Czarny Gerard/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Czarny Gerard
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II
PO BITWIE

Kiedy padł ostatni Francuz i wojownicy spełnili obowiązek posługi pogrzebowej, Niedźwiedzie Oko udał się konno w kierunku lewego brzegu rzeki, gdzie na cyplu rosło kilka drzew.
W kilka minut potem ruszył w tym samym kierunku Niedźwiedzie Serce.
Za krzakami pasł się koń Niedźwiedziego Oka, on sam zaś stał na brzegu i patrzył w kierunku rzeki. Usłyszawszy szelest, domyślił się, że to brat zsiadł z konia. Wódz nie zwykł okazywać osobom postronnym, jak delikatne żywi uczucia dla członków swej rodziny, dlatego obydwaj bracia nie mogli oddać się radości powitania w oczach przyjaciół. Niedźwiedzie Oko wyprawił się więc w kierunku ustronia; Niedźwiedzie Serce podążył wślad za nim, jakgdyby przedtem wyznaczyli sobie miejsce spotkania.
Młodszy brat nie wiedział, w jaki sposób starszy zachowa się wobec niego, gdyż obyczaj Apaczów przyznaje starszemu wielkie prawa w stosunku do młodszego. Niedźwiedzie Oko był wodzem swego plemienia. Tradycja wymagała, aby odstąpił bratu tę godność. Był więc niezwykle ciekaw, czy Niedźwiedzie Serce wystąpi przy powitaniu w roli brata, czy wodza. Sprawa to ze względu na zwyczaje Indjan bardzo ważna.
Gdy tak stał, dręczony wątpliwościami i obawami, otoczyło go dwoje ramion i Niedźwiedzie Serce rzekł głosem, pełnym wielkiej miłości:
Schi tische! — Mój bracie!
Schi nta-ye! — Mój bracie! — odparł Niedźwiedzie Oko, również zarzucając ramiona na szyję brata.
Słowa powyższe oznaczają nietylko pojęcie brata; Apacze bowiem inaczej mianują braci starszych, inaczej młodszych, podobnie zresztą jak siostry oraz i innych krewnych. Schi tische znaczy: młodszy mój bracie, schi nta-ye — mój starszy bracie. Bracia-Indjanie nie mówią sobie nigdy poprostu bracie, lecz dodają zwykle przymiotnik starszy lub młodszy. W pierwszem określeniu wyraża się szacunek, w drugiem — serdeczna czułość.
Przywitanie starszego brata było dla Niedźwiedziego Oka dowodem, że nie powinien obawiać się o godność wodza. Serce przepełniła mu miłość i wdzięczność. Uścisnął serdecznie rękę Niedźwiedziego Serca. Niedźwiedzie Serce wyciągnął z za pasa Niedźwiedziego Oka tomahawk, a wręczył mu swój własny.
— Zamienimy nasze tomahawki — rzekł. — Odtąd mój topór jest twoim, twój zaś moim. Niechaj to będzie oznaką zgody, która między nami panuje.
Usiadł nad brzegiem rzeki; Niedźwiedzie Oko uczynił to samo. Opletli się rękami i patrzyli sobie w oczy. Przycisnąwszy brata do serca, Niedźwiedzie Serce rzekł:
— Nosisz barwy wodza.
— Ty również — odparł Niedźwiedzie Oko, odrazu zgadując zamiary starszego brata i ciesząc się z nich serdecznie.
— Barwy wojownika zakrywają twą twarz — ciągnął Niedźwiedzie Serce.
— To prawda, nie widać jej, — potwierdził Niedźwiedzie Oko.
— U naszych nóg płynie woda.
— Farba ustępuje przed wodą.
— Czy chcesz mi pokazać swą twarz?
— A ty swoją?
Skoczyli ku wodzie. Zmyli niebieską, czerwoną i czarną farbę, maskującą ich twarze. Potem wrócili na brzeg i zaczęli się nawzajem sobie przyglądać. Byli do siebie bardzo podobni.
— Twarz twoja jest piękna — rzekł Niedźwiedzie Serce.
— Ty masz oblicze wielkiego wodza.
— Nie jestem wodzem, tylko bratem twoim.
Byli szczęśliwi; cieszyli się jak dzieci, które idą za głosem serca.
— Nie widziałem cię przez szesnaście zim — rzekł Niedźwiedzie Oko.
— Byłeś dzieckiem, gdym stąd odchodził.
— Ty zaś wielkim wodzem. Dlaczego nie powracałeś?
— Powiem ci to później. Gdy odchodziłem, ojciec nasz żył jeszcze.
— Umarł.
— Jaką śmiercią?
— Zginął w walce, kładąc jedenastu Komanczów.
— Odszedł więc do Wiecznych Ostępów, gdzie usługiwać mu będą dusze Komanczów. Będą tam jego niewolnikami. Czuwałeś przy nim, gdy dusza jego opuszczała ciało?
