Czarny Gerard/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Czarny Gerard
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I
U BRAM GUADELUPY

Sternau chciał po obejrzeniu fortu wrócić do gospody, lecz Gerard rzekł:
— Zaczekajcie jeszcze chwilę. Choć poznałem was dziś dopiero, mam do was bezgraniczne zaufanie. Pod waszym wpływem ogarnęła mnie jakaś rzewność. Pozwólcie, bym pokrótce opowiedział swą przeszłość. Nie zajmie to wiele czasu.
Zaczął opowiadać o tem, jak był garrotteur’em w Paryżu, jak dla zmazania win wyruszył do Ameryki, gdzie postanowił oswobodzić sawanę od łotrów.
— Zdobyłem sławę, skończył — ale wyrzuty sumienia trapią mnie ciągle.
— Gerardzie, gniew Boga nie trwa wiecznie.
— A gniew ludzi?
— Cóż was obchodzą ludzie?
— Bardzo wiele. Poznałem tutaj czystą, dobrą dziewczynę; pokochała mnie. Z całą sumiennością i uczciwością wyznałem jej, że byłem garrotteur’em, a więc zawodowym zbrodniarzem.
— Wybaczcie mi szczerość. Czy wyznanie to było potrzebne?
— Sumienie zmusiło mnie do tego. Dziewczyna walczy napróżno ze swem uczuciem. Wyciąga rękę do byłego garrotteur’a, ale czy nie zniszczy jej to pod względem moralnym?
Sternau w milczeniu podziwiał byłego zbrodniarza, obdarzonego tak niezwykłą delikatnością uczuć.
— Nie chcę, aby zginęła w tym odmęcie! — ciągnął dalej Gerard. — Jestem strzelcem; tysiące niebezpieczeństw czyha na mnie. Jakże łatwo i prędko śmierć znajdę! To ją uwolni. Czy mogę na wypadek mej śmierci prosić, sennor Sternau, prosić o pewną łaskę, za którą modlić się za was będę na tamtym świecie.
— Zrobię wszystko, co będę mógł.
— Gdy się dowiecie, że zginąłem, powiedzcie jej, że była ostatnią moją myślą. Powiedzcie, iż wierzę, że spotkamy się na Sądzie Ostatecznym, bowiem czysta jej miłość i mnie oczyściła.
Sternau doznał przy tych słowach dziwnego wrażenia.
— Myśli pan o śmierci? Pah! — zawołał. — Mocno wątpię, czy będę obok was właśnie w chwili śmierci.
— Mówiłem tylko o możliwości, sennor.
— Kimże jest ta dama?
— To Rezedilla Pirnero.
— Ach, rozumiem! Kochacie ją. Przypuszczacie, że jest wam wzajemna?
— Nie przypuszczam, a wiem z pewnością.
— Na waszem miejscu nie łamałbym tej miłości. Jeżeli Bóg zaszczepił ją w sercu sennority, najlepszy to znak, że przebaczył wam winy.
— Byłem tego samego zdania. Ale od niedawna, od kilku minut zmieniłem pogląd. Rezedilla jest przyjaciółką Emmy Arbellez, znajomą hrabiego i wielu innych wysoko postawionych osobistości. Nie chcę jej ściągać ku sobie.
— Nie macie racji. To przesadna delikatność. Onieśmielenie wasze minie bezwątpienia.
— Nie jestem tego pewien. Chcecie mi więc okazać łaskę, o którą prosiłem?
— Nie możecie zginąć!
— Któż to wie? Czy nie zbliża się bitwa?
— Więc dobrze. Przyrzekam, że spełnię waszą prośbę.
— Dziękuję. Możemy wracać.
Ruszyli ku gospodzie. —
Rezedilla przygotowała z pomocą Emmy pokoje gościnne. Sternau i Gerard weszli do oberży, gdy wspinała się po schodach z miską wody. Nie zauważyła ich. Gerard udał się na górę, aby z nią pomówić.
Myśl o przepaści, dzielącej przeszłość od teraźniejszości, dręczyła go w ostatnich czasach ogromnie. Nie wierzył, by mu się udało wyzwolić z wewnętrznych rozterek, by potrafił zagłuszyć pełen wyrzutów głos sumienia. Postanowił skończyć z tą sprawą.
Zauważywszy, że ukochana jest sama w pokoju, zapukał. Była pochylona nad wiązanką kwiatów.
— Czy nie cieszył się pan również z powrotu Emmy? — zapytała, gdy tylko wszedł.
— Owszem, cieszyłem się razem z panią.
— Dziś właśnie otrzymałam od ojca Emmy list, w którym pisze, że chce, bym została dziedziczką hacjendy del Erina. Miałam go odwiedzić.
— W tej niebezpiecznej chwili?
— Liczyłam na pańską opiekę.
— Jakże chętnie byłbym wam służył, sennorita!
— Wiem o tem, sennor. Dlatego też tyle w mem sercu przychylności dla was.
Rezedilla popatrzyła nań tak otwarcie i tak przyjaźnie, że uczuł się bezsilny i spuścił oczy ku ziemi.
— Nie mówcie tak, sennorita, — to być nie może. Nie powinno być w waszem sercu tyle dla mnie przychylności.
— Dlaczego?...
— Zrozumiałem tę rzecz jasno i wyraźnie dopiero dzisiaj. Tam, na dole, gdy była pani otoczona przez hrabiego i sennorów, a ja stałem zdala, poczułem, iż zawsze stać będę musiał daleko od pani. Zejście do mnie byłoby dla sennority poniżeniem i upadkiem.
Zbladła nagle. Odczytał lęk w jej oczach.
— Na Boga! Któż to panu powiedział? Kto pana naprowadził na te myśli?
Cofnęła się o kilka kroków i obrzuciła go wzrokiem pełnym wyrzutów.
— Przyszły same — odparł.
— Niech ich sennor nie dopuszcza do siebie. Czy zapomniał pan, że usłyszawszy spowiedź pana, wszystko przebaczyłam?
— Pamiętam. Była pani tak pełna łaski i dobra. Wierzę, że i dziś będzie pani taka sama i zechce spełnić moją prośbę.
— Spełnię chętnie. Niech pan mówi.
— Proszę zamknąć oczy, sennorita.
— Ach! — rzekła z uśmiechem. — Chce się pan pobawić jak dziecko? Chce mi pan zrobić niespodziankę?
— Tak jest. Nie wiem tylko, czy się pani spodoba ta niespodzianka.
— Spróbujmy w każdym razie. Już zamknęłam oczy.
Gerard zbliżył się, objął ją ramieniem, przycisnął ku sobie i, zanim zdążyła oczy otworzyć, pocałował kilka razy w usta. Szepnął przytem:
— Dziękuję ci, droga, kochana Rezedillo! Nie zapomnij o mnie, jeżeli kiedyś znajdziesz prawdziwe szczęście.
Po tych słowach wypuścił ją z objęć. Gdy otworzyła oczy, była sama w pokoju.
Tymczasem Gerard zbiegł po schodach i uciekł do izby, w której pozostawił strzelbę. Ująwszy broń w ręce, chciał wyjść. Sępi-Dziób zapytał:
— Cóż się stało? Czy nieprzyjaciel się zbliża?
— Nie wiem. W każdym razie trzeba być wpogotowiu. Wyjdę na ulicę.
— Idę razem z wami.
