćwiczebną podróż na wyspę Maderę.




NA POKŁADZIE LWOWA“
Z fal oceanu wynurzało się słonce.

Pobladły, zmatowiały gwiazdy i rozpłynęły się w przestworzach. Na widnokręgu ukazało się słabe, zpoczątku białe, później silniejsze, jaskrawsze, czerwone światło, podpełzło bliżej, zamieniło czarny kolor powierzchni wód na stal i, zbłękitniwszy niebo, ukazało na jego tle ostre zarysy masztów i żagli „Lwowa“.
Po chwili, gdy połyskujące stalowo fale zaczęły się mienić lazurem, tam, hen, na linji, gdzie niebo się styka z długim, woddali ginącym sznurem pagórów wodnych, ukazało się słońce i szybko zaczęło sunąć wgórę ku zenitowi, zatracając w swej wędrówce czerwony kolor, a przybierając gorąco-biały blask.
Nad oceanem wstawał dzień.
Gdy dzwon okrętowy wybił godzinę siódmą, z grota luku w mroku międzypokładu spłynął śpiewny głos oficera wachtowego: Dyżurny międzypokładu!
Wśród zbitej masy wiszących przy pułapie hamaków, kołysanych kiwaniem statku, poruszył się
 jeden, i za chwilę przed porucznikiem stanęła naga, 
rozczochrana postać ucznia dyżurnego międzypokładu.
— Budzić! — rzucił krótko porucznik i odszedł.
Nagus szarpnął pierwszy hamak, wiszący z brze
gu, wprowadzając dysonans w jeden przy drugim
 zaczepione napowietrzne łoża morskie, kołyszące się
 ze statkiem.
Wraz z pierwszym, rozbujanym przez dyżurnego 
hamakiem, poruszyły się inne, uderzając śpiących o siebie.
Rozległy się mrukliwe jęki i postękiwania.
Z pierwszego hamaku wyjrzała senna twarz, po
patrzyła chwilę uważnie i z nienawiścią na dyżurnego, następnie energicznym ruchem uniosła się ku
 górze, ale trzasnęła czołem o pułap, znajdujący się 
tuż nad hamakiem, wydała bolesny okrzyk i wślad 
za nim wybluznęła z ust całą serję wyborowych, 
subtelnych przekleństw, w których żadne słowo 
dwa razy się nie powtarzało. Z sąsiednich hamaków
 zaczęły wyglądać ręce, twarze, nogi i inne części 
ciała ludzkiego. Dyżurny międzypokładu poszedł
 dalej, szarpiąc hamaki i pokrzykując: Wstawać! 
Wstawać! Pod szlauch! Prysznic pierwsza klasa!
 Woda piętnaście stopni ciepła! Wstawać! Wstawać!
Z napowietrznej masy hamaków zaczęły skakać 
wdół nagie postacie i jeszcze senne, potykając się
 na trapie, lazły na pokład, wracając po kilku minutach mokre, szczękające zębami z zimna, ale rozbudzone już, wesołe i rozmowne.
Tryskający zimną wodą szlauch obsługuje służbowa nocna wachta.
Za chwilę wszyscy są ubrani w drelichy, hamaki
 zdjęte, zwinięte i złożone w kąt międzypokładu, 
a zamiast nich zawisa w powietrzu chmura gęstego
 tytoniowego dymu.
W międzypokładzie panuje gwar i ruch.
Dyżurni stołów, kandydaci[1] opuszczają je nadół
 na drągach, na których są one zawieszone przy pu
łapie, aby zmniejszyć kołysanie.
Druga wachta je śniadanie wcześniej, gdyż już o ósmej obejmuje służbę na pokładzie.
Należę, niestety, do niej, to też parzę usta pseudokawą i napycham się chlebem, smarowanym 
wątpliwego smaku miodem.
Za piętnaście ósma wraz z uderzeniem klanku, 
uprzedzającym następną wachtę o zbliżającej się chwili objęcia służby, rozlega się w międzypokładzie gwizdek służbowego bosmana trzeciej wachty i jego zlekka zachrypły głos: Na górę, na modlitwę!
Wszyscy wychodzą na pokład i ustawiają się wachtami w dwuszeregu po sterburcie.
— Czapki zdejm — rozlega się znowu głos bosmana.
Z szumem bałwanów i łopotaniem żagli miesza się pieśń modlitwy i płynie na spienionych wierzchołkach fal, leci wraz z wiatrem gdzieś, hen, w bezkresną dal, gdzie modra płaszczyzna wzburzonych wód styka się z niebem.
— Pooo modlitwie!
Czapki wchodzą na głowę.
— Baczność!
Przed szereg wychodzi komendant. Bystre spojrzenie z pod daszka czapki. Salutuje.
— Cześć, uczniowie!
— Cześć, panie komendancie! — rozlega się grzmot odpowiedzi.
Komendant znów salutuje odchodzi na rufę.
— Dooo bandery!
Zwrot w lewo i oczy utkwione we wznoszącą się na flag-linie do gafu bezanu czerwonobiałą banderę.
Cztery podwójne uderzenia w dzwon — ósma godzina.
Od tej chwili rozpoczyna się roboczy dzień na „Lwowie“.
— Spocznij!
— Pierwszy szereg przez fok, drugi przez grot saling, na wanty — wspinaj się!
Szereg się rozpryskuje i pokład pustoszeje, natomiast wanty bakburty roją się postaciami marynarzy, drapiących się wzwyż.
Przed dojściem do marsa idziemy zbitą kupą po trzech na jednym szczeblu, ale już na steńwantach szybsi wysuwają się naprzód, niemal biegiem dochodzą do salingu i, zawisłszy na chwilę plecami wdól na podwankach na wysokości trzydziestu metrów, przechodzą przez saling na sterburtę i w minutę później schodzą na pokład.
Opieszałych popędzają, tak, że w trzy minuty po wejściu na wanty wszyscy już są na pokładzie.
Wolne wachty schodzą do międzypokładu na śniadanie, zaś moja, druga wachta, obejmuje służbę.
Szybko następuje podział pracy: na ster, na „oko“, do triumu, do magazynu, do pompy i oto z dwudziestu chłopa drugiej wachty, każdy ma jakąś pracę, mniej lub więcej przyjemną.
Na ster idzie dwóch — uczeń od patrzenia w kompas i kandydat od kręcenia kołem sterowem.
Na „oku“ też dwóch, kandydat od patrzenia na horyzont i uczeń od pilnowania, żeby kandydat patrzał.
W triumie wszczyna się piekielny hałas i stuk: to kandydaci pod eskortą ucznia pierwszego kursu opukują wielkiemi młotami rdzę z burt.
W magazynie z żywnością też daje się zauważyć niejakie ożywienie i hałas, innego jednak charakteru, niż w triumie: powietrze trzęsie się tam od przekleństw i rozgłośnych utyskiwań magazyniera.
Ubolewa ten człowiek nad zaginięciem sznura suszonych jabłek, garści bulw cebuli i czosnku oraz dwóch bochenków chleba, które to artykuły spożywcze, rzekłbyś, zdematerjalizowały się lub wsiąkły w pokład w pól minuty po zjawieniu się kandydatów, przeznaczonych do przebierania kartofli.
W międzypokładzie odbija równomierny takt ręczna pompa, wlewająca słodką wodę do zbiornika na baku.
Na rufie rozlega się krótki gwizdek.
Dudnią kroki po deskach pokładu i, śmignąwszy po schodni na rufę, przed oficerem wachtowym staje uczeń trzeciego kursu, pełniący w mojej wachcie służbę bosmańską.
— Brasować reje na bejdewind! — rzuca rozkaz porucznik — później postawić bram, bom-bram i sztaksle!
Bosman zsuwa się po schodni na śródokręcie i znów tym razem długi gwizdek dudy bosmańskiej zagłusza na chwilę gaworzenie żagli i fal.
Z triumu i od pompy wylatują na górę marynarze. Ja ciskam zgniłym kartoflem w łeb magazyniera i wraz z innymi wyskakuję na pokład.
Na pokładzie panuje hałas i ruch.
— Oddział grotowy na rufę! Na sterburt grota brasy! — rozlega się energiczny głos komendy bosmana.
— Oddział fokowy na sterburt foka brasy! Kandydaty, ruszać się żywiej!
Część wachty rzuca się na rufę do brasów grotmasztu, druga część zostaje na śródokręciu przy brasach foka.
Zrzucamy z nagli sklarowane liny brasów i ciągniemy je z całej mocy, obracając reje w płaszczyźnie poziomej, aby tworzyły one z linją diametralną statku jak najostrzejszy kąt. Pozycja taka rej nazywa się przebrasowaniem na bejdewind.
Nad okrzykami komendy uczniów wszystkich trzech kursów panuje głos porucznika, rozlegający się wślad za podwójnym gwizdkiem jego świstawki: Dobra grot! Dobra untermars! Dobra bom-bram! Dobraaaa!
W trzy minuty po wezwaniu wachty robota jest wykonana i „Lwów“ idzie w tępy bejdewind.
— Luzować gejtawy i gordingi! — rozlega się znowu głos komendy bosmańskiej — dwunastu ludzi na reje, bram i bom-bram żagle rozwijać! Na wanty!
Wskakujemy na wanty i pniemy się wzwyż. Piorunem przechodzimy przez mars i saling.
Szóste, siódme, ósme, dziesiąte piętro normalnego warszawskiego domu — obliczam, patrząc wdół, wysokość, na jakiej się znajduję.
Jeszcze parę chwytów, i już wyczuwam pod stopami pertę bom-bramu, na której się stoi podczas pracy przy żaglach.
Luzujemy sejzingi, zwalniamy leżący na rei żagiel z krępujących go więzów i spychamy wdół. W jednej chwili płótnisko wydyma się z trzaskiem i rozgłośnie trzepoce na wietrze.
Mgnień parę patrzę z zawrotnej wysokości wdół, trzymając się wprawdzie nie kurczowo, ale zawsze dość mocno stalowego pręta jagsztagu.
— Hu — myślę sobie — niech mi się tylko obsunie teraz stopa, a jedyny syn mojego ojca zmieni się w mgnieniu oka w proch i drobny pył, którego z lupą będą szukać po pokładzie.
Po rozwinięciu bramu i bom-bramu schodzimy nadół po wantach, choć są na pokładzie „Lwowa“ szaleńcy, którzy, uprzykrzywszy sobie tę dłuższą drogę, ześlizgują się błyskawicznie na pokład po padunie, ryzykując każdej chwili podzielić swój czerep na ułamki, w których mianowniku jest nieskończoność. Stawiamy jeszcze sztaksle i oto „Lwów“ pod pełnemi żaglami, zlekka pochyliwszy się na bok, pruje fale oceanu.
Robota skończona. Trium rozgrzmiewa znów uderzeniami młotów, pompa wybija swój takt, a w magazynie wszczyna się lament i rozlegają się gromkie okrzyki rozpaczy cerbera prowiantów.
Cztery godziny wachty mijają, jak chwila, dzwon wybija dwunastą, przychodzi zmiana, i wnet międzypokład szczęka talerzami, dzwoni kubkami, nożami i rozgłośnie mlaska. Druga i pierwsza wachta „spożywają“ obiad.
Po obiedzie zajęcia praktyczne, „niepraktycznemi“ powszechnie zwane.
Zajęciem praktycznem rodowitego ucznia Szkoły Morskiej jest spanie, oraz baczenie na obecność kucharza w kuchni, która, gdy się zmienia pod jego nieobecność, powoduje znikanie klopsów z patelni, chleba ze stołu, puszek z mlekiem i t. d. i t. d.
Do oficjalnych, urzędowych zajęć praktycznych zalicza się łażenie po pokładzie z zadartą do góry głową i rysowanie planów ożaglenia i olinowania statku. Lin grubych, cienkich, bardzo cienkich, smolonych, niesmolonych, stalowych, konopnych, manilowych jest na statku mnogość niezmierna, a trzeba wiedzieć dokładnie, gdzie która jest, do czego służy, przez jakie bloki przechodzi, jak się nazywa? To samo dotyczy nietylko lin, ale wszystkich wogóle rzeczy i przyrządów, na pokładzie się znajdujących.
Na zajęciach praktycznych schodzi czas do godziny szóstej, o której dają kolację.
Moja wachta zjada kolację za piętnaście szósta, a już o szóstej obejmuje znów służbę.
Dwie godziny służby mijają niepostrzeżenie.
Szkafutowy wybija ósmą i oto już gwizdek bosmana wzywa do modlitwy wieczornej: „Wszystkie nasze dzienne sprawy“, „Rota“, opuszczenie bandery i... rozejść się!
Mrok zapada. Wschodzi księżyc i ukazują się gwiazdy.
Teraz rozpoczyna się nocne życie na „Lwowie“.
Uczniowie trzeciego i drugiego kursu służbowej wachty wyciągają sekstansy i chronometry. Obserwacje astronomiczne.
Zboku wygląda to tak: „astronomy“ stoją grupkami po dwóch, jeden z nich patrzy przez sekstans w gwiazdy, a drugi w chronometr, po chwili gość z sekstansem woła: Uwaga! Zaś ów z chronometrem przybiera skupiony wyraz twarzy i zaczyna strasznie uważnie patrzeć w chronometr, następuję drugi okrzyk: Stop! Chronometr się zatrzymuje i obserwacja jest dokonana.
Na czem polega ta manipulacja, laikom objaśnić niepodobna, gdyż nie znają oni nawet tak podstawowych pojęć z nawigacji, jak: deklinacja, inklinacja, kulminacja, dewiacja, rektascenzja, permutacja, zenit, nadir, sfera, Nord-Süd, Ost-West, wertykał pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy... tfu! ja też się czasami w tem mylę.
Podczas gdy na górze rozbrzmiewają okrzyki: uwaga! — i stop!, w międzypokładzie brzęczą struny mandolin i gitar, rozlewają się dźwięki harmonji i szyby iluminatorów trzęsą się od uderzających w nie tonów rozgłośnej, zawadjackiej piosenki uczniów Szkoły Morskiej.

„A motorki „całą naprzód“
„A motorki rżną,
„Jakież owersztagi
„Bez motorków są?“

zapytuje chór, a solista, naśladujący głos komendanta, odpowiada z kąta międzypokładu:

„Do luftu!“

Następuje refren:

„Mamercie, mój Mamercie,
„Wejdź na reję, stań na percie
„Raz przynajmniej zuchem bądź!“

„Mamert“ — to legendarna na statku postać, jeden z poprzednich komendantów „Lwowa“.
Piosenki brzmią coraz silniej i coraz inne, ale oto dzwon wybija godzinę dziesiątą i śpiewakom sen zaczyna zwierać powieki.
Po raz ostatni rozbrzmiewają struny, harmonje wydają poważny, silny ton i w powietrzu brzmi hymn polskich marynarzy:

„My młodzi żeglarze
„Polscy marynarze
„Wśród fal
„Rzuciwszy swe życia wdal
„Wśród fal... wśród fal...

Milkną na pokładzie okrzyki „uwaga“ i „stop“, oficer wachtowy zatrzymuje się w swej bezustannej wędrówce od steru do bezani i zpowrotem i statek cały słucha w skupieniu piosenki polskich marynarzy, rozbrzmiewającej na bezmiarze wód Atlantyku.

„My, młodzi żeglarze
„Polscy marynarze...

Słowa pieśni mieszają się z łopotaniem żagli i szumem fal.



NA OKU“ [2]
— Co widać? — rzuciłem pytanie skulonej koło
 bugszprytu postaci poprzedniego wartownika.

Postać na dźwięk mego głosu wyprysnęła z pod
 wełny kożucha i, rzucając mi go na ramiona, ra
dośnie zaszeptała: — Nareszcie przylazł; myślałem
 już, że zatrułeś się tem solonem mięsem, coś je tak 
zręcznie „świsnął“ wczoraj z magazynu...
Mówiąc to, figura przeszła obok mnie, kierując
 się do schodków, prowadzących na śródokręcie; 
gdy mijała latarnię, w świetle zarysowała się w pełni
 okazała tusza mówiącego. Był to największy z całej 
załogi żarłok, marzący dwadzieścia cztery godziny
 na dobę o tem, jakby tu ściągnąć z magazynu trochę 
więcej, niż zwykle, prowiantu.
— Ej, gruby! — zawołałem — co widać?
— Też pytanie! — oburzył się gruby — co można
 zobaczyć na samym środku Atlantyku? Dwie flądry 
widziałem, oczko do mnie sypały. Czy kucharz jest
 w kuchni? Możeby się dało trochę sucharów mu
 ukraść, co?
Nie czekając na odpowiedź, zbiegł po schodkach, kierując się w stronę kuchni, skąd po upływie minuty rozległy się przekleństwa i lamenty kucharza; widać złodziejskie poczynania grubasa osiągnęły cel.
Otuliłem się szczelnie kożuchem, gdyż pomimo, że znajdowaliśmy się na szerokości Hiszpanji, chłody, zwłaszcza w nocy, były przejmujące. Spojrzałem przed siebie. Na zalanej światłem księżyca powierzchni oceanu nie widać było ani jednego światła parowca, ani jeden żagiel nie bielił się na horyzoncie. Nic dziwnego: „Lwów“ płynął środkiem oceanu, zdala od uczęszczanych przez statki dróg.
Noc była gwiezdna, księżycowa. Lekki wiaterek łopotał nad moją głową płótniskami kliwrów. Od czasu do czasu zaszemrała głośniej fala, rozpieniona sztabą „Lwowa“. Cisza zresztą panowała na oceanie i na pokładzie; umilkły nawet wymysły rozpaczającego po stracie sucharów kucharza.
Oparłem się wygodnie o windę kotwiczną i wpatrzyłem w księżycową dal. Nic. Pusta, bezmierna płaszczyzna oceanu otaczała mnie ze wszystkich stron. Sen począł zwierać powieki. Poranne, generalne, a męczące szorowanie pokładu działało teraz, jak potężny środek nasenny.
No, no — rzekłem do swojej sennej osoby — ze spaniem lepiej dać spokój — kara dwie godziny stania na salingu[3], „jak w banku“.
Lecz fale tak cichutko szemrały za burtą, tak łagodnie poklaskiwały kliwry nade mną, że znów głowa zwisła na piersi. Już nie próbowałem jej podnieść — i tak tu żadnego statku nie spotkamy — zaświtała leniwa myśl w sennej głowie.
Półdrzemiąc, kołysany równomiernym oddechem oceanu, unoszącym rytmiczne wgórę lśniące w poświacie księżyca pieniste grzbiety fal, nuciłem w głębi duszy piosenkę naszego starego bosmana: »Żagle łopoczą na masztach i fale szumią za burtą. W ich szmerze, w ich szumie słyszę wyraźnie... Kochanki płacz, co została tam, hen, wśród zieleni tych pagórków ojczystych, co już giną woddali... Sznury fal szumiących, pienistych oddzielają mnie od nich.
„Bywaj mi zdrowa, kochanko, nie płacz, jak ja nie płaczę, łzy otrzyj i oczy swe cudne skieruj na morze, skąd nowy płynie okręt, a z nim nowy kochanek. Zapomnij, jak ja zapomnę, nową miłością zapałaj i głowę kochanka marynarza z okrętu, co płynie naprzeciw, do ciepłego, żarem płonącego łona przyciśnij. Bądź zdrowa! Zapomnij!
„Żagle łopoczą i fale szumią...
„W ich szmerze, w ich szumie znów słyszę...
„Nowych kochanek zaklęcia miłosne, pieszczot czar i obietnice rozkoszy wciąż nowych.
„O kochanki, kochanki moje!
„Morze szumi za burtą i stalowo, zimnym połyskiem świecą fal grzbiety.
„Nowe porty oczyma duszy widzę i czuję już ich tchnienie, tchnienie szynków, zła i rozpusty.
„Porty, porty, zła siedliska i zbrodni!
„Kiedyż przestanę obijać się w spelunkach waszych i w ciemnych zaułkach czekać, aż nałożnica przygodna grosz ciężko zapracowany zabierze i przepije z innym?
„Morze, morze szare, kiedyż przestanę kołysać się na grzbietach twych fal pienistych, wiatrem pędzon w krainy wciąż nowe, kiedyż znajdę śmierć wreszcie wśród wód twych rozległej płaszczyzny, wśród fal twych zimnych, szumiących?
„Kochanki moje różnych ziem, różnych portów, kiedyż tulić mnie przestaniecie w ramionach swych miłości niesytych?
„Kiedyż przestanę zabójczo, krwawo pracować na morzu, kiedyż przestanę zabójczo i krwawo hulać na brzegu — życie, życie me twarde i słodkie?!
„Kapitanie, kapitanie, panie i władco na morzu, czy dobrze kierujesz okrętem?
„Co widzą twe oczy stalowe — drogę pomyślną, czy zgubę wśród wód bezmiaru?
„Czy nie drgnie twa ręka twarda, gdy koło skał przepływać będziemy, czy nie ukażesz załodze strwożonej twarzy, przerażeniem szarej, i nie zawołasz białemi usty: Giniemy!
„Kapitanie, kapitanie, mój panie i władco?!
„Żagle łopoczą na masztach i fale szumią za burtą...
„I znów szept słyszę, lecz nietylko swój — marynarzy wszystkich, memi mówiących ustami... słyszę, słyszę wyraźnie...
„Jeśli nie zginę na morzu, szaremi pochłonion falami, morski mi pogrzeb wyprawcie.
„Nie potrzeba księdza, klechy, niech kapitan pacierz zmówi. W białą płachtę mnie owińcie, a do nóg przywiążcie kamień.
„Mej kochance, co na brzegu po mnie oczy wypłakuje, powiedzcie, niech nie czeka, jam już w morzu, na dnie morza.
„Rzućcie w głębie moje ciało, niech żałośnie wiatr zawyje, całun pienistych fal mnie okryje, dwunasty wał „Requiem in pace“ zaszumi...“
Szumiały fale za burtą „Lwowa“, a nade mną łopotały kliwry. Skłoniłem głowę jeszcze bardziej na piersi. Stanowczo sen zaczął mnie zwyciężać.
Raptem... skądś zprzodu doleciał mnie gromki, śpiewny okrzyk: Hej! Polski okręt na kursie!
Uniosłem zdumiony głowę.
Przede mną tuż, wprost na dziób „Lwowa“, płynęła pod pełnemi żaglami wspaniała fregata. Na bezań-maszcie fregaty powiewała czerwona bandera z białem ramieniem, dzierżącem obnażony miecz w dłoni.
Była to bandera marynarki polskiej z czasów Stefana Batorego.
Zdumienie przykuło mnie do pokładu.
Dopiero po chwili oprzytomniawszy, chciałem krzyknąć, uprzedzić o grożącem niebezpieczeństwie rozbicia się, ale już było za późno.
Bugszpryt fregaty dosięgnął dziobu „Lwowa“ i statki zderzyły się.
Lecz nie było wstrząsu, ani trzasku. Obydwa statki wjechały poprostu jeden w drugi.
W jednej chwili znalazłem się na pokładzie fregaty. Otoczyły mnie jakieś surowe, wąsate twarze, jakieś postacie w krótkich kubrakach z zatkniętemi za pasem krócicami. — Gdzie jestem? — spytałem. Z tłumu wystąpił jakiś srogi wąsal, postacią i kosztowniejszym ubiorem wyróżniający się od reszty tłumu, i rzekł: — Znajdujesz się na pokładzie fregaty Jego Królewskiej Mości Stefana Batorego, płynącej pod memi rozkazami!
— Kim jesteś, kapitanie? — spytałem, prostując się.
— Jestem kapitanem Wąsowiczem, kaprem Stefana Batorego, Króla Polskiego.
— Kimże ty jesteś, młody marynarzu?
— Jestem uczniem Szkoły Morskiej — odrzekłem.
— Chłopcze — rzekł wąsal — gdy wrócisz do siebie na statek i przypłyniesz zpowrotem do Polski, powiedz, że my, dawno zmarli marynarze polskiej floty królewskiej, krążymy wiecznie po wszystkich morzach świata, czuwając nad statkami polskiemi, odpędzając burze i sztormy, bronimy je przed wichrami i niepogodą i zginąć im nigdy nie damy...
— Tak jest, nie damy! — zawołali chórem wąsacze, stojący za swym kapitanem.
— Lecz wy, obecne pokolenie polskie, — mówił dalej kapitan — nie składajcie rąk, pokładając nadzieję w Bogu i w nas. Sami budujcie i umacniajcie flotę! Sami dbajcie o zabezpieczenie jej od burz i nawałnic. Powiększajcie, twórzcie flotę polską prędzej i lepiej, niż dotychczas. Podczas gdy wrogowie wasi z zachodu i wschodu zbroją się na morzu, budują coraz nowe okręty wojenne, wy, potomkowie nasi, jesteście bezczynni, wy śpicie. Tak, wy śpicie!
— Śpicie! — zawołał tłum marynarzy.
Kapitan podszedł do mnie, wziął za ramię i silnie potrząsnął: Obudźcież się nareszcie, rodacy, obudźcie ze snu!
Kapitan wciąż nie puszczał mojego ramienia, trzęsąc coraz silniej krzycząc coraz głośniej: Obudźcież się nareszcie, rodacy, obudźcie się, obudźcie!
Szarpanie stawało się coraz natarczywsze i gwałtowniejsze. Aż po jednem takiem silniejszem szarpnięciu kapitan Wąsowicz, wąsaty tłum marynarzy i fregata z banderą Jego Królewskiej Mości Stefana Batorego gdzieś znikła, przepadła, a zamiast tego ujrzałem przed sobą oficera wachtowego, który szarpał mnie za ramię, przypuszczalnie już od dłuższego czasu, gdyż głos, jakim wołał: obudźcie się, obudźcie! — zlekka zachrypł.
Drgnąłem i stanąłem na baczność, zupełnie już obudzony.
— Cóż to, wy na „oko“ spać przychodzicie, czy służbę pełnić? — pytał się porucznik. — Postoicie sobie jutro za karę dwie godziny na salingu, to was na przyszłość oduczy spać podczas służby.
— Nie widzieliście nic? — pytał jeszcze porucznik, odchodząc.
— Melduję, panie poruczniku — odrzekłem, — że widziałem fregatę Jego Królewskiej Mości Stefana Batorego.
— Czyyyyją? — zatrzymał się porucznik.
— Króla Jegomości Stefana Batorego, panie poruczniku.
— Postoicie sobie jutro zamiast dwóch, cztery godziny na salingu — rzekł obrażonym tonem porucznik; — nie wolno drwić z przełożonego.
— A samego Króla nie widzieliście? — spytał jeszcze, odchodząc parę kroków.
— Nie, panie poruczniku, ale byłem zato na pokładzie fregaty i rozmawiałem z kaprem królewskim, kapitanem Wąsowiczem.
— Warjat! — mruknął porucznik, schodząc z baku na śródokręcie.