— Umarł z głową opartą na moich kolanach. Ostatniem jego słowem było twe imię.
Niedźwiedzie Serce milczał przez chwilę, głęboko wzruszony.
— Czy wystawiłeś mu grobowiec? — zapytał po chwili.
— Wystawiłem. Siedzi na swoim koniu, obwieszony wszystkiemi skalpami, i trzyma broń w ręku.
— Odwiedzę grobowiec; pomodlę się do Wielkiego Manitou. Z jego śmiercią dzieci Apaczów straciły wielkiego wodza i dobrego ojca.
— Prosiły mnie, abym został jego następcą.
— Zostałeś nim?
— Nie zaraz; byłeś przecież godniejszy ode mnie. Dzieci naszego plemienia żyły przez pięć wiosen i pięć zim bez wodza. Ponieważ nie powracałeś, nie mogłem dłużej opierać się ich prośbom, choć nadal nie zaniechałem poszukiwań.
— Nie traciłeś nadziei, że mnie znajdziesz?
— Szedłem za twoim śladem, dopóki go nie zgubiłem. Dowiedziałem się, że widziano cię po raz ostatni w Guaymas.
— To prawda. Szczegółów dowiesz się później.
— Od dzisiaj będziesz wodzem.
— Nie.
— Jesteś starszy wiekiem.
— Tyś równie mężny jak ja.
— Ale ustępuję ci rozumem i doświadczeniem.
— Zdaje ci się tylko, mój bracie. Teraz czeka mnie zadanie, wymagające wiele czasu. Muszę towarzyszyć przyjaciołom i walczyć u ich boku. Gdy wrócę, znajdę szczep, który zechce dać mi pióro wodza.
— Nietylko jesteś waleczny i mądry, lecz masz serce dobrego brata. Za dobrodziejstwa, które mi wyświadczasz, życie moje należeć będzie do ciebie, aż do ostatniego tchnienia.
Objęli się znowu z wielką i szczerą serdecznością.
Po długiem, wymownem milczeniu rzekł wreszcie Niedźwiedzie Serce:
— Gdy odchodziłem, żyła matka. Była najlepszą matką, jak daleko sięgają wsie i ostępy czerwonoskórych.
— Mówisz prawdę. Znam wiele matek, lecz żadna nie jest podobna do niej.
— Czy i ona wróciła do Wielkiego Ducha?
— Nie. Żyje jeszcze.
Niedźwiedzie Serce w przypływie wielkiej radości wyciągnął ramiona ku zachodowi i zawołał:
— Matko, matko! Dzięki ci, dobry, łaskawy Manitou, żeś zachował przy życiu tę, która mnie na świat wydała. — Gdym od niej odchodził, liczyła pięć razy po dziesięć zim.
— Teraz liczy zim sześć razy po dziesięć i jeszcze sześć — dodał Niedźwiedzie Oko.
— Czy ciało jej krzepkie jest jeszcze?
— Tak; ciało jest krzepkie, dusza jasna, lecz oczy ciemne.
— Nie dojrzy?
— Nie widzi już blasku słońca.
O Manitou! Oślepła? — zapytał Niedźwiedzie Serce, przerażony. — Od kiedyż to?
— Od dwóch zim i jednego lata.
— Kto winien temu, że utraciła światło oczu?
Zły duch dotknął ją swym oddechem i położył na oczy zasłonę.
— Co powiada czarownik?
— Dał jej wiele lekarstw. Przygotował słodkie i gorzkie napoje; kładł różne liście i korzenie, lecz zły duch nie chce ustąpić.
— Znam pewien środek, może będzie skuteczny. Mam białego przyjaciela, który posiada moc leków i wielkim jest czarodziejem.
— Blada twarz? Zły duch nie ustępuje przed żadną bladą twarzą.
Uff! Ale ta blada twarz jest przynajmniej tyle warta, co czterej czerwoni wodzowie.
Niedźwiedzie Oko spojrzał na brata ze zdumieniem. Rzekł:
— Czy brat mój żartuje?
— O nie! Ta blada twarz już niejednemu ślepemu pozwoliła ujrzeć słońce.
— Jak się nazywa ten człowiek?
— Sternau.
— Obce, nieznane mi nazwisko. To na pewno jedna z tych wielu bladych twarzy, podobnych do siebie, jak źdźbła trawy na sawanie.
— Czy znasz imię Matava-se?
— Władcę Skał? Któżby go nie znał? Był wielkim strzelcem w górach i w sawanie.
— Władcę Skał nazywają w ojczyźnie Sternauem. Razem odeszliśmy i razem wrócili.
Uff! Władca Skał jest twym przyjacielem? — zawołał Niedźwiedzie Oko niezwykle ucieszony i zdumiony zarazem.
— Tak.
— Gdzie przebywa?
— Tutaj. Był komendantem fortu; odparł atak Francuzów.
— Kiedyż przybył do fortu?
— Dziś o świcie.