Jankes również zabrał strzelbę. Wyszli razem. W oczekiwaniu wroga postanowili stać na warcie. Okazało się to zbyteczne, gdyż w tejże chwili dobiegło ich wołanie:
— Idą, idą!
Wszyscy chwycili za broń i ruszyli ku bramom. Wkrótce obrońcy zebrali się niedaleko wału ochronnego. Sternau wysłał do Pirnera kilku mieszkańców Guadelupy po amunicję. Potem porozstawiał obrońców wzdłuż wału, ciągnącego się tuż koło stoku skalnego. Nieprzyjaciel zbliżał się lądem; atak od strony rzeki zdawał się wykluczony.
Francuzi walili konno. Nawet piechurów wsadzono na siodła. Pędzili w pełnym galopie, a zatrzymali się dopiero tuż przed fortem. Około pięćdziesięciu jeźdźców odłączyło się od reszty i kłusem pognało w kierunku otwartych bram fortu.
Gdy już od bram dzieliło ich zaledwie dwadzieścia kroków, wyszedł naprzeciw Sternau, sam, bez eskorty.
Oddział prowadził kapitan. Na widok dorodnej postaci Sternaua, ubranej w bogaty strój meksykański, odruchowo zatrzymał konia.
— Czego tu chcecie, messieurs? — zapytał Sternau uprzejmie, lecz z powagą.
— Chcemy się dostać do fortu — odparł kapitan.
— Przybywacie w pokojowych zamiarach?
— Oczywiście.
— Możecie więc wjechać do fortu. Proszę jednak przedtem o wydanie broni.
— Do stu piorunów! Kimże jesteście, że przemawiacie do mnie w ten sposób?
— Jestem komendantem fortu.
Kapitan ukłonił się ironicznie.
— Co za honor, co za cześć, panie kolego! Wieluż to ludzi ma pan pod swemi rozkazami? Pięciu, sześciu?
— Sześciu wystarczy mi w zupełności.
— Jakąż rangę pan posiada?
— Niech się pan o tem przekona zapomocą rapiru.
— Zachowując wszelkie obowiązujące formy, wzywam pana do oddania mi fortu.
— Ja zaś wzywam pana do opuszczenia tego miejsca.
— Daję panu dziesięć minut do namysłu.
— Ja zaś dwie do rozpoczęcia odwrotu.
— Jeżeli spotkam się z najmniejszym choćby oporem, wyciągnę rapir z pochwy!
— Bardzo jestem ciekaw, jak ten rapir wygląda.
— Oto jest! Za mną, za mną!
Kapitan wyciągnął rapir i spiął konia ostrogami. Ruszył z miejsca; pozostali gotowali się do uderzenia. Sternau sięgnął za pas i wyciągnął rewolwer. Po pierwszym strzale kapitan zwalił się z konia. Każdy następny pozbawiał życia jednego żołnierza. Po chwili Sternau skoczył wtył, kryjąc się za bramą, którą za nim zatrzaśnięto. W tejże chwili wśród otworów szańców zabłysły lufy. Stali tam przecież ludzie, umiejący obchodzić się z bronią. Skierowali strzelby ku jeźdźcom, którzy zaczęli spadać z koni. Pozbawione jeźdźców wierzchowce, przerażone strzałami, stawały dęba, padały na ziemię. Powstało ogromne zamieszanie; strzelanina trwała dalej. Wszystko odbywało się w tak szalonem tempie, że Francuzi nie mieli czasu pomyśleć o odwrocie. Gdy się opamiętali i uciekać zaczęli, pozostało ich tylko dziewięciu.
Gerard stał obok Sternaua z dymiącą jeszcze strzelbą.
— Aleśmy im dali nauczkę! — rzekł. — Jeżeli mają głowę na karku, nie wrócą już.
— Niestety, nie będą tacy roztropni, — odparł Sternau. — Popatrzcie, oficerowie naradzają się.
— Tak, ale tam coś się dzieje pomiędzy górami!
Po tych słowach Gerard wskazał na wschód. Bystry obserwator mógł zauważyć ciemną linję, posuwającą się zwolna od lewej ku prawej stronie.
— To Apacze — rzekł Sternau.
— Otoczą wrogów półkolem.
— Zużyją na to przynajmniej kwadrans czasu, jeżeli nie chcą, aby nieprzyjaciel dojrzał ich zbyt wcześnie.
— Francuzi ich nie zobaczą; stoją zbyt głęboko — rzekł Gerard. — Zdaje mi się, że powzięli jakąś decyzję.
— Chcą atakować znowu — wtrącił Mariano, stojący obok.
Miał rację. Francuzi zsiedli z koni, odprowadzili je wtył, zatknęli bagnety na karabinach. Utworzyli półkole, chcąc zaatakować fort od strony rzeki. Sternau rozkazał dwom mieszkańcom fortu, aby obserwowali brzeg i dali znać gdyby nieprzyjaciel chciał stamtąd ruszyć na fortecę.
Zbliżył się oficer na koniu. Na końcu pałasza powiewała biel chustki. Zatrzymał się na odległości strzału. Był to komendant.
— To sam major — rzekł Gerard na jego widok.
— Znacie go? — zapytał Sternau.
— Tak jest. Pozwolicie, abym z nim pomówił?
— Owszem.
— Zejdę do niego.
— To niebezpieczne.
— Wcale nie. Pozostaję przecież pod ochroną waszych karabinów.
— Idźcie w takim razie.
Sternau polecił otworzyć bramę. Gerard wziął strzelbę i spokojnie zszedł ze skały; po chwili stanął obok konia oficera. Odwaga Gerarda wzbudziła we Francuzie podziw. Gdy mu się bliżej przyjrzał, mimowoli ściągnął koniowi lejce.
— Na Boga, Czarny Gerard! — zawołał.
— Tak, to ja! — odparł Gerard spokojnie. — Obecność moja powie wam, czego się możecie spodziewać.
— Czegóż innego, jeśli nie zawładnięcia fortem?
— Co też wam strzeliło do głowy! Komendant przysyła mnie, abym się dowiedział, co macie nam do zakomunikowania.
— Żądam natychmiastowego oddania fortu na łaskę i niełaskę, zabito mi bowiem czterdziestu ludzi.
— To wszystko? Jest pan niezwykle skromny. Tych czterdziestu ludzi podniosło rapir na naszego komendanta; oto przyczyna ich śmierci. Padli w przeciągu dwóch minut, macie więc przedsmak tego, co was spotka w razie uporu. Mówić o wydaniu fortu byłoby śmieszne. Określenie zaś na łaskę i niełaskę zakrawa poprostu na szaleństwo.
— Niech pan nie zapomina, z kim pan mówi!
Pah! Mały major rozmawia ze sławnym Gerardem, oto wszystko! Radzę panu poskromić swoją pychę, bo i pański oddział zostanie rozbity. Nikt nie wyjdzie cało. Zginie nawet wielbiciel Emilji.
— Brednie! Czyście zmysły potracili? Proszę zakomunikować swemu dowódcy żądania moje.
— To zbyteczne. Odpowiedź już dana.
— Czy to odpowiedź ostateczna? Oświadczam więc, że potraktujemy was bez litości.
— To śmieszne! Nie będziecie wszak mieli do litości okazji.
— W takim razie rozpoczynamy atak!