LYNCH
Beznadziejny, już od trzech dni trwający sztil[4] przykuł nas do wód zatoki Biskajskiej. Skwarnego powietrza nie orzeźwiał najlżejszy nawet podmuch wiatru. Pomimo, że na masztach stały, a właściwie wisiały wszystkie żagle, „Lwów“ nie robił i ćwierć węzła. Dosłownie staliśmy w miejscu. Wyrzucone przez kucharza za burtę blaszane pudełko od konserwów po upływie dwóch dni zauważyliśmy pływające w odległości czterech metrów od rufy. W dwie doby wiec zrobiliśmy cztery metry drogi.

Rozpaczliwa ta sytuacja fatalnie oddziaływała na humory załogi. Nie mając ustawicznego zwijania i rozwijania żagli, brasowania i podbrasowywania rej, społeczność „Lwowa“ gnuśniała, wpadała w melancholję i grążyła się w otchłań niedbalstwa.
Dochodziło do tego, że uczniowie, pełniący służbę przy sterze, zbaczali z kursu o dziesięć stopni, róża kompasowa kręciła się, jak ruleta, a prochy babek i prababek niedbałych sterników spoczywały, o dziwo, w spokoju i blasku chwały, nietknięte brudnym pamfletem przekleństw oficera wachtowego.
Jedynie klubowi „śmierdzącej bulwy“ bezrobocie to wychodziło na dobre, sprzyjało rozwojowi i werbowało nowych członków. Klub ten zawiązany został przez miłośników czosnku i cebuli, kradzionej w wielkich ilościach z magazynu i najulubieńszą grą jego członków była gra, polegająca na tem, kto w najkrótszym czasie zje największą ilość bulw cebuli i czosnku.
Wynikiem tych szlachetnych gier, nikomu prócz magazyniera nie szkodzących, był zabójczy smród w międzypokładzie, buchający z ust każdego grającego.
W czasie sztilu niemiły ten zapach tak się wzmocnił i wżarł we wszystko, co było na statku, że reszta załogi, nie należąca do klubu, zawiązała konfederacje, mającą na celu zwalczanie „śmierdzącej bulwy“.
Konfederacja dążyła do wykorzenienia „śmierdzącej bulwy“ dwiema drogami: drogą zbrojną i pokojową.
Walka zbrojna polegała na tem, że stawiano przy magazynie warty, mające na celu wspomaganie magazyniera w walce z rabusiami czosnku, oraz na tem, że skradzione już, złowonne bulwy odbierano nieprawym właścicielom i wyrzucano za burtę.
Walka pokojowa polegała na propagandzie, potępiającej smród, unoszący się w powietrzu, i na skierowywaniu uwagi członków klubu „śmierdzącej bulwy“ na inne zajęcie i gry.
Wynoszono pod niebiosa rzucanie nożem do celu, szachy, oraz „salonowca“, którego istota polega na zgadywaniu, który z uczestników zabawy uderzył najmocniej wybraną na ten cel ofiarę, w miejsce, którego przy spotkaniu nigdy zprzodu nie widać.
Najskuteczniejszą jednak bronią w ręku konfederacji okazał się „szmendok“, czyli chemin de fer, oraz oczko.
Czwartego dnia sztilu do leżących i śmierdzących na baku klubowców zbliżył się „konfederat“, uczeń pierwszego kursu Żuciński i, pokazując im talję kart, spytał swym grubym, z poznańskim akcentem, głosem: Zagrocie?
Klubowcy spojrzeli po sobie: zagrać, czy nie zagrać?
Pokusa była wielka. Sześciu z nich po chwili namysłu dźwignęło się ociężale z miejsca. — Idziemy grać — rzekł jeden z nich do Żucińskiego — cebula i czosnek precz! Do pierona! — zakomenderował konfederat.
Śmierdzące bulwy powędrowały do zatoki Biskajskiej, żegnane smutnemi spojrzeniami klubowców.
— Ej, wy! — zawołał za odchodzącym stary praktyk w kartach, uczeń trzeciego kursu Aloszta — uważajcie, żeby was komendant nie nakrył; za grę trzy dni paki pewne, jak solone mięso na obiad!
Po chwili całe towarzystwo już leżało w mrocznym kącie międzypokładu, zapamiętale rżnąc w oczko.
Dookoła zgromadził się tłum widzów.
Stawki, zpoczątku niewielkie, wzrastały z każdą chwilą. Po półgodzinie gry nikomu już do głowy nie przychodziła myśl postawić do banku dwie bibułki do kręcenia papierosów. Grano na całe książeczki bibułek. Gdy zaś szczęście, sprzyjające Żucińskiemu od samego początku, zgromadziło w jego banku dwie paczki holenderskiego tytuniu i kilka rozpórek do hamaków — wąsaty Januszek, ulubieniec całej załogi, wyciągnął z kieszeni wspaniałą, żółtą cytrynę i drżącym głosem oznajmił: Va banque!
Cytryny ze względu na kojące właściwości, ujawniające się w pełni w czasie grasowania epidemji morskiej choroby, stały najwyżej ze wszystkich artykułów spożywczych na giełdzie okrętowej.
Tłum widzów zaczął nawet powątpiewać, czy rozpórki do hamaków i holenderski tytuń dorównywają wartością drogocennej cytrynie.
— Niech będzie! — krzyknął Januszek do tłumu — trzeba mu nareszcie rozbić ten bank. Dawaj jeszcze! — zwrócił się do Żucińskiego, który podał mu kartę.
Niepewność odmalowała się na wąsatem obliczu Januszka. Wraz z kartą poprzednią miał piętnaście oczek.
— Dawaj — rzucił krótko.
Żuciński dał i patrzał z lękiem na przeciwnika. Lecz na twarzy tego ostatniego znów się rozlało wahanie. Miał siedemnaście. Ciągnąć jeszcze, czy stanąć? — pytał się swej palonej niepewnością duszy. W karciarskiem natchnieniu prosząc Boga o pomoc w walce z niepewnością, wzniósł oczy ku górze i... skamieniał z przerażenia.
W otworze grota luku, odbijając się ostro od błękitu nieba, czerniały wąsiki komendanta i złociły się laurowe liście jego czapki.
Idąc za wzrokiem Januszka, reszta grających spojrzała ku górze i również znieruchomiała.
Niedługo jednak trwał ten bezruch. Towarzystwo rychło odzyskało przytomność.
Jeden z graczy, chłop sprytny i przebiegły (warszawiak oczywiście), ruchem, zdawałoby się, niedbałym, lecz szybkim, jak myśl, pociągnął ręką po powierzchni pokładu, na którym były rozrzucone karty, i groźne „corpus delicti“ znikło w jego rękawie, jak senne marzenie.
Lecz równie błyskawicznym był czyn komendanta. Jednym, tygrysim zaiste skokiem bóg życia i śmierci załogi spadł zgóry w międzypokład tu wśród grających wybuchł, jak granat:
— W karty grrrrrrracie!? Nie wiecie, że nie wolno? Do paki wszyscy!
— Tu nie wszyscy grali, panie komendancie — odezwał się ktoś z tłumu patrzących.
— Nie wszyscy? — piorunował komendant — więc niech zaraz każdy z grających zamelduje, że grał. No, już! Żywo!
Z ciężkiem westchnieniem karciarze ustawili się w szereg przed komendantem. Brakowało tylko Żucińskiego.
Komendant ochłonął z pierwszego gniewu.
— Widzicie — odezwał się już spokojnie — jak to niedobrze grać w karty — do paki teraz pójdziecie. A w pace gorzej, jak na pokładzie, prawda, Pytek?
— Tak jest, panie komendancie! — odpowiedział z uśmiechem uczeń Pytek, stały lokator w areszcie.
— No, ot widzicie. A i wogóle niedobrze jest grać w karty, zawsze kłótnie jakieś wśród załogi powstają. No, ot, pójdziecie teraz, znaczy, do paki. A cóż to wy, Żuciński, nie stanęliście w szeregu, graliście przecie?
Wszyscy spojrzeli na Żucińskiego. Żuciński stał ztyłu za plecami kolegów.
— Graliście przecie? — powtórzył pytanie komendant.
Żuciński wystąpił naprzód.
— Ja ne grołem, pane komendance — rzekł swym gardłowo-brzusznym głosem.
— Jakto nie graliście, widziałem was przecie wśród grających!
— Ja ne grołem, ja se tylko przyglądołem.
Koledzy spojrzeli na niego zdumieni i oburzeni.
— Przyglądając się, mieliście jednak karty w ręku?
— Ja ne grołem, ja se tylko przyglądołem — powtórzył uparcie Żuciński.
Komendant rzucił nań pogardliwe spojrzenie i zwrócił się do reszty: — Do paki marsz!
W kwadrans potem towarzystwo karciarzy już siedziało w mrokach okrętowego aresztu.
Żuciński został na wolności w posiadaniu dwóch paczek holenderskiego tytuniu i kilku rozpórek do hamaku. Nie wyszło to mu jednak na dobre.
Wkrótce sprawdziły się słowa komendanta, że z powodu kart powstają niesnaski wśród załogi.
Po zamknięciu kolegów w pace, zaczęto omawiać szeroko postępek Żucińskiego.
Wyrok zapadł szybko i wyraził się w jednem tylko słowie: Podlec!
Zaraz po wyroku zapadła decyzja ukarać winnego za brak poczucia koleżeństwa i honoru.
Wykonanie wyroku zawieszono, do czasu, gdy mrok zapadnie.
I oto gdy zapadła noc i w ciemnym międzypokładzie zamigotały rzadkie latarnie, oświecając mdłem światłem gęste rzędy wiszących hamaków, w miejscu, gdzie spał Żuciński, zaczęły się dziać rzeczy niesamowite.
Gdy dzwon okrętowy wybił północ, sąsiadujący z Żucińskim hamak poruszył się niespokojnie.
Ze środka jego wysunęła się ręka i zaczęła macać wokoło. Trafiła na sznur, którym przymocowany był hamak Żucińskiego do jagsztagu przy pułapie. Cofnęła się. Po chwili ukazała się znowu uzbrojona w nóż. Jeden błysk dobrze wyostrzonej klingi, skrzyp podciętego sznura, i hamak wraz z sennym i bezwładnym Żucińskim stuknął głucho o deski pokładu.
W tejże samej chwili z masy wiszących hamaków runęła wdół kupa nagich ciał.
Przytłoczyły one leżącego i zaplątanego w pościeli Żucińskiego. Grube, metrowe rozpórki od hamaków wznosić się zaczęły do góry i opadać wdół, jak cepy.
Rozległy się odgłosy uderzeń i przytłumione kneblem poduszki jęki bitego.
Odbywał się samosąd. Ofiara starała się wyrwać z rąk oprawców, szarpała się i kąsała, ale, dławiona zgóry rękami, kolanami i zasypywana gradem ciosów, już po kilku chwilach osłabła i zacichła.
Gdy przebrzmiał ostatni jęk, jeden z bijących odtrącił resztę i szepnął: — Dość! Do hamaków!
Spiskowcy rozbiegli się we wszystkie strony i na miejscu, gdzie się odbył lynch, został tylko leżący bezwładnie Żuciński.
Po dwóch minutach zbity odzyskał przytomność, otarł krew z rozkwaszonego uderzeniem rozpórki nosa i stłuczonych ust. Zaklął przez zęby, zwinął rozrzucony hamak i powlókł się spać w kąt międzypokładu.
— Świnie — mruknął poznaniak, zasypiając i postękując od dotkliwego bólu w żebrach — świnie, coprawda, ja też jestem świnia. Komendant też świnia, że nas nakrył z temi kartami. — Świnia. Wszyscy świnie jednem słowem. Świnie...
Z tem słowem na skrwawionych ustach Żuciński zasnął.
„Koc“ ten jednak był dopiero początkiem nieszczęść, jakie się posypały na niefortunnego gracza.
Nazajutrz koledzy powitali go ozięble i wrogo. Po spojrzeniach ich, jakie rzucali w jego stronę, wywnioskował, że „kocowanie“ w nocy było tylko wstępem do dalszych znęcań się. Podejrzewał, że następnej nocy znów się powtórzy seans z podcięciem hamaku i rozpórkami.
— Jak tylko mrok zapadnie, schowam się do żagielkoi — postanowił — tam mnie nie znajdą.
Gorzej jednak przedstawiała się sprawa z władzą (kurs drugi i trzeci). Ci zaczęli się czepiać na służbie.
Na samym początku wachty Aloszta dał Żucińskiemu szczotkę i kazał wyszorować „kancelarję“ czyli tak zwane po lądowemu dwa zera. Później musiał leźć na bom-bram-reje luzować już zluzowane sejzingi. Ledwo zdążył zejść z want, już go zapędzono do opukiwania młotkiem rdzy w środkowym triumie.
Gdy zziajany i spocony, ledwo nie uduszony smrodliwem powietrzem triumu, wychynął na pokład, zastał liny brasów, gejtaw i gordingów rozrzucone po pokładzie i musiał je oczywiście sam jeden sklarować.
Na nocną wachtę wlepiono mu dwie godziny służby na sterze i dwie godziny na „oku“. Żuciński spochmurniał. Nawet jego pracowita poznańska natura zaczęła się buntować przeciwko tej orgji pracy.
Drugiego dnia było jeszcze gorzej, a gdy trzeciego półprzytomny od ciągłego pompowania wody do zbiorników dostał jeszcze w triumie żelazną skrobaczką w łeb, aż mu iskry posypały się z oczu — postanowił coś przedsięwziąć.
Na zbiórce porannej, gdy komendant wstąpił na grota luk, by powiedzieć zwykłe: Cześć, uczniowie! — Żuciński wystąpił przed szereg.
— Pane komendancie — zameldował — ja też wtenczas grołem!
Komendant spojrzał na niego przenikliwie.
— Lepiej późno, niż nigdy — rzekł — jak tamci odsiedzą swoje, pójdziecie do paki. A teraz za to, żeście się odrazu nie przyznali — na saling!
Żuciński wdrapał się na wanty i za chwilę sylwetka jego ukazała się na salingu nad fok-obermars-reją.
Kolegom spodobał się postępek Żucińskiego. Po porannej modlitwie poruszono jego sprawę.
— Pies mu mordę lizał! — orzekła wyrocznia załogi Aloszta — postąpił wprawdzie po świńsku, ale już dostał za swoje i od nas i od komendanta. Nie przyfajdalać się więcej do niego. Morowy chłop, że się przyznał!
Gdy Żuciński po wystaniu dwóch godzin zeszedł na pokład dla odpoczynku, rozmawiano już z nim przyjaźnie.
Zaś później, w ciągu dalszego odbywania kary, pod fok-masztem zbierała się kompanja kolegów z pierwszego kursu i, zadzierając głowy do góry, wołała:
— Hej, na salingu! Żuciński, grałeś?!
— Grooooołem! — dolatywał z wyżyn ledwo dosłyszalny głos Żucińskiego.




MADERA
Wiał rześki baksztag. Płynęliśmy pod wszystkiemi żaglami prócz bom-bramów. Po sterburcie w odległości dwóch mil morskich widniała wyspa Porto Santo z wznoszącą się na cyplu skalnym latarnią, której z takim upragnieniem wypatrywaliśmy zeszłej nocy. Nieco dalej od Porto Santo po bakburcie widać już wielką, pustynną skałę, zlekka tylko przebłyskującą gdzie niegdzie zielonością. Jest to wyspa Deserto Grando, od której do Madery, ściślej mówiąc do Portu Funchal, który był celem podróży szkolnego barku „Lwów“, zostaje 30 mil. Jakoż po godzinie, gdy wyspy te zostały za rufą, na widnokręgu ukazała się już przeszło od miesiąca oczekiwana przez nas z utęsknieniem portugalska wyspa Madera. Przyjemne zajęcie liczenia palm na stokach górskich Madery, oglądanych przez lunetę, do której ustawiła się długa kolejka ciekawych, przerwał gwizdek ucznia, pełniącego służbę bosmańską. Zbiórka. Na grota — luk wszedł starszy oficer. Umyć się. Ubrać się w czyste drelichy. Zgolić długie, nieomal pasa sięgające, od czasu wyjazdu z Gdyni nietykane brzytwą brody. Wogóle starać się jak najmniej wyglądem swym przypominać piratów. Załoga szalupy w pogotowiu. Prawdopodobnie nie później, niż za dwie godziny, zakotwiczamy się. Rozejść się.