— Czy ma wielu wojowników dokoła siebie?
— Nie. Lecz wszyscy są bardzo dzielni i sławni.
— Jakże się nazywają?
Niedźwiedzie Serce odparł z łagodnym uśmiechem:
— A więc: Schosch-in-liett.
— Schosch-in-liett? Ty, Niedźwiedzie Serce?
— Tak. Spędziłem z nim szesnaście zim na wyspie, otoczonej wielką wodą. Opowiem wszystko później. Oprócz mnie towarzyszą mu Piorunowy Grot i Bawole Czoło.
— To sławni wojownicy.
— Zobaczysz jeszcze innych. Sternau odczynia wszystkie choroby. Małym nożykiem wykrawa w ślepem oku dziurę, aby światło słoneczne mogło się przez nią przedostać.
Niedźwiedzie Oko wyciągnął przed siebie ręce i rzekł:
— Brat powinien mówić bratu prawdę.
— Mówię ją bratu.
— W takim razie poproszę Władcy Skał, aby się udał konno do wigwamu Apaczów i wrócił matce światło słońca.
— Chodźmy zaraz do niego.
— Chodźmy! Niechaj matka ucieszy się nietylko dlatego, że Niedźwiedzie Serce wrócił, lecz i dlatego, że przyprowadził człowieka, który uleczy jej ślepotę.
Niedźwiedzie Serce był tak szczęśliwy, że zobaczy matkę, iż wsiadł na koń, omal nie zapomniawszy o najważniejszem. Niedźwiedzie Oko wstrzymał go jeszcze wporę słowami:
— Myliśmy się przecież!
Uff! — zawołał Niedźwiedzie Serce i sięgnął pod czaprak, by wyjąć farby i pędzel, które każdy Indjanin ma podczas wojny wpogotowiu. Niedźwiedzie Oko wyciągnął również swoje farby; zaczęli sobie teraz wzajemnie pomagać. Stanąwszy w cieniu krzewów, rosnących nad rzeką, niezwykle do siebie podobni z postaci, twarzy i całej istoty, uzbrojeni od stóp do głów, zaczęli malować twarze z powagą i starannością.
Gdy wyszli z poza zarośli i wrócili na pole walki, poważni, wyprostowani na koniach, nikt nie byłby przypuścił, iż niedawno rozegrała się między nimi nad brzegiem Rio Grande scena tak serdeczna i wzruszająca.
Oczywiście udali się przedewszystkiem do prezydenta Juareza, który niedawno wyjechał na pole bitwy. Indjanie poznosili swych zmarłych na jedno miejsce, by zmówić nad nimi wieczorne pienia żałobne. Większość Francuzów została już pogrzebana.
Gdy Indjanin w otoczeniu rodziny mówi o sobie ja, w rozmowie z obcymi nazywa siebie prawie zawsze po imieniu i niewtajemniczony może pomyśleć, że mowa tu o kimś trzecim, nieobecnym. Bracia używali podczas powitania osoby pierwszej. Teraz znowu wrócili do trzeciej.
Gdy Juarez ujrzał obydwóch Indjan, zatrzymał konia i, wskazując na otaczające go kałuże krwi, rzekł:
— Tomahawk Apaczów miał bogate żniwo.
Howgh! — potwierdził lakonicznie Niedźwiedzie Oko.
— Moi czerwoni bracia są dzielnymi wojownikami. — Do kogo należą te dwa stosy trupów, wznoszące się obok skały?
Podczas nieobecności wodzów, na miejscu, wskazanem przez Juareza, wzniesiono dwa stosy trupów francuskich. Niedźwiedzie Oko odparł:
— Należą do Niedźwiedziego Serca i Niedźwiedziego Oka. Oni położyli tych wrogów trupem; ciała Francuzów naznaczone są ich znakami. Apacz zdejmuje skalpy tylko tym wrogom, których sam zabija.
Prezydent spojrzał teraz na Niedźwiedzie Serce i zapytał:
— Mówicie o Schosch-in-liett, wodzu Apaczów?
— Tak — odparł jego brat.
— Słyszałem, że zaginął.
— To prawda, lecz dzisiaj wódz powrócił.
Prezydent zaczął się nad czemś głęboko namyślać. Po chwili rzekł:
— Teraz wiem, przypominam sobie. Czy brat mój Niedźwiedzie Serce zna hacjendę del Erina?
— Zna ją — odparł zapytany.
— Właściciel hacjendy odwiedził mnie niegdyś, gdym był jeszcze sędzią najwyższym, i opowiadał o jakichś zaginionych ludziach, wśród których był i Niedźwiedzie Serce. — Na tem urywając, Juarez zapytał: — Czy Apacze zdobyli dziś dużo skalpów i łupów?
Przeskakiwał świadomie z tematu na temat; sam wywodząc się z Indjan, wiedział, że Indjanie niechętnie dają się wypytywać.