Major zdjął z rapira chusteczkę — Francuzi ruszyli na Gerarda. Był to postępek niecny, bowiem Gerard, który występował w roli parlamentarza, nie miał czasu się cofnąć. Major nacierał nań ostro.
— Masz, chłopie, zapłatę za wszystko! — zawołał i zamierzył się.
Nie znał Gerarda. Myśliwiec odparował uderzenie lufą strzelby. Ściągnął jeźdźca z siodła gwałtownym ruchem i wyrwał mu rapir.
— Umieraj, zdrajco! Oto jak was wszystkich zniszczymy!
Cisnął majora na ziemię i wpakował mu aż po rękojeść rapir. Przeszedłszy przez ciało, rapir utkwił w ziemi. Wrogowie dali salwę karabinową. Chcąc uniknąć kuli, Gerard zaczął się wdrapywać po skale.
— Chodźcie przez bramę! Prędko! Prędko! — rozległy się wołania z murów.
— Za późno — odparł Gerard. — Stoję tu mocno.
Ukrył się za jedynem drzewem, które stało obok obwarowań na górze. Położył się na ziemi i zaczął ostrzeliwać zbliżających się Francuzów.
— Ten człowiek szuka śmierci — rzekł Sternau do Mariana.
— Tak mi się zdaje — odparł tamten. — Nie wiesz dlaczego?
— Wiem; musimy mu pomóc. Nie powinien zginąć. Chodź!
Załogę fortu tworzyła tylko garstka, ale tacy mężowie jak Sternau, Gerard, Sępi-Dziób. Bawole Czoło i inni mogli przecież zastąpić wielu. Zanim nieprzyjaciel zdążył dotrzeć do podnóża skały, szeregi jego były już dobrze przerzedzone. Mimo to, parł naprzód. Gdy Francuzi zaczęli wdrapywać się na skałę, okazało się dopiero, jaki ogień potrafią rozniecić nasi sławni strzelcy.
Gromady szturmujących Francuzów kładły się pokotem na ziemię. Tuż koło Gerarda wrzała najzacieklejsza walka. Jeden z oficerów poznał go i zwrócił nań uwagę swym ludziom. Chcieli koniecznie wziąć go do niewoli. Zaczęli więc wdrapywać się na skałę. Kładł ze strzelby jednego po drugim. A jeżeli któremu udało się dotrzeć aż na kraj skały, rozłupywał mu głowę ciężką kolbą ze złota.
Niedaleko Gerarda stali za obwarowaniem Sternau, Mariano i Sępi-Dziób. Nie szczędzili wysiłku, aby powstrzymać walących na Gerarda wrogów. Fascynujący widok przedstawiał Amerykanin. Ładował strzelbę i strzelał z fantastyczną szybkością; mówił przytem niezwykle głośno, jakby go wrogowie usłyszeć mogli.
— Znowuż który chce posłać Gerardowi kulkę! Szkoda kłopotu, bo według mojej kalkulacji nie nadąży.
Przyłożył strzelbę do ramienia, pociągnął za cyngiel i po chwili Francuz, który mierzył do Gerarda, padł trupem.
— Znowu jakiś się czołga! — mówił dalej. — Myśli, że go nikt nie widzi. Według mojej kalkulacji, łatwiej nadół, aniżeli na górę, — pociągnął za cyngiel; wróg, trafiony w głowę, stoczył się.
Gerard strzelał tak pilnie, że zabrakło mu patronów. Pracował teraz tylko kolbą. Krew lała mu się z ran, które otrzymał od kul nieprzyjacielskich. Znowu dwie kule trafiły go równocześnie. Padł na kolana. Sternau zawołał jasnym, mocnym głosem:
— Uwaga! Odsiecz idzie!
Mimo przewagi liczebnej, nie udało się Francuzom dotrzeć do szańców. Rozległy się teraz tony trąby, wzywające, aby zebrali się, celem przygotowania do dalszych ataków. Podczas ataku nie widzieli zupełnie, co się dzieje ztyłu. Gdy się teraz odwrócili, ujrzeli ku swemu przerażeniu, że jacyś dzicy jeźdźcy w szalonym galopie walą na nich szerokiem półkolem.
Zdołali sformować kilka czworoboków. Jedynym ratunkiem było carré, inaczej jeźdźcy zmietliby ich z powierzchni przy pierwszym ataku.
Sternau obserwował wszystko z góry. Pod wpływem zbliżających się Apaczów i strzelców amerykańskich załoga nabrała otuchy.
— Urządzimy wypad? — zapytał Mariano.
— Przypuszczam, że to najlepsze wyjście.
Na ulicy rozległ się tętent konia — pędził w pełnym galopie wódz Indjan. W falistej czuprynie mieniły się trzy pióra orle, trzy krucze. Twarz miał wymalowaną barwami Apaczów. Ubrany był w nowy strój indjański; z pleców spadało ciężkie futro szarego niedźwiedzia.
— Niedźwiedzie Serce! — zawołał Mariano. — Skąd wziął ten strój?
— Z pewnością kupił u Pirnera. Chce się w nim godnie pokazać Apaczom.
Słowa te znalazły natychmiastowe potwierdzenie. Wódz wskazał w milczeniu na bramę. Otworzono ją zaraz. Popędził galopem wdół, wrzynając się w najgęstszą masę wrogów.
— Poco tu czekać? — zawołał Mariano. — Za nim!
— Tak, za nim! — powtórzył Sępi-Dziób.
— Za nim! — zawołał Bawole Czoło.
W pełnym galopie ruszyli za Apaczem. Sternau nie miał możności zatrzymania ich. Jako komendant, pozostał wtyle wraz z mieszkańcami fortu, którym nawet nie przyszło na myśl narażać się na tego rodzaju niebezpieczeństwo. — Pędzący Apacze natrafili na opór kilku grupek nieprzyjaciół. To rozbiło ich regularny szereg. Jedni pędzili ciągle naprzód, niszcząc wszystko dokoła, drudzy musieli się zatrzymywać przy małych czworobokach, które wróg utworzył. Francuzi uzyskali w niektórych miejscach przewagę, ponieważ Indjanie nie umieją walczyć w zwartych szeregach, twarzą w twarz. Zdawało się, że Francuzom uda się przebić przez szeregi przeciwnika.
Za linją bojową stał na czele oddziału jeźdźców Juarez i błyszczącem okiem spoglądał ze swego konia na pole walki. Niedaleko — około sześćdziesięciu białych strzelców. Byli to ludzie o dzikim wyglądzie. Zwerbowano ich w Ameryce północnej. W walce nie brali dotychczas udziału, ponieważ Niedźwiedzie Oko zastrzegł skalpy Francuzów dla siebie i swych Apaczów. Juarez skinął na przywódcę białych strzelców i rzekł:
— Czy widzisz, że walka natrafia na przeszkody?
— Tak, niestety, — odparł zapytany.
— Czy zdaniem waszem Apacze zwyciężą?
— Bezwątpienia. Ale Francuzi zdołają się przebić.
Juarez skinął głową. Zacisnąwszy wargi, rzekł:
— To się stać nie powinno. Co mi radzicie?
— Pozwólcie mi ruszyć z moimi ludźmi. Nasze kule rozbiją w krótkim czasie te niebezpieczne czworoboki.
— Dobrze. Ruszajcie!
