Colas Breugnon (Rolland, 1923)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

II.
OBLĘŻENIE
CZYLI PASTERZ, WILK I JAGNIĘ

„Starczy naszych owieczek kilka,
By zgładzić wilka.“

Połowa lutego.

Smutno! Piwniczka moja niebawem pokaże dno. Zacne żołnierzyki, przysłane nam ku obronie przez Jaśnie Oświeconego Księcia naszego Jmć. Pana de Nevers, wybili szpunt ostatniej beczki. Dalejże... pić wraz z nimi, nie tracąc ani sekundy! Ruina?... I owszem, niech będzie! Ale musi się to odbyć wesoło. Zresztą nie pierwszy to raz i z pomocą boską... nie ostatni!
Dobrzy z nich chłopcy! Zasmucili się bardziej niż ja posłyszawszy, że płyn wysycha. Mówili mi to sąsiedzi, którzy zresztą wszystko biorą tragicznie. Ja nic mogę, jestem na tym punkcie, zblazowany. Zbyt często bywałem w teatrze i dlatego byle głupstwa traktować serjo nie umiem.
Ileż przesunęło mi się od urodzenia przed oczyma tych... masek! Byli Szwajcarzy, Niemcy, Gaskończycy, Lotaryngowie, cała menażerja wojenna z tornistrem na plecach, bronią w ręku. Znam tych pożeraczy grochu o brzuchach bez dna, zawsze gotowych połknąć każdego poczciwca cywila razem z butami. Któż zgadnąć zdoła za co i o co się biją? Wczoraj pono za króla, dziś za Ligę. Czasem są papistami, czasem hugenotami. Wszystkie stronnictwa djabla warte, w każdym zaś razie szkoda porządnego postronka, by tych hyclów wywieszać po kolei. Drań w drania, niema gadania!
A zwykle mieszają w swe głupie sprawy Pana Boga! Kroćset starych chodaków! Zostawcie Stworzyciela w spokoju, smarkacze! To osobistość w poważnym wieku. Jeśli was skóra swędzi, skrobcie się wzajem do woli... pan poskrobie się sam, jeśli taka będzie jego wola... psiakrew sobacza!
A najgorsze to to, że chcą mnie zmusić do tego niecnego procederu. Panie Boże, szanuję się i sądzę bez przechwałek, iż spotykamy się nieraz po kilkakroć na dzień, jeśli prawdą jest, co mówi przysłowie galickie: Kto dobre wino pije, za pan brat z Bogiem żyje!“ Ale u djaska, przecież nie przyjdzie mi nigdy do głowy twierdzić, jak powiadają ci obwiesie, że cię znam na wylot, że jesteś moim krewniakiem, że dałeś mi do dyspozycji całą swą potęgę i trzydzieści sześć twych doskonałości... Musisz przyznać, Panie Boże, że ci pokoju nijak nie zakłócam i proszę tylko, byś mi tą samą miarką odpłacił. Mamy obaj po uszy roboty z trzymaniem w ryzach naszych domów, ty się borykasz z wielkim wszechświatem twoim, ja z moim małym.
A nicponie z menażerji wojennej każą mi się mieszać w twoje sprawy... Nic z tego! Chcą, bym przemawiał w twem imieniu i decydował, która partja ma się obżerać i wypijać twe piwnice? Nic z tego!... Oświadczam: wrogowie twoi są mymi wrogami!
Przesadziłem trochę, ja bowiem nie mam wrogów. Wszyscy ludzie są mymi przyjaciółmi. Biją się... ot tak... dla rozrywki... a że ja się tem nie zajmuję, przeto chowam do kieszeni stawkę... i wstaję od stołu. Ba... nic pozwalają mi odejść, powiadają: nie chcesz być jego wrogiem, to masz nas dwu przeciw sobie! Tak, więc muszę oberwać po łbie od tego, lub od tego? Co? A no to dobrze, będę prał także... i owszem! Mam być kowadłem? Niedoczekanie wasze pośmidrągi, hetki — pętelki... będę miotem, a wy kowadłem!
A kto mi u stu djabłów powie, poco świat wydał wszystkich tych cymbałów, tych gentlełajdaków, polityków, tych wielmożów, którzy są wielnożami Francji? Opiewają nieustannie jej sławę, a opróżniają jej kieszeń. Pożerają nasze własne denary, twierdząc, że niszczą wrogie mocarstwa. Napastują Niemcy, wciskają się do Włoch, wtykają nos do haremu Turka, chcieliby zagarnąć pól świata, a nie potrafiliby nawet obsadzić go kapustą!
Basta, drogi przyjacielu... płać rachunek i ruszaj do domu! Wszystko jest wyśmienicie, a przyjdzie czas, że się to jeszcze ulepszy (weźmiemy się do poprawy świata przy pierwszej sposobności). Niema tak głupiego osła, któryby nie nosił worków do młyna.
Słyszałem raz, że pewnego dnia pan Bóg (o... Stworzycielu, ciągle dziś gadam o Tobie...), przechadzając się ze Św. Piotrem po Betlejem (to przedmieście Clamecy), zobaczył siedzącą na progu domu kobietę, która była wielce znudzona i smutna. Dobry Stwórca, współczuciem tknięty, sięgnął do kieszeni, wyjął całą garść (około stu) wszy, rzucił jej na kolana i powiedział: „oto zabawka dla ciebie, droga córko moja!“ Kobiecina ocknęła się z odrętwienia i zaczęła polowanie. Ile razy udało jej się chwycić i zamordować zwierzątko, wybuchała wesołym śmiechem.
Widać, że wojna to taki sam dowód współczucia boskiego. Chrąc nam dać rozrywkę, niebiosa zesłały nam na kark dwunożne wszy, byśmy się mogli czochrać i oganiać, śmiejmyż się tedy wesoło. Robactwo jest, jak mówią, znakiem świętości (robaki, to nasi ostatni władcy). Radujmyż się. tedy w Panu, bracia moi, bo nikt pod tym względem nie jest lepiej od nas zaprowiantowanym.
A teraz powiem wam (na ucho): — cierpliwości! Jesteśmy na dobrej drodze. Mrozy, śniegi, kanalje wojenne i dworskie nie trwają długo... pójdą sobie precz! Zostanie poczciwa ziemia i my zostaniemy... a to grunt... Będzie rodziła dalej, po staremu. Tymczasem pijmy, pijmy póki starczy ostatniej beczki, trzeba zrobić miejsce na przyszłe winobranie.