— Niedźwiedzie Oko darował łupy wojownikom, więc nie wie, czy są wielkie, — brzmiała dumna odpowiedź.
— Zdobyto w każdym razie trzysta strzelb, nieprawdaż?
Niedźwiedzie Oko potwierdził skinieniem głowy.
— I tyleż koni z amunicją?
Niedźwiedzie Oko znowu skinął głową.
— Czy brat mój chce ten łup sprzedać?
Wódz zaprzeczył ruchem głowy i odparł:
— Wojownicy Apaczów potrzebują strzelb, ołowiu i patronów.
— Masz rację. A konie możesz mi sprzedać?
— Należą do wojowników. Zapytaj ich!
— Muszę się udać do Chihuahua. Czy brat mój Niedźwiedzie Oko będzie mi towarzyszył?
— Tak; dał przecież słowo.
— Wypędzimy stamtąd Francuzów. Przedtem jednak musimy odpocząć. Słyszałem, że w forcie jest venta. Zamieszkam w niej. Czy odprowadzą mnie moi bracia?
Zamiast odpowiedzi zbliżyli się obydwaj Apacze na swych koniach do Juareza i ruszyli z nim razem w kierunku fortu. Nieco na uboczu, tuż przy rzece, porozbijali namioty ich wojownicy, zajęci teraz podziałem łupów.
Gdy jeźdźcy dotarli do venty, przed domem i w domu panował wielki ruch. Większość strzelców siedziała w gospodzie, popijając julep. Indjanie wchodzili i wychodzili, lecz tylko poto, by w sklepie sprzedać lub zamienić łupy, albowiem Niedźwiedzie Oko zakazał im alkoholu.
Pirnero ani na chwilę nie spoczywał. Pomagało mu kilku vaquerów. Rezedilla krzątała się również.
Gdy przybył Juarez, Pirnero opuszczał właśnie sklep i miał wejść do gospody. Zobaczywszy trzech mężów, wyszedł przed bramę. Juarez zorjentował się natychmiast, że stojący przed bramą człowiek jest znanym dobrze w okolicy Pirnerem.
— Wyście Pirnero? — zapytał.
— Tak — odparł stary.
— Znacie mnie?
— Nie.
— Nazywam się Juarez.
Oberżysta wytrzeszczył oczy i zawołał:
— Sennor Juarez, nasz prezydent?
— Tak jest.
— Jakaż łaska spada na mój dom! Wejdź pan, proszę; pokornie proszę, sennor.
— Łaska, spływająca na wasz dom, mało mnie obchodzi — odparł Juarez z uśmiechem. — Wolałbym, aby spłynęła na mnie. Macie dla mnie wolny pokój?
— Mam prawdziwy salon!
— Będę mógł dostać co do zjedzenia i wyspać się?
— Równie dobrze, jak w stolicy.
— Zaprowadźcie mnie więc do pokoju i zajmijcie się koniem.
Juarez zsiadł z konia, oddał go jednemu z vaquerów i wszedł z gospodarzem na górę. Obydwaj wodzowie zatrzymali się w szynkowni.
Pirnero zaprowadził Juareza do najobszerniejszego pokoju, który nazywał salonem. Ten sam właśnie pokój przygotował dla Czarnego Gerarda. Gdy weszli, z kanapy podnieśli się hrabia i Mariano. Sternau krzątał się pod ścianą.
— Oto wasz pokój, sennor, — rzekł Pirnero.
Juarez popatrzył ze zdumieniem i odparł:
— Ależ tu ktoś już mieszka. Któż to jest? Któż to być może?
Przyjrzawszy się staremu hrabi, zawołał ze zdumieniem, nie wierząc własnym oczom:
— Czy podobna, to hrabia Fernando de Rodriganda? Ależ nie, to być nie może! Człowiek ten umarł przecież przed wielu laty i został pogrzebany. To podobieństwo graniczy z cudem!
Hrabia rzekł:
— Nie myli się pan, sennor Juarez. Jestem tym, o którym pan mówił przed chwilą.
— Nie może być! Przecież już pana dawno pochowano?
— Pochowano mnie, lecz nie umarłem.
— Nie rozumiem sennora.
— Zaraz mnie pan zrozumie, sennor. Bogu niechaj będą dzięki, że pozwolił mi pana spotkać. Proszę o udzielenie mi godzinki dla pomówienia z panem. Sprawa jest niesłychanie ważna.
— To prawdziwa dla mnie niespodzianka. Może zechce mnie pan przedstawić tym panom?
Hrabia wymienił nazwiska: Mariano i Sternau. Na dźwięk nazwiska Sternaua, Juarez, który odznaczał się fenomenalną pamięcią, zawołał ze zdumieniem:
— Sternau? Słyszałem kiedyś to nazwisko. Jest pan lekarzem? Aha. Już wiem! Czy zna pan niejakiego Pedra Arbelleza?