Strzelec wrócił do swoich. Aby nie ułatwiać celu pociskom nieprzyjaciela, rozsypali się w tyraljerkę i, zwyczajem westmanów, posuwali się naprzód, wyzyskując każdy przedmiot, napotkany po drodze, dla ukrycia się przed kulami.
Niedźwiedzie Oko znajdował się w środku półkola, które atakujący utworzyli. Udało mu się przedrzeć zwycięsko przez szeregi Francuzów. Odwrócił się teraz w ich kierunku i zaczął walić tomahawkiem. Wyglądał na swym koniu jak bóg wojny; rozbijał się o niego wszelki opór. Porwany ogniem walki, gonił uciekających nieprzyjaciół. Nie miał ani czasu ani chęci obserwować przebiegu potyczki. Dlatego też nie zauważył, że wróg osiągnął w niektórych miejscach przewagę. Właśnie ugodził tomahawkiem jakiegoś uciekającego Francuza tak silnie w kark, że przerwał mu ścięgna i głowa wroga osunęła się ku ziemi, gdy rozległ się za nim tętent pędzącego w pełnym galopie konia.
Odwróciwszy się, ujrzał nieznanego sobie Apacza. Apacz gnał w galopie od strony fortu; nosił oznaki wysokiego wodza. Niedźwiedzie Oko zdumiał się i zatrzymał konia. Apacz uczynił to samo. Nie mogli odróżnić swych rysów, zwyczajem bowiem wojowników mieli twarze jaskrawo pomalowane. Apacz zapytał:
— Tyś jest wodzem, zwanym Niedźwiedzie Oko?
— Tak — odparł zapytany.
— Jesteś dzielny; czy nie widzisz jednak, że wojownicy trudzą się daremnie?
Po tych słowach wskazał na zwarte czworoboki. Niedźwiedzie Oko dopiero teraz je zauważył.
Uff! — Lecz mimo wszystko muszą zginąć te psy z za oceanu! Kimże jesteś?
— Jestem Niedźwiedzie Serce, którego szukasz od lat. Jazda naprzód!
Spiął konia i ruszył dalej. Działał jak prawdziwy Indjanin. Ze względu na wrzącą wokoło walkę zrezygnował ze sceny powitania, aby spełnić swój obowiązek wodza i wojownika.
Mimo chłodnej krwi, właściwej Indjanom, Apacz stracił na chwilę ze zdumienia mowę. Ale nie trwało to długo; opanował się i ruszył za bratem.
Arku Schosch-in-liett! Gutesnonselkhi Franza! — zawołał głosem piorunującym, aby go mogli usłyszeć swoi i wrogowie.
Słowa te znaczą w języku Apaczów: — Oto Niedźwiedzie Serce! Śmierć Francuzom!
Czerwoni zwrócili wzrok ku obydwom wodzom. Niedźwiedzie Serce i Niedźwiedzie Oko gnali w szalonym galopie prosto na czworobok.
Arku Schosch-in-liett! Tastsa Franza! — Oto Niedźwiedzie Serce! Śmierć Francuzom! — zagrzmiało z piersi Indjan.
Przystąpili na nowo do ataku, korzystając z chwili, w której Francuzi, dawszy salwę, nabijali karabiny. Ogarnął ich dziki lęk.
Prenez les crosses! — Walczcie kolbami! — rozkazał przywódca Francuzów.
Ujęli karabiny za lufy. W tejże chwili zbliżyli się wodzowie. Niedźwiedzie Serce spiął konia ostrogami i ruszył naprzód. Spadł szerokim łukiem prosto na czworobok; Niedźwiedzie Oko ruszył za nim w brawurowym skoku. Tratując wszystko kopytami końskiemi, waląc tomahawkiem w prawo i lewo, siali śmierć i zniszczenie. Lukami, drążonemi przez nich, wdzierać się zaczęli Apacze. Czworobok był zgubiony.
Niedźwiedzie Serce utorował drogę wojownikom. Przebiwszy się wraz z bratem przez przerwany czworobok, gotował się do rozbicia drugiego. Ujrzał teraz konie Francuzów. Stały na uboczu, pilnowało ich kilku ludzi. Wskazując na wierzchowce ręką, zawołał do brata:
Inese Franza schli, sesteh nagoya! — Zabrać konie Francuzom, pozabijać warty!
Brat spełnił rozkaz natychmiast. Zebrawszy garść Apaczów, ruszył ku koniom. Po krótkim oporze Indjanie pozabijali wartę. Odcięci od koni, Francuzi nie mogli uciekać. Tymczasem biali strzelcy celnemi kulami przerzedzili szeregi Francuzów. Każda kula trafiała, od każdej ginął człowiek. Gdy Niedźwiedzie Serce dotarł do następnego czworoboku, Francuzi byli tak zdziesiątkowani, że wódz, nie skłaniając konia do skoku, wjechał prosto między nieprzyjaciół. Poszli w rozsypkę.
Apaczów ogarnął entuzjazm na widok wodza, który zaginął przed laty. Nie dbali o liczbę nieprzyjaciół, o jego opór. Trzeba przecież było uczcić powrót wielkiego wodza zdobyciem wszystkich nieprzyjacielskich skalpów! Dlatego brawurowy ich atak był nie do odparcia.
Ścinali Francuzów jak źdźbła trawy, dopadali uciekających i kładli ich trupem. Zdawało się, że ani jeden nie ujdzie cało.
Czy naprawdę ani jeden? —
Gdy Francuzi utworzyli przed walką półkole, obydwa jego skrzydła dotykały brzegów rzeki. Prawe skrzydło rozwinęło się powyżej obwarowań, lewe poniżej.
Ponieważ skała wznosiła się ponad obwarowaniem bardzo stromo, niepodobieństwem niemal było atakować fort od strony skrzydła prawego. Natomiast tam, gdzie mieściło się lewe skrzydło, płynęła spokojna woda; na dnie leżały duże bloki kamieni. Można było bez trudu i niepostrzeżenie przechodzić z kamienia na kamień. Ponieważ skała, na której fort się wznosił, nie była tutaj tak stroma, jak po przeciwległej stronie, łatwo było na nią się wdrapać.
Nakońcu prawego skrzydła, sięgającego aż do wody, stał sierżant, który palił się wprost do odegrania roli oficera. Znalazł się też po niejakimś czasie na miejscu, którego tak dzielnie bronił Gerard. Gdy Apacze rozpoczęli atak, zmiarkował, co się święci.
— Za mną! — rozkazał swym ludziom. — Chcą nas otoczyć i pozabijać. Ale znam środek na to.
— Jaki? — zapytał jeden z żołnierzy, zlany potem.
— Nieprzyjaciel otrzyma pomoc, więc ruszy z wycieczką. A my tymczasem dotrzemy do ostrokoła od strony wody i otworzymy bramę.
— Masz rację; idziemy za tobą.
Dziesięciu ludzi ruszyło pod dowództwem sierżanta. Nikt tego nie zauważył. Weszli do wody i, przechodząc z kamienia na kamień, dotarli do podnóża skały, na której wznosił się fort.
Rosły tutaj drzewa i krzewy. Na górze stał z polecenia Sternaua wartownik. Nietęga była to głowa. Zamiast stanąć na brzegu i obserwować każdy drobiazg, ustawił się na górze, gdzie drzewa zasłaniały wszelki widok. Dlatego też nie zauważył sierżanta.
