Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


straszliwe w czyśćcu cierpiący, doczekawszy się nareszcie dnia sądu ostatecznego.
Nędzne życie prowadził Norecki na „Lwowie“. Rzec można, że nie żył on, a wegetował, przytłoczony ciężarem powszechnej pogardy i niechęci.
Poczynając od komendanta, a skończywszy na małym piętnastoletnim kuchciku, nie było na statku żywej istoty, któraby nie dokuczała i nie starała się obrzydzić życia tej biednej, zahukanej owieczce, na którą każdy swoją złość i zły humor wylewał.
Do owieczki Norecki podobny był bardzo. Dorobić mu tylko kręcone rogi, wełnistą sierść i kończyny zaopatrzyć racicami, a mielibyśmy autentyczną wypasioną owcę. Zresztą źle powiedziałem: wypasioną; jak wypasiona owca wyglądał on na początku podróży, a później była to już chuda, bardzo chuda owca o bardzo smutnych i bardzo kaprawych oczach.
To podobieństwo do owcy było jedną z przyczyn prześladowania Noreckiego przez kolegów.
Bo, proszę sobie pomyśleć, czy jest dopuszczalne, aby marynarz był podobny do owcy?
I w dodatku do owcy o smutnych i kaprawych oczach? — Nie, nie mogliśmy dopuścić do tego, aby Szkoła Morska przeistoczyła się w owczarnię.
To też na samym początku żeglugi stanął cichy