— Właściciela hacjendy del Erina? Owszem, znam go; byłem u don Pedra i miałem wtedy zaszczyt zostać panu przedstawionym.
— Zaczynam sobie przypominać; zdumienie moje rośnie coraz bardziej. Przecież Arbellez oświadczył, że pan zginął tajemniczo z całym szeregiem osób.
— Arbellez mówił prawdę. Sprawa ta pozostaje w ścisłym związku ze sprawą hrabiego de Rodriganda. Sprzątnięto nas z tego samego powodu, dla którego usunięto z drogi hrabiego Fernanda.
— Zachodzi tu z pewnością objaw straszliwej zbrodni?
— Jest to nie jedna zbrodnia, a cały szereg.
— Don Fernando chce zapewne o tem ze mną pomówić? Jestem na usługi przez cały dzisiejszy wieczór.
— Czy rozkaże pan, abyśmy się przeprowadzili do innego pokoju, sennor?
— Nie; ja zajmę inny pokój. Jesteśmy przecież w polu; nikt nie może żądać zbytnich wygód.
— Pozwoli sennor, abym się zajął zakwaterowaniem pana i pańskiego orszaku.
— Niech się pan o to nie kłopocze! To rzecz Czarnego Gerarda, któremu powierzyłem dowództwo fortu.
— Strzelec ten mnie oddał dowództwo fortu; objąłem je na usilne jego prośby. Zresztą, leży obecnie ciężko ranny.
— Gerard ranny? To dzielny, godny zaufania człowiek. Mogę go zobaczyć?
— Właściwie nie powinienem na to pozwolić. Jest niezwykle osłabiony; należy się spodziewać najgorszego.
— Będę bardzo ostrożny.
— Proszę więc za mną, sennor!
Sternau podszedł z prezydentem do łóżka, stojącego we wnęce pokoju; leżał w niem Gerard. Obok czuwała Emma Arbellez.
Sternau zapytał półgłosem:
— Zaszła zmiana?
— Nie — odparła Emma.
— Nie otworzył oczu?
— Nie.
— Nie wyszeptał ani słowa?
— Zdaje mi się, że zrozumiałam jedno słowo, lecz nie wiem, czy wolno pielęgniarce powtarzać to, co chory mówi.
— W stosunku do lekarza sekrety nie obowiązują. Mam zresztą wrażenie, że słowem tem jest imię Rezedilla.
Emma spojrzała na Sternaua ze zdumieniem.
— Pan jest chyba wszechwiedzący?
— O nie; tylko bardzo uważny.
— Któż to jest ta Rezedilla? — zapytał Juarez, zaciekawiony.
— To córka gospodarza.
— Ach tak! Kocha ją?
— Mocno i szczerze — odparł Sternau. — Popatrzcie na niego, sennor!
Potężny strzelec, były garrotteur, leżał jak woskowa figura. Wydałoby się, że w żyłach jego nie płynie ani jedna kropla krwi.
Juarez załamał ręce; w oczach zalśniły łzy. Podał Sternauowi rękę i szepnął:
— Będziecie naprawdę wielkim człowiekiem, jeżeli uda wam się go uratować. Zaskarbicie sobie mą dozgonną wdzięczność. Teraz odchodzę; nie chcę przeszkadzać.
Na korytarzu czekał Pirnero, aby dać Juarezowi inny pokój.
Gdy tam weszli, prezydent zapytał oberżystę:
— Macie rodzinę?
— Córkę.
— Ile macie lat?
— Hm. Tego nie wiem dokładnie. Trochę więcej aniżeli czterdzieści, może nawet już pięćdziesiąt, lub sześćdziesiąt; w każdym razie nie o wiele więcej.
— Cóż się stanie z gospodą i sklepem po waszej śmierci?
— Odziedziczy wszystko Rezedilla.
— Da sobie radę z całem przedsiębiorstwem?
Był to młyn na wodę starego. Odpowiedział pośpiesznie:
— Kwestja zięcia jest właśnie moją największą bolączką. Dziewczyna nie chce wyjść zamąż.
— Trzeba ją zmusić.
— Zmusić? Niepodobieństwo! Robi zawsze to, czego chce sama. Ma taki sam charakter, jak ojciec; przeszło to z ojca na dziecko. Pan mnie rozumie, sennor?
Prezydent spojrzał na Pirnera z uśmiechem:
— Mam wrażenie, że córka wasza ma głowę na karku i wybierze sobie odpowiedniego męża.
— Marzę wprost o zięciu. To moja namiętność. W Pirnie szanujący się człowiek nie może wprost pokazać się bez zięcia.
— Gdzie leży ta Pirna?
— Jest to miasto w Saksonji.
— Muszą tam mieszkać rozsądni ludzie. Ale chciałbym z wami pomówić poważnie.
— Słucham, sennor, zapewniam, że nie będę się śmiać. Dobry dyplomata potrafi odróżnić żart od słów, wypowiedzianych poważnie.
— Gdybyście więc mieli zięcia, w takim razie mógłbym...