Część załogi rzuciła się do umywalni, druga część do międzypokładu, gdzie zachlupotało mydło, rozsmarowywane po obliczach brodaczy, poszły w ruch wydobyte z czeluści szafek brzytwy i zatrajkotały radośnie maszynki do strzyżenia. Fryzjera nie było, więc strzygli koledzy kolegów. Niektórzy czynili to nawet bardzo wprawnie, zyskując ogólny szacunek i uznanie, ale nie brakowało i partaczy. Ja miałem nieszczęście trafić w ręce oprawcy, który ostrzygł mnie tak ohydnie, że przed otrzymaniem urlopu na ląd dawać musiałem słowo oficerowi służbowemu, że nigdzie nie będę zdejmował czapki.
Po upływie pół godziny całe dostojne towarzystwo, czysto ubrane, umyte i ogolone, wyległo na pokład i wylot lunety znów skierował się na bliską już zupełnie wyspę. Zresztą już gołem okiem rozróżnić było można białe plamki domów na tle obfitej zieloności. Białe plamki te zgęszczały się w pewnem miejscu u podnóża wielkiej góry, tworząc wielką białą plamę — Port Funchal. Wiatr osłabł, gdyż weszliśmy w przestrzeń, zasłoniętą przez góry wyspy, która znajdowała się już teraz po prawej stronie statku. Jeszcze parę słabych podmuchów i płachty żagielne zwisły bezsilne. Zaczęły pracować motory. Gwizdek. Na stacje manewrowe! Żagle zwijać. Wdrapaliśmy się na wanty, a z want na reje. Robota szła piorunem. W pić minut żagle były zwinięte. Gdy zeszliśmy nadół, koło statku znajdowała się szalupa, a w niej pilot-Portugalczyk, czarny, jak Cygan, w słomkowym kapeluszu. Gestykulując, wskazywał przejście na redę w Funchalu. Za chwilę dał się słyszeć dzwonek telegrafu. Motory stanęły. Jeszcze chwila, i kotwice z hałasem wypadły z kluz, ciągnąc za sobą łańcuch kotwiczny. Staliśmy na redzie w Funchalu.
Nie minęło piętnaście minut od chwili zakotwiczenia się, a już koło burty „Lwowa“ uwijały się szalupy tubylców, przekupniów z południowemi owocami. Rozgorzał handel. Do szalup ciskano stare mundurowe spodnie, bluzy, buty, koszule i inne części garderoby męskiej, nie nadającej się do druku, a z szalup w wyciągnięte łapczywie ręce marynarzy wpychano ananasy, banany, kaktusy, winogrona, granaty i t. p. jadalne egzotyzmy. Najwięcej jednakże dostać można było za kawałek zwykłego mydła, którego, z przyczyn bliżej mi nieznanych, brak się odczuwać daje zarówno na Maderze, jak i na wyspach Azorskich. Próbowano puszczać w obieg złote polskie, lecz bezskutecznie; szlachetni Portugalczycy i niemniej szlachetni murzyni, których tam nie brak, pogardzali pieniądzem, nadewszystko ceniąc sobie mydło. Ten wstręt do pieniędzy nie obejmował jednak wszystkich walut; ani ja, ani żaden z moich kolegów nie widział nigdy, by Portugalczyk odtrącił wyciągniętą dłoń z dolarami i zawołał:
— Soap (mydło)!
Wyzyskiwano nas w tym handlu do ostatnich granic, to też w kilka minut owocowy zapał ostygł, i na kuszące wołanie: „Fructos, signor, fructos!“ do szalup nie leciały już ani buty, ani ponętne kawały mydła, lecz najczęściej skórki bananów, pestki i łupiny orzechów kokosowych, które tę mają właściwość, że rzucone zgóry na głowę sprzedawcy, sprawiają mu dotkliwy ból. Jeszcze chwil parę brzmiały syrenie głosy: „fructos, signor, soap, signor!“ aż umilkły i szalupy handlarzy odpłynęły od burty „Lwowa“.
Można się teraz było rozejrzeć wokoło.
Wyspa Madera od strony morza wygląda, jak potężna, zielonością pokryta góra, wynurzająca się z fal oceanu. Na wierzchołku tej góry jaskrawo odbijają się zielonością od błękitu południowego nieba szeregi palm. Stoki góry usiane są białemi plamkami; są to wille bogatych Amerykanów, którzy przyjeżdżają tutaj leczyć się ożywczem, południowem powietrzem Madery od chorób płucnych. U samego podnóża góry, omywane połyskującemi w słońcu modremi falami oceanu, leży niepokalanej białości murów miasto Funchal, główne miasto Madery. Zkolei wzrok z widoków dalszych przechodzi na bliższe. Oglądam ciekawie przestrzeń wodną, dzielącą „Lwów“ od brzegu, t. zw. redę.
Port Funchal, portem właściwie nie będąc, nie mając żadnych urządzeń portowych, służy jedynie jako przystań parowców pasażerskich, które stoją na redzie, zresztą na redzie złej, nieosłoniętej od fal i wiatrów. Stał właśnie niedaleko od nas jakiś dwukominowy statek niemiecki, szykując się do odpłynięcia; uwijały się jeszcze koło niego szalupy z owocami i małe stateczki portowe, dowożące węgiel z brzegu, a właściwie od niewielkiego, zakrzywionego molo, służącego do przeładunku węgla na pomniejsze statki, mogące do niego podejść. Oprócz niemieckiego statku stały tam jeszcze na kotwicy jakieś dwa żaglowce, małe szkunery, parę szalup, coś ze dwie dziwaczne motorówki z żółtemi komikami i to wszystko. Reda była pusta. Wzrok mój padł na malutki stateczek, holownik o rozpiętym nad pokładem tentem, zbliżający się do burty „Lwowa“. Uwijało się na nim parę osobników w niebieskawych mundurach. Władze portowe. Za chwilę holownik przybił do trapu. Jakiś opalony jegomość w słomkowym kapeluszu o szerokich kresach wskazywał nam wielką paczkę papierów, którą trzymał w ręku. Listy. I oto na gwarnym „Lwowie“ zaległa cisza, każdy zaszył się w jakiś odosobniony kąt i zagłębił się w czytaniu wiadomości z domu, z dalekiej ojczyzny. Były też i gazety z Polski, które wyrywano sobie z rąk — wszak przeszło miesiąc byliśmy w morzu bez żadnych wiadomości, nie zawijając do żadnego portu, ląd widząc rzadko, a właściwie wszystkiego dwa razy, w Sundzie i w La Manche.
Rozlega się gwizdek. Baczność!
Komendant wrócił z lądu po załatwieniu formalności portowych. Za chwilę zbiórka dwóch wolnych wacht, urlopowanych na ląd. Jestem w jednej z nich, to też pędzę do międzypokładu, myję się, przebieram w czysty mundur i staję w szeregu. Za chwilę odbijają szalupy, mające nas zawieźć na ląd. Przed szereg wychodzi oficer służbowy i robi przegląd mundurów, butów, czapek. Wszystko musi być we wzorowym porządku. Jeśli buty źle oczyszczone, mundur nieodprasowany, czapka bez znaczka, to marynarz, u którego jedna z tych części munduru jest w wyżej wymienionym nieporządku, zostaje na statku i urlopu na ląd niema. To też każdy z drżeniem serca oczekuje chwili, kiedy spocznie na nim badawczy wzrok oficera. Bo też czyste buty i dobrze odprasowany mundur, jak wszystko zresztą na świecie, jest rzeczą względną, i znane są powszechnie uczniom Szkoły Morskiej wypadki, że mundur źle odprasowany jednego dnia, nazajutrz już bez użycia żelazka stawał się dobrze odprasowanym i przepisowym jedynie dlatego, że inny oficer był bardziej pobłażliwy i mniej czuły na godną reprezentację marynarki polskiej zagranicą.
Przegląd skończony. Pada komenda:
— Na szalupy!
Za chwilę już płynę w towarzystwie kolegów na szalupie, posuwanej potężnemi rzutami wioseł ku brzegowi. Dobijamy. Małe, krótkie, kamienne molo. Z satysfakcją stajemy na stałym gruncie, nierzucanym i niekołysanym przez fale. Wchodzimy w tłum o typie południowym, czarne włosy, czarne żywe oczy, ciemne ruchliwe twarze, gestykulujące z ożywieniem ręce, jacyś Portugalczycy, czy Hiszpanie, jednem słowem zgromadzenie signorów i signorit. Kręci się też kilku murzynów, bynajmniej nie w opaskach na biodrach, jak ich spodziewałem się tutaj ujrzeć, w ich ojczyźnie (Madera jest wyspą afrykańską), lecz w jasnych garniturach i słomkowych kapeluszach na głowie. Całe to spacerujące towarzystwo przygląda się nam z ciekawością, nie z tak wielka jednak, jak myślałem. Idziemy molem do brzegu. Kilkadziesiąt kroków i oto już jesteśmy w cieniu palm, chroniących od prażącego niemiłosiernie słońca. Daje się odczuć typowy zapach południowej przyrody, znany mi jeszcze w dzieciństwie z czasów pobytu na Krymie. Rozglądamy się z ciekawością naokoło — gdzie pójść, co robić? Znajdujemy się na ulicy, ciągnącej się wzdłuż brzegu; przecina ją ulica, biegnąca pod górę w głąb miasta: zapuszczamy się w nią. Po lewej stronie ulicy, obsadzonej szeregami jakichś południowych drzew, ciągnie się długi, biały budynek — koszary garnizonu wojsk portugalskich, po prawej kawiarnie z wystawionemi na ulicę stolikami pod namiotem, sklepy galanteryjne i z najprzeróżniejszemi drobiazgami, pamiątkami z Madery. Właściciele sklepów wystawiają swoje towary, też na ulicy, na stolikach plecionych, które są oryginalnym wyrobem tej kolonji portugalskiej. Publiczność taka sama, jak na molu, z domieszką wojskowych mundurów. Mundury niebieskie łudząco podobne do mundurów armji francuskiej, różnica tylko w czapkach, które tutaj też niebieskie, są jednak podobne nie do pierogów, lecz z kształtu przypominają czapki wojsk austrjackich z czasów światowej wojny.
Upał. Oblewając się krwawym potem, pniemy się pod górę. Zwracam uwagę na dziwny sposób brukowania ulic: są one pokryte małemi kamyczkami wielkości orzecha włoskiego, ułożonemi w najprzeróżniejsze desenie; wyślizgany jest przytem ten bruk tak, że gdyby coś podobnego znajdowało się w Polsce, nie omieszkanoby posypać go piaskiem. Niebawem wyjaśniła się przyczyna tych śliskich funchalskich bruków. Weszliśmy na dość obszerny plac, obsadzony palmami. Na środku placu był postój dla samochodów, których tutaj są krocie, i dla dorożek nietyle konnych, co mułowych, gdyż ciągnione są przez muły i woły. Dorożki te właśnie są przyczyną śliskich bruków, są to bowiem nie dorożki, lecz sanki. Tak, tak, autentyczne sanki pod upalnem południowem niebem Madery. Jazda niemi nie należy jednak do przyjemnych: siada się pod rozpiętem płótnem, chroniącem od słońca, posuwa się z szybkością żółwia, a właściwie z szybkością rozleniwionego upałem muła, skropionego zrzadka a łagodnie batem Portugalczyka-woźnicy, który z powagą kroczy obok, rozglądając się na wszystkie strony. Na zakrętach zdobywa się ów syn południa na energję, łapie za tył sanek, unosi je wgórę i zarzuca w kierunku przeciwnym do prowadzącej po zakręcie drogi; muły zaś, ani woły pracy tej wykonać nie mogą, czy też nie chcą, są to już zresztą ich sprawy czysto wewnętrzne.
Z jednej strony plac jest zamknięty ogrodem, właściwie gajem palmowym, w którym znajduje się rozpięty miedzy drzewami ekran i plecione krzesła, ustawione rzędami — kino. Wyświetla się, o ile możemy wyrozumieć z portugalskich napisów na ogłoszeniu, farsa z Charlie Chaplinem w roli tytułowej. Na wystawionych fotografjach spostrzegamy sympatyczne oblicze tego artysty. Przyjemny uśmiech wykwita na twarzach: pierwszy to znajomy, spotkany na Maderze.
Na placu zbiera się większa grupka marynarzy ze „Lwowa“. Narada. Wytwarzają się dwa stronnictwa: turystyczne i gastronomiczne. Narady trwają niedługo; pierwsza grupa idzie za miasto w góry, skąd, jak wieść głosi, otwierają się szerokie horyzonty i piękne widoki; druga grupa, do której i ja należałem, uchwala odbić sobie jednomiesięczny okres, nietyle głodowy, co konserwatywno-solonomięsny i iść do pierwszorzędnej restauracji, najeść się egzotycznych potraw, wypić osłabionej madery i zapalić angielskiego papierosa, któremi wszystkie wyspy Atlantyku są zarzucone przez przemysł tytuniowy angielski. Przedtem jednakże pokątnie wymieniamy dolary na kolonjalną walutę portugalską: eskudy. Za dolara dają osiemnaście eskudów. Za złote polskie jednak dwóch eskudów, jakby z prostego stosunku dolara do złotego wyniknąć mogło, nie dają. Nie dają nawet pół centavosa, która to wartość równa się ¼ grosza polskiego. Wydajemy srogi okrzyk oburzenia i... wyciągamy dolary. Za chwilę siedzimy już przy stoliku pierwszorzędnej angielskiej restauracji Funchalu „Golden Gate“ — Złota Brama.
Rozglądam się wokoło. Sala elegancka. Posadzka. Marmurowe stoliki. Żyrandole. Wielkie szyby wystawowe. Gdyby nie wybitnie południowy typ publiczności i obsługi, miałbym wrażenie, że jestem w „Cristalu“ lub w jakiejś innej restauracji warszawskiej.
Zamawiamy obiad.
Ovos, sopa, pescedo, salada, fructos i vinho (jajka, zupa, sałata, ryba, owoce i wino) szybko znikają.
— O, wspaniały żeglarzu, Henryku — odzywa się jeden z kolegów — dobrześ zrobił, odkrywając Maderę, gdyby nie ty, jedlibyśmy jeszcze i dziś solone mięso na naszym „Lwowie“!
Wychylamy kielichy z resztą „Madery“ za spokój duszy ks. Henryka żeglarza.
Z czeluści marynarskich kieszeni na światło dzienne ukazują się angielskie papierosy „Gold Flake“, portugalskie „Cigarros“, hiszpańskie „Dolores“.
Powietrze pierwszorzędnej angielskiej restauracji „Golden Gate“ — Złota Brama, zaczyna przybierać odcień sinawy, i widać wyraźnie kłęby dymu, wydobywające się z otwartych drzwi na ulicę (było nas tam około dwudziestu, a w tej liczbie ani jednego prohibicjonisty tytuniowego).
Kilku Anglików o suchotniczym wyglądzie zakaszlało, poruszyło się niespokojnie i wyniosło na świeże powietrze.
Wstałem i ja. Miałem jeszcze pójść na pocztę napisać listy do Polski.
Razem ze mną poszło kilku kolegów. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu kupić pocztówek z widokiem Madery. Na progu przywitał nas z wyszukaną grzecznością młody, czarniawy chłopak lat dwunastu i sam właściciel sklepu, sędziwy Portugalczyk, signor Honorato Oliveira. Wspominam tu jego nazwisko, gdyż jedyny jest to chyba człowiek na świecie, który niezłomnie wierzy w to, że najpotężniejszem mocarstwem na świecie jest Polska.
Podczas gdy drobiazgowo przeglądaliśmy pocztówki (chodziło o to, żeby było na niej widać jak najwięcej palm i w ich cieniu musiał koniecznie znajdować się murzyn lub murzynka) Honorato Oliveira spoglądał bystro na nas, na nasze mundury, na napisy na czapkach, aż wkońcu zagadnął: Messieurs, de quelle nationalité êtes-vous?
— Jesteśmy Polacy — odrzekłem ze skromną dumą i zrobiłem wyraz twarzy, który mówił wyraźnie: Ach, niema o czem mówić, proszę pana, wiem, wiem doskonale, jakiego pan jest zdania o naszej dzielnej ojczyźnie, lecz już tyle nasłuchaliśmy się pochwał i wyrazów podziwu, że, doprawdy, nie warto, niema o czem mówić...
Lecz na obliczu signora Honorato Oliveira nie rozbłysł uśmiech zachwytu, ani też odmalowało się zdumienie, że wspaniali synowie takiej krainy, jak Polska, zaszczycili odwiedzinami jego skromny sklepik. Nie. Nic podobnego. Nawet wprost przeciwnie, przypuszczał bowiem (mówił nam później), że jesteśmy Szwedami, do których gorącą żywił sympatję.
— Gdzie się znajduje Polska? — zagadnął, gdy dowiedział się, że istnieje takie państwo.
— Signor — odrzekłem dumnie, — spostrzegam ze smutkiem, że nauka zarówno geografji, jak i historji, stoi na bardzo niskim poziomie w kolonjach Portugalji. Polska, signor, znajduje się w Europie, zajmuje obszar rozciągający się od morza Bałtyckiego po morze Czarne, na zachodzie granica jej przebiega rzeką Odrą, a na wschodzie dotyka gór Uralskich. Jest to państwo najpotężniejsze na kontynencie europejskim, armja Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej jest najsilniejsza już nietylko w Europie, ale na całym świecie nie znajdziesz, signor, dzielniejszej, flota ustępuje wprawdzie liczebnie flocie Imperjum Brytyjskiego, ale mimo to jest tak potężna, iż drżą przed nią nasi wrogowie. Polska, signor, jest stanowczo najpotężniejszem mocarstwem na świecie.
Zamyślił się głęboko sędziwy signor Honorato Oliveira.
A gdyśmy już wychodzili, zbliżył się do mnie i spytał nieśmiało, wskazując na przechodzących ulicą kolonjalnych żołnierzy armji portugalskiej: — Jakie jest pańskie zdanie, signor, o naszem wojsku?
— A, owszem, owszem — odrzekłem — bardzo dobre, oczywiście, jeżeli porównać... tak, ale poza tem wcale niczego sobie, owszem, owszem...
Pożegnaliśmy się z nim serdecznie i poszliśmy na pocztę.
Po załatwieniu spraw listowych udaliśmy się do ogrodu miejskiego, gdzie w cieniu rozłożystych palm stał pomnik odkrywcy Madery, ks. Henryka Żeglarza. Spędziliśmy tam czas na obserwacjach publiczności obojga, bez specjalnego uwzględnienia płci, piękną zwanej. Powód tej obojętności: chudość nadzwyczajna, lub też rozlewność kształtów, u nas w Polsce i w innych znanych mi krajach zrzadka tylko spotykana; poza tem nieprzyzwoicie krzywe nogi. Tak. Jednak „każda potwora znajdzie swego amatora“. Tak było i tym razem.
Mój kolega zapoznał się z jakimś szkieletem, który udawać miał uroczą signoritę i mnie z nią przemocą zapoznał. Ha! Trudno.
Poszliśmy na dancing.
Pięć escudów wejście (2 zł. 50 gr.). Niewielka sala. Lśniąca posadzka. Światła. Dźwięki orkiestry. Posępne, smętne, ale melodyjne wycia murzynów. Tango. Po sali wirują najpiękniejsze signority Funchalu. Czarne, jak heban, włosy, czarne, jak węgiel, oczy. Ogniste signority. Może i ogniste, ja nie wiem. Ale chude i brzydkie, lub zbyt tłuste i też brzydkie. To wiem na pewno. Tańczyłem tango. Ona nie umiała po francusku, nie umiała też po angielsku, ja nie miałem pojęcia o portugalskim, słabo też władałem murzyńskiem narzeczem Ki-Swahili.
Milczeliśmy. Wyrażaliśmy swe myśli oczami? Bez wątpienia. Prawe moje oko rzekło jej, że, pomimo całego wdzięku jej postaci, przypomina mi ona śmierć angielską z domieszką krwi Papuasów, zaś lewe oko pocieszało ją, że to nic, że ja się nie znam na pięknościach wysp południa, że ani chwili nie wątpię, że każdy kacyk licznych plemion murzyńskich życieby swoje złożył w ofierze u jej cienkich, krzywych nóg, że wreszcie krzywe nogi też niekoniecznie są brzydkie, że „...de gustibus et coloribus non est disputandum...“, że wreszcie, co jest dobre, a może nawet piękne na Maderze, dla mnie, Polaka i Europejczyka, jest ohydne, że wreszcie... merci! Wymówiły to słowo nietylko oczy, ale i usta. Posadziłem ją na kanapie obok jakiegoś zażywnego murzyna we fraku (miał minę wodza), który, ujrzawszy ją, przewrócił białkami oczu z zachwytu i z punktu poprosił do tańca. Ja, nie żegnając się z kolegami, złapałem za czapkę i uciekłem.
Gdy wyszedłem na ulicę, była noc.
Parna, gwiezdna, południowa noc.
W powietrzu rozlegały się dźwięki mandolin i gitar, O signora, o signora! śpiewały melodyjne, czasami nawet piękne głosy męskie. Na ulicach ruch. Światła. Samochody. Mułowych sanek nie widać, może niebezpiecznie niemi jeździć w nocy, nie wiem. Na głównym placu gra orkiestra wojskowa. Tłumy ludzi. Powietrze brzmi muzyką i śpiewami. O signora, o signora...
Spojrzałem na zegarek — wpół do ósmej. O ósmej odbija od mola ostatnia szalupa ze „Lwowa“. Trzeba już iść.
Kieruję się powoli ku brzegowi.
Mijając „Golden Gate“, spostrzegam wychodzących stamtąd kolegów: weseli, rozmowni i niepewni w fundamentach. „Madera“ działa. Przyłączam się do nich i idziemy razem. — Cabaleros! Cabaleros! — słychać wołania ukrytych w cieniu palm słodkich i ognistych podobno signorit. Cabaleros! Cabaleros!
Furda, moje panie, nic z tego, w mroźnej, dalekiej Polsce piękniejsze mieszkają kobiety. Adieu, mia cara!
Wchodzimy na molo. Tak samo, jak na mieście, gwarno i rojno. Kilku kąpiących się, ale dzieci. Publiczność rzuca im z mola monety i malcy, nurkując, wyciągają je z wody, poczem zapychają w usta i wołają cienkiemi głosami: Centavos, signor, centavos, signora!
I centavosy się sypią.
Stoimy na molu w oczekiwaniu szalupy. Powoli schodzą się wszyscy. Za piętnaście ósma niedaleko od mola ukazuje się światełko i słychać równomierny plusk wioseł — szalupy ze „Lwowa“. Dobijają. Wsiadamy.
Krótka komenda sternika: Odbij!
I za chwil parę rozśpiewany, wesoły Funchal odchodzi w mrok nocy, wabiąc nas jeszcze rozigranemi światłami, które wyciągają do nas po wodzie swe promieniste ramiona. Adieu!
Niedaleko już widać potężną sylwetkę „Lwowa“. Maszty jego ze zwiniętemi żaglami jaskrawo odbijają się od gwiezdnego nieba.
Za kilka dni rozwiniemy te białe żagle i popłyniemy na Azory, później do Francji, a jeszcze później do naszej zimnej, mroźnej Polski.