∗             ∗

Moja córka, Martynka, rzekła mi pewnego dnia:
— Jesteś blagier, papo drogi! Słuchając cię, każdyby myślał, że nic nie robisz, a tylko leżysz pod beczką. Gadasz o tem ciągle, dzwonisz na wszystkie strony, jakby ci wszystkiem były pohulanki i pijatyka, jakbyś chciał przepić ostatnią koszulę. A przecież nie możesz jednego dnia wytrzymać bez pracy. Udajesz lekkoducha, rozrzutnika, wartogłowa, nie wiedzącego co wpada do kieszeni i co z niej ucieka, a rozchorowałbyś się, gdyby cały dzień, godzina po godzinie nie był najskrupulatniej uregulowany, gdyby wszystko nie szło, jak w zegarku. Masz zapisany każdy grosz, wydany od zeszłorocznej Wielkiej Nocy i nie znajdzie się spryciarz, któryby cię wziął na kawał. Jesteś szalona pałka, baranek w wilczej skórze. Dobrze mówi nasze przysłowie: „starczy takich owieczek kilka, by zgładzić wilka!”
Roześmiałem się wesoło i nie odpowiedziałem nic weredyczce. Ma rację to dziecko, zupełną rację... tylko nie powinna mówić głośno takich rzeczy. Ale prawda, kobieta i sroka zataja tylko to, czego nie potrafi wyskrzeczyć. Zna mnie... o, zna! Cóż dziwnego, wszakże to mój produkt! Tedy przyznaj się, Colasie, możesz czynić głupstwa do woli, głupcem nigdy nie zostaniesz. Masz szaleństwo w rękawie a pokazujesz je, gdy ci przyjdzie ochota. Ale chowasz je, gdy trzeba mieć obie ręce i trzeźwą głowę do pracy. Podobnie jak wszyscy Francuzi masz w zanadrzu nieomylny instynkt porządku i tak dobrze jesteś osadzony na kotwicy rozsądku, że możesz sobie pozwolić udawać warjata. Niema ryzyka, chyba dla durniów, którzy patrzą na ciebie z otwartą gębą i próbują cię naśladować.
Mowy patetyczne, wiersze na poczekaniu, pomysły karkołomne, oto co ci do smaku! To ludzi rozpłomienia i palą się, na obu końcach. Ale my... my... kładziemy na stos tylko suche konary, zaś grube, dobre drzewo mamy w porządku poskładane na zimę pod dachem... tak... tak! Fantazja daje ucieszne widowisko rozumowi, który siedzi sobie w wygodnym fotelu i kiwa uprzejmie głową. Wszystko mnie bawi. Teatr mój, to świat cały. Z fotelu śledzę przebieg komedji, oklaskując ludzi i krzycząc bis tym, którzy karki kręcą na scenie. Czasem, dla zwiększenia przyjemności udaję, że biorę to wszystko na serjo i staję się na chwilę aktorem. Ale nie tracę nigdy świadomości, iż to tylko farsa... W takim samym nastroju słucham opowieści o boginkach... i nietylko o boginkach. To samo dzieje się, gdy idzie o owego wielkiego Jegomości, który żywię na niebie. Gdy patrzymy, jak kroczy w procesji, wśród pomruków oremusów, przybieramy w biel ołtarze i stroimy ściany domów. Ale prawdę mówiąc... cicho bądź, gaduło... to pachnie konfiskatą!... Panie, nie rzekłem nic złego... zdejmuję kapelusz... cicho, sza!


∗             ∗
Koniec lutego.