— Coby pan mógł, sennor? Mówcie zupełnie szczerze; jako dobry polityk, jestem zawsze dyskretny.
— Nie mogę powiedzieć obecnie; powiem dopiero wtedy, gdy będziecie mieli zięcia.
— Mój Boże, chciałbym go mieć już teraz!
— Postarajcie się prędko o zięcia!
Jasną było rzeczą, że prezydent tylko żartuje, ale Pirnero uniósł się; przyjął to poważnie.
— Gdybym tylko wiedział, co pan chce począć z moim przyszłym zięciem!
Juarez odparł tajemniczo, namaszczonym tonem:
— Jak wam wiadomo, walczę z Francuzami. Wraz z nimi musi zniknąć z powierzchni ziemi cień cesarza, który nazywa się Maksymiljan.
— To zupełnie jasne.
— Gdy się to stanie, będę niepodzielnie panować nad całym krajem. Chciałbym mieć wtedy w tych stronach dobrego dyplomatę, którego zięć potrafi mi być wiernym pod względem politycznym i na którego mógłbym liczyć w każdej sytuacji.
— Gdzież, u licha, mam w tej chwili znaleźć takiego zięcia? Przecież to sprawa djablo trudna. Może mi pan zaproponuje jednego, lub dwóch?
— To również sprawa djablo trudna.
— Znam wprawdzie takiego — nazywa się Sępi-Dziób — ale szelma pluje jak sto djabłów.
— Sępi-Dziób, sławny trapper? Skąd go znacie?
— Jest tutaj. Walczył nawet razem z nami.
— Muszę go zobaczyć. To podobno pocieszne stworzenie! Powiadacie, że pluje zbyt mocno?
— Straszliwie; nie do wytrzymania! Nie chcę go za zięcia!
— Któż tu jeszcze bywa?
— Czarny Gerard.
— Czy również pluje? A może ma jakiś inny defekt?
— Nie. To dzielny chłop. Ale obszedłem się z nim niedobrze. Mieszkał u mnie, a ja nie miałem pojęcia, kim jest. Nazwałem go głupcem, kłóciłem się z nim okropnie, bo pijał tylko jedną szklankę julepu.
— Dowodziłoby to, że z was nietęgi polityk.
— Przeciwnie, w dyplomacji i polityce jestem bardzo mocny, ale te historje małżeńskie wytrącają mnie z równowagi.
Milczący, poważny zwykle Juarez lubił od czasu do czasu krotochwile. Rozmowa z Pirnerem bawiła go. Zapytał więc:
— Przypuszczacie, że Czarny Gerard nie okaże wam łaski i nie ożeni się z waszą córką?
— Jestem pewien, że odmówi. Sam go zraziłem. Ach, sennor, gdybyście chcieli powiedzieć za mną jakieś dobre słowo!
— Sądzicie, że nie jest mu niemiła?
— Zdawało mi się, że widziałem raz w korytarzu, jak ją ściskał za rękę. Chętnie ze sobą rozmawiali.
— To jeszcze niczego nie dowodzi.
— Racja. Mimo to zrobiłem awanturę. Od tego czasu wszystko się skończyło. Nie patrzą już nawet na siebie. Dziś Gerard uratował nas wszystkich, choć sam był o krok od śmierci. Dlatego dałem mu najlepszy pokój. Lecz córka moja nie spojrzała nawet na niego.
— To niedobrze. Mimo to spróbuję rzecz całą naprawić.
— Ach, sennor, — rzekł Pirnero błagalnie. — Jestem do wszelkich usług.
— Zgoda. Powiedzcie mi jednak, staruszku, dlaczego daliście się tak zaskoczyć Francuzom? Czy nie pomyśleliście o obronie?
— Oczywiście; pomyślałem. Z początku chciałem pójść do składu broni, w którym leżą strzelby, przeznaczone na sprzedaż. Lecz rozmyśliłem się; doszedłem do przekonania, że dla paru ludzi szkoda nowych karabinów. Chciałem później wziąć strzelbę, która wisi w sypialni. Niestety, przy jednej lufie brak cyngla, przy drugim zaś cynglu brak lufy. Pomyślałem więc, że trzeba wziąć nóż kuchenny; lecz noże mam okrągłe i tępe, trzeba długo cisnąć i krajać, aby skaleczyć ciało. Mam wprawdzie niezwykle ostrą dzidę, lecz używałem jej jako żerdzi do wieszania bielizny; zanim zdążyłbym zdjąć wszystkie koszule i pończochy, Francuzi pouciekaliby dawno; bali się piekielnie, włosy stawały im dębem.
— Zaiste, Guadelupa nie docenia waszego męstwa — rzekł Juarez z uśmiechem.
— Nie nowina to, sennor. Nie podałem jednak jeszcze głównego powodu, dla którego nie chciałem się mieszać do walki.
— Słucham.