SAN MIGUEL[5]
W drodze powrotnej do Polski wiały pomyślne dla „Lwowa“ wiatry. Szmat oceanu, dzielący Maderę od wysp Azorskich, przebyliśmy w pięć dni. Jeszcze wczoraj w nocy migotało za rufą światełko latarni morskiej na wyspie Santa Maria, a już dzisiaj łapy kotwic „Lwowa“ zaryły się w piasek dna przy brzegach portugalskiej wyspy San Miguel, w porcie jej głównego miasta Ponta Del Gada. Zakotwiczyliśmy się akurat w niedzielę, to też na rozkaz komendanta załoga cała udać się miała na brzeg do kościoła. Nadmienię tutaj, że cała ludność San Miguel jest katolicka i na każdej niemal uliczce Ponta Del Gada wznosi się kościół. Piękne to robi wrażenie szczególnie w nocy, gdy zacicha gwar miasta i z brzegu dolatują poważne dźwięki dzwonów, wybijających godziny, półgodziny i kwadranse. Większe wrażenie robią te dźwięki, rozlegające się pod sklepieniem gwiezdnego nieba południa, niż u nas w Polsce.

Szalupy, odstawiające nas na brzeg, dobiły do ładnej, arkadami otoczonej, kamiennej przystani.
Gwizdek ucznia, pełniącego służbę bosmańską, podrywa wszystkich na baczność. Zbiórka.
Po chwili, otoczeni tłumem ciemnoskórych, kolonjalno-portugalskich gapiów, maszerujemy ulicami Ponta Del Gada.
Po drodze obserwuję miasto. Domy małe, jedno-piętrowe o płaskich dachach, czysto utrzymane, robią miłe wrażenie. Na werandach odświętnie ubrane siedzą poważne signory i zalotne signority, ze zdumieniem spoglądając na mundury polskich marynarzy.
Aczkolwiek Ponta Del Gada posiada zaledwie 30 tysięcy mieszkańców, po ulicach, dobrze wybrukowanych drobną kostką kamienną, snują się samochody niemal tak licznie, jak w Warszawie.
Wchodzimy do kościoła. Tłoku niema, to też zajmujemy miejsca na wygodnych dębowych ławach.
Odprawia się ciche nabożeństwo bez organów.
Miłą niespodziankę zgotował nam portugalski kapłan. Po skończonej mszy wygłosił kazanie w języku francuskim, w którem wychwalał Polskę i Polaków i podkreślił, że ojczyzna nasza jedynie dzięki gorliwości religijnej odzyskała swą niepodległość.
Po wyjściu z kościoła zbiórka. Przed front wystąpił komendant. Krótka, lecz doprawdy pełna sensu przemowa: ze względu na święto, załoga urlopowana na cały dzień. Rozejść się!
Radosny okrzyk: Hip! hip! hurra! — odbił się o mury Ponta Del Gada.
Szereg rozprysł się w jednej chwili i marynarze grupkami rozeszli się po mieście.
Jak poprzednio na Maderze, tak i teraz utworzyły się dwa stronnictwa: turystyczne i gastronomiczne. Ja oczywiście należałem do tego drugiego.
Po krótkiej naradzie zapadła decyzja udać się na targ południowych owoców i skosztować tych jadalnych egzotyzmów bez uszczerbku dla wypróżnionych w Funchalu[6] kieszeni. Posiadaliśmy na to niezawodny sposób, zdobyty długoletniem doświadczeniem jeszcze przez naszych poprzedników i przekazywany w tradycji nowym pokoleniom Szkoły Morskiej.
Uprzednio jednakże należało poczynić pewne przygotowania do akcji, zmierzające do tego, żeby w razie ostrzejszej wymiany zdań z handlarzem owoców nie być pokonanymi przez niego w dyspucie, a jasno, wyraźnie i w najczystszym portugalskim języku móc powiedzieć mu, kim była jego matka, czem się trudniła babka i za kogo się uważa jego żonę.
W tym celu łaziliśmy dłuższy czas ulicami, odczytując i skrzętnie notując najprzeróżniejsze napisy z ilustracjami, robione kredą na murach domów i płotach. Kiedy tych słów i powiedzonek zebrał sobie każdy sporą ilość, odważni i pewni siebie w języku wkroczyliśmy na plac, zawalony południowemi owocami.
Zaraz z brzegu stał stragan z bananami.
Zatrzymaliśmy się przed nim. Przelotne spojrzenie na banany i raptem... brwi się podnoszą do góry, usta otwierają, a w zdumionych oczach wyraźnie staje pytanie: Cóż to jest takiego? Cóż to za dziwny stwór natury leży sobie tutaj? Czy to aby dobre?
Portugalczyk sprzedawca dobrze zna swój interes — Please sir — mówi po angielsku — owoce dobre, proszę spróbować!
Następuje chwila wahania.
Wówczas sprzedawca wpycha każdemu w ręce banana i mówi: Please, please gentelmen, very good bananos!
„Gentelmens“ zjadają banany i twarze ich wykrzywiają się grymasem obrzydzenia. — Ach, cóż to za paskudztwo! — czyta wyraźnie zawstydzony sprzedawca w oczach klientów. Spluwamy z obrzydzeniem i idziemy do następnego straganu, gdzie widnieją figi i granaty.
Znów niezmierne zdziwienie na twarzach, brwi w górę, usta szeroko, ręce wykonywają gesty zdumienia.
Wykonaliśmy tę sztuczkę coś ze sześć razy, aż za siódmym sprytniejszy sprzedawca poznał się na farbowanych lisach i, gdyśmy zaczęli wydawać okrzyki zdumienia na widok ananasów, poczęstował nas niedojrzałemi owocami kaktusa, które mają przykrą właściwość, że drobne ich kolce rosną do środka i kaktusowy laik, wziąwszy ten zakazany owoc do ust, ma pokaleczony i poparzony język.
Tu dopiero przydała się nasza znajomość portugalskich napisów na płotach.
Takich wyborowych przekleństw i wyzwisk portugalskich nie słyszał zapewne nigdy sprzedawca nawet z ust rodaków.
Zatknął uszy i uciekł w stronę.
My zaś, zwycięzcy, ustawiliśmy się grupkami po dwóch i wyciągaliśmy sobie nawzajem kolce ze spuchniętych języków.
Cel jednak został osiągnięty: nie wydawszy ani centavosa[7], byliśmy w zupełności najedzeni egzotycznemi owocami.
Po opuszczeniu targu zmieniłem przekonanie i przyłączyłem się do stronnictwa umiarkowanego turystyczno-gastronomicznego.
Zacząłem się włóczyć po mieście.
Gdy mijałem największy plac Ponta Del Gada, obsadzony naokoło szeregami palm, zbliżył się do mnie jakiś młody Portugalczyk w wielkich rogowych okularach i, wyciągając rękę, prędko zamruczał: Guilherme de Faria e Maya da Cunha, aluno da Escola Agricola da Queluz!
Zmarszczyłem brwi i, przypuszczając, że młodzian ów chce mi ubliżyć, przypominać sobie zacząłem wyzwiska portugalskie, jakie znałem.
Już otwierałem usta, chcąc go nazwać dwugarbnym wielbłądem, gdy raptem zastanowiła mnie jego wyciągnięta ręka.
Albo przedstawia się — pomyślałem — albo chce co z kieszeni wyciągnąć, ale prędzej to pierwsze.
Trzymając się na wszelki wypadek lewą ręką za kieszeń, w której miałem jeszcze dolary, prawą wyciągnąłem do niego.
Przedstawiliśmy się. Rozmowa potoczyła się w języku francuskim. Mój nowy znajomy, signor Guilherme de Faria z dodatkami, okazał się słuchaczem wyższej szkoły rolniczej, mieszkał w Londynie, w Paryżu i, chociaż wyglądał pomimo swych rogowych okularów dość egzotycznie, był jednak człowiekiem kulturalnym i wykształconym. Chęć zapoznania się ze mną wytłumaczył w ten sposób, że z powodu jakichś przejść w życiu żywi gorącą sympatję do Polaków.
Dowiedziawszy się zaś, że jestem z Warszawy, pobladł, poczerwieniał, a później oznajmił mi, że będzie miał do mnie jakąś wielką prośbę.
Poszliśmy z nim zwiedzać miasto. Nic jednak szczególnego do oglądania nie było. Na uwagę zasługiwało może tylko kino, urządzone, jak i w Funchalu, w palmowym gaju. Zjawisko zupełnie zrozumiałe, jeśli się zważy wysoką temperaturę wysp Azorskich, która sprawia, że surowe jajka, zakopane w rozpalony od słońca piasek, po upływie dziesięciu minut ma się upieczone na twardo.
Znudzony włóczęgą, zacząłem już zdradzać chęć powrotu na „Lwów“, ale Guilherme de Faria oparł się temu stanowczo, przekładając mi, że jeszcze nie wyjawił mi swej gorącej prośby, wyjawienie zaś jej wymaga nastroju, to też pójdziemy teraz za miasto, gdzie wznosi się wygasły wulkan, w którego kraterze znajduje się małe jeziorko. Później do niego na kolację.
Wygasły wulkan słabo przemawiał do mojej materjalistycznej duszy, wzmianka jednak o kolacji poruszyła mnie do głębi. Może i wino będzie? — pomyślałem.
W rezultacie polazłem za moim ciceronem oglądać wulkan.
Droga prowadziła przez egzotyczny las, w którym wśród palm rosły drzewa, jakich nie widziałem jeszcze nigdy nawet w albumach botanicznych. Jedynem znajomem drzewem była sosna, którą wszakże Guilherme przerobił na „pinję“.
Po drodze spotykaliśmy pędzone do miasta muły, obładowane owocami.
Ponad wierzchołkami drzew widać było szczyt owego wulkanu.
Na oko mógł on być odległy na jakąś milę od miasta.
Gdy jednak po półgodzinie drogi, chociaż bliski, nie zbliżył się do nas nawet o centymetr, a upał wycisnął ze mnie wszystkie zapasy wilgoci, zatrzymałem się pod jakąś „pinją“ i spytałem mojego Portugała, jak też daleko jest stąd do owego zdechłego wulkanu.
— Och, bagatelka — odparł Guilherme — dwadzieścia mil, nie więcej.
Ze strachu omal nie usiadłem na jakimś kolczastym kaktusie.
— Nie idę dalej — oświadczyłem kategorycznie; — teraz jest godzina piąta, a o ósmej muszę już być na pokładzie. Nie zdążę.
Portugalczyk zaczął się gorączkować, tłumaczyć, że wygasły wulkan jest bardzo piękny i że bezwzględnie muszę go obejrzeć, ale nic nie wskórał i udaliśmy się na plantacje ananasów, należących do Guilherma. Tu dopiero rozwinąłem energiczną acz szkodliwą dla portugalskiego przemysłu owocowego działalność.
Po ananasach udaliśmy się do willi Guilherma, położonej w ślicznym lasku palmowym.
W mieszkaniu nie było nikogo, mój nowy znajomy mieszkał na kawalerce.
Dowiedziawszy się o tem, wydawać zacząłem znaczące pomruki, ale Portugalczyk pokiwał przecząco głową i rzekł: — Nie, signor, nie. Opowiem panu po kolacji, jaką będę miał do pana prośbę.
Była siódma godzina i mrok zaczął zapadać, gdyśmy skończyli kolację i obchód winnych piwnic Guilherma, przy którym zawartość każdej beczki poddawana była surowej analizie naszych języków.
Wynik tej analizy był taki, że Portugalczyk mój wpadł w sentymentalny nastrój, zaprowadził mnie na werandę domu i, wziąwszy gitarę do rąk, przygrywać zaczął, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, polskie melodje.
Niebawem też, nie przestając grać, wyjawiać zaczął swoją gorącą ku mnie prośbę.
Okazało się, że, studjując w Paryżu agronomję, poznał Guilherme de Faria Polkę, pannę z Warszawy, w której się miał nieszczęście zakochać. Nieszczęściem to było dla niego, panna Halina bowiem nie kochała go, motywując swoją obojętność w ten sposób, że nie może kochać mężczyzny grubego (Portugalczyk był rzeczywiście tłusty) i w okularach. Chodzi więc o to, żebym znalazł w Warszawie pannę Halinę i napisał mu do Ponta Del Gada jej adres.
— Signor — odrzekłem — czyż przypuszcza pan, że Warszawa jest tak mała, jak wasze Ponta Del Gada, gdzie wszyscy nieomal znać się mogą? Zresztą pań Halin jest w Warszawie bez wątpienia kilka tysięcy. Jakżeż ją znajdę?
— Halin jest dużo — odrzekł Portugalczyk — ale Halina Szczerbianka jest jedna, jedyna. Jedyna moja ukochana. Pan ją znajdzie, signor.
I zagrał rzewnie i namiętnie „O mój rozmarynie“...
— Postaram się ją znaleźć — rzekłem — a któż pana nauczył tych polskich piosenek?
— Ona nauczyła — odrzekł z dumą Guilherme; — nauczyłem się też od niej dużo polskich słów, które mówiła do mnie, gdy się jej oświadczałem. Co znaczy, signor: „tłusta małpa“, „portugalski kretyn“ lub „słoń w okularach“?
— To są takie polskie pieszczotliwe wyrazy — objaśniłem uprzejmie.
Gospodarz mój ogromnie się ucieszył, zagrał „Jeszcze Polska nie zginęła“ i rzekł: — Nie byłem jej widać zupełnie obojętny, nie lubiła tylko moich okularów.
Zdjął okulary, chciał je rozbić, ale po namyśle włożył zpowrotem na nos.
— Tutaj Haliny niema — oświadczył — mogę nosić.
Za piętnaście ósma żegnać zacząłem gościnnego Portugalczyka. Na „do widzenia“ dał mi wspaniały ananas i rzekł: — To dla Haliny. Niech pan odda jej i powie, że to ode mnie.
Odprowadził mnie do samego mola z arkadami, gdzie już czekały na powracających z lądu szalupy.
Po drodze jeszcze prosił, abym, broń Boże, sam nie czynił jakich kroków dla zdobycia serca panny Haliny.
Szalupy odbijają od mola. Trzymam w ręku olbrzymi ananas i patrzę na brzeg. Tam pod arkadami stoi gruby Guilherme de Faria e Maya da Cunha i powiewa mi słomkowym kapeluszem. W twarzy jego widzę niepokój. Drżyj, namiętny Portugalczyku! Panno Halino! Zatelefonuj pani do mnie 94.00. Porozmawiamy z panią o pogodzie, o tem, co słychać na wyścigach, o ostatnim pobycie pani w Zakopanem, czy też nad morzem, o charlestonie, o miłości wreszcie.
Porozmawiamy i o Guilhermie de Faria, który tęskni do pani na dalekiej wśród fal oceanu rzuconej wyspie San Miguel, pośmiejemy się trochę z „tłustej małpy“ i ze „słonia w okularach“.
Ma pani rację, panno Halino, że go pani nie kocha. Zawsze jakoś nie tego, okulary, tłusty i wogóle Portugalczyk...
Ja nie jestem tłusty i nie noszę okularów, niech pani pamięta o tem, panno Halino!
Szalupy, posuwane potężnemi rzutami wioseł, odpływają coraz dalej od brzegu. Niknie z oczu moich postać Guilherme de Faria.
Przed dziobem szalupy wyrasta sylwetka „Lwowa“.
Servus, Ponta Del Gada! Za pięć dni będziemy już na oceanie w drodze do Francji. Pa, Guilherme de Faria e Maya da Cunha!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na drugi dzień po odpłynięciu z San Miguel, zjadłem ów ananas — bardzo przepraszam, panno Halino!




LAZARET
Chorych na „Lwowie“ niema. Tłumaczy się ten fakt świeżem ożywczem powietrzem morza, nadzwyczaj zdrowym trybem życia, oraz brakiem jakichkolwiek bakteryj na pokładzie. Bo skądże, proszę, bakterje na środku morza lub oceanu?

