Zagrzebani/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Zagrzebani
Podtytuł Powieść z życia wiejskiego
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV,
w którym jest mowa o pięknej pani Lucynie, bladym panu Karolu, oraz o gorzkich żalach panny Weroniki.

Zaledwie pan Mikołaj z Symplicyuszem odeszli, we drzwiach stołowego pokoju ukazała się osoba, ubrana w biały, elegancki negliż, obszyty koronkami i kokardkami. Na głowie miała czepeczek, z pod którego wymykały się jasne blond włosy, z szerokich rękawów kaftanika widać było ręce białe i kształtne, a z pod fałdów spódnicy wychylała się nóżka obuta w zgrabny pantofelek...
Przejrzała się w lustrze, poprawiła włosy, a widząc, że nikt na nią nie patrzy, ziewnęła bez ceremonii raz i drugi — jak istota, której życie obrzydło.
Przeszła kilkakrotnie przez pokój ruchem leniwej kotki, jeszcze raz przejrzała się w lustrze, jeszcze ziewnęła serdecznie — i usiadłszy przy stole, zaczęła dzwonić łyżeczką w pustą szklankę...
Na ten odgłos wbiegła panna Weronika.
— Już wstałaś, Lucynko — zawołała zdziwiona — tak wcześnie?
— Ach, bo czyż tu oko zmrużyć można. Od samego świtu jakieś stuki, hałasy, łoskot, awantury... byłam przekonana, że już sądny dzień nastał. Ale co to? — zawołała, przypatrując się bacznie kuzynce — co to? Czy niedziela dziś? czy jaka uroczystość w parafii? Weronisia wystrojona, jak na odpust. Czarna suknia! broszka! Co to jest? Czy się kto pojawił na naszej pustyni...
— Niech się Lucynka ze mnie nie śmieje, bo i tak miałam dziś za swoje. Tatuś miał wypadek, i na mnie się skropiło, jak zwykle.
— Wypadek?
— Ano tak. Jak zaczął majdrować coś koło zegaru — tego, wiesz przecie, z kukułką — tak zrzucił go ze ściany i rozbił na kawałki... przerażona wbiegłam do pokoju, żeby pomódz pozbierać te szacowne szczątki, ale jak fuknął na mnie... Rozpłakałam się tylko i uciekłam.
Pani Lucyna uśmiechnęła się, pokazując białe, równe ząbki.
— I dlatego, że ci ojciec przykrość powiedział, ubrałaś się w czarną suknię? — zapytała. — Szkoda i sukni i fatygi, nasz ojczulek nie zna się na tej symbolice barw...
— Ależ nie! nie! Miałabym też po czem czarno się ubierać?! Tak często pan Mikołaj gniewa się na mnie, że musiałabym chyba nie zdejmować nigdy czarnych sukien.
— Więc jakaż racya do stroju? Czy się kawalera spodziewasz?
— Już przyjechał...
— Kto? kiedy?
— Przyjechał dziś, niedawno — a kto, niech Lucynka zgadnie...
Pani Lucyna zarumieniła się.
— Może, może pan Floryan z Warszawy...
— Tym razem nie pan Floryan...
— Więc któż?
— Zgadnij!
— No, nie nudź, moja Weronisiu, tylko powiedz...
— Więc powiem... jest pan Symplicyusz...
— Jajko!? przyjechał? naprawdę? — a to doskonale! To się wybornie składa — trzeba zaraz dać znać Karolowi... Moja Weronisiu, nie wiesz, gdzie jest Karol?...
— Dziś nie widziałam go jeszcze, ale zdaje mi się, że ma zamiar wyjechać. Dopiero co chłopak przyprowadził osiodłanego konia przed ganek...
— Znowuż się wlecze do Czarnej, ale dziś z tego nic nie będzie. Są ważniejsze rzeczy...
— Właśnie wychodzi — rzekła panna Weronika.
— Karolu! Karolu! — zawołała pani Lucyna — wróć no się, proszę...
— Co chcesz, Lucynko — zapytał, wchodząc.
— Chcę, żebyś wyperswadował sobie dzisiejszą wycieczkę i dał jej za wygranę.
— Ciekawym, dla czego?...
— Nie pytaj, tylko każ odprowadzić konia i nie ruszaj się z domu. Symplicyusz jest... rozumiesz, co to znaczy...
— Symplicyusz! naturalnie, że ani myślę jechać. Ten człowiek spada nam jak z nieba — i jeżeli on nam nie pomoże, to chyba pożegnamy się z nadzieją...
— Ależ pomoże, pomoże; tylko trzeba umiejętnie się wzięć do dziada.
— Gdzież on jest?
— Poszli z tatusiem reparować zegar — odezwała się panna Weronika — sprowadzili młynarza i we trzech kują młotkami.
Pan Karol ramionami ruszył.
— Zawsze dziwactwa, tabakierki, zegary — zegary, tabakierki, jedno i to samo...
— Moja Weronisiu — odezwała się pani Lucyna — występże dziś z obiadem... Popisz się... Pokaż, co umiesz...
— Niestety, będzie to stracony zachód — pan Jajko nie jest smakoszem.
— Jest, czy nie jest, ale niech widzi przynajmniej, że go chcemy przyjąć jaknajlepiej. Ciekawa