Osieł, wyskubawszy wszystką trawę na lace, oświadczył, że niema tu co robić i poszedł sobie na łąkę sąsiada. Garnizon księcia de Nevers odmaszerował dziś rano. Radość była patrzyć na tych draniów; każdy spaśny, ciężki, tłusty i czerwony. Byłem dumny z mojej kuchni. Ucałowaliśmy się z dubeltówki na pożegnanie. Życzyli nam gorącem sercem, by nam się darzyło zboże, by winnice nasze nie doznały szkody od mrozu.
— Weź się ostro do pracy, wujaszku! — radził mi specjalnie gość mój, sierżant, który najdłużej stal kwaterą (zasłużyłem na to zaszczytne miano, chociaż nie przyznaję się do pokrewieństwa z tą kanalją) — Weź sic do pracy i fatygi i nie żałuj, zwłaszcza w winnicy. Na św. Marcina przyjdziemy z powrotem i popijemy wesoło!
Poczciwi to ludzie, gotowi zawsze przyjść z pomocą człowiekowi, który wiedzie zacięty bój z dzbanem.
Jakoś mi się ulżyło, gdy sobie poszli. Sąsiedzi otwierają pomału skrytki swoje. Ci, którzy wczoraj jeszcze wyglądali jak po Wielkim Poście, jęcząc z głodu i wyrzekając na nędzę, odnajdują dziś, tu i owdzie pod słomą w spichrzu, lub też pod ziemią w piwnicy, a wreszcie pod warstwą cegieł w ścianie, różne, przedziwne różności arcyprzyjemne dla ciała i ducha. Jakoś każdemu udało się, przy pomocy doskonale wyuczonych żalów na głód i pragnienie, utrzymać w całości baryłki najlepszego wina.
Ja sam (doprawdy nie wiem, jak się to mogło stać), gdy tylko rozstałem się z moim sierżantem (odprowadziłem go aż za miasto), nagle palnąłem się pięścią w czoło i przypomniałem sobie, że została w stajni, postawiona tam umyślnie w cieple, spora baryłka doskonałego, wytrawnego Chablis. Jak sobie każdy może wystawić, byłem w pierwszej chwili ogromnie zasmucony. Ale skoro zło się już stało, trzeba się zgodzić z koniecznością i przyznać, że ostatecznie stało się dobrze. Jestem zgodliwy. Sierżancie, siostrzeńcze drogi... ach... nie wiesz coś stracił! Co za nektar... jak to pachnie! Ale nie poniesiesz straty, chłopcze... zaręczam ci słowem, bo tę beczułkę wypiję wyłącznie za twoje zdrowie!
Sąsiedzi odwiedzają się wzajem. Jeden pokazuje drugiemu, co znalazł w piwnicy, wszyscy mrugają oczyma, niby augurowie starożytni i składają sobie gratulacje. Oczywiście jeden opowiada drugiemu, jakie poniósł straty, jakich doznał gwałtów (w tej materji rozmowy toczą się często na ucho). Wszyscy często pytają z współczuciem Wincentego Pluviaut o stan zdrowia jego małżonki. Jest to dzielna kobiecina, a posiada też tę właściwość, że po każdym pobycie wojsk musi przydłużać pasek, gdyż staje się dziwnie krótki.
Składamy życzenia szczęśliwemu małżonkowi i ojcu, podziwiamy jego ochotność w służbie ojczystej sprawy, a ja żartem, bez zlej myśli klepię go po brzuchu, pełnym, nieposzkodowanym, podobnie, jak gospodarstwo tego spryciarza, które wśród ogólnej katastrofy jakoś nic a nic nie ucierpiało.
Wszyscy śmieją się wesoło, a dyskretnie, nie czyniąc przykrych aluzyj. Ale Pluviaut czuje się urażonym moim żarcikiem i udziela mi rady, bym lepiej pilnował własnej żony. Odpowiadam, że szczęśliwy posiadacz tego skarbu może spokojnie chrapać całą noc, nie obawiając się złodzieja. Naturalnie wszyscy mi przyznają słuszność.


∗             ∗

Ale zbliżają się dni sytości. Chociaż obecnie nie bardzo obfite, to jednak: zastaw się a postaw się! Idzie o reputację obywateli i całego miasta! Cóżby powiedziano o Clamecy, słynącem ze smakoszostwa, gdyby Mięsopust zastał je bez frykasów. W każdym domu skwierczą rondle a cudny zapach przyrumienionego tłuszczu napełnia wszystkie ulice.
A moja Glodzia... moja maleńka, też musi mieć swe ulubione ciasteczka!
Nagle... ra ta ta... ra ta ta! Słychać bębny, flety, trąbki, śmiechy, wykrzyki. To goście z Judei przybywają do Rzymu. (Judeą nazywamy przedmieście Clamecy Betlejem, a miasto Rzymem, nawiązując do staro-rzymskich schodów wieży św. Marcina).
Na czele pochodu kroczy muzyka, a za nią halabardnicy, rozdziobując tłum nosami. Mówiłem już jakie nosy posiadamy my, Burgundowie. Są tu wszelkie kształty, a więc: trąba słonia, coś w rodzaju lancy, dalej nos... róg myśliwski, nos-dmuchawka, nos najeżony cierniami, nos inkrustowany kasztanami, z małemi jakby ptaszętami na końcu.
Nochale rozpychają gapiów, pchają ręce, gdzie nie potrzeba, i klepią kobiety po pośladkach, aż piszczą. Ale wszystko zmyka przed królem nosów, który niby taran, niby kusza potężna toczy się na wyniosłej lawecie z rozpędem, na złamanie... nosa.
Pośrodku tłumu na wysokim wozie widnieje Wielki Post, król rybkojadów. Otaczają go postacie wybladłe, zielone, wychudłe, wypatroszone, oblazłe, dygocące, zawinięte w peleryny. Na kapeluszach i czapkach odznaki w kształcie ryb. A ileż ryb wokoło, tu kilka osób trzyma śledzie za ogon, tam jakiś oberwaniec potrząsa głową szczupaka, słowem wystawa całej fauny wodnej. Naturalnie pochód otacza nieprzejrzany tłum łobuzów, a na końcu pląsa djabeł w fartuchu kucharza z patelnią w jednej, a chochlą w drugiej ręce.
Ale oto triumfatorowie dnia. Jawi się Królowa Kiełbas, siedzi na wysokim tronie szynek, otoczona wieżami ozorów. Na głowie ma salceson, na szyi długi różaniec serdelków, którym bawi się z gracją. Z prawej i lewej strony królowej maszerują kiszki krwawe i pasztetowe, specjalność Clamecy, a prowadzi je na pole chwały pułkownik Smakowęch. Przyozdobione frykasami z ciasta i arabeskami z sadła, wyglądają wspaniale, potężnie, połyskliwie, świetnie.
Przy dźwiękach rondli, cymbałów, przetaków, patelni, oraz wrzasków nieludzkich nadjeżdża wierzchem na ośle król rogali, nasz Wincenty Phmaut we własnej osobie. Został wybrany jednogłośnie i mandat przyjął z powagą. Siedzi na swym kłapouchu twarzą do ogona w wysokim turbanie na głowie, a w ręku trzyma kubek i przysłuchuje się wrzaskliwej owacji swej świty, która prozą, wierszem i pieśnią opiewa jego historję i sławi go wymownie. Jako wytrawny mędrzec nie okazuje pychy. Zachowując równowagę umysłu, popija raz po raz. A tylko, gdy pochód mija jakiś dom, wsławiony podobną przygodą, wznosi puhar i woła: He, he... kolego, za twoje zdrowie!
Pochód zamyka „Wiosna“. Jest to śliczna, świeża dziewczyna, rumiana i rozśmiana. Jasne włosy, gładko zaczesane, zdobią pęki żółtych pierwiosnków. Taki sam wianuszek spływa jej z szyi ku zielonemu staniczkowi, w którym, niby jajka w gniazdku, kryją się krągłe piersiątka. W ręku trzyma koszyczek pełen kwiecia. Śpiewa, wznosząc w górę brwi, wytrzeszczając swe modre, wielkie ślepki i robiąc — o — z usteczek. Nieco piskliwym głosikiem zapowiada wszystkim, że jaskółki wnet nadlecą.
Za nią duży wóz, zaprzężony w cztery siwe woły, pełen młodych, pulchnych, kształtnych, wesołych, nawet za wesołych dziewcząt. Jest tam też kilkanaście podlotków w przejściowym wieku, które tkwią po kątach przyćmione zupełnie, niby młode, wątłe drzewiny, wtulone pomiędzy wyrosłe należycie siostry. Tej i owej brakuje jakiegoś kawałka, trafi się maszkara, ale wszystko młode i ochotne, przeto wilk nie będzie narzekał na te owieczki. Trzymają klatki z ptakami przelotnemi, a sięgając często gęsto do koszyka królowej Wiosny, rzucają chłopcom, tłoczącym się wokoło wozu, ciastka, pakieciki i zawiniątka, w których szczęśliwcy znajdują szlafmyce, pończochy, czekoladki, wróżby losu, wiersze miłosne, a czasem... rogi.
Wóz przybył do stóp wieży i zatrzymał się u schodów. Dziewczęta zeskakują i zaczynają tańczyć na placu katedralnym z chłopcami.
Ale Królowa Kiełbas, Wielki Post i król Rogali odbywają dalej swój marsz triumfalny. Zatrzymują się co chwila, by objawić tłumowi jakąś wzniosłą prawdę, albo poszukać jej na dnie szklanki.