Chorych tedy na „Lwowie“ niema, lecz nie zważając na to, lazaret okrętowy, t. zw. „Izba Chorych“, jest zawsze przepełniony. Pacjenci, znajdujący się tam, przeważnie są chorzy bardzo ciężko i cierpią najokropniejsze męki; takie szkaradzieństwa, jak „okropny“ ból lub zawrót głowy, ogólna słabość i absolutna, ale to absolutna niezdolność do ruszenia chociażby małym palcem u nogi, malarja tropikalna, żółta febra, dżuma nieomal są na porządku dziennym. Jednem słowem biedni ludzie ci poprostu umierają daleko od ojczyzny i rodzin, opuszczeni przez wszystkich (lekarz okrętowy, nie zważając na groźne choroby swych pacjentów, odwiedza izbę chorych zaledwie raz dziennie). Biedacy umierają. Takiego przekonania nabiera każdy, kto posłucha choć przez minutę ich opowiadań, narzekań na cierpienia i strasznych, krew w żyłach mrożących jęków. Lecz litość byłaby tu zbędna. Te potwory lenistwa, wmawiające, że im tylko kwadransa do śmierci brakuje, są zdrowe, jak byki, i okropne choroby ich znikają, jak senne marzenia, gdy tylko do izby chorych doleci hałas kotwic, zarywających się w dnie jakiegokolwiek portu. Bowiem stali mieszkańcy lazaretu rekrutują się z tak zwanych na statku „dekowników“, których dewizą jest: „Nie przepracowywać się!“
Dewiza ta daje się wprowadzić w życie tylko w tym wypadku, jeżeli „dekownikowi“ uda się „zadekować“ do izby chorych. Na służbie bowiem uchylanie się od pracy wcale ale to wcale nie popłaca: amatora próżnowania czekają kary oficerów i najokropniejsze, życie obrzydzające, szykany kolegów.
Są oczywiście specjaliści, umiejący po mistrzowsku nie wchodzić w styczność z robotą nawet na służbie i unikać kary, ale to są już genjusze „dekownictwa“ i wielu ich niema. Przeciętny, szary tłumek „dekowników“ pcha się wszelkiemi drogami i sposobami do izby chorych. Tego rodzaju chorzy są przeważnie z pochodzenia kandydaci; uczniów pierwszego, drugiego i trzeciego kursu spotyka się tam bardzo rzadko.
Wytłumaczenie tego zjawiska jest nadzwyczaj proste: „kandydaty“ są najbardziej przepracowane z całej załogi.
Połowa tedy kandydatów to czystej krwi „dekownicy“. Kiedy kandydat o „dekowniczych“ instynktach połamie sobie paznogcie przy zwijaniu żagli, powyrywa ręce ze stawów przy brasowaniu rej, zgubi czapkę, przechodząc przez saling i dostanie kilka razy w zęby sprychami szturwału podczas sterowania — smutnieje nadzwyczajnie, staje się zgryźliwy i ponury, słabo reaguje na wschody i zachody słońca oraz inne cuda natury, któremiby się zachwycał w normalnych warunkach, traci gust do solonego mięsa, robi się skłonniejszy do bójek i do filozoficznych rozmyślań na temat: „A zawsze na lądzie to lepiej było...“, aż przeszedłszy przez te wszystkie fazy duchowego upadku, postanawia „zadekować się“ do izby chorych. Zazwyczaj plan swój przeprowadza bardzo umiejętnie. Najpierw więc macza chustkę w gorącej wodzie, później pakuje ja pod prawą pachę. Nie czekając, aż chustka ostygnie, pędzi en carrière do ambulatorjum, gdzie urzęduje doktór. Przed doktorem staje blady (przynajmniej stara się o to) i o nadzwyczaj zbolałym, baranim wyrazie oczu. Ręce ma spocone i gorące, gdyż trzymał je dłuższy czas nad płytą kuchenną.
— Co wam jest? — pyta doktór.
Chory milczy i łyka tragicznie ślinę, aż mu grdyka gra i po minucie dopiero wydaje jeden tylko jęk, lecz tak bolesny i smutny, że dobremu doktorowi wilgotnieją jego rogowe okulary.
Doktór podchodzi i kładzie rękę na ramieniu pacjenta.
— Cóż wam jest? — pyta znowu.
— Umieram — dolatuje jego uszu słaby, ledwo dosłyszalny szept „dekownika“.
Doktór daje termometr. Chustka, umoczona we wrzątku, robi oczywiście swoje i ciepłomierz wykazuje taką temperaturę, przy której zwykły śmiertelnik nie wyżyłby i dwóch minut.
Dla „dekownika“ jednak ten okropny stan gorączkowy żadnych poważniejszych następstw nie ma i po rozwaleniu się w wygodnej względnie kojce, w izbie chorych, odzyskuje on humor i apetyt, śpiewa, gada, rżnie w karty i śpi. Przedewszystkiem śpi. Rozkoszuje się snem. Szczur lądowy, którego nie budzono w nocy na czterogodzinną wachtę, nigdy nie zrozumie, co to za rozkosz po wielu nieprzespanych nocach wyciągnąć się w kojce i wiedzieć na pewno, że nikt nie zakłóci błogiego spoczynku.
Gdy nowoprzybyły „lazaretnik“ odeśpi się już setnie, zaczyna brać udział w ogólnych zajęciach i grach mieszkańców izby chorych. Mają oni swój własny, ustalony tryb życia, a właściwie najweselszy sposób gnicia w kojkach. W izbie chorych są cztery kojki, czterech tedy drabów dzień cały śpi snem kamiennym, budząc się tylko w porze śniadań, obiadów i kolacyj. Twierdzą bowiem, że tylko niedźwiedzie potrafią spać, nie jedząc. Śpią wiec dzień cały, a ostatecznie i nieodwołalnie budzą się dopiero około godziny dziesiątej wieczór. Potężne, krew w żyłach mrożące ziewnięcia wstrząsają wówczas szybami iluminatorów. Potem przystępują do porządku dziennego, a ściślej mówiąc, do porządku nocnego. Najpierw omawiana jest sprawa, kto jaką ma mieć temperaturę na drugi dzień, gdy w porze obiadowej doktór przyjdzie ich odwiedzić. Niemożliwe jest bowiem, aby u wszystkich były zawrotne cyfry temperatur i aby wszyscy jednocześnie pchali się na tamten świat. Po załatwieniu tej palącej kwestji, decydują, kto ma wynieść się z lazaretu, gdyby doktór uparł się koniecznie opróżnić jedną kojkę. Po załatwieniu tych i tym podobnych spraw formalnych, izba chorych zaczyna się bawić. Zpoczątku pogawędka towarzyska i opowiadanie o snach, jakie się widziało w ciągu dnia, potem (o północy) seans spirytystyczny, w ciągu którego duch admirała Nelsona oznacza z całą dokładnością datę przybycia do następnego portu, po seansie gra w karty, która się przeciąga już do rana, a ściślej mówiąc, do śniadania, po którem społeczność lazaretu znów zapada w głuchy, beznadziejny sen. W dzień w izbie chorych jest naogół cicho, wyjątek stanowi tu tylko pora obiadowa, gdy chorych odwiedza doktór. W powietrzu brzmi wtedy kakofonja najokropniejszych jęków i postękiwań, którym podobnych z wyjątkiem doktora na „Lwowie“ żadne ucho lekarskie na pewno nie słyszało. Doktór jednak nie zawsze daje się nabrać i zdarza się często, że nieboszczyka poniektórego na pysk z izby chorych wylewa. Taki wylany z raju anioł nie daje mimo wszystko za wygraną i, popracowawszy jakieś dwa dni najwyżej, macza chustkę w gorącej wodzie, stawia oczy w słup, poci się i blednie, idzie do doktora, a później do izby chorych, witany tam owacyjnie przez trzymających się jeszcze kojki współtrupów.




WSPANIALI ŻEGLARZE
Motto:  Mówił Sindbad żeglarz wspaniały:
 „Opowiedziałem wam tedy wszystko, 
co było i czego nie było, nie na to
 bowiem dał Ałłach mowę ludziom, 
aby mówili prawdę. On ją zawsze
 rozezna, a więcej go nic nie ob
chodzi“.
(Makuszyński — „Ósma podróż żeg
larza Sindbada“).

W Tczewie, do przedziału drugiej klasy pociągu, 
 pędzącego do Gdyni (bez żartów, on naprawdę szyb
ko jechał), wsiadł skromnie ubrany człowiek 
w czapce sportowej na głowie. Lat miał około trzy
dziestu.
Oprócz niego w przedziale znajdowała się jakaś 
młoda, elegancka kobieta i dwóch marynarzy w wie
ku od lat osiemnastu do dwudziestu dwóch.
Na czapkach ich, leżących na półce, widniał na
pis: „Szkoła Morska“.
Byli to świeżo upieczeni uczniowie oficerskiej 
Szkoły Morskiej. Po krótkim urlopie, otrzymanym po zdaniu egzaminów wstępnych, jechali oni do
 Gdyni na szkolny statek, ażeby odbyć pierwszą, 
próbną podróż morską.
Po spojrzeniach, które rzucali na siedzącą na
przeciw panią, widać było, że starali się już nawiązać z nią rozmowę, lecz, niestety, bezskutecznie.
Zaś po minach, jakiemi powitali młodzi marynarze nowoprzybyłego, widać było, że obecność
 jego jest dla nich bardzo nieprzyjemna.
Jeden z nich, naprzeciwko którego usiadł ów
 pan w cyklistówce, wysoki, chudy brunet, zmierzył
 nieznajomego pogardliwym wzrokiem od stóp do
 głów, spojrzał mu w oczy i odezwał się:
— Hm… tak.
— Pan cywil jest, hę?
Vis â vis spojrzało na mówiącego zdziwionym
 wzrokiem i nic nie odpowiedziało.
— No i cóż się pan patrzysz — ciągnął dalej wy
soki marynarz, — widać przecież, że jesteśmy mary
narze, a nie szczury lądowe, tak, jak pan.
— Widzę, widzę — odrzekł, uśmiechając się pan 
w cyklistówce; — panowie są ze Szkoły Morskiej.
— Tak, jesteśmy uczniami oficerskiej Szkoły
 Morskiej.
— Panowie teraz jadą na statek, w próbną po
dróż?
— Pan skąd wie?
— Tak mi się zdaje.
— No, to dobrze się panu zdaje, rzeczywiście 
udajemy się w podróż na Maderę.
— Ho, ho! Aż tak daleko?
— Cóż to jest Madera? To nic nie jest — zabrał
 głos towarzysz chudego marynarza, gruby, rumiany blondyn — to jest tylko pierwszy etap podróży.
 Później płyniemy do Indyj, do Bombaju.
Chudy raptownie drgnął i spojrzał ze zdumieniem na kolegę.
— Tak, tak, tak — kontynuował grubas, rzucając 
zabójcze spojrzenie na towarzysza — do Indyj, a później do Chin i Japonji.
Piękna pani poruszyła się z zaciekawieniem
 i spojrzała po raz pierwszy uważniej na młodych marynarzy.
Nieznajomy też zrobił ruch, wyrażający niekła
mane zdumienie, i mruknął:
— Ho, ho! To daleko, przysięgam Bogu!
— Cóż to jest zresztą Japonja, proszę pana, to
 nic nie jest. Są tam wprawdzie tajfuny, bardzo nie
bezpieczne dla okrętów, ale cóż to jest tajfun, to
 nic nie jest, proszę pana.
— Ot, w poprzedniej podróży, przy wybrzeżach 
Ameryki południowej, złapał nas straszliwy sztorm. 
Panie, co to był za sztorm! Fale wzbijały się do wysokości siódmego piętra, wiatr był taki, że pory
wał nas z pokładu, niósł paręset metrów w powietrzu i rzucał w odmęty morskie; jaki to szalony
 trud, panie, dopłynąć po wzburzonem morzu zpowrotem do statku i poco? — następny wściekły poryw wichru zmiatał nas z pokładu i trzeba było zaczynać na nowo.
— Żagle się darły, a maszty gięły, jak trzciny. 
Panie, co to była za burza!
— Psia kość — mruknął nieznajomy — to była
 rzeczywiście wyjątkowa burza, przysięgam Bogu.
 No i jakże, panowie, daliście sobie radę z tym sztormem?
— A, no, jakoś przeniosło — zabrał znów głos 
brunet — rozbiliśmy się wprawdzie na miazgę o skaliste brzegi jakiejś nieznanej wyspy, ale nie 
utonął nikt. Bóg zachował.
— Statek jednak zatonął — dodał gruby.
— Jakto, szkolny statek zatonął? — zdumiał się
 pan w cyklistówce — na czemże panowie teraz po
płyniecie?
— Ach, panie — poruszył się niecierpliwie chu
dy — zatonął, ale tylko do połowy. Wkrótce po katastrofie wypompowaliśmy wodę, która się dostała 
do wnętrza, i popłynęliśmy dalej.
— Gdzież panowie dopłynęliście wkońcu?
— Do Ameryki nie dopłynęliśmy, nie pozwoliły 
wiatry przeciwne. Trafiliśmy znów na jakąś wyspę, 
zamieszkałą przez dzikich Indjan, plemienia Irokezów.
— Toście panowie wpadli, przysięgam Bogu!
— Głupstwo. Daliśmy sobie radę. Zpoczątku to rzeczywiście chcieli nas te dranie oskalpować, ale później złagodnieli i przekonaliśmy się, że to nawet bardzo sympatyczni ludzie.
— Ich wódz Montezuma, co po indyjsku znaczy „bawoła nerka“, po upływie tygodnia zebrał nas wszystkich na leśnej polanie i oznajmił, że bardzo lubi Polaków. Utrzymywał, że ojciec jego był Polakiem, brał udział w powstaniu 1863 roku i, uciekając przed prześladowaniem Rosjan do Ameryki, po burzy, która zatopiła okręt i wszystkich jego towarzyszy, został wyrzucony na brzeg wyspy. Odwagą swą tak zaimponował Irokezom, że obrali go swym wodzem. Ożenił się później z piękną Indjanką i spłodził Montezumę.
— Dziwne, przysięgam Bogu — mruknął nieznajomy. — Cóż dalej?
— Dalej oznajmił Montezuma, że jest już stary i niezdolny do władzy i chciałby, żeby plemieniem jego rządził Polak.
— Który z nas ma panować, miała zadecydować jego młoda żona.
— No i „promyk słońca“, tak nazywała się żona Montezumy, wybrała jego, gdyż nago jest on bardzo ponętny — zakończył brunet, wskazując na kolegę.
Ów skromnie opuścił oczy.
— Tak, była to piękna Indjanka — mruknął.
— I cóż się stało dalej — nie wytrzymała młoda dama — został pan wodzem?
— A jakże, przybrałem sobie przezwisko Nihoheto Oe, co znaczy „rysi pazur“, i panowałem cztery tygodnie.
— Później wszelako na rozkaz tego draba, komendanta, wrócić musiałem na okręt i jechać razem z nimi do Polski. Howg — po indyjsku znaczy — 
rzekłem. Wszyscy wodzowie w ten sposób kończą swoje przemowy.
— Dziwna historja, przysięgam Bogu — mruknął znów nieznajomy. A ot już i Gdynia. Do widzenia, panowie. Mam nadzieję, że się w krótkim czasie zobaczymy.
Pociąg rzeczywiście wjeżdżał na stację w Gdyni.
Pan w cyklistówce wziął walizkę i wyszedł na korytarz.
Marynarze włożyli czapki, zabrali walizki i, rzuciwszy ostatnie, zalotno-dumne spojrzenie pięknej współtowarzyszce podróży, wyskoczyli z wagonu na peron.

Na pokładzie szkolnego okrętu ustawieni w dwuszereg, oczekiwali ukazania się komendanta nowowstępujący do Szkoły Morskiej.
Wśród nich, stojąc obok siebie, znajdowali się dwaj nasi znajomi z pociągu. Komendant długo nie przychodził. Starsi uczniowie mówili, że przebiera 
się w mundur, bo na statek przyjechał w cywilu.
Nareszcie przed szereg na grota-luk wszedł komendant.
Wszystkie oczy zwróciły się na tego boga na pokładzie okrętu.
Nagle w ciszy, która zapadła, rozległy się dwa okrzyki przerażenia.
Wydarły się one z piersi marynarzy, którzy opowiadali nieznajomemu w wagonie owe przedziwne historje o burzach, wyspach i dzikich Indjanach.
Ów nieznajomy, obecnie w mundurze oficera marynarki, był komendantem szkolnego okrętu.
Ciarki przeszły po skórze grubego.
— O Boże — pomyślał — a ja nazwałem go „drabem“. Da mi teraz bobu!
Po krótkiej przemowie do nowowstępujących, komendant wywołał dwóch przyjaciół przed front.
— Polecam — zwrócił się do oficerów i starszych uczniów — to są już doświadczeni marynarze. Opowiadali mi w pociągu o swych dziwnych
 przygodach na morzach dalekich.
— Dać im teraz kubły z wodą i szczotki; jako wykwalifikowani marynarze, pokażą kolegom, jak się szoruje pokład. Po kubełki! No, biegiem, już!
— Wpadliśmy — mruknął chudy z wysiłkiem, szorując pokład.

— Howg! — odmruknął Nihoheto Oe, wielki wódz dzikich Irokezów.
ADMIRAŁ
— Marynarz, wróć! Marynarz, wróć!