Ten zaczął się wdrapywać na górę ze swymi ludźmi. Gdy dotarli do drzew, jeden z żołnierzy stanął i zapytał szeptem, wskazując ręką:
— Czy widzicie tam na górze człowieka?
Sierżant spojrzał we wskazanym kierunku i odparł:
— Macie rację. Trzyma karabin w ręku; to z pewnością wartownik.
— Czy mam go zastrzelić?
— Nie. Musimy zachować ciszę. Strzał zwróciłby uwagę. Zakłuję go.
Zaczął się skradać od drzewa ku drzewu, wreszcie, zbliżywszy się na kilka kroków do wartownika, wyciągnął sztylet. Skoczył teraz — wartownik jęknął tylko i padł trupem.
— Naprzód! — rozkazał sierżant.
W krótkim czasie doszli do ostrokoła. Sierżant zaczął badać jego wysokość.
— Tu nie przeleziemy — rzekł. — To zupełnie niemożliwe. Chodźmy dalej!
Zaczęli się skradać wzdłuż ogrodzenia. Dopiero na wschodniej stronie fortu znaleźli otwór, przebity poto, by obrońcy mogli swobodnie wchodzić do warowni.
Niebawem znaleźli się wewnątrz fortu i dziwili niemało, nie spotykając żywej duszy. Uzbrojeni mieszkańcy stali przecież na murach fortu, a kobiety i dzieci nie miały odwagi wychylić się z mieszkań.
— Fort jest nasz! — rzekł sierżant z przechwałką. — Słyszycie ryki na dole? Jak przewidziałem, wypad nastąpił. Teraz możemy naszym otworzyć bramę.
— Czy sądzisz naprawdę, że będą musieli się cofnąć?
— Kto to wie? Indjan było tylu.
— Indjan? Cóż z tego? Francuzi nie uciekają przed czerwonoskórymi.
— Cóż stąd, że otworzymy bramę, — rzekł drugi. — Wejdą wszyscy i porozdzielają łupy.
— Masz rację — rzekł sierżant. — Musimy naprzód pozabierać to i owo. Żeby mi się tylko nikt potem nie wygadał.
— Do kogo pijesz?
— Nie wszyscy przecież umieją milczeć.
— Nikt się tu z nas nie zdradzi. Przynajmniej ja...
— I ja nie, i ja nie! — rzekli chórem pozostali.
— W takim razie zaryzykuję — odparł sierżant. — Lecz nie możemy się rozdzielać. Niewielu nas i nie mamy pojęcia, ilu wrogów znajduje się w forcie.
— Najlepiej zacznijmy chodzić od domu do domu.
— To zabierze zbyt wiele czasu. Wyszukajmy poprostu najbogatszy dom.
— Po czem taki dom poznać?
— W knajpach i sklepach bywa zwykle najwięcej gotówki.
— To prawda! Musimy się rozejrzeć za takim sklepem, o ile we forcie jest wogóle jakiś sklep.
— Wykluczone, by nie było.
— O ile słyszałem, Hiszpanie nazywają dom, który jest równocześnie gospodą i sklepem, venta.
— Szukajmy więc napisu venta.
Żołnierz miał rację. Nad drzwiami gospody dzielnego sennora Pirnera, który zgodził się, aby Sępi-Dziób walczył zamiast niego, widniał napis: VENTA.
Ponieważ dom był piętrowy i wysoki, można było ze strychu obserwować pole bitwy.
Dlatego też udał się tam hrabia Fernando wraz z Emmą, Karją i Rezedillą. Pirnero siedział na dole, jak zwykle, przy oknie, i patrzył na ulicę, zatykając sobie uszy palcami. Każdy strzał działał nań, jak uderzenie pioruna. Wzywał wszystkich do walki, sam się uważał za uosobienie bohaterstwa, ale nie chciał trwonić skarbów swego ducha rycerskiego.
Po niejakimś czasie znudziła mu się samotność. Postanowił zawołać Rezedillę, okazało się to jednak niepotrzebne, gdyż właśnie wszedł stary vaquero Anselmo, który z niezwykłą odwagą brał udział w początku bitwy. — Anselmo chciał się udać do kuchni, lecz Pirnero zatrzymał go.
— Zostańcie tutaj — rzekł. — Przybywacie z pola walki?
— Z pola walki? — zapytał pastuch. — Przecież to tylko potyczka; to jedynie przygrywka do tego, co się kiedyś rozegra.
— Gdybyż się udało Juarezowi wypędzić z kraju Francuzów i ich popleczników, gdybyż biedni Meksykanie odzyskali nareszcie upragniony spokój!
— Kochany Pirnero, niestety, nawet po przepędzeniu wroga nie tak prędko nastąpi pokój. Pomyślcie o przeszłości. Gdy, po upadku Comonforta, Juarez został przed ośmiu laty prezydentem, spodziewaliśmy się wszyscy, że nadejdą dni pokoju, prawda? I cóż się stało? Przeciwnicy Juareza wystawili kontrkandydata Zuloagę, ten zaś znowu został obalony przez zdrajcę Miramona. Juarezowi udało się dopiero w roku 1861 wejść do stolicy.
Pirnero słuchał słów vaquera z otwartą gębą. Po chwili rzekł z podziwem:
— Jakże świetnie orjentujecie się w polityce!
Anselmo uśmiechnął się, niezwykle ze siebie zadowolony.
— Nasz poczciwy don Pedro Arbellez opowiada o tem często, jest bowiem wielkim przyjacielem Juareza.
— W takim razie musi wam być również wiadome, że Juarez nie ponosi żadnej winy w tej nieszczęsnej wojnie.
— Oczywiście; wiem o tem. Okoliczność, iż Juarez prosił o sprolongowanie zagranicznych długów Meksyku na dwa lata, posłużyła przecież Napoleonowi III za pretekst do zaspokojenia ambitnych planów i chęci rozszerzenia terenu swej władzy. Zaślepiony cesarz Maksymiljan jest tylko laleczką, nakręconą przez Francuzów.
— O rozpaczy! — westchnął Pirnero. — Pomyśleć tylko, ile okropnych rzeczy przeżyliśmy w ostatnich latach: rozbicie generałów Juareza, wygnanie prezydenta na daleką północ, wjazd biednego Maksymiljana, który już od dwóch lat nosi koronę z łaski Napoleona. Chwilami tracę nadzieję, że sprawiedliwość zwycięży.
— Sprawiedliwość triumfuje zawsze. Tylko głowę do góry, staruszku!
— Ale długo trzeba czekać na ten triumf.
— Nie zapominajcie, że jednak w ostatnich czasach sprawa się poprawiła. Stany Zjednoczone uporały się z wojną domową i opowiedziały za Juarezem. — Szkoda, żeście nie widzieli, jak ci amerykańscy strzelcy walczyli pod fortem za prezydenta.
— Ale, ale, cóż z bitwą?
— Wszystko idzie dobrze, doskonale.
— Wróciliście ze strzelbą, więc prawdopodobnie strzelaliście. Iluście położyli trupem?
— Może sześciu, może siedmiu.
— To niebardzo wiele — odparł Pirnero z niesłychaną odwagą. — Czy Francuzi jeszcze się bronią?
— Tak jest. Lecz Apacze przybyli.
— Do licha! W takim razie koniec z Francuzami!
— Apaczom towarzyszą strzelcy amerykańscy. Juarez dowodzi wojskiem osobiście.