Pijmy wino! Pijmy wino!
Nie odjedziem z kwaśną miną...
Żaden Burgund się nie zbłaźni,
By nie wypić po przyjaźni!


∗             ∗

Gdy się pije nad miarę, język kołczeje i werwa roztapia się na nic. Zostawiam tedy zacnego Wincentego wraz z jego eskortą na najbliższej stacji pijackiej w cieniu beczki i idę sobie. Dzień jest zbyt piękny, by go spędzić w ścisku. Trzeba odetchnąć świeżem powietrzem pól.
Dawny przyjaciel mój, proboszcz Chamaille, przyjechał do swej wioski na przyjęcie do kanonika katedry Św. Marcina i zaprasza mnie, bym go odprowadził kawałek drogi. Zabieram moją Glodzię i pakujemy się do małej, trzęsącej biedki, zaprzągniętej w osła. Ośliczka jest tak maleńka, że możnaby ją pomieścić w biedzie pomiędzy mną a Glodzią. Przed nami ściele się biała, równa droga.
Słońce drzemie. Samo się grzeje u własnego kominka, dla nas nie pozostaje dużo ciepła. Ośliczka także zapada co krok w drzemkę, czy zadumę. Proboszcz przywołuje ją do porządku głosem oburzonym, podobnym do brzęku dużego trzmiela:
— Madelon! A to co?
Ośliczka wzdryga się, strzyże uszami w odpowiedzi, potem wlecze się zygzakiem od rowu do rowu. Ale po chwili staje i duma, nie zważając na wymyślanie.
— Niechże cię! — woła proboszcz, okładając jej zad laską — Gdybyś nie miała krzyża na grzbiecie, dalibóg połamałbym ci kości!
Zatrzymujemy się na odpoczynek w pierwszej napotkanej oberży na skręcie drogi, która stąd stacza się lekkim spadkiem ku bielejącej w dali wiosce Armes, która przegląda się w krystalicznych nurtach rzeki. Pośrodku pobliskiego pola stoi wielki orzech i wznosi ku niebu sękate, nagie, czarne ramiona. Łysy jest jeszcze zupełnie. Wokoło drzewa tańczą dziewczęta. Chodźmy do nich. Dzisiaj właśnie zaniosły, wedle obyczaju, kumoszce sroce ciastko świętalne.
— Glodziu... patrzno! Tam na drzewie siedzi sroczka, sroczka-plotkarka, sroczka-złodziej... Widzisz? Ma białą kamizelkę i wychyla się, by nas zobaczyć. Straszna z niej ciekawska. Wszystko musi wiedzieć. Jej gniazdko nie ma drzwi, ni okien, trzyma się ledwo gałęzi i wiatr hula po niem jak chce. To umyślnie, gdyż boi się, że coś ujdzie jej krągłym, ciekawym ślepiom i nie będzie mogła wypaplać. Bardzo często przemarznie do kości, lub przemoknie do nitki... ale nic sobie z tego nie robi. Główna rzecz, to zaspokoić ciekawość. Strasznie zła. Wydaje się, jakby mówiła: Cóż mi tam po darach waszych? Zabierzcie je sobie z powrotem. Czy myślicie, że gdybym miała ochotę na te wasze głupie ciastka, nie umiałabym sobie poradzić? Ha... ha... ukradłabym i basta! Nie sprawia mi przyjemności jeść rzeczy, które mi ktoś pod nos podsunie. Smakuje mi tylko kradzione!
— Więc pocóż, dziadziu, dawać tej głupiej złodziejce ciasteczko, przystrojone w śliczne wstążeczki... Pocóż jej życzyć wszystkiego dobrego?
— Bo widzisz, moja dziecinko, lepiej i mądrzej żyć ze złymi w przyjaźni, niż w nieprzyjaźni!
— Ładnych ją uczysz rzeczy! — oburzał się proboszcz.
— Nie mówię, że to dobrze, powiadam tylko, że tak każdy czyni, a ty sam pierwszy, drogi księże, nie zawracaj tak oczyma. Powiedz, czy nie zatkałbyś ciastkiem gęby dewotce, która przychodzi cię dręczyć, klekotać, która wie wszystko, wszystko słyszy, wtyka nos wszędzie?
— O Boże, byle tylko chciała poprzestać na ciastku! — wykrzyknął proboszcz.
— Ale sroka i tak więcej warta od kobiety. Język jej czasem przydaje się na coś!
— A na co, dziadziu? — spytała Glodzia.
— Gdy się wilk pokaże, sroczka krzyczy na całe gardło.
Ledwo padły te słowa, ptaszysko zaczęło się drzeć w niebogłosy. Biła skrzydłami, piszczała, miotała klątwy, podlatywała i widocznem było, że złości się na kogoś, będącego w dolinie wioski Annes. Żerujący na skraju lasu towarzysze sroki, kawka (Kubuś) i kruk (Kolas), odpowiadały tym samym wrzaskiem niecierpliwym i poirytowanym. A ludzie śmiali się i wołali:
— Wilk... wilk? Ha... ha... ha, omyłka, nigdzie nie widać wilka!
Nie widziano nic. Ale pokazało się, że sroka widziała... bo nagle... do kroćset starych djabłów...
Kupa uzbrojonych ludzi ukazała się na wzgórzu. Posuwają się biegiem. Poznajemy ich. To te łajdaki, żołnierze z Vezeley. Wiedząc, że miasto nasze nie ma załogi postanowili widocznie zaprowiantować się u nas. Mogę zaręczyć, że nie marnowaliśmy czasu na podziwianie ich. Rozległ się krzyk:
— W nogi! W nogi!
Uczyniło się kotłowisko, ludzie zaczęli się pchać, popychać. Wszyscy uciekali, co sił drogą, naprzełaj przez pola, jedni dotykając brzuchem ziemi, inni dotykając jej odwrotną stroną swego ciała.
Wskakujemy do biedki. Jakby zrozumiała, o co idzie, Madelon rusza galopem i pędzi, niby strzała, a poczciwy proboszcz okłada jej boki laską, zupełnie zapominając o respekcie dla istoty, mającej wyobrażenie krzyża na grzbiecie.
Jedziemy otoczeni tłumem uciekających, wydających przeraźliwe okrzyki i dopadamy Clamecy okryci kurzem i słomą jedni z pierwszych, a za nami cisną się spóźnieni. W pełnym galopiena bryczce podskakującej co chwila przebiegamy przedmieście. Madelon unosi się w powietrzu, proboszcz nie przestaje bić, a wszyscy wołają na całe gardło:
— Nieprzyjaciel nadchodzi!
Ludzie, patrząc na nas, śmiali się zpoczątku, ale wnet zmiarkowali, o co idzie. Zaroiło się niby w mrowisku, gdy wetknąć w nie kij. Rej wach powstał, każdy zjawiał się, znikał, wracał, wychodził. Mężczyźni uzbrajali się, kobiety zwijały, składały, wiązały rzeczy, a cała ludność przedmieścia, opuszczając domy, ciągnęła w stronę miasta, pragnąc co prędzej dostać się za mury.Szli, jak kto stał, w kostjumach, w maskach, w dziwacznych czapach, anioł, djabeł, Gargantua, wszyscy biegli do bastjonów zbrojni w proce i harpuny.
Gdy awangarda wojsk z Vezeley znalazła się pod murami, mosty zwodzone były już podniesione, a po drugiej stronie rowu znalazło się ledwo kilku biedaków, którzy, nie mając nic do stracenia, nie spieszyli się ukrywać, oraz nasz przezacny król Rogali Pluviaut, opuszczony przez eskortę, pełny wina aż po dziurki w nosie i napęczniały jak beczka, chrapiący na swym ośle, którego ogon ściskał oburącz.
I oto zaraz okazało się, jak to dobrze mieć za nieprzyjaciół ziomków swych, Francuzów. Inni, są to krasę byki, Niemiec, Szwajcar, czy..Anglik, pojmie dopiero na Wilję to, co słyszy na Wszystkich Świętych i oczywiście, wziąłby za oczywiste kpiny ową awanturę z zacnym Pluviaut. Ale Francuzi rozumieją się bez słowa. Czyś z Lotaryngji, czy z Tours, czy Szampanji, czy Bretanji, czyś gęś z Beauce, czy osioł z Beaune, czy zając z Vezelay, wszystko jedno! Możemy się między sobą bić, kraść, rabować, to inna sprawa, gdy jednak trafi się dobry żart, wszyscy się zaraz na tem poznają.
Ujrzawszy tedy naszego Sylena, cala armja nieprzyjacielska wybuchła szczerym, głośnym, wesołym śmiechem. Śmiali się czysto po francusku a więc oczyma, ustami, nosem, gardłem, twarzą, sercem, brzuchem, a nawet nogami, drgającemi w takt śmiechu.
Na Św. Rigoberta! Widząc jak się śmieją, ryknęliśmy w odpowiedzi i śmiech zahuczał wzdłuż murów.
Potem wymieniliśmy poprzez bastjony połajanki, trzymane w tonie żartobliwym, wzorowane na klasycznych enuncjacjach Ajaksa i Hektora. Tylko nasze były pulchniejsze i więcej... tłuste. Kadbym je zanotować, ale nie mam czasu. W każdym razie nie zaniedbam włączyć ich do zbioru najlepszych facecyj, powiedzeń, przysłów i dowcipów burgundzkich, zasłyszanych czasu pobytu mego na tej dolinie łez, który to zbiór kompletuję od dwunastu lat. Brzuch się trzęsie na samo ich wspomnienie i robią się kleksy na rękopisie.


∗             ∗

Skończywszy wymianę obelg, należało się wziąć do roboty (dobrze robi wygadać się przed pracą). Ale ani my, ani oni nie mieliśmy ochoty posuwać sprawy za daleko. Oni... czuli, że się interes nie udał, gdyż zamknęliśmy na czas bramy, a leźć na mury nikt nie miał rozmachu. Można spaść i skręcić kark. Jednak musieli przecież zrobić coś... jakże pójść bez zakończenia. To nie wypada. Tedy zaczęto marnować proch, rzucać petardy... ale chyba wróble ucierpiały od tej pukaniny. Siedząc oparci o mury parapetów, czekaliśmy spokojnie, aż śliweczki przelecą i wówczas posyłaliśmy im garstkę naszych orzeszków, ale niebardzo mierząc (nie trzeba się nadto odsłaniać) a ten i ów wyjrzał dopiero wówczas, (tknięty ciekawością), gdy doleciały wrzaski ujętych za rowem jeńców naszych. Był tam z jakiś tuzin mężczyzn i kobiet, stali pod murem w szeregu, zwróceni doń twarzami, a... tyły ich okładali żołnierze kijami. Darli się w niebogłosy, chociaż ból nie był znów tak wielki.
Aby się zemścić, ponabijaliśmy na lance szynki, salcesony i kiełbasy i, wzniósłszy je w górę, defilowaliśmy wzdłuż murów. Gdy spostrzegli owe smakołyki, nieprzyjaciele wydali okrzyk wściekłości, i pożądania.
Postanowiliśmy dogodzić sobie tego pierwszego dnia oblężenia (dobra farsa i pieczeń musi być podlana), ustawiliśmy pod murami, gdy nadszedł wieczór, wielkie stoły, a na nich spoczęły góry wiktuałów i baterje flaszek. Bankietowaliśmy hałaśliwie, wznosząc toasty na cześć wiosny. Oblegający mało się nie powściekali ze złości. Tak upłynął pierwszy dzień bez wielkich strat. Zginął coprawda jeden z naszych, tłusty Gueneau. Uparł się spacerować po wierzchu murów z szklanką w ręku, by wroga do większej jeszcze pasji pobudzić. Był podpity, a ledwo się ukazał, gruchnęła salwa i szklanka, oraz własny mózg jego poszły w kawałki. Z swej strony rozciągnęliśmy też jednego, czy dwu. Ale nie popsuło nam to humoru, bo wiadomo, niema uczty, by się coś nie stłukło... a gdzie drzewo rąbią, tam trzaski lecą.
Proboszcz Chamaille czekał nocy, by wyjechać z miasta i wrócić do siebie. Daremnie tłumaczono mu, daremnie mu odradzałem:
— Przyjacielu, narażasz życie. Zaczekaj lepiej, aż się skończy ta awantura. Pan Bóg zajmie się twymi parafjanami.
— Nie mogę opuszczać owieczek moich. Jestem prawicą Boga, a jeśli mnie zbraknie, Pan Bóg zostanie mańkutem. Muszę jechać koniecznie. Jakoś sobie dam rady.
— Wiem, wiem, pokazałeś, co potrafisz, gdy hugenoci obiegli twój kościół. Wówczas zakatrupiłeś własnoręcznie kamieniem ich dowódzcę, papistożercę.
— Ogromnie się zdziwił! — odrzekł proboszcz — Nie mógł hycel pojąć zrazu, co się stało. Ja również niedowierzałem sobie samemu. Jestem człek spokojny i nie pragnę rozlewu krwi. To ohydna rzecz. Ale gdy się człowiek znajdzie pośród szaleńców, sam dostaje bzika. W wilczej norze każdy przemienia się w wilka.
Odpowiadam:
— Racja. Wystarczy być w tłumie, by stracić rozum. Stu mędrców razem, są durnia jednego obrazem, baranów kilka dają jednego wilka. Ale powiedz mi, mój drogi, jak sobie radzisz, by pogodzić z sobą dwa rodzaje zasad etycznych, mianowicie etykę człowieka pojedyńczego, który żyje sam na sam z swojem sumieniem i domaga się pokoju dla siebie, oraz dla bliźnich... a z drugiej strony, etykę stada ludzkiego, państwa, które z wojny i zbrodni robi cnotę. Któraż moralność pochodzi od Boga?
— Ładne pytanie? Oczywiście jedna i druga? Wszakże wszystko pochodzi od Boga!
— Tedy Pan Bóg sam nie wie, czego chce. Chociaż, zdaje mi się, że wie, tylko nie może sobie dać rady. Pół biedy jeszcze, gdy ma do czynienia z pojedyńczym człowiekiem. Nie trudno takiego samotnego nieboraka zmusić do posłuszeństwa. Ale niech się tylko ludzie zbiorą w kupę... ho ho... niełatwa sprawa z tą bandą! Nec Hercules contra plures! W kupie się trzymając, człowiek słucha raczej poszeptu rodzicielki ziemi, która mu gada o żołądku i mięsożercze instynkty podsuwa.
Znasz przecież nasze opowieści ludowe, w których ciągle o tem mowa, że w pewnych okresach czasu ludzie stają się wilkami, a potem włażą we własną skórę. Te legendy to coś realniejszego, coś bardziej związanego z życiem, niż twój brewiarz, kochany przyjacielu! W państwie każdy człowiek przybiera maniery wilka. Niech tam sobie państwa, królowie i ich ministrowie stroją się w kostjumy pastuszków, niech, sobie gadają, że są powinowatymi, czy krewnymi swego wielkiego Dobrego Pasterza — to wszystko wilki krwiożercze, byki, nienasyceńcy, gardła i brzuchy bez dna. A czynią to z rozmysłem, by nie skończył się wieczysty głód świata.
— Pleciesz, mój drogi! — zawołał Chamaille — Pan Bóg stworzył wilka, jak wszystko inne. A uczynił to dla naszego dobra. Czyż nie wiesz, że właśnie sam Pan Jezus powołał do życia wilka, — tak mówi legenda — a to, by bronił, przed kozami i baranami kapusty rosnącej w ogródku dziewicy, matki swojej. I dobrze uczynił. Złóżmy mu hołd. Narzekamy ciągle na silnych. Zważ jednak, mój drogi, że gdyby ci, tak zwani słabi zostali władcami świata... byłoby nierównie gorzej jeszcze! Z tego wynika wniosek: wszystko jest potrzebne, zarówno wilk, jak i owieczka. Owcom potrzeba wilka, by ich pilnował i uczył przezorności, wilkowi potrzebne owce, bo przecież musi żyć Skończyłem, drogi Colasie, a teraz, idę pilnować mojej kapusty.
Podwinął sutannę, ścisnął w garści laskę i ruszył wśród ciemnej, bezksiężycowej nocy, powierzywszy poprzód z wzruszeniem mej opiece małą ośliczkę, Madelon.
Następny dzień miał przebieg mniej wesoły. Mnóstwo jadła poszło pierwszego wieczoru. Ucztowaliśmy bez oglądania się na przyszłość, przez lekkomyślność, pyszałkowatość, wreszcie przez głupotę. A zapasy nasze były więcej niż skromne. Trzeba było ściągnąć brzuch paskiem i tak też się stało. Bufonowaliśmy dalej, ale nie udało się. Gdy brakło kiełbas, zaczęto fabrykować namiastki. Napełniano kiszki rozmaitem śmieciem i spuszczano je na harpunach pod nos nieprzyjacielowi. Te draby wzięły się na sposób. Kula trafiła ową kiełbasę, tak, że spadła wśród wojsk — oblężniczych. Można sobie przedstawić, kto się śmiał wówczas. Prysnęła złuda naszych dostatków.