Spojrzałem poza siebie i przystanąłem.
Z gęstwy przechodniów wyrwał się jakiś wysoki jegomość w okularach i szybkiemi krokami zmierzał ku mnie.
Oczekiwałem go ze zmarszczoną brwią i niesympatycznym wyrazem twarzy.
— Chcę zwrócić pańską uwagę… — zacząłem, gdy nieznajomy stanął twarzą w twarz do mnie.
— Wiem, wiem — przerwał mi okularnik — wiem, że odezwanie się moje mogło się panu wydać niezupełnie na miejscu, zwłaszcza, że jestem po cywilnemu, ale widzi pan, ja mam niejakie prawo na traktowanie pana, jako podwładnego, pan pozwoli… admirał Alfjan jestem.
Uścisnąłem dłoń „admirała“, obrzuciwszy jednocześnie nieufnem spojrzeniem całą jego wysoce niemorską postać.
Wysoki, o wynędzniałej, bladej twarzy, ze zwisającemi wdół siwemi wąsami, ubrany był skromnie, nieomal biednie. Żółta, wyszarzana kurta, zapięta pod szyją z wyłożonym nawierzch wątpliwej czystości kołnierzykiem, przykryta była jakąś zielonawą pelerynką, słabo ukrywającą szczupłość postaci pana Alfjana. Łatane w kilku miejscach ongiś białe, a dziś ziemiste spodnie do konnej jazdy, gietry i od kilku dni nieczyszczone, stare buty, dopełniały stroju tego dziwnego admirała.
— W jakiejże marynarce pan admirał służył? — spytałem, patrząc nieufnie w szyby okularów mojego nowego znajomego i przebierając w pamięci 
nazwiska wszystkich admirałów, będących obecnie w Polsce.
Co prawda, do przebierania nie było tych nazwisk dużo — jedno zaledwie, admirała Porębskiego, jeżeli nie liczyć zmarłego niedawno szefa francuskiej misji morskiej, admirała Joliveta.
— Ach, służyłem w marynarce, służyłem, niech mi pan wierzy, na pewno służyłem, całe życie służyłem, od lat dziecinnych służyłem, słowo honoru, że
służyłem, — niech mi pan wierzy, że służyłem — sypnął potokiem zapewnień pan admirał.
Zaczerwienił się, spojrzał zpodełba i spytał: — Pan, zdaje się, wątpi, że jestem naprawdę admirałem?
— Jest to mi w najwyższym stopniu obojętne, kim pan jest — odrzekłem, zerkając na zegarek i przestępując z nogi na nogę, — chciałbym tylko wiedzieć, czem mogę panu służyć, gdyż wolnego czasu mam niewiele.
— Pan jest uczniem Szkoły Morskiej?
— Tak jest.
— Hm… widzi pan, sprawa jest tego rodzaju, że hm… — nieznajomy nabrał tchu i, patrząc mi przekonywająco w oczy, rzekł dobitnie — jestem admirał Alfjan.
— Wiem już o tem — odrzekłem z odcieniem zniecierpliwienia w głosie. — Cóż dalej?
— Jestem admirałem, ale admirałem w stanie spoczynku.
— Odrazu tak sobie pomyślałem — mruknąłem.
— Ale zapewniam pana, że będę jeszcze w służbie czynnej!
— Ani chwili w to nie wątpię — odrzekłem, uśmiechając się złośliwie — i naprawdę będzie mi bardzo miło służyć pod rozkazami pana admirała.
— Tak, tak, mnie również będzie bardzo przyjemnie, ale nie o to chodzi, zapewniam, że o to nie chodzi.
— Więc powiedzże pan nareszcie, o co chodzi, bo powtarzam, czasu mam niewiele.
Admirał chrząknął, złapał mnie za guzik i zaczął wykład, najwidoczniej usiłując myśli swoje wypowiadać w miarę możliwości jasno i logicznie.
— Widzi pan, zatrzymałem pana, bo jest pan uczniem Szkoły Morskiej. Jako do ucznia Szkoły Morskiej, mam do pana interes. Chodzi o to, że, nie 
służąc już obecnie w marynarce, z powodu szwankującego zdrowia (chory jestem na płuca, ale to głupstwo), chcę jednakże być pożyteczny dla naszej
 floty i jej marynarzy. Poza innemi mojemi działaniami, zmierzającemi ku zwiększeniu rozwoju polskiej marynarki, rozwinąłem akcję, mającą na celu 
stworzenie w Warszawie „Towarzystwa Przyjaciół Uczniów Szkoły Morskiej“. Poczynania moje uwieńczone już zostały pomyślnym wynikiem i oto dziś wieczór w mieszkaniu mojem przy ulicy Pięknej Nr. 57 odbędzie się bal morski, na który, jako prezes „Tow. Przyjaciół Szkoły Morskiej“, zaszczyt mam prosić pana i pańskich kolegów, będących w Warszawie. Jest obszerny salon, orkiestra zamówiona, bufet bezpłatny. Panienki też sprowadzę.
Admirał skończył, złapał oddech i, spojrzawszy mi pytająco w oczy, powtórzył: Panienki też będą.
Pan Alfjan, choć na pierwszy rzut oka wrażenia człowieka mądrego nie robił, jednak psychologiem był dobrym, o czem świadczyć może fakt powtórzenia i podkreślenia przez niego informacji o panienkach, mających być na balu.
I rzeczywiście, usłyszawszy o tem, zmieniłem natychmiast swoje mocne postanowienie, powzięte na początku dialogu z „admirałem“, nie zawierać z nim żadnej bliższej znajomości.
— Czy mówił pan o tym balu jeszcze komu z moich kolegów? — spytałem.
— A jakże, a jakże, zaprosiłem jeszcze czterech i mówiłem im, żeby przyprowadzili ze sobą jak najwięcej towarzyszy.
— Jakiż jest pański adres?
— Piękna Nr. 57. Niech pan koniecznie przyjdzie i przyprowadzi ze sobą wszystkich swoich kolegów.
— Bardzo dziękuję za zaproszenie, panie admirale, ale czy my się wszyscy pomieścimy… ja mam dużo kolegów…
— Już niech się pan nie boi, dla marynarzy u mnie zawsze się miejsce znajdzie.
— W takim razie przyjdziemy na pewno. Jeszcze raz dziękuję w imieniu swojem i kolegów. Do widzenia.
Uścisnąłem dłoń admirała i odszedłem.
Po paru chwilach jednak usłyszałem za sobą tętent biegnących nóg i wołanie:
— Marynarz, wróć! Marynarz, wróć!
Obejrzałem się. Przede mną stał zadyszany „admirał“.
— Zapomniałem panu powiedzieć — mówił przerywanym od szybkiego biegu głosem — że przed balem urządzamy maleńki koncert. Ja będę grał na skrzypcach, a panowie zaśpiewacie marynarskie piosenki i będziecie chodzić do taktu naokoło salonu. Dobrze? Do widzenia!
Przyłożył rękę do kapelusza i odbiegł truchtem.
— Dureń, czy idjota? — mruknąłem, zdziwiony do najwyższego stopnia.
Bawiąc po podróży na urlopie wypoczynkowym w Warszawie, utrzymywałem z kolegami ciągły kontakt, to też już o godzinie siódmej wkroczyliśmy w liczbie pięciu do bramy domu Nr. 57 przy ulicy Pięknej.
W Bramie zapukaliśmy do komórki dozorcy.
— Przepraszam, gdzie tu mieszka pan admirał Alfjan?
Tłusta, rozlewna stróżka o dobrodusznym wyrazie twarzy, wytoczyła się z drzwi na podwórze i, podparłszy się w boki, zmierzyła nas wesołem 
spojrzeniem.
— Nijaki tu admirał nie mieszka — rzekła — a panowie to pewno do tego sublokatora z pod trzydziestego, bo tam już potężna kupa marynarzy do
 niego poszła.
Drapiąc się po ciemnych, wąskich schodach, na górę, natknęliśmy się przed drzwiami mieszkania Nr. 30 na rzeczywiście „potężną kupę“ kolegów, siedzących na stopniach.
— Halt! — zawołał jeden z nich — nareszcie jesteście, my tu czekamy na was już od kwadransa. Trzeba sprezentować się „admirałowi“ w komplecie.
Towarzystwo, siedzące na schodach, huknęło śmiechem, co było jawnym dowodem niedowiarstwa ich w kwalifikacje admiralskie pana Alfjana.
— No, chodźmy już — rzekłem, naciskając guzik od dzwonka.
Za drzwiami dały się słyszeć kroki, i wkrótce, poprzedzona odgłosami odsuwanych rygli, stanęła przede mną jakaś szczupła staruszka i, obrzuciwszy nas podejrzliwem spojrzeniem, spytała, zwracając się do mnie:
— Panowie do kogo?
— My, proszę pani, do pana admirała Alfjana na bal.
Staruszka zmieniła się na twarzy, poczerwieniała ze złości i, złapawszy się rozpaczliwie za głowę, zawołała w głąb mieszkania tragicznym głosem:
— Słyszysz pan, panie Stanisławie? Znowu bal będzie! O, ja nieszczęsna kobieta!
Grzmot śmiechu moich kolegów runął wślad za dalszą litanją biadań i utyskiwań staruszki.
Z głębi mieszkania wyszedł młody człowiek lat około dwudziestu pięciu i zwrócił się do nas:
— Może panowie pozwolą na chwilę do mieszkania, bo muszę panom wyjaśnić to całe nieporozumienie z balem.
Weszliśmy. Małe, ubogie pokoiki mieszkanka bynajmniej nie zapowiadały hucznego „balu“ uczniów Szkoły Morskiej.
— Więc... panowie w jakiej sprawie?
Młody człowiek stał na środku pokoju i patrzał z niechęcią na „balowe“ towarzystwo.
— Powiedziałem już panu — odparłem, — że przyszliśmy na mający się tu jakoby odbyć bal, ale widzę, że to kawał, czy też nieporozumienie.
— Zaproszeni zostaliśmy przez jakiegoś pana, podającego się za admirała Alfjana.
— Tak — młody człowiek wstrząsnął niecierpliwie głową — muszę więc panów zawiadomić, że ów rzekomy admirał Alfjan, a mój brat, jest już od wielu lat chory umysłowo. Cały ten bal jest tylko wytworem jego chorej wyobraźni. Oczywiście, jest to mrzonka, tylko co do orkiestry, bufetu, sali balowej etc. goście stawią się w komplecie. Czuję, że jeszcze tu dużo panów przyjdzie. Zresztą nietylko panów, damy też będą, przecież zacny mój braciszek zbiera różne dziewki po ulicach od świtu do nocy już od dwóch tygodni, czyli od chwili zakończenia poprzedniego balu.
Młody gospodarz uśmiechnął się cierpko.
— Wtedy, proszę panów, był to „bal młodych marynarzy sygnalistów“. Bo trzeba wam panowie wiedzieć, że arcymiły brat mój urządza bale morskie regularnie co dwa tygodnie. W przerwie zaś zbiera składki dobrowolne, oraz ściąga podatek przymusowy (od domowników oczywiście) na budowę krążownika „Nadzieja“, na którym dureń ten ma być dowódcą. Krążownik ten już jest w budowie. Robota idzie sprawnie i gładko: stoły, krzesła i łóżko są już porąbane. Gdy pod ciosami siekiery legnie moja piękna dębowa szafa, wtedy, zdaje się, krążownik będzie gotów i można będzie przez czas jakiś odetchnąć.
— A o łodzi podwodnej pan zapomniał? — zawołała płaczliwym głosem stojąca za nami staruszka.
— O Boże, Boże — młody człowiek tragikomicznie machnął ręką — na śmierć zapomniałem, że rząd powierzył mojemu bratu budowę największej w świecie łodzi podwodnej.
Koledzy moi, którzy już od dłuższego czasu hamowali się, w miejscu tem huknęli potężnym śmiechem.
Zaśmiał się i gospodarz, tylko trochę ciszej i jakby przez grzeczność. Z oczu zaś jego wyzierała dławiona złość i rozpacz.
Wśród śmiechu nie słyszeliśmy, jak skrzypnęły drzwi, to też drgnęli wszyscy, gdy za nami odezwał się głos:
— Cześć, marynarze!
W drzwiach stał „admirał“ Alfjan, zaś ztyłu za nim widać było dość pokaźną gromadkę jakichś wymalowanych kobiet i podejrzanych indywiduów płci męskiej.
— Bardzo mi miło i bardzo przyjemnie — począł mówić pan Alfjan, przykładając rękę do serca — bardzo mi przyjemnie i ogromnie miło. Jak widzimy więc, cała załoga krążownika „Nadzieja“ stawiła się w komplecie na bal, który wydaje admirał Alfjan, stary, zasłużony komendant. Ogromnie mi miło i bardzo przyjemnie.
Nasza banda, która na chwilę zacichła, znów się zaczęła dusić ze śmiechu.
— My jesteśmy ze Szkolnego statku „Lwów“ — rzekł jeden — a nie z jakiegoś tam krążownika „Nadzieja“.
— To wszystko jedno — odparł z powagą pan Alfjan, wznosząc uroczyście palec do góry, — wierzajcie staremu wilkowi morskiemu, że to wszystko jedno. Jeśli tylko weźmiecie pod uwagę teorję Forela o rozmnażaniu się karpi, nie spuścicie oka z wagi trzyletniego wieloryba, oraz nie zaniedbacie obliczyć przyrostu nieślubnych dzieci na naszem wybrzeżu — dojdziecie do wniosku, że to wszystko jedno.
Potężny ryk i rechot były odpowiedzią na słowa „starego wilka morskiego“.
— Te, warjat! Nasyra! — rozległy się piskliwe, roześmiane głosy podmalowanych kobiet.
Młody człowiek, który rozmawiał z nami poprzednio, drgnął, zmarszczył brwi i energicznym krokiem podszedł do admirała.
— Proszę — rzekł głośno i stanowczo — proszę iść do swojego pokoju i zabrać tam gości. Bal się odbędzie w salonach reprezentacyjnych stoczni.
— A, tak, tak, naturalnie, że tak, — zatrwożył się pan Alfjan — oczywiście, gdzieżby indziej, w salach reprezentacyjnych… proszę… proszę… proszę bardzo do salonów… proszę za mną.
Ruszył przodem do przedpokoju, a za nim zaczęli się przepychać marynarze, posępni cywile z rękoma w kieszeniach kraciastych spodni i rozchichotana, zawadjacka gromada ulicznych dziewek. Staruszka gospodyni, patrząc na ten oryginalny pochód, przeraźliwie pobladła i przycisnęła mocno do piersi woreczek z pieniędzmi, leżący na krześle.
„Admirał“ wprowadził nas do „salonów reprezentacyjnych stoczni“.
Klitka, do której wprowadził nas pan Alfjan, nie to że salonu, ale nie przypominała nawet pokoju mieszkalnego. Była to poprostu kuchnia, o czem świadczył wielki piec kuchenny, stojący w rogu i zajmujący jedną trzecią przestrzeni tej komórki.
Na piecu tym, wśród szczap i wiórów drzewnych, stał jakiś stwór bezduszny, sklecony z desek i patyków.
Tylko wprawne oko marynarza mogło tę bezkształtną masę materjału opałowego uznać za niedokończony model kadłuba pękatego, ale to bardzo pękatego statku. Na dziobie tej nędznej imitacji modelu widniał napis, uczyniony czerwoną farbą: „Nadzieja“.
Oprócz pieca i krążownika „Nadzieja“ w pokoiku znajdowało się jeszcze małe, szczupłe łóżko polowe i, co zwróciło ogólną uwagę, wielki drąg, wetknięty w szparę podłogi, a sięgający niskiego sufitu.
Tuż pod sufitem, na drągu dyndał się na podobieństwo flagi brudny, poplamiony ręcznik.
Wszystko to stanowiło cały, martwy inwentarz „salonów reprezentacyjnych stoczni“.
„Admirał“ robił honory pana domu.
Posadził damy na łóżku, a nas i owych rzezi
mieszków w kraciastych spodniach poustawiał pod 
ścianami.
Tłok się uczynił przeraźliwy, część towarzystwa
 zostać musiała na korytarzu z powodu braku miejsca.
Gospodarz wystąpił na środek i zasalutował:
— Cześć marynarze! Dzień dobry przyjaciółki i przyjaciele „Szkoły Morskiej“!
Rozległ się grzmot śmiechu.
— Servus, głupi, jak się czujesz! — wrzasnął ja
kiś cywil, huknąwszy admirała pięścią między łopatki.
— No, no, proszę, proszę — skrzywił się „admirał“ — proszę o spokój.
Wytworne towarzystwo na chwilę zamilkło.
Pan Alfjan przeczekał, aż przebrzmiały ostatnie, 
 słaboperliste, mętne kaskady śmiechu podejrzanych 
dziewoj, siedzących na łóżku i, poprawiwszy oku
lary, wzniósł uroczyście rękę do góry:
— „Marynarze, bracia moi i wy, przyjaciele marynarzy, zebrałem was tutaj, aby zapoznać z postępem robót polskiego krążownika „Nadzieja“. Oto on. Krążownik „Nadzieja“. Pracuję już nad nim pięć 
lat, rąk nie pokładając, nie sypiając po nocach i nie dając sobie ani chwili odpoczynku. Dużo on mnie 
trudów i pieniędzy kosztował, wydałem już na niego
 30 złotych.
— Łżesz, bracie — przerwał w tem miejscu
 młody człowiek, stając w drzwiach pokoju — dwa
 stoły, trzy krzesła i łóżko, któreś porąbał, kosztowały, zapewniam cię, dużo więcej, niż 30 złotych.
Znów runęła salwa śmiechu.
— Sz... szszsz... sz... ciszej, ciszej, proszę — zaczął uspokajać gości „admirał“ — marynarze, ciszej, bo postawię pod karabin.
— „Otóż, załogo moja — zaczął mówić znowu —
 widzicie, że wydatki i praca nie poszły na marne, 
kadłub już jest na ukończeniu, nadpis wykonany
 tak, że za rok niecały spodziewam się dokonać uroczystego spuszczenia mojego krążownika na morze. 
Odbędzie się to przy salwach armatnich. Wy stano
wić będziecie załogę...“
— No, dziękuję serdecznie — odezwał się jeden
 z kolegów — ja się tam na to nie piszę, jeszcze mi
 życie nie obrzydło!
Rozległ się tłumiony śmiech.
— Dlaczego? Dlaczego? — zaperzył się „admi
rał“. Dlaczego nie chcecie? Dlaczego nie chcecie
 służ...
Przerwał w połowie słowa, przymknął oczy i zaczął nasłuchiwać.
Skądś z głębi mieszkania dał się słyszeć dźwięk 
zegara, wybijającego godzinę ósmą.
Usłyszawszy ten głos, pan Alfjan jednym, potężnym susem dopadł drąga z zawieszonym na nim
 ręcznikiem i zapomocą sznurka, przypominającego
 w działaniu flaglinę, ściągnął nadół ową brudną
 szmatę-ręcznik.
Dokonawszy tego, zwrócił się do nas:
— Ósma godzina — rzekł — opuszczenie ban
dery.
W tem miejscu powstał taki śmiech, gwałt i tumult, że, obawiając się udaru z powodu paroksyz
mów śmiechu, złapałem pod rękę jednego z kolegów i razem z nim, rycząc i wijąc się w konwulsjach, 
 wytoczyliśmy się na schody.
Idąc już ulicą, nie mogliśmy powiedzieć do siebie 
słowa, a po policzkach naszych spływały łzy — łzy śmiechu.
— Nie będę już chodził do „Qui-Pro-Quo“ — rzekłem, żegnając się z koleżką — wolę iść do admirała Alfjana.
Ów ryknął śmiechem, strzepnął rękoma i w pod
skokach pobiegł do domu.
Przed wyjazdem do Szkoły Morskiej danem mi
 było zobaczyć się jeszcze raz z „admirałem“.
Jak i za pierwszym razem, spotkałem go na ulicy.
 Był czegoś markotny, a za szybami okularów, 
 w krótkowzrocznych oczach jego malował się smutek jakiś, rozpacz nieomal.
— Chodźmy do mnie — rzekł, biorąc mnie pod
 rękę — nudzi mi się dzisiaj — pogawędzimy trochę.
W małej izdebce „admirała“ siedziałem do późnej nocy. Milczałem. Mówił admirał.
Obłąkana to była mowa. Głosem cichym, smutnym, przerywanym od bolesnego kaszlu, „admirał“ 
opowiadał o morzu i miłości. Znał morze i znał miłość. W bezsensowych bełkotach jego było tyle 
prawdziwych, żywością tchnących obrazów morza, 
tyle uwielbienia dla tych płaszczyzn bezmiernych
 wód zimnych, z błękitem nieba się stykających, tyle
 odczucia rytmu melodji wichrów burz morskich, że 
nie było wątpliwości. Pan Alfjan znał morze.
Później mówić począł o miłości. Miłość poznał
 również. Nieszczęśliwą miłość. Znał, czuł wszystkie
 jej porywy, wzloty i upadki, sercem wyczuwał jej 
ciepłe, żarem tchnące tętno. Znał, głęboko w obłąkanej swej duszy miał wyryte oczy miłości. Błękitne
 one były, błękitne, jak wody mórz i tak samo zimne 
i okrutne.
I tak samo, jak nawałnice oceanów, znał burze 
miłości.
Niektórych te burze hartują, niektórych łamią.
„Admirała“ złamały. Świadczyła o tem uboga, 
ciemna izdebka, świadczył niedokończony, pękaty
 kadłub krążownika „Nadzieja“, brudna flaga-ręcznik
 na drągu, i same biedne, obłąkane oczy pana Alfjana.
Późno już było, gdym pożegnał „admirała“. Daliśmy sobie nawzajem adresy i ja obiecałem choremu prowadzić z nim korespondencję.
Wychodząc, natknąłem się w przedpokoju na 
młodego człowieka, brata pana Alfjana. Ten poprosił mnie na chwilę do salonu.
— Bardzo przepraszam, że pana zatrzymuję —
 rzekł — ale mam do pana interes, maleńką prośbę, 
 mam nadzieję, że pan nie odmówi?
— Słucham.
— To chodzi o niego — młody człowiek kiwnął głową w kierunku kuchenki „admirała“ — widzi pan, te ustawiczne „bale morskie“ zaczynają już nużyć i mnie i gospodynię. Zwracam się więc do pana 
z prośbą, żeby był pan tak dobry wytłumaczyć ko
legom, że uczęszczanie ich na zwarjowane imprezy
 chorego człowieka są ciężarem dla niego samego i dla otoczenia. Jeśli marynarze nie przyjdą, brat nie 
przyjmie gości cywilnych, i przez to samo okropne te bale nareszcie się skończą. Osądź pan sam, czy kilka takich zabaw, jak ta, na której pan był, nie mogą obrzydzić życia człowiekowi, mieszkającemu z tym manjakiem pod jednym dachem? A zresztą — młody człowiek poruszył się niecierpliwie — to nawet nieludzkie. Przez cały ten czas chory człowiek jest pośmiewiskiem swych gości. Pan sam widział przecież. On tylko pozornie pragnie tych zabaw, w gruncie rzeczy sprawiają mu one niewypowiedzianą przykrość, gdyż zawsze marynarze dają mu odczuć dotkliwie, że nie jest on tem, czem chciałby być. Zawsze okrutnie i po grubjańsku mówią mu mniej więcej tak: „Durniu jeden, jesteś zwykłym warjatem, a nie żadnym admirałem“. Panie, żeby pan wiedział, jakie to przykre dla niego! Zwykle po takim balu, gdy się goście rozejdą, brat siada na łóżku i płacze.
— To jest bardzo nieszczęśliwy człowiek, proszę pana. Niech pan siada, opowiem panu o nim trochę. Ciekaw pan jest zapewne, jakie są przyczyny jego szaleństwa? Dwie są przyczyny, proszę pana, morze i miłość. Każde zosobna bezwzględnie nie uczyniłoby z niego tego, czem jest on obecnie. Ale złączywszy się razem, dwa te motywy zadały śmiertelny cios jego rozsądkowi.
— „Od lat dziecinnych brat mój pragnął być marynarzem. Gorąco pragnął. Wprost nie wyobrażał sobie stałego życia na lądzie. Rwał się do morza. Z biegiem czasu pociąg ten stał się tak silny, że przeszedł nieomal w manję. Bredził morzem. Ach nie, nie myśl pan, proszę, że już wtedy zaczął być nienormalny. Broń Boże! Było to tylko jakieś ponad zwykłą miarę silniejsze pragnienie. Nic poza tem. Jakaś tęsknota, jaką odczuwa, dajmy na to, dziki człowiek, porwany z dziewiczych puszcz i uwięziony w mieście.
U brata mego było oczywiście uczucie innego nieco rodzaju, gdyż urodził się on i wychował na lądzie stałym, daleko nawet od morza. Tutaj był to raczej jakiś rozrosły do gigantycznych rozmiarów atawizm. Przynajmniej ja to tak sobie tłumaczę. Bo widzi pan, wszyscy przodkowie nasi byli marynarzami.
Pragnął więc brat gorąco zostać marynarzem. Pragnienie to spotęgowało się jeszcze stokrotnie, gdy zakochał się po raz pierwszy. Ukochana jego też miała bzika na punkcie morza.
Oczywiście, w innym zupełnie kierunku szły jej pożądania. Pragnęła mieć męża marynarza.
Tak też powiedziała Alfjanowi. Jeśli będzie marynarzem, zostanie jego żoną.
Zdawałoby się, że wszystko zapowiada się jak najlepiej. Ona chciała widzieć Alfjana marynarzem, stokroć więcej pragnął tego on sam.
Płynęły lata, brat kończył gimnazjum, i nikt z nas nie przeczuwał okropnego uderzenia losu, którego jednak spodziewać się należało i zawczasu mu zaradzić.
Sedno nieszczęścia, proszę pana, leżało w pewnej wadliwości organizmu mego brata, odziedziczonej po matce. Matka nasza była krótkowzroczna. Wada ta w latach dziecinnych mego brata nie występowała wcale. Poprostu, mając słaby wzrok, nie odczuwał tego. Na początku zresztą było to bardzo małe osłabienie ostrości wzroku. Później wszelako, przygotowując się intensywnie do egzaminów maturalnych, ślęcząc nocami nad książką, byle tylko zdać egzamin i prędzej zrealizować marzenia lat dziecinnych, wstąpić do Oficerskiej Szkoły Morskiej — popsuł doreszty wzrok.
I oto, gdy z szaloną radością w sercu, że nareszcie zaczynają się ziszczać sny jego młodości, stanął na badanie przed lekarską komisję morską, zapadł druzgocący wyrok: niezdolny do służby morskiej z powodu krótkiego wzroku.
Zrozpaczony, złamany nieszczęściem, napół już obłąkany od bólu, wrócił do domu i tu czekał go drugi zabójczy cios: kobieta, którą kochał nad życie, dowiedziawszy się, że Alfjan nigdy nie będzie marynarzem, zerwała z nim na zawsze.
Tego uderzenia losu nie przetrzymał już jego biedny, znękany, nieomal od kołyski myślą o morzu trawiony umysł — Alfjan zwarjował. Na drugi dzień po zerwaniu z narzeczoną znikł z domu. Sądziliśmy początkowo, że popełnił samobójstwo, ale gdy minęło pięć lat i rodzice, straciwszy wszelką nadzieję odzyskania syna, zmarli, pogrążeni w smutku, — Alfjan wrócił. Wrócił chory na suchoty. Z nieprzytomnych, obłąkanych opowiadań jego wywnioskowałem, że przez szereg lat poniewierał się na jakimś statku rybackim mórz północnych jako kucharz. Tam też, w zetknięciu się z surową przyrodą północy, organizm jego, i tak słaby, zrujnował się doszczętnie i nabawił suchot. Poprzez wielki smutek jego przebijała nowa, wesoła, szalona myśl — był admirałem.
Chorobliwy ten wytwór jego umysłu podtrzymywał go na duchu, umilał życie. Wierzył święcie, że jest admirałem, i każde ostre, realne, okrutne zaprzeczenie tego, napełnia go smutkiem, rozpaczą.
Natychmiast po powrocie ustawił w pokoju swoim ten maszt, który pan widział, i zawsze o świcie wciąga nań ów brudny ręcznik-flagę, imitując podniesienie bandery, jak to jest tradycyjnie przyjęte na pokładach okrętów. Pan wie zresztą!
Rozpoczął też budowę krążownika „Nadzieja“, która się już ciągnie od wielu lat, pochłaniając wielkie sumy pieniędzy i meble domowe… Budowa krążownika tego nie dobiegnie jednak, zdaje się, do końca, gdyż stan zdrowia brata mego pogarsza się coraz bardziej, suchoty postępują i teraz już dni jego są policzone“.
Młody człowiek skończył i otarł nieznacznie łzę.
— Szkoda mi go — rzekł głucho — tem bardziej, że nie byłem zawsze sprawiedliwy i dobry dla niego. Traktuję go źle, trzymam w kuchni, pieniędzy nie daję. Ale też mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, że sam się znajduję w ciężkich warunkach materjalnych i nie mogę go umieścić w zakładzie. Sam zaś nie mam tyle cierpliwości, by łagodnie i bez szemrania znosić jego szaleńcze imprezy.
— Pan wybaczy — młody człowiek zerwał się z krzesła — zagadałem się i zatrzymałem pana. Bardzo przepraszam!
Żegnając się, prosiłem młodego człowieka o pozwolenie odwiedzenia chorego w czasie następnego urlopu.
— Ależ proszę bardzo, proszę bardzo — odrzekł uprzejmie — będzie to nawet wielką ulgą dla mnie — gdyż przynajmniej przez czas pańskiej wizyty będę pewny, że nie porąbie kredensu lub jakiej szafy.
Wychodząc już na ulicę, słyszałem z kuchenki „admirała“ dźwięk piły i stuk młota. To budował się krążownik „Nadzieja“.
Wyjechawszy do Szkoły Morskiej, prowadziłem korespondencję z panem Alfjanem.
W listach jego, listach upiornych, nieprzytomnych, jak refren jakiś straszliwy, przewijały się ciągle dwa motywy: morze i miłość, miłość i morze. Kojarzyły się ze sobą, łączyły nierozerwalnie. W ostatnich swych listach donosił, że czuje się niezdrów, a to z powodu „morskiej choroby, na którą, jak wiadomo, zapadał nawet admirał Nelson…“
Po ponownym przyjeździe do Warszawy byłem z kolegami u pana Alfjana.
Trafiliśmy akurat na „bal młodych marynarzy torpedystów“. Wśród wrzawy, śmiechu i dzikich okrzyków, brzmiał cicho i jakby nieśmiało, bolesny, z trudem hamowany kaszel „admirała“. Poznaliśmy wówczas, jaka to „morska choroba“ trawiła pana Alfjana.
Skończył się urlop i poszliśmy w długie, półroczne pływanie.
„Admirał“ śledził widać bacznie kurs, jakim płynął „Lwów“, gdyż w każdym nieomal porcie, gdzie zarzucaliśmy kotwicę, czekał na nas list od pana Alfjana.
Ze zdrowiem jego było coraz gorzej. Uporczywa „morska choroba“ zwaliła go z nóg i pan Alfjan leżał w łóżku.
Bale jednak, pomimo złego stanu zdrowia organizatora, odbywały się regularnie co dwa tygodnie.
Budowa krążownika „Nadzieja“, mimo energicznych sprzeciwów brata „admirała“, też postępowała naprzód. Codziennie o wschodzie i zachodzie słońca bandera podnosiła się i opadała na maszcie.
„Nie można się poddawać chorobie — pisał pan Alfjan — prawdziwy marynarz do ostatniego tchu powinien stać na stanowisku i usunąć się dopiero wtedy, gdy śmierć swą kościstą rękę położy na jego oczach…“
A śmierć już wyciągała swą kościstą rękę, by zamknąć na wieki biedne, krótkowzroczne oczy „admirała“.
Gdy po skończonej podróży przyjechaliśmy na urlop, znaleźliśmy pana Alfjana w agonji.
— Ciszej panowie — rzekł młody człowiek, otworzywszy nam drzwi — brat umiera.
Ostrożnie, na palcach weszliśmy do izdebki „admirała“.
Na małem, wąskiem łóżku polowem, leżał chory. Bladożółta, wynędzniała twarz z zamkniętemi oczami spoczywała na małej, brudnej poduszce; cienkie, zakrzywione w szpony palce rąk, przebierały po kołdrze do taktu jakiejś brzmiącej mu w duszy melodji.
Na szmer naszych kroków chory otworzył oczy i uniósł zlekka głowę.
— A, bardzo mi przyjemnie i ogromnie miło — rzekł słabym, ledwo dosłyszalnym głosem — jak widzimy więc, cała załoga krążownika „Nadzieja“ przyszła pożegnać się z umierającym, starym admirałem.
Uśmiechnął się słabo i opadł na poduszkę.
Światło małej lampki naftowej rzucało wokoło ponure cienie, i ciemna sylwetka krążownika „Nadzieja“, odbita na ścianie, zdawała się drgać i ożywiać.
Usiedliśmy obok łóżka na krześle.
— Jakże się pan czuje, admirale? — spytał jeden z kolegów.
— Nieszczególnie, nieszczególnie — odrzekł chory, nie otwierając oczu — morska choroba, przyjaciele moi, to rzecz bardzo niebezpieczna, bardzo niebez…
Pan Alfjan przerwał. Twarz jego przybrała skupiony wyraz. — O Boże! — jęknął.
Strasznym wysiłkiem przezwyciężywszy słabość, siadł na łóżku.
— To okropne — zawołał — to straszne! Słyszycie?! Słuchajcie wszyscy!
Gdzieś z głębi mieszkania doleciał nas głos zegara, wybijającego godzinę dziesiątą.
— To straszne — jęczał „admirał“ — to okropne, takie zaniedbanie. Już dawno minęła godzina ósma, a bandera jeszcze nie opuszczona!
Idąc za wzrokiem chorego, spojrzeliśmy wgórę. Rzeczywiście na drągu pod pułapem wisiał niezdjęty, brudny ręcznik.
— To straszne — mówił „admirał“ przerywanym głosem — takie zaniedbanie. Od wielu, wielu lat pierwszy raz mi się coś podobnego zdarzyło. A tak to zawsze, wierzajcie mi, zawsze… o wschodzie i o zachodzie… straszne… straszne…
Opadł na pościel i zaczął charczeć.
Siedzieliśmy, nasłuchując cichego tykania zegara i przerywanego, świszczącego oddechu chorego.
Mijały minuty, kwadranse i godziny.
Sądząc ze śmiertelnej bladości, pokrywającej twarz, coraz szybszego ruchu rąk po kołdrze i coraz bardziej przerywanego oddechu, biednemu „admirałowi“ robiło się coraz gorzej i końca należało się spodziewać lada chwila.
Około godziny trzeciej w nocy umierający raptownie drgnął i siadł na łóżku.
W szeroko rozwartych oczach jego malowało się przerażenie.
— Idzie już, idzie — zaszeptały jego blade, wykrzywione usta — idzie już, idzie — śmierć.
Twarz się skurczyła w potworny, grozą przejmujący grymas, chuda ręka z wyciągniętym palcem wskazywała naprzód.
— Załoga krążownika „Nadzieja“, baczność! — krzyknął z całych sił — śmierć tam! Odległość osiem tysięcy metrów! Poprawka — trzy setne w prawo! Ognia! Jeszcze raz, ognia! Salwami! Prędzej! Prędzej! Już idzie! Idzie! Porywa! Załoga! Na pomoc!
Okropny krzyk zamarł mu w krtani. „Admirał“ osłabł i ciężko opadł na łóżko.
W ciszy, jaka zapadła, ze zgrzytem i świstem wylatywał oddech z jego zaciśniętych w śmiertelnym skurczu zębów.
Chwil parę chory leżał spokojnie. Raptem ustał świszczący oddech, i „admirał“ znów otworzył oczy. Tym razem w rozszerzonych nienaturalnie, krótkowzrocznych źrenicach umierającego malowała się bezgraniczna radość i zachwyt.
— Morze… — dał się słyszeć słaby, przerywany szept — widzę ciebie, morze bezmierne. Widzę Twe płaszczyzny rozległe wód modrych, biel śnieżną twych pian widzę. Lazury niebios, okrywających ciebie, nad sobą czuję. Twe fale, w księżyca poświacie stalą lśniące, widzę. Sznury pagórków wodnych, woddali za widnokręgiem ginących widzę. Czuję, rozumiem ich rytm tajemny, słyszę ich szmer cichutki, gdy łagodnie piasek wybrzeży pieszczą bielą pian. I wichry morskie słyszę, pieśń swą odwieczną nucące. I krzyki żałosne mew słyszę. Czemu tak żałośnie zawodzicie, mewy białopióre? Czy orkan straszliwy idzie z zachodu? Czy tajfun z południa zagładę niesie? Czy wiatr północny burzę ciemną rozpęta? A może śmierć czujecie, mewy? Powiedzcie, mewy białopióre!
Szept stawał się coraz słabszy, zacichał coraz bardziej.
Monotonnie tykający zegar odliczał ostatnie minuty życia „admirała“.
Poruszyły się jeszcze stygnące już usta umierającego. Słów słychać nie było; z samego tylko ruchu bladych śmiertelnie warg można było zrozumieć ich znaczenie.
— Morze, morze moje umiłowane — drgały napół martwe wargi — kochałem ciebie zawsze, od lat swych dziecinnych kochałem, kocham teraz i kochać będę zawsze. Kocham twe fale szumiące, pieniste, po których od dalekiego, z pochmurnem niebem stykającego się widnokręgu, idzie do mnie śmierć. Po pienistych, białośnieżnych, szumiących grzbietach pian idzie śmierć… śmierć…
Drgnęły po raz ostatni blade wargi i znieruchomiały.
Znieruchomiały na wieki.
Podszedłem do masztu z zawieszonym na nim brudnym ręcznikiem i opuściłem go do połowy wysokości drąga.
Spojrzałem na kolegów. Stali na baczność.