— Juarez? Ach tak. Gerard mówił mi przecież, że prezydent przybędzie. Widzieliście go już kiedyś?
— Tak. Na naszej hacjendzie przed wielu laty. Przybył, aby oddać Arbellezowi sąsiednią hacjendę Vandaqua.
— Nie widziałem prezydenta nigdy w życiu, mam jednak nadzieję, że po zwycięskiej walce zajrzy tutaj, aby wypić szklaneczke julepu. Jestem mianowicie... Ach, ach!
Pirnero przerwał nagle, drzwi się bowiem otworzyły i wszedł przez nie sierżant w otoczeniu dziesięciu żołnierzy. Walnął kolbą w ziemię i zapytał:
— Czy tu jest venta?
— Tak jest — odparł gospodarz blady jak trup, drżąc na całem ciele.
— Jak się nazywacie?
— Pirnero. Ale, mój panie, czy nieprzyjaciel jest w twierdzy?
— Widzicie przecież!
— Miałem wrażenie, że zwyciężamy.
Francuz rzekł z ironicznym uśmiechem:
— Motyką słońce zwyciężacie! Kto przebywa w tym domu?
— Ja!
— Dalej!
— Ten sennor.
— Kim jest?
— To vaquero.
— Niech odda nam strzelbę!
Stary vaquero zasępił się; ujął mocniej strzelbę. Nie mieściło mu się w głowie, jakim cudem napół zwyciężeni Francuzi mogli się dostać do fortu. Najchętniej byłby się bronił. Ale podszedł doń Pirnero i szepnął:
— Na miłość Boską, nie róbcie głupstw! Wpakujecie mnie w okropną kabałę, jeżeli zechcecie się opierać.
Wyrwał mu strzelbę i oddał sierżantowi.
— Oto broń, sennor! Weźcie ją na znak, że fort Guadelupa przyjął was z radością.
— Z radością? — zapytał sierżant. — Przyjęto nas kulami! Kto przebywa jeszcze w tym domu?
— Przedewszystkiem trzy młode sennority...
— Ach tak! Gdzież są?
— O piętro wyżej. Zapewne się zamknęły.
— Będą musiały otworzyć. Kto jeszcze?
— Hrabia Rodriganda.
— Hrabia? Tam do licha! Czy jest bogaty?
— Bardzo.
— Zobaczymy, co posiada. Zwiążcie tego vaquera!
Żołnierze wyjęli sznury i zbliżyli się do vaquera. Anselmo wstał z krzesła i wyciągnął nóż.
— Nie dam się związać! — rzekł.
— Na Madonnę! Co wyrabiacie? — zawołał Pirnero. — Jeden przeciw dziesięciu?
Anselmo zrozumiał, że mu się nie uda ujść cało. Wyciągnął ręce; pozwolił się związać.
— A teraz związać gospodarza! — rozkazał sierżant.
— Mnie także? — zapytał Pirnero przerażony. — Ależ, sennor, jestem najwierniejszym poddanym najjaśniejszego pana, cesarza Francji.
— Jeżeli tak jest istotnie, będziecie nam posłuszni, — rzekł, śmiejąc się jeden z żołnierzy. — Dawajcie łapy!
— Oto są — rzekł pokornie gospodarz. — Lecz podkreślam raz jeszcze, że nie jestem wrogiem Francuzów. Jam nie Meksykanin: pochodzę z Pirny.
— Co to jest? Gdzie to leży?
— W Saksonji.
— W Saksonji? A więc Niemcy? Niech was djabli... Żywo, dawajcie ręce!
Związano i jego. Poddał się bez sprzeciwu.
— Teraz zaprowadźcie nas do pozostałych — rozkazał sierżant.
Zostawił przy vaquerze dwóch żołnierzy. Zamknąwszy drzwi, ruszył z Pirnerem i resztą ludzi na górę. — — —
Czarny Gerard leżał pod drzewem, obok którego walczył tak zaciekle. Zwaliło go mocne pchnięcie bagnetem, dopełniając miary ran, odniesionych już poprzednio. Był pewien, że wyzionie ducha. Nie chciał jednak umierać tutaj, a na górze, przy bramie, której bronił tak dzielnie.
Przyczołgawszy się aż do wrót, padł wyczerpany. Tymczasem nadole wrzała jeszcze walka. Jakże chciałby dowlec się do venty, aby umrzeć w obliczu ukochanej. Nie; oszczędzi jej odrażającego widoku śmierci! Nie ruszał się z miejsca. Siły zaczęły go opuszczać. Krew płynęła obficie; nie tamował jej. Zamknął oczy; był pewien, że śmierć, która go uwolni od wątpliwości i wyrzutów sumienia, jest blisko. Nagle rozległ się z pola bitwy okrzyk triumfu. Otworzył oczy.
Juarez wraz ze sztabem był jeszcze ciągle na polu bitwy. Trupy leżały pokotem. Kilku Indjan pilnowało zdobytych na Francuzach koni. Apacze uganiali się po pobojowisku i wycinali niedobitków.
Gerard znowu myślami wrócił do Rezedilli. Chciał przecież zobaczyć ją raz jeszcze. Oparłszy się łokciami o ziemię, powstał. Chwiejąc i słaniając, dowlókł się do ostrokoła. Po jakimś czasie mógł stać bez oparcia. Spróbował iść. Próba się udała. Z początku szedł wolno, chwiejnie, potem coraz szybciej i pewniej. Przelazł przez otwór, umieszczony w ostrokole, nie dbając o krwawiące rany.
— Rezedillo, o Rezedillo!
Słowa te koiły jak cudowny balsam. Ujął mocno w rękę ciężką strzelbę i powlókł się dalej w kierunku venty. Zastał drzwi gospody zamknięte. Spojrzawszy przez okno, ujrzał francuskich żołnierzy, którym sierżant polecił pilnować vaquera. Uświadomił sobie, że ukochanej grozi niebezpieczeństwo. Nabił więc strzelbę i rewolwer. Nie namyślając się długo, wywalił szybę.
Po chwili był w gospodzie. Jeden z żołnierzy skierował ku niemu karabin i zawołał:
— Stać!
— Smarkaczu!
Wypowiedziawszy to jedno słowo, Gerard powalił żołnierza uderzeniem kolby, drugi leżał po chwili również nieżywy.
— Uwolnijcie mnie z więzów, sennor, — rzekł błagalnie Anselmo.
— Później!
Nie miał teraz na to czasu. Zanim opuszczą go siły, musi uratować ukochaną! Wyszedł na korytarz i zaczął się wlec po schodach na górę. — —
Gdy sierżant wraz z Pirnerem i ośmioma żołnierzami wchodził na strych, hrabia Rodringanda, obserwujący przez okno przebieg walki, mówił właśnie do trzech pań:
— Francuzi zostaną wybici do nogi.
Oho! Tak źle jeszcze nie jest! — rzekł sierżant.
Wszyscy czworo odwrócili się. Na widok żołnierzy, prowadzących związanego Pirnera, ogarnęło ich przerażenie.
— Ojcze, mój ojcze! — zawołała Rezedilla, obejmując Pirnera ramieniem.
— Odstąpić! — rzekł sierżant. — To nie teatr!
Hrabia podszedł do niego, pytając:
— Sierżancie, czego chcecie?