— Moje zdolności dyplomatyczne powiedziały mi, że musi nadejść pomoc, która załatwi się z wrogami. Dobry dyplomata nie da się nigdy zabić na polu walki. Postanawia tylko wojnę, ludność prowadzi ją. Oto filozofja dyplomacji.
Juarez spoważniał nagle i rzekł:
— Macie rację, Pirnero. Napoleon Mały przysłał nam w podarunku wojnę. To właśnie jest dyplomacja. A tymczasem nasz lud oddaje ostatnie tchnienie na polu walki. Zaprowadziłem w Meksyku pokój i byłbym go utrzymał. Słuchano mnie, ponieważ miałem za sobą miłość i szacunek narodu. Ale władzę zabrali mi ludzie, którym niewsmak pokój i ład. Każdy naród powinien się sam rządzić. Hasło to wypisałem na moim sztandarze; musiałem uciekać z nim aż do odległego zakątku kraju, aż do Paso del Norte. Inny na mojem miejscu byłby ustąpił, lecz ja nie porzuciłem stanowiska, bronię bowiem praw słusznych i czuję się na siłach podjąć walkę z obcym ciemięzcą. Nie opuszczam sztandaru, wrócę prędzej, aniżeli odszedłem, aby go zatknąć w stolicy kraju na znak, że każdy naród ma prawo do pisania własnej historji. Niechaj zachód przekona się, że są jeszcze u nas ludzie, których zdrowego sądu nie zaćmi żadna europejska błyskotka.
Wyciągnął dłoń do oberżysty i dodał żartobliwie:
— Jak widzicie, nie wszyscy dyplomaci są szczęśliwi. Niech was to jednak nie odstrasza od uprawiania uczciwej polityki, która wkońcu zawsze zwyciężyć musi.
— Tak, zwyciężymy bezwątpienia! — zawołał Pirnero. — Pan odniesie zwycięstwo na polu walki, ja na polu zabiegów o zięcia. Zwyciężymy, ponieważ będziemy się wzajemnie popierać. Może pan liczyć na moją pomoc.
— Doskonale! Przyślijcie mi coś do zjedzenia i picia. Gdyby się któryś z moich ludzi o mnie pytał, wskażcie mu pokój.
Pirnero zbiegł nadół. Rezedilla poszła do kuchni, aby przygotować dla prezydenta posiłek. Stary krzątał się po gospodzie. Dopiero pod wieczór znaleźli chwilkę czasu, wszyscy bowiem opuścili ventę, by przyjrzeć się uroczystościom pogrzebowym Apaczów.
Stary usiadł przy oknie, pokrzepiając osłabione serce szklaneczką julepu. Rezedilla sprzątała ze stołu.
Po chwili milczenia Pirnero rzekł:
— Rezedillo!
— Słucham.
— Spojrzyj na mnie!
Przybrał poważny, uroczysty wyraz twarzy. Rezedilla spojrzała ze zdumieniem.
— No i cóż? — zapytał. — Jakże wyglądam? Jakie na tobie robię w tej chwili wrażenie?
Rezedilla znała doskonale słabostki ojca, odparła więc:
— Wyglądasz, ojcze, jak wielki dyplomata.
— Naprawdę? Dowiodłaś w tej chwili, że jesteś sama dyplomatką. Zmysł dyplomatyczny odziedziczyłaś po mnie. Przechodzi z ojca na córkę. Posłuchaj mnie: wreszcie zostanę teściem!
Pirnero wypowiedział te słowa z taką powagą i godnością, że Rezedilla z trudem stłumiła śmiech.
— Skądże wiesz o tem, ojcze?
— Od prezydenta Juareza. Z jego własnych ust!
Tego było Rezedilli za wiele. Patrząc ze zdumieniem na ojca, zawołała:
— Od Juareza? Żartujesz chyba!
— Ani mi się śni. Powinnaś wiedzieć, że tak wybitnemu dyplomacie, jak ja, nietrudno załatwić najcięższą sprawę. Poprostu prosiłem prezydenta, aby się postarał dla mnie o zięcia. Juarez przyrzekł. Powiedział nawet zupełnie otwarcie, kogo uważa za najodpowiedniejszego.
Rezedilla zarumieniła się.
— Jesteś ciekawa? — szepnął.
— Nie, to nie pomoże.
— Nie pomoże? Popatrz, popatrz! Nie chcesz go?
— Czy chcę, to drobnostka, ale czy on mnie zechce?
Stary chrząknął:
— To istotnie rzecz bardzo ważna. Jakże ci się zdaje?
— Nikt mnie jeszcze nie chciał, mój ojcze.
— Brednie! Przecież nikomu nie pozwoliłaś zbliżyć się do siebie. Powiedz, Rezedillo, czy spojrzałaś kiedyś cieplej na Sępiego-Dzioba?
— Na Sępiego-Dzioba? — zapytał przerażona.
— Tak, na tego potwora, który cały świat uważa ze spluwaczkę i każdemu pluje tuż przed nosem.
— Skądże ci to przyszło na myśl?
— Hm! Jestem przecież dyplomatą.
Rezedilla odparła z jasnym, wesołym uśmiechem:
— Niema o co się kłopotać, nie chcę go za męża.
— Spadł mi kamień z serca. Ten, o którym myślę, a którego chce również Juarez, jest tęgim chłopem. Dlaczego popełniłem wobec niego tyle głupstw? Nie traktowałem go wcale jak przyszłego zięcia. Dlaczego gniewałem się, że wypija tylko jedną szklankę julepu?
Rezedilla zrozumiała w jednej chwili, kogo ojciec ma na myśli. Zaczerwieniła się aż po białka oczu i odwróciła głowę, aby ukryć zakłopotanie.
— Jeszcześ nie zgadła? Mówię o Czarnym Gerardzie.
— Powiedziałam już, co zdaniem mojem jest rzeczą najważniejszą.
— Czy chce cię wziąć za żonę? Ależ na pewno. Mam jednak wrażenie, że to ty nic o nim wiedzieć nie chcesz. W ostatnich czasach nawet nie spojrzałaś na niego. A dziś, gdy nas wybawił z opałów, nie zatroszczyłaś się o jego zdrowie.
Rezedilla milczała.
— No, powiedz co na swoją obronę, — dodał Pirnero.
Rezedilla jęknęła, a potem wybuchła płaczem, nad którym napróżno usiłowała zapanować. Ukrywszy twarz w dłoniach, wybiegła z pokoju, głośno szlochając.
Pirnero przerażonym wzrokiem odprowadził ją aż do drzwi.
— Do licha! Cóż to było takiego? Takiej rozpaczy nigdy jeszcze nie widziałem. Nie chce o nim nic wiedzieć, to pewne. Biedne dziecko! Czy naprawdę powinna wyjść zamąż za kogoś, kto jej się nie podoba? Nie! Powiem jej, aby nie patrzyła wcale na tego łotra Gerarda!
Wstał z krzesła i podążył do kuchni, zanim jednak doszedł do drzwi, zatrzymał się, w pokoju bowiem stanął Sępi-Dziób, o którym była niedawno mowa. Ubranie Jankesa ociekało krwią. Pirnero stanął jak wryty i zaczął go mierzyć od stóp do głów.
— Na Boga, jakże wyglądacie! — zawołał.
Amerykanin, rzucając mu niezbyt uprzejme spojrzenie, odparł:
— Według moich kalkulacji, wyglądam inaczej, aniżeli ciura, który siedział w pokoju, gdy kule latały nad naszemi głowami. Dajcie prędko julepu. Jedynie za tę cenę możecie odzyskać część mego szacunku.
— Dam wam julepu, ale o szacunek wasz nie zabiegam. Jestem zbyt popularny jako dyplomata i strategik, abym miał dbać o sąd Amerykanina.
Po tych słowach Pirnero pomaszerował za ladę, aby przynieść wódkę. Postawiwszy julep przed gościem, zapytał:
— Czemu mam przypisać waszą wizytę?
Zapytany spojrzał na Pirnera ze zdziwieniem i rzekł:
— Według moich kalkulacji przychodzę, by wypić trochę julepu.
— Właśnie teraz?
Sępi-Dziób wykrzywił usta, zwrócił się do Pirnera i, splunąwszy tuż przed nosem oberżysty, który się cofnął z przerażenia, zapytał:
— Dlaczegóż nie miałem przyjść właśnie teraz?
— Mam wrażenie, że wszyscy biorą udział w pogrzebie, urządzonym przez Apaczów.
Pah! Widziałem w życiu dosyć Indjan.
— Lecz ceremonji w rodzaju dzisiejszej nie widzieliście z pewnością.
— Co mnie obchodzą ceremonje? Indjanin zostanie zawsze Indjaninem. Ala muszę pomówić z Juarezem. Gdzież jest?
— W pokoju swoim na górze.
— Który to pokój?
— Poprowadzę was; chodźcie za mną.
Zapukał do drzwi pokoju prezydenta. Nikt się nie odezwał; uchylił je więc lekko — w pokoju nie było nikogo. Potrząsnął z niezadowoleniem głową i rzekł:
— Czyżby Juarez również poszedł przyjrzeć się ceremonji? W takim razie byłbym jedyną osobą, która pozostała na posterunku. Ale słyszę głosy w pokoju sąsiednim. Mam wrażenie, że prezydent coś mówi.
— Kto tam mieszka?
— W pokoju leży Czarny Gerard, który omal nie zginął w bitwie. Zapukam.
— Czy wolno wam wchodzić?
— Oczywiście. Żyję z Juarezem na tak poufałej stopie, że nie liczymy się z krępującemi formami towarzyskiemi.
Podszedł do drzwi i zapukał. Mariano otworzył, pytając, czego sobie życzą. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.