Pierwsze promienie słoneczne wstającego dnia wdarły się do ubogiej izdebki, oświetliły niedokończony, pękaty kadłub krążownika „Nadzieja“, wybieliły brudny ręcznik-banderę, opuszczony na znak żałoby do połowy masztu, i ześlizgnąwszy się po łóżku na twarz zmarłego, złożyły cichy pocałunek na krótkowzrocznych, na wieki zamkniętych oczach „Admirała“.
DEZERTER
Gdy „Lwów“, zarzuciwszy kotwicę, stanął na rojących się od hydroplanów i łodzi podwodnych wodach redy Cherbourga, Norecki nagle poweselał. Radość jego zwiększyła się jeszcze, gdy motorówka pocztowa przywiozła na pokład listy i przekazy.

Kaprawe oczy Noreckiego zaświeciły szczęściem i zaczęły skakać z zachwytu w różne strony, gdy, przyszedłszy do kajuty kierownika naukowego po swoją pocztę, dostał tam przekaz z domu na dziesięć dolarów. Radość jego nie była proporcjonalna do sumy, jaką dostał. Cieszyć się tak i rozrzewniać nad pieniędzmi mógł tylko ktoś, dla kogo znaczyły one coś więcej, niż zjedzenie na lądzie dobrego obiadu w knajpie, zwiedzenie domów, których żadną miarą prywatnemi nazwać nie można, i powrót na statek w całkiem odmiennym od codziennego stanie świadomości.
Norecki był tak szczęśliwy, otrzymawszy te pieniądze, jak tylko może być szczęśliwy galernik, któremu zwracają wolność, lub może nieboszczyk, męki straszliwe w czyśćcu cierpiący, doczekawszy się nareszcie dnia sądu ostatecznego.
Nędzne życie prowadził Norecki na „Lwowie“. Rzec można, że nie żył on, a wegetował, przytłoczony ciężarem powszechnej pogardy i niechęci.
Poczynając od komendanta, a skończywszy na małym piętnastoletnim kuchciku, nie było na statku żywej istoty, któraby nie dokuczała i nie starała się obrzydzić życia tej biednej, zahukanej owieczce, na którą każdy swoją złość i zły humor wylewał.
Do owieczki Norecki podobny był bardzo. Dorobić mu tylko kręcone rogi, wełnistą sierść i kończyny zaopatrzyć racicami, a mielibyśmy autentyczną wypasioną owcę. Zresztą źle powiedziałem: wypasioną; jak wypasiona owca wyglądał on na początku podróży, a później była to już chuda, bardzo chuda owca o bardzo smutnych i bardzo kaprawych oczach.
To podobieństwo do owcy było jedną z przyczyn prześladowania Noreckiego przez kolegów.
Bo, proszę sobie pomyśleć, czy jest dopuszczalne, aby marynarz był podobny do owcy?
I w dodatku do owcy o smutnych i kaprawych oczach? — Nie, nie mogliśmy dopuścić do tego, aby Szkoła Morska przeistoczyła się w owczarnię.
To też na samym początku żeglugi stanął cichy układ pomiędzy całą załogą, że każdy poszczególny jej członek dołoży wszelkich starań i będzie robił wszystko, co tylko leży w jego mocy, aby Norecki po odbyciu swej kandydackiej podróży wystąpił dobrowolnie ze Szkoły Morskiej.
Pierwsze kroki poczynione w tym kierunku umocniły wszystkich w postanowieniu.
Zaczęło się od tego, że już podczas postoju „Lwowa“ w Gdyni buchnięto Noreckiemu przesyłkę z prowjantami, któremi kochająca mamusia zaopatrzyła synka, udającego się w długą, kilkomiesięczną podróż.
Rarytasy te spożyto gremjalnie wśród krzyków i śmiechu w obecności pokrzywdzonego.
Spodziewano się strasznego gniewu, wymysłów, potężnych, wielopiętrowych przekleństw, od których dreszcz po skórze przechodzi i własna matka staje się na czas jakiś istotą dziwnie obcą i nienawistną, a tymczasem stało się coś, co nie zdarzało się nigdy od dnia założenia Szkoły Morskiej.
Gdy ostatni kęs wspaniałego tortowego ciasta znikł w czeluściach jamy ustnej największego żarłoka załogi, Norecki wybuchł płaczem.
To już komentarzy nie wymagało; zjadacze i widzowie rozeszli się w milczeniu, i od dnia tego z oczu całej załogi patrzała na Noreckiego bezbrzeżna, głęboka, policzki rumieńcem wstydu pokrywająca pogarda.
Wtedy też po raz pierwszy naraził się Norecki komendantowi, gdy poszedł ze skargą na kolegów. Nikt nie wie, o czem rozmawiał komendant z Noreckim, wiadomo tylko, że z rupki komendanta wyszedł on dziwnie prędko po wejściu i jakby wypchnięty.
Gdy jeszcze okazało się, że Norecki jest tchórz i boi się wchodzić na reje, że niezdarnie przechodzi przez saling, źle pracuje na pokładzie i na dobitek odznacza się nieprzyzwoitym wprost apetytem przy stole, rozległ się zgodny, potężny okrzyk: Precz ze statku!
Było już jednak za późno, „Lwów“ znajdował się na morzu, daleko od brzegów.
Żałowała tego cała załoga, żałował i sam Norecki, życie jego bowiem stało się jednem pasmem mąk i udręczeń.
Przykro jest bardzo, gdy ktoś jest prześladowany w Szkole, gdy ma nieprzyjemności w domu, czy też w instytucji, gdzie służy, ale naprawdę nieszczęśliwym staje się ten, nad kim znęcać się zaczną na statku. Na każdym kroku, w każdem miejscu, we wszelkiej porze dnia i nocy jest tysiąc okazyj dokuczenia biednej ofierze umiłowania fachu marynarza.
Niema co liczyć w takim wypadku na to, że prześladowcom znudzi się wkońcu ten niecny proceder, — gdy statek żaglowy jest w morzu, na pokładzie panują nudy beznadziejne, które załoga stara się rozpędzić wszelkiemi sposobami i środkami, nie licząc się z tem, czy środki te są godziwe, czy nie.
Specjaliści katowania są niestrudzeni, pełni zapału i niewyczerpani w wynajdywaniu pomysłów coraz to nowych katuszy.
Położenie Noreckiego było tem gorsze, że jako kandydat stał on na jednym z najniższych szczebli hierarchji okrętowej, a co za tem idzie, lwia część jego przeciwników miała moc wydawania mu rozkazów, które bez względu na ich sens i jakość musiał wykonywać.
Dzień męczeństwa jego rozpoczynał się od tego, że dyżurny międzypokładu, budząc załogę na modlitwę, podchodził do hamaku Noreckiego i zapomocą dwóch celnych kopnięć w miejsce ciała, którego przy spotkaniu nigdy zprzodu nie widać, wyrywał brutalnie biedną „owieczkę“ z objęć boga snu Morfeusza.
Następowała kąpiel załogi pod szlauchem, w czasie której uczeń służbowy przy pompie doznawał szalonego szczęścia i rozkoszy, zwalając kilkakrotnie Noreckiego na pokład silnym strumieniem zimnej morskiej wody. Przejście przez saling nigdy nie odbyło się bez skopania pnącej się po wantach „owieczki“ przez kolegę, idącego przed nim i mającego przez cały czas bytności ich na wantach nogi tuż przy głowie Noreckiego.
Nie licząc tych nogoczynów, był on ustawicznie zasypywany pogróżkami zrzucenia z salingu z wysokości jakichś dziesięciu pięter łbem nadół. Podczas wachty w dzień dzielny ten marynarz tkwił przez cały czas w smrodliwym triumie, oskrobując rdzę, jako, że była to jedna z najwstrętniejszych robót na statku, a w nocy, gdy roboty niema i można się dyskretnie zdrzemnąć nawet podczas wachty, Norecki sterczał na „oku“ lub wywijał szprychami koła sterowego przy kompasie, zasypywany wymysłami oficera wachtowego.
Przy stole, gdzie Norecki jadał śniadania, obiady i kolacje, sytuacja przedstawiała się nieomal najgorzej, on to bowiem musiał przynosić z kuchni kotły z zupą i kaszą, on je musiał odnosić zpowrotem, zasypywany gradem docinków i drwin na temat ślamazarności i powolnych (owczych) ruchów.
Do kotła po swoją porcję miał prawo dobrać się Norecki ostatni, co miało ten skutek, że często wstawał od stołu, nawet nie wiedząc, czy dnia tego zupa miała smak stearyny świec okrętowych, czy też stęchłego wielorybiego łoju.
W nocy, gdy ciało męczennika skuwał dobroczynny sen, do hamaku jego podkradali się koledzy z nożami w ręku i podcinali liny, na których był on zawieszony.
Norecki leciał wraz z pościelą głową wdół, hałas czyniąc przeraźliwy, za co ściągał na siebie potoki wymysłów obudzonych i celne uderzenia ciężkich butów, rzucanych w ciemności w jego kierunku.
Po strasznej, upiornej nocy, podczas której ręka „owieczki“ cały czas była kurczowo zaciśnięta na żelaznym pręcie jagsztagu przy pułapie, aby za następnem podcięciem znów nie potłuc sobie gnatów, następował dzień z jego kąpielami pod szlauchem, chodzeniem przez saling, opukiwaniem rdzy w triumie i lataniem z kociołkami do kuchni, a wszystko wśród wrogich spojrzeń i pogardliwych okrzyków kolegów.
Do djabła! Aż dziw brał czasami, że człowiek potrafi to wszystko znieść i nie powiesić się na grot-bom-bram-rei na dobrze wysmarowanej mydlikiem lince.
Mijał czas, log wycykiwał setki i tysiące przebytych mil, a położenie Noreckiego nie poprawiało się, wprost przeciwnie, pogorszało się coraz bardziej. Chudł, mizerniał, stawał się nerwowy, owcze oczy jego zatraciły swój smutny wyraz, natomiast upodobniły się do obłąkanych strachem ślepiów zewsząd ściganego zwierza.
Ciągłe życie z kolegami na stopie wojennej zmuszało go do takich świństw i podłości, na które nie odważyłby się najbardziej popularny członek załogi.
Norecki stawał się arogancki i zuchwały. Owieczka przeistaczała się czasem w żmiję i to nawet w dość jadowitą żmiję.
Postępowanie takie pogorszało jeszcze bardziej jego położenie, a gdy razu pewnego, już w drodze powrotnej do Polski, Norecki w sprzeczce uderzył w twarz kuchcika, wybuchł wśród załogi bunt, który nie wiadomo, jakie pociągnąłby skutki dla Noreckiego, gdyby nie interwencja komendanta, broniącego tej ofiary od prześladowań, pomimo całej swej do niego niechęci.
Została za rufą Madera, wyspy Azorskie uszły w słoneczną dal, i „Lwów“ zbliżać się zaczął do brzegów Francji.
Stosunki z Noreckim stawały się coraz bardziej naprężone. Komendant z niepokojem śledził przebieg całej sprawy, a gdy wybuchły jeszcze dwa groźne rozruchy przeciwko Noreckiemu, zwołał do uczniowskiej kajuty nawigacyjnej trzeci kurs i w przemowie swojej o stosunkach kolegów do Noreckiego oznajmił, że za życie Noreckiego czyni odpowiedzialnym cały trzeci kurs.
Oznajmienie to było bardzo, ale to bardzo na czasie, bo czuli wszyscy, że, jeżeli w dniach najbliższych nie zajdzie coś, co rozpędzi gromadzące się nad głową Noreckiego chmury gniewu kolegów, to dalsze losy jego mogą być tragiczne.
I to „coś“ wydarzyło się wreszcie, usunąwszy aż do końca podróży sprawę Noreckiego z pola zainteresowań załogi.
Pierwszego dnia po zakotwiczeniu się w Cherbourgu wszyscy urlopowani pojechali na ląd do miasta. Dnia tego wszystkie prawie posiadane przez załogę pieniądze spłynęły w potokach wina, przebrzmiały w dźwiękach orkiestry „Café de Paris“, oraz poszły z dymem podłego francuskiego tytuniu.
To też dnia następnego zaledwie połowa dwóch wolnych wacht wyszła na ląd, a gdy nastąpił dzień piąty postoju „Lwowa“ w Cherbourgu, na szalupach, idących do mola, znalazło się wszystkiego czterech czy pięciu chętnych wstąpienia na stały ląd.
Później ze statku nie odjeżdżał już nikt, chyba komendant w sprawach służbowych.
Dopiero na dzień przed odpłynięciem „Lwowa“ z Cherbourga znalazł się jeden amator wyjścia na ląd.
Amatorem tym był Norecki.
Komendant stał na trapie, gdy szalupa, w której znajdował się Norecki, odbijała od burty.
— Cóż to wy tak sami jedziecie na ląd, Norecki, poco? — a? — zapytał komendant, gdy po kilku pierwszych rzutach wioseł szalupa odpłynęła od statku.
— Jadę oglądać dolmeny [8], panie komendancie! — odkrzyknął Norecki, salutując.
— Cóż to wy archeolog jesteście, a!?
— Jadę oglądać dolmeny! — wołał zdaleka Norecki.
Komendant wzruszył ramionami i odszedł od burty.
Po półgodzinie szalupa wróciła zpowrotem i załoga jej opowiadała, że Norecki, wyskoczywszy na ląd, wywalił do nich co najmniej pół łokcia swego owczego ozora i zawoławszy: „piszcie do mnie na Berdyczów, przysyłajcie brudną bieliznę“, w radosnych podskokach pobiegł w głąb miasta.
Nikt narazie nie wiedział, co znaczy to wezwanie do pisania mu listów „na Berdyczów“.
Tajemniczy sens tych słów stał się zrozumiałym i jasnym dla wszystkich dopiero wtedy, gdy ostatnia dnia tego szalupa, wróciwszy z lądu, nie przywiozła na pokład Noreckiego.
Norecki zwiał ze statku.
Mówiono później ironicznie, że dolmeny, które pojechał oglądać, tak pochłonęły jego uwagę, że zapomniał wrócić na „Lwów“.
Komendant był wściekły, gdyż dnia następnego mieliśmy już odpłynąć z Cherbourga, a ponieważ dla jednego dezertera nie można było przedłużać postoju, jasnem się wydawało, że plan ucieczki Noreckiego powiedzie się w całej rozciągłości.
Komendant zawiadomił o wypadku żandarmerję i z godziny na godzinę oczekiwał powrotu „owieczki“ pod strażą bagnetów żandarmów portowych.
Ale Norecki nie wracał i jego jakoś też nie mogli „wrócić“.
Plan swój, bestja, obmyślił dobrze i przeprowadził konsekwentnie.
Po otrzymaniu owych dziesięciu dolarów z domu, Norecki schował je głęboko do kieszeni i nie wychodził wcale na ląd, aby nie wydać z nich ani jednego centa.
Dopiero na dzień przedtem, gdy „Lwów“ miał odpłynąć z Cherbourga, pojechał do miasta oglądać rzekomo dolmeny, a w rzeczywistości, mając zamiar przeczekać gdzie w ukryciu, aż „Lwów“ odpłynie z Francji, a później pojechać pociągiem do Paryża, do ambasady polskiej i zameldować tam, że został wypadkiem w Cherbourgu, podczas gdy statek jego odpłynął.
Oczywiście, ambasada zaopiekowałaby się nim i odesłałaby go pociągiem do Polski wprost w ramiona kochającej i stęsknionej mamusi.
Tak też Norecki uczynił.
Gdy tylko szalupa, która przywiozła go na ląd, odpłynęła od mola, dezerter udał się do oberży „Matelot“, gdzie wśród marynarzy przewijały się najprzeróżniejsze męty portowe Cherbourga, i tam od jakiegoś oberwańca kupił za dwa dolary cywilne ubranie i czapkę; strój ten przywdział na miejscu, w knajpie, schowawszy się za szynkwasem, na który to wyczyn, urągający moralności publicznej, pozwolił mu oberżysta za drobną opłatą pięciu franków.
Już jako cywil pomaszerował do parku miejskiego i tam cały dzień zabawiał się ze sobą w dolce far niente, czyli w słodkie nicnierobienie; grę tę Norecki lubił ogromnie.
Gdy mrok zapadł, dezerter udał się nad brzeg morza i tu, schowawszy się pod jakąś wywróconą do góry dnem szalupę, noc spędził. Zrana znów poszedł do parku, po drodze przetrąciwszy cośniecoś z jedzenia, ale nie dużo, gdyż pieniądze oszczędzać musiał na kolej i na drogi pobyt w Paryżu.
Spodziewał się, że, gdy przyjdzie nad morze około szóstej godziny wieczór, „Lwów“ ukaże mu się już tylko, jako plamka na horyzoncie. Jakież było jego zdziwienie i zmartwienie, gdy, przyszedłszy na molo, ujrzał swój statek, stojący twardo na kotwicach i nie zdradzający najlżejszych nawet zamiarów rozwinięcia żagli.
— Może nie mogą narazie wyciągnąć kotwic i tak, jak w Ponta Del Garda, wyruszą jutro — pomyślał zasmucony dezerter, układając się do snu na piasku pod swoją wywróconą szalupą.
Nazajutrz jednak „Lwów“ ukazał się znów oczom jego na swojem starem miejscu.
— Jutro już odkotwiczą się na pewno — pocieszała się „owieczka“, czując, jak szpony głodu szarpią jej wnętrzności.
Jednak i ta nadzieja zawiodła i pomimo bardzo dokładnych obserwacyj Norecki nie dojrzał na fokmaszcie „Lwowa“ bandery, coby oznaczało rychły odjazd statku.
Piątego dnia ucieczki nienawistny „Lwów“ sterczał przed obłąkanemi z rozpaczy oczami Noreckiego, szóstego i siódmego dnia nie ruszył się z miejsca. Stanowczo szczęście nie sprzyjało dezerterowi.
Oto, gdy Norecki uciekł ze statku, na morzu Północnem i w kanale La Manche rozszalała się burza, która nie pozwalała nam opuścić portu. Nawet żywioły sprzysięgły się przeciwko owieczce.
Mijał czas i Norecki, zjadając powoli swoje osiem pozostałych po kupnie ubrania dolarów, skonstatował dnia pewnego, że mu już nie wystarczy pieniędzy na przejazd koleją do Paryża.
Wówczas z rozpaczą w sercu i przekleństwem na ustach najął w porcie łódkę i kazał się odwieźć na pokład „Lwowa“.
Łatwo sobie wyobrazić, jaka szalona radość zapanowała na statku, gdy łódź z Noreckim przybiła do trapu.
Załoga cała wyległa na pokład, szczerząc zęby z uciechy na myśl o całych serjach szykan, któremi się spodziewano przywitać dezertera. Stało się jednak inaczej.
Oto Norecki po wejściu na pokład stanął przed obliczem wszechwładnego komendanta.
Komendant zmarszczył brwi.
— Norecki, gdzie byliście przez ten cały czas? — spytał surowo.
Dezerter zbladł i zapomniał ze strachu języka w gębie.
— No, odpowiedzcież mi, gdzie byliście tak długo?
— Ja… ja… oglądałem dolmeny, panie komendancie — wyjąkała drżącym głosem „owieczka“.
— Cóż, obejrzeliście je dobrze, mieliście czasu dużo, prawda?
— Tak… tak jest, panie komendancie.
— Piękneż one są, te dolmeny? — A?
— Pię… pię… pię… piękne, panie komendancie.
— No, ot, a teraz maszerujcie do paki, będziecie tam rozmyślać o piękności tych dolmenów. Marsz!
Bardzo długo rozmyślał Norecki w pace nad pięknością dolmenów.