— Nie wasza to rzecz stawiać mi pytania! — rzekł sierżant, śmiejąc się. — Kimże jesteście?
— Jestem hrabia Fernando de Rodriganda.
— Szukamy was. Jesteście moim jeńcem!
— To pomyłka. Nie należę do wrogów Francuzów.
— Później zobaczymy. Wiązać go!
— Mnie wiązać? — zapytał don Fernando z oburzeniem. — Któż wam dał taki rozkaz?
— Cóż to was obchodzi?
Mimo oporu, związano hrabiego.
— A teraz zwiążcie kobiety!
— Co też wam przyszło na myśl? — zawołała Rezedilla. — Nie zrobiłyśmy nic złego.
— Poddajcie się — rzekł Pirnero. — Opór na nic się nie zda.
Pozwoliła się związać. Po niej przyszła kolej na Emmę. Teraz jeden z żołnierzy podszedł ze sznurem w ręku do Karji. Oczy Indjanki, siostry Bawolego Czoła, zabłysły dziwnym blaskiem. Szybkim ruchem chwyciła bagnet Francuza i wyrwała go z pochwy.
— Ani mi się ważcie! — rzekła, mierząc bagnetem w żołnierza.
— Do djabła! Cóż to za wściekłe kobiety! — zawołał sierżant. — Powalić ją na ziemię!
Żołnierz chciał ująć Karję. Siostra Bawolego Czoła utopiła w jego piersi bagnet aż po rękojeść. W tejże chwili towarzysz zabitego zdzielił ją kolbą przez głowę tak mocno, że padła na podłogę.
— Zapłacicie mi za ten opór wobec zwycięzców! — zawołał sierżant. Zwracając się do hrabiego, ciągnął dalej: — Słyszałem, że jesteście bogaci, hrabio. Jestem gotów uwolnić was za dobry okup.
— Ile żądacie?
— Ile macie przy sobie pieniędzy?
— Słyszeliście przecież moje pytanie, sierżancie. Odpowiedzcie więc na nie.
Oho! To brzmi tak, jakgdybyście mieli tutaj coś do rozkazywania. Gdzie leży wasza posiadłość?
— W mieście Meksyku.
— Ale macie chyba przy sobie gotówkę?
— Wystarczy jej na wykup z rąk zbója.
— Powściągnijcie język! To przecież wojna. Jeżeli sądzicie, że pieniądze wystarczą na okup, musi to być suma niemała. Byłbym głupcem, gdybym podawał jej wysokość. Gdzie pieniądze?
Po tych słowach sierżant podszedł z groźną miną do hrabiego. Don Fernando milczał.
— W takim razie zmuszę was do odpowiedzi. — Rozłóżcie go na podłodze i bijcie tak długo, dopóki mówić nie zacznie!
Żołnierze ujęli hrabiego. Jeden z nich rzekł:
— Sierżancie, wpadłem na świetny pomysł. Czy nie wartoby wychłostać kobiet? To prędzej skłoni hrabiego do odpowiedzi.
— Nieoceniony pomysł! Wychłostać jedną po drugiej. Zacznijcie od tej! — wskazał na Rezedillę.
— Na Boga, to chyba nieprawda! — zawołała Rezedilla w najwyższem przerażeniu.
— Sennor, bądźcie rozsądni, bądźcie człowiekiem! — błagał Pirnero.
— Brać ją! — rzekł sierżant w odpowiedzi.
Ujęło ją czterech żołnierzy. Mimo, iż ręce miała związane, broniła się z całych sił przed brutalnym gwałtem.
— Wstrzymajcie się! — zawołał hrabia. — Powiem, gdzie są pieniądze.
Sierżant skinął głową z uśmiechem.
— Patrzcie, patrzcie, jak spokorniał! Ale pieniądze wasze nie interesują mnie teraz. Obiecałem moim ludziom miłą rozrywkę; nie chcę im sprawiać zawodu. Dajcie tej mademoiselle dziesięć batów! Tę samą porcję zaaplikujcie potem reszcie!
Żołnierze wybuchli głośnym śmiechem. Ujęli na nowo wypuszczoną przed chwilą wobec słów hrabiego Rezedillę, chcąc powalić ją na podłogę.
— Djabelskie nasienie! — zawołał hrabia i, mimo podeszłego wieku, mimo, że ręce miał skrępowane, rzucił się na czterech żołnierzy. Sierżant walnął go kolbą w głowę z taką siłą, że don Fernando padł nieprzytomny.
— Jazda! Kończyć raz z tym kramem! — rozkazał sierżant.
Żołnierze tak się palili do nikczemnego czynu, że zupełnie zapomnieli o swem położeniu. Gdyby rzucili okiem przez okno, zorientowaliby się, że czeka ich śmierć niechybna, o ile nie rzucą się do ucieczki i nie popłyną na drugi brzeg.
Na rozkaz sierżanta, powalili Rezedillę na podłogę. Wydała okrzyk przerażenia: Pirnero jęknął boleśnie.
— Nareszcie! — zawołał jeden z żołnierzy.
— Tak, nareszcie! — odezwał się basowy głos za drzwiami. W tejże chwili padł strzał. Żołnierz, który przed chwilą triumfował radośnie, zwalił się z przestrzeloną głową.
— Co to jest? — zawołał sierżant.
— To ja, Czarny Gerard!
Sam napół żywy, słaniając się na nogach, wypalił do trzech żołnierzy, którzy trzymali Rezedillę.
Wypuścił potem z rąk strzelbę — upadła z hałasem — i chwycił za rewolwer. Dwoma strzałami położył dwóch pozostałych żołdaków; Rezedilla poczuła się wolna i skoczyła na równe nogi.
Sierżant i trzej żołnierze, których jeszcze nie tknęła kula Gerarda, zastygli w przerażeniu. Po chwili sierżant uspokoił się nieco i ryknął:
— Naprzód! Walić w niego!
Machnął strzelbą, chcąc przeciwnika ściąć z nóg, kolba jednak utkwiła w niskiej powale. Nie pojmując, co się stało, spojrzał wgórę; przy tym odruchu potknął się o trupa jednego z żołnierzy i runął jak długi.
Gerard miał teraz większą swobodę ruchów. Jeszcze jednego pozbawił życia, lecz pozostali dwaj chwycili go wpół. Wyrwał się, aby strzelić, lecz obydwie kule chybiły. Żołnierze wydarli mu z rąk rewolwer.
Udało się wprawdzie Gerardowi resztkami sił wyciągnąć nóż z za pasa, lecz w tejże chwili sierżant podniósł się, ująwszy strzelbę w ręce. Nie myślał zamierzać się kolbą; strzał był pewniejszy. Przyłożył więc strzelbę do ramienia i zawołał do swych ludzi, krwawo pokaleczonych bagnetem Gerarda:
— Odsuńcie się, żebym was nie postrzelił!
Usłuchali. Położył palec na cynglu. Rezedilla wydała przeraźliwy okrzyk i skrępowanemi rękami chwyciła za lufę. Padł strzał. Sierżant chybił.
— Do kaduka! Zabierzcie tę babę!
Dziewczyna chwyciła nabitą strzelbę, porzuconą przez żołnierza. Jeden z napastników rzucił się ku Rezedilli, by ją zawlec do kąta, drugi ukląkł przed ociekającym krwią Gerardem. Gerard chciał się raz jeszcze podnieść, lecz siły go opuściły.