Mało tego, napastnicy widząc, że łapiemy ryby w rzece, spuszczając z murów wędki wprost w wodę, ponarzucali w tych miejscach sieci o małych oczkach w ten sposób, że cała zdobycz wpadała odtąd w ich ręce. Daremnie kanonik zaklinał owych pogańskich synów, by nam nie wzbraniali dochowywać postu. Tedy z braku rybek przymuszeni byliśmy nadziewać się sadłem.
Mogliśmy naturalnie prosić o pomoc księcia de Nevers, ale prawdę powiedziawszy, niebardzo nam się uśmiechała myśl goszczenia jego wojsk. Taniej kosztowało mieć pod murami nieprzyjaciela, niż przyjaciół w mieście. To też obchodzono się bez obrońców, jak się tylko dało najdłużej. Nieprzyjaciel wchodził zresztą w nasze położenie i zachowywał się tak dyskretnie, że nie byliśmy zmuszeni uciekać się do tej ostateczności. Obie strony wolały raczej porozumieć się bez pośrednictwa, rozpoczęto tedy zwolna, bez pospiechu pertraktować.
W obu obozach płynęło życie spokojnie i ściśle było uregulowane. Kładziono się spać wcześnie, wstawano późno, a przez resztę dnia grano w kości, w korki i ziewano raczej z nudów, niż z głodu. Zresztą i wśród dnia drzemano, tak, że ostatecznie mimo postu, tyliśmy wszyscy.
Staraliśmy się zachowywać jak najspokojniej, ale trudno było sobie dać rady z dziećmi. Było ich sporo. Ta banda, ciągle łatająca, wrzeszcząca, śmiejąca się, doprowadzała nas nieraz do rozpaczy. Dzieciska wyłaziły na mury, narażając się na pociski, pokazywały języki oblegającym, bombardowały ich kamieniami. Chłopcy posiadali całą artylerję proc. katapult, rozszczepionych patyków i innych miotaczy kamieni. Zabieraliśmy im te przyrządy, gdzie kto dopadł, ale czyż to co pomagało? Co chwila wybuchały szalone śmiechy, gdy kamień padł trafnie, smarkacze ryczały z uciechy. Oblegający przysięgali, że ich wybiją do nogi, a każdy malec, który wystawi nos za mury, zostanie zastrzelony.
Przyobiecaliśmy czuwać nad tą hałastrą, ale daremnie naciągaliśmy im uszy i obtłukali pośladki, znikali jak duchy i pojawiali się tam, gdzie nie trzeba. Do tego doszło, proszę jeno pomyśleć, że pewnego dnia, ów aniołek, ono niewiniątko (drżę jeszcze dotąd), Glodzia moja, wdrapawszy się wraz z chłopcami na mury, spadła jak tłumoczek prosto w rów forteczny. Byłbym ją obił w tej chwili. Oczywiście bez namysłu skoczyłem za nią, a cała załoga wychyliła się, patrząc, co się dzieje. Gdyby nieprzyjaciel skorzystał ze sposobności, niktby żywy nie uszedł. Ale oblegający również spoglądali w rów, na dnie którego siedziało sobie spokojnie dziecko. Spadła jak kociak w trawę i nawet się nie przestraszyła. Siedziała i, wzniósłszy głowinę, uśmiechała się do dwu szeregów twarzy spoglądających na nią. Potem zaczęła zrywać kwiatki.
Wszyscy śmiali się z przygody, a zacny kapitan napastników de Raguy dał nawet malej pudełeczko z miętówkami, jakie miał przy sobie, zapowiedziawszy poprzód, by jej nikt palcem nie śmiał tknąć.
Ale, czyż kto poradzi z babami? Podczas gdyśmy byli zajęci Glodzią, Martynka, chcąc jej także spieszyć z pomocą, ześliznęła się również z murów i spadła, a podniesiona aż do samej szyi spódnica ukazała oblegającym wszystkie doczesne skarby jej ciała od wschodu do zachodu, wogóle z czterech, stron świata, oraz wszystkie gwiazdy i konstelacje w całym blasku. Odniosła niesłychany sukces. Nie zmieszana wcale, podeszła do dziecka, pocałowała je, a potem dała Głodzi w skórę.
Pewien żołnierz podniecony tem co widział, nie zwracając uwagi na wołanie kapitana, rzucił się biegiem i skoczył do rowu. Czekała nań nieustraszona. Rzuciliśmy jej z góry miotłę. Chwyciła ją i ruszyła mężnie na nieprzyjaciela. Szła ostro do ataku, machając bronią i wymierzając ciosy, a biedny amator kwaśnych jabłek rej terował ciągle, aż wreszcie opuścił pole walki sromotnie pobity.
Wyciągnęliśmy triumfatorkę wraz z dzieckiem na linie wśród obustronnych śmiechów. Sam ciągnąłem, dumny, jak paw, ów sznur, na końcu którego wisiała moja Martynka, ukazując nieprzyjacielowi księżyc w pełni.
Przez cały jeszcze tydzień trwały narady, potem zaś wobec głuchych wieści o zbliżaniu się księcia de Nevers nastąpiła ugoda i to na bardzo korzystnych dla nas warunkach. Przyrzekliśmy przeciwnikom dziesięcinę z przyszłego winobrania. Niebardzo to obciąża obiecać coś, czego się nie ma, a co dopiero ma się mieć w przyszłości. Może wcale nie nastąpić konieczność dotrzymania umowy, tymczasem dużo wody upłynie w rzece, a więcej jeszcze przeleje się wina do żołądków.
Obie strony były zadowolone z siebie wzajem, a my osobno jeszcze z nas samych. Ale niestety zaledwośmy obeschli z deszczu, dostaliśmy się na nowo pod rynnę. W nocy, jaka nastąpiła po dniu, w którym zawarliśmy traktat pokojowy, ukazał się na niebie znak.
Około godziny dziesiątej kometa wzniosła się od strony Sembart i, sunąc pośród gwiazd ku St. Pierre-du-Mont, wydłużała się nakształt olbrzymiego węża. Podobną była do miecza o klindze, przypominającej płonącą pochodnię. Za płomieniem wlokła się długa wstęga dymu. Rękojeść owego miecza trzymała potężna dłoń, o palcach zakończonych czemś w rodzaju głów ludzkich. Kometa miała kolor krwisto-fioletowy, przy końcu rudawy niby jątrząca się rana.
Oczy wszystkich utkwione były w niebo, wszystkie usta rozwarły się od ucha do ucha, słychać było jak zęby szczękają. Obie strony spierały się teraz o to, do kogo odnosi się owo proroctwo i co oznacza. My byliśmy pewni, że jest to znak zagłady przeciwników, ale drżeliśmy mimo to na całem ciele. To znaczy drżeli wszyscy, prócz mnie. Ja się nie bałem wcale, albowiem spałem właśnie. A spałem dlatego, że czas ten wyznaczony był w moim almanachu, jako pora zażycia lekarstwa i spoczynku. Nie odważyłbym się nigdy sprzeciwić temu, co nakazuje mój almanach i wykonywam jego zlecenia święcie, uważając go za ewangelję. Ale opowiedziano mi wszystko szczegółowo, przeto zapisuję dla dokładności te fakty.


∗             ∗

Po podpisaniu traktatu pokojowego nastąpiła wspólna uczta, a że właśnie nadszedł Mięsopust, przeto można było podjeść godnie. Z sąsiednich wiosek dowieziono nam wiktuałów celem uświetnienia wyzwolenia miasta, przywędrowało też wielu obżartuchów. Był to w całem znaczeniu piękny dzień! Wzdłuż murów ustawiono stoły. Podano trzy młode dziki, upieczone w całości, nadziane podróbką i pasztetem z czystej wątróbki — dalej wonne szynki, wędzone w dymie jałowcowym, pasztety z dziczyzny i wieprzowiny, pachnące czosnkiem i liśćmi laurowemi, potem szczupaki, ślimaki w skorupkach, kiełbasy, flaczki, wędzonkę przerastałą, czarną potrawkę z zająca, główki baranie rozpływające się wprost na języku, całe kupy purpurowych, pieprznych raków, a do tego sałatę czosnkową z octem. Oczywiście polewano jadło gorliwie winkiem: Chapoite, Mandre i Voufiloux, a są to, jak wiadomo, doskonałe marki krajowe. Deser stanowiło cudne, tłuste, krystaliczne, chłodzące kwaśne mleczko i sucharki, które, włożone do wina, niby gąbka wypijały całą szklankę do dna.
Nikt się z miejsca nie ruszył, póki starczyło jadła. Chwała bądź Bogu, który w niewielkim brzuchu, w tak malej przestrzeni utaił tak wielką zdolność wchłaniania jadła i napitku. Nadewszystko pięknym był pojedynek pomiędzy pustelnikiem, zwanym Krótkouchem z St. Martin de Vezelay, który przybył wraz z Vezeleńczykami (ten wielki mąż dokonał pierwszy spostrzeżenia, że osioł nie może ryczeć, nie podniósłszy w górę ogona) — a naszym czcigodnym don Henneguinem, który twierdził, że musiał być w poprzednich swych wcieleniach szczupakiem, lub karpiem, gdyż tak się opił wodą, że teraz pić może tylko wino.
Ostatecznie, gdyśmy wstali od. jedzenia, okazało się, że mamy dla Vezeleńczyków, a oni wzajem dla nas dużo więcej szacunku i miłości, niż się to wydawało przy zupie. W ten sposób jedząc, człowiek dowiaduje się o wartości drugiego człowieka. Kto kocha to, co dobre, tego kocham ja, gdyż jest on dobrym Burgundem.
Właśnie trawiliśmy w najlepszej zgodzie pochłonięte dary niebios, gdy zjawiła się odsiecz w postaci oddziału księcia de Nevers.
— Cóż za głupstwo bić się między sobą, gdy to wychodzi na korzyść naszych obrońców. Zaprawdę, gdybyśmy nie mieli wrogów, stworzyliby ich niewątpliwie, w tym celu, by nas móc brać w obronę. Dziękujemy bardzo! Niechże Bóg wybawi nas od naszych zbawców. Z nieprzyjaciółmi damy sobie radę sami! Biedne owieczki! Gdybyż miały jeno bronić się od wilka... jakośby to poszło. Niestety, muszą, co gorsza, strzec się własnego pasterza!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.