Długo, bo aż do końca podróży, czyli do chwili, gdy został on skreślony z listy załogi i z listy uczniów Szkoły Morskiej.
CHOINKA
15 grudnia, w przeddzień rozdania kart urlopowych, w Szkole Morskiej odbywa się doroczna, tradycyjna uroczystość. Dzień ten aż do wieczora upływa spokojnie na zwykłych zajęciach, wykładach i nauce. Dopiero po kolacji i modlitwie wieczornej, gdy wielki, mosiężny dzwon na dolnym korytarzu wybije godzinę dziesiątą, sypialnie obu wydziałów i wszystkich trzech kursów przebiega najstarszy uczeń Szkoły Morskiej i, uchylając drzwi, woła:

— Choinka! Brazylijska choinka!
Sakramentalny ten okrzyk wyrywa społeczeństwa sypialń z objęć drzemki i w mgnieniu oka stawia na nogi. Marynarze z błyskawiczną szybkością wciągają na siebie mundury, myją się i czeszą. Pośpiech ten wywołany jest obawą przed ukazaniem się oficera służbowego, bowiem o godzinie dziesiątej uczniowie już muszą spać i w sypialniach nie wolno palić światła. Śpieszą się więc wszyscy ubrać się odświętnie i zejść nadół do sali jadalnej, gdzie odbywa się uroczystość i gdzie już na pewno nie będzie władzy, gdyż sala jadalna dnia tego jest „tabu“, czyli, że żaden oficer, ani wykładowca nie błyśnie tam złotem swych naszywek.
Dyrekcja Szkoły Morskiej szanuje tradycje swych wychowanków i w dniu uroczystości „Brazylijskiej choinki“ patrzy przez palce na pogwałcenie prawa ciszy nocnej i snu.
Pocichu, żeby jeszcze na korytarzu jakim nie „napatoczyć się“ na oficera, uczniowie schodzą nadół, do oświetlonej rzęsiście sali jadalnej, z której już poprzednio zostały usunięte stoły.
Tutaj, nieobeznani jeszcze z tradycjami i zabytkami Szkoły Morskiej, uczniowie pierwszego kursu stają w zachwycie, a ze spartych zdumieniem piersi ich dobywa się zgodny, chóralny okrzyk:
— Cie cholera!
Ten objaw zdumienia i radości powstaje na widok pewnego dziwacznego tworu, który stoi w środku sali, na specjalnem podwyższeniu.
Na pierwszy rzut oka człowiek o małej wyobraźni i nieobdarzony zdolnością do rozwiązywania rebusów nie zgadłby nigdy, co wyobraża ten długi bums (po lądowemu — słup) z wetkniętemi weń z boków zielonemi dylami i połyskujący stalą marszpikli, dulek, wielkich gwoździ okrętowych i wypolerowanych do blasku pudełek od konserw.
Niekażdy tedy pozna odrazu, co to jest. Jednakże, zbliżywszy się do tego bezdusznego tworu i po kilku chwilach obserwacji zsumowawszy swoje spostrzeżenia co do podobieństwa zielonych dyli, sterczących z bumsu, do — gałęzi, drobnych drzazg nawtykanych w nie, do — igieł, a połyskujących narzędzi okrętowych do — zabawek, dojść możemy do wniosku, że przed nami w całej swej okazałości stoi choinka.
Wniosek ten nie jest mylny. Jest to choinka Szkoły Morskiej, tak zwana „Brazylijska choinka“.
Na początku uroczystości dla uczniów pierwszego kursu nazwa ta owiana jest mgłą tajemnicy. I na wszystkie ich pytania, zdążające do wykrycia „incognita“ brazylijskiej choinki, starsi koledzy robią zagadkowe miny i odpowiadają:
— Zaraz się dowiecie.
Jakoż, gdy gaśnie elektryczność i dyle „choinki“ jarzyć się zaczynają światłem zapalonych świec, najstarszy uczeń trzeciego kursu staje pod drzewem i zebranym wokoło kolegom opowiada historję „Brazylijskiej choinki“, która jest jednocześnie historją pierwszej podróży polskiego szkolnego statku „Lwów“, historją bandery marynarki polskiej, która załopotała wtedy po raz pierwszy nad bezmiarem wód Atlantyku.
Pierwsza podróż „Lwowa“ była najdłuższą i najcięższą podróżą. Rozpoczęła się ona zaraz po odparciu inwazji bolszewickiej, co miało ten skutek, że co drugi członek załogi był wachmistrzem lub sierżantem, każdy plutonowym lub co najmniej starszym żołnierzem, zaś dwóch czy trzech miało nawet jedną gwiazdkę. Zdawałoby się, że komendatura statku cieszyć się powinna, że uczniowie, wyruszający w długą podróż, rekrutują się z tak tęgiego i mocnego elementu, jakim jest żołnierz frontowy, zahartowany w pochodach i bojach. Przypuszczaćby można, że młodzian, który nie uląkł się świstu kul na polu bitwy, nie zblednie i nie zadrży w obliczu wichury sztormowej, huczącej w wantach i olinowaniu.
Przypuszczenia te nie zawiodły. Tak mężnej i dzielnej załogi, jak ta, która pierwsza ruszyła na pokładzie „Lwowa“ w kraje dalekie, nie było już nigdy potem na żadnym polskim okręcie. Jednakże z tą właśnie pierwszą załogą miał komendant i oficerowie szkolnego statku najwięcej kłopotów i zmartwień. Przyczyną tego była niekarność.
Na paradoks zakrawa powiedzenie, że człowiek, tylko co zwolniony z szeregów wojskowych, jest niekarny. A jednak tak było. Wszyscy ci wachmistrze, sierżanci, plutonowi, zagończycy z armji Bałachowicza, na których piersiach niejednokrotnie połyskiwały krzyże walecznych, chłopy pod bardzo gęstym i sztywnym już wąsem, patrzyli na świat i nędzne sprawy jego z filozoficzno-frontową pogardą i wszystko, ale to absolutnie wszystko uważali za głupstwo i marność w porównaniu z wiecznością, która już im nieraz z paszczęk dział i luf karabinowych zaglądała w oczy. Cóż znaczyły dla nich te wszytkie gniewy komendanta, paki, stania na salingu, karne stery, karne roboty, odbieranie urlopów, w porównaniu ze śmiercią, z objęć której się wydarli?
Za nic sobie miało tedy to cne towarzystwo komendanta i wszystkich oficerów razem wziętych. — Niekarni oni zresztą byli tylko poza służbą. Podczas wachty, podczas pracy, bądź to na rei, bądź na pokładzie, nie było nad nich sprawniejszych i lepszych. Zato po służbie rządzili się na statku, jak szare gęsi, za nic sobie mieli karność i subordynację, a na oficera patrzyli, jak na puste miejsce. Na początku podróży szło jeszcze jako tako, ale później, gdy rejs zaczął się przeciągać i po czterech miesiącach żeglugi dalekie brzegi Ameryki nie zbliżyły się tak bardzo do „Lwowa“, jak oni sobie tego życzyli, zaczęli sarkać. Podczas zbiórek porannych i wieczornych wrzeszczano na całe gardło, że już dość mają tej podróży, że chcą do portu, do szynków, knajp, kin, dancingów i innych miejsc tym podobnych, że dość się już namordowali w rowach strzeleckich, że chcą już nareszcie odpocząć, a nie tłuc się po całym Atlantyku. Żądano nieomal, żeby komendant zawrócił z powrotem do Gdańska. Z trudnością przychodziło komendantowi tłumienie tych wybuchów niezadowolenia, do djabła! W pace może siedzieć dwóch, trzech najwyżej, ale nie cała załoga.
Tymczasem jak na nieszczęście żegluga się przedłużała z powodu niepomyślnych wiatrów, dmących wprost „w zęby“ i nie pozwalających podejść do brzegów Brazylji. To też, gdy po blisko półrocznej żegludze „Lwów“ zarzucił wreszcie kotwice w porcie Rio De Janeiro, panowie wachmistrze i sierżanci dość mieli narazie życia morskiego i postanowili sobie setnie odpocząć.
Odrazu pierwszego dnia postoju w porcie na ląd pojechali nietylko urlopowani, ale i ci, co do urlopu żadnego absolutnie prawa nie mieli. Wieczorem na wyznaczoną regulaminem godzinę wróciła tylko połowa załogi. Reszta nie wróciła wcale. Komendant czekał na nich noc całą i dzień następny, szykował, oporządzał pakę, przygotowywał roboty karne i czekał. Oni jednakże nie wracali. Zawiadomiono wkońcu policję portową, która jednak wiedziała tylko tyle, że elewowie Szkoły Morskiej wyszli grupkami z miasta, kierując się w stronę osad emigrantów polskich, bardzo licznych w okolicach Rio De Janeiro.
Oficerowie na rozkaz komendanta udali się do braci Polaków z Brazylji z prośbą o wskazanie im miejsca pobytu pupilów ze „Lwowa“. Ale oni z punktu przybrali wobec oficerów wrogą postawę i oświadczyli, że nic nie wiedzą o żadnych zbiegach, a gdyby nawet wiedzieli, toby ich nigdy nie wydali, gdyż bardziej sympatyzują z nimi, niż z ich dowódcami.
Zpoczątku trudno było dociec przyczyny tej sympatji kolonistów do zbiegów, później dopiero sprawa się wyjaśniła, gdy na ręce komendanta przychodzić zaczęły listy od uciekinierów z zawiadomieniem o wstąpieniu w związki małżeńskie z nadobnemi córami kolonistów, wybujałych pięknie pod modrem niebem Brazylji. Jedna trzecia część zbiegów przełożyła okowy małżeńskie nad trudy i udręki żeglugi powrotnej. Reszta po dwóch tygodniach wróciła i partjami odbywać zaczęła odsiadywanie kary w areszcie okrętowym.
Żegluga powrotna była jeszcze dłuższa i cięższa od poprzedniej. Nastąpiła zima i warunki życia na okręcie stały się niemal nie do zniesienia. Znów się zaczęły niezadowolenia i sarkania, które niejednokrotnie przybierały formę rozruchów.
Komendant czuł, że zanosi się na otwarty bunt.
Boże Narodzenie zastało „Lwów“ na oceanie daleko od brzegów ojczystych. W dniu tym uczniowie postanowili porwać się do czynu mocnego i zmusić komendanta zawinąć od portu.
Ale oto stało się coś, co niezwykłością swoją i urokiem podziałało kojąco na wzburzone buntownicze umysły ekswachmistrzów i sierżantów, uspokoiło ich i dodało siły do wytrwania w posłuszeństwie aż do końca żeglugi.
23 grudnia załoga cała na rozkaz komendanta wyszła z międzypokładu na górę, pozostał tylko stolarz i sam komendant. Oficerowie pozamykali wszystkie luki i stanęli przy nich na warcie.
— Cóż to za nowy kawał? — sarkała załoga, trzęsąc się na przenikliwym, mroźnym wietrze. — Czy już i w międzypokładzie nam siedzieć nie wolno?
Wieczorem dopiero otworzono luki. Zmarznięci i źli uczniowie zeszli nadół… stanęli, jak wryci.
Tuż pod grota-łukiem stała naturalnej wielkości choinka, obwieszona różnemi drobiazgami pochodzenia okrętowego i jarząca się w mroku międzypokładu wielką ilością zapalonych świec. Pod choinką stał komendant z butlami konjaku i rumu, gościnnym gestem zapraszając załogę do środka.
Chwilę trwało milczenie, lecz gdy do uszu załogi doleciały dźwięki kolędy, wygrywanej na harmonji przez starego bosmana, okrzyk potężny wstrząsnął szybami iluminatorów:
— Niech żyje komendant!
Później zasiedli wszyscy dokoła choinki.
Komendant przemówił. Prawił o choince, o tem, jak ją zrobił ze stolarzem z drzewa okrętowego i pomalował na zielono, wysuwał projekty sfabrykowania zabawek bardziej pomysłowych, układał z uczniami menu przyszłej uczty, dawał pomysły do zabaw i gier, twierdząc, że choinka na oceanie niczem się nie powinna różnić od choinki lądowej. Nastrój zapanował świąteczny. Znów zabrzmiały kolędy pod akompanjament harmonji bosmańskiej i poszumu fal oceanu. Do późnej nocy przeciągnęła się ta uroczystość, z punktu ochrzczona od nazwy podróży „Brazylijską choinką“.
Tydzień cały stała choinka w międzypokładzie, widokiem swym przypominając załodze ojczyznę i dom rodzinny.
Po świętach Bożego Narodzenia wiać zaczęły wiatry pomyślne i „Lwów“ rychło zawitał do Polski.
Od czasu „Brazylijskiej choinki“ niema już na „Lwowie“ rozdźwięków między komendantem i załogą. Uczniowie i dowódcy żyją w zgodzie ze sobą, wspominając z rozrzewnieniem pierwszą, najdłuższą podróż „Lwowa“ do Ameryki, i święcą rok rocznie tradycyjną „Brazylijską choinkę“ Szkoły Morskiej.


Przypisy

  1. Nowowstępujący do Szkoły Morskiej odbywają swoją pierwszą podróż jako kandydaci. Kandydat nie jest uczniem, 
choć złożył egzamina wstępne, i po podróży może być nieprzy
jęty, o ile się okaże, że nie nadaje się do służby morskiej.
  2. Warta na przodzie okrętu.
  3. Saling — jedno z najwyższych miejsc na maszcie, coś w rodzaju bocianiego gniazda.
  4. Bezwietrze.
  5. Jedna z wysp Azorskich.
  6. Funchal — główne miasto Madery.
  7. Waluta kolonjalna portugalska. Centavos — 1/100 część eskuda — pół grosza polskiego.
  8. Dolmeny — groby druidów, kapłanów frankońskich.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.