— Gerardzie, drogi mój Gerardzie! — zawołała Rezedilla, napróżno starając się oswobodzić z rąk żołdaka.
— Bądź zdrowa, Rezedillo! — szepnął ledwie dosłyszalnym głosem.
Lufa karabinu skierowana była prosto na jego czoło. Zamknął oczy. — — —
Gdy wódz Miksteków, Bawole Czoło, zobaczył, że na polu walki obecność jego nie jest już konieczna, zarzucił strzelbę na ramię i wdrapał się na skałę, by dostać się do siostry Karji. Przez otwór w ostrokole wszedł do fortu i wkrótce odszukał ventę. Ponieważ drzwi były zamknięte, wszedł przez stłuczone okno. Ujrzał w gospodzie Francuzów, których Gerard powalił ciężką kolbą ze złota. Związany Anselmo błagał o uwolnienie z więzów. Indjanin rozluźniał je, gdy rozległ się z góry huk. Był to strzał, który Rezedilli udało się odwrócić od Gerarda.
Bawole Czoło chwycił dubeltówkę i skoczył na górę. Przybył na strych właśnie w chwili, gdy sierżant celował w czoło Czarnego Gerarda.
— Psie!
Wyrzekłszy to jedno słowo, Indjanin odrzucił sierżanta niesłychanie mocnem uderzeniem kolby o kilkanaście kroków. Drugim ciosem uśmiercił klęczącego na Gerardzie żołnierza. Sprawiwszy się z tymi dwoma, odwrócił się i powalił trzeciego, który trzymał Rezedillę.
Miksteka podszedł do Karji. Była jeszcze nieprzytomna od uderzenia. Na czole miała krwawy znak.
— To dzieło białych? — zapytał wódz ponuro.
— Broniła się, zakłuła żołnierza bagnetem, — objaśniła Rezedilla.
— Pochodzi przecież od dawnych Miksteków! — odparł z dumą. — Bawole Czoło zemści się srodze. Kto przywodzi tym psom?
— Sierżant.
Rezedilla wskazała na sierżanta, który wił się w bólach.
— Czego chciał od was?
— Chciał zabrać hrabiemu pieniądze, kobiety zamierzał wychłostać. Sennorita Karja, padając skaleczyła się; sennorita Emma zemdlała, mnie zaś rzucili na ziemię i chcieli bić.
Bawole Czoło zgrzytnął zębami:
— Śmierć byłaby dla niego zbyt małą karą. Musi odpokutować surowo.
Podszedł do sierżanta, który chciał się podnieść, zwalił go potężnem kopnięciem, przygniótł kolanem i wyciągnął nóż.
— Na Boga, co chcecie ze mną zrobić? — zawołał sierżant.
— Nie jesteś człowiekiem, tylko zwierzęciem, — odparł wódz. — Uderzyłeś córkę Miksteków; oskalpuję cię żywcem.
— Wielkie nieba! Zróbcie wszystko, byle nie to!
— Nie wzywaj Boga nadaremnie, jesteś djabłem!
— Zabijcie mnie, zabijcie! Litości!
— Sam nie miałeś litości. Pokażę ci, jak się skalpuje. Nie będę ciął szybko, a wolno, bardzo wolno.
— Litości, litości!
— Jesteś tchórzem. Nic nie pomogą skomlenia.
Miksteka ujął włosy Francuza lewą ręką i przyłożył nóż do czoła. Sierżant chciał się podnieść, lecz Miksteka przycisnął pierś kolanem, drugiem zaś oparł się o szyję, tak, że Francuz leżał jak przygwożdżony.
Wódz przeciął nożem skórę, okrywającą czoło. Francuz wydał straszliwy okrzyk. Rezedilla krzyknęła również. Pirnero przyglądał się zboku straszliwej scenie; włosy stanęły mu dęba.
— Zaniechajcie, sennor, — rzekła błagalnie Rezedilla.
— Zasługuje na surowszą karę — odparł chłodno Indjanin. — Bawole Czoło nie jest katem, lecz córka Miksteków musi być pomszczona.
Sierżant ryczał nieludzko. Rezedilla zakryła twarz rękami i padła zemdlona na podłogę. Wszystkie trzy panie były teraz nieprzytomne. Francuzi, z wyjątkiem dwóch, leżeli martwi; Gerard również zastygł w bezruchu. Pośrodku trupów, rannych i nieprzytomnych stał stary Pirnero, z przerażeniem patrząc w oczy Bawolego Czoła.
— Nie krzycz, psie przeklęty, — rzekł wódz do sierżanta. — Cięcia moje nie powinny ci były dotychczas sprawiać bólu. Rozpocznie się dopiero teraz, gdy zacznę ściągać skórę. Zobaczysz, jak będziesz śpiewać!
Ujął sierżanta za głowę i zaczął powoli ściągać skórę.
Sierżant nie mógł ruszyć się z miejsca, Miksteka klęczał bowiem na nim. Tylko nogi miał swobodne. Wywijał w prawo i lewo, kopiąc ściany i sufit. Głosu, który wydzierał się z jego piersi, niepodobna opisać.
— Jesteś tchórzliwy i niewytrzymały na ból — mruknął Bawole Czoło i wbił mu nóż prosto w serce.
Pirnero, przymknąwszy oczy, oparł się o ścianę. Miksteka podszedł doń, ujął za ramię i rzekł:
— Mój biały brat może otworzyć powieki, wszystko już minęło. Oswobodzę was z więzów.
Porozcinał sznury, któremi żołnierze skrępowali swe ofiary. — Na schodach rozległy się szybkie kroki. Wszedł Sternau w towarzystwie Piorunowego Grota i Mariana.
— To plon Bawolego Czoła? — zapytał.
— Był tu przede mną Czarny Gerard — odparł skromnie wódz Miksteków.
Zauważywszy, że Emma leży na ziemi, Piorunowy Grot podbiegł do niej, wołając:
— Na miłość Boską, nie żyje?
Sternau ukląkł obok i, zbadawszy ją, odparł:
— To tylko omdlenie.
— A córka Miksteków? — zapytał Bawole Czoło.
Sternau zbadał zkolei Karję i rzekł:
— Poważne zmiażdżenie. Musimy wyczekać.
— Jeżeli umrze, Bawole Czoło położy na jej grobie sto francuskich skalpów, — rzekł wódz groźnie.
— Sennor, zobaczcie, co się dzieje z mem dzieckiem! — błagał Pirnero.
Sternau spełnił i to życzenie. Po chwili rzekł:
— Zemdlała również.
Podszedł teraz do hrabiego, który po uderzeniu kolbą wracał powoli do przytomności. Zbadawszy don Fernanda, Sternau spojrzał na Gerarda i rzekł ponuro:
— Na Boga, jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tylu ran na ciele jednego człowieka. Trzeba mu zrobić opatrunek, aby zapobiec dalszemu upływowi krwi.
— Żyje jeszcze? — zapytał Mariano.
— Tak jest. Później będzie można określić czy rany są śmiertelne. Weźcie go na ręce, przyjaciele, i zanieście na łóżko.
Bitwa była skończona, mogli więc nieść pomoc rannym i omdlałym.
Zabici w gospodzie żołnierze zostali złożeni w wspólnym grobie, w którym spoczęli również ci, którzy śmierć ponieśli w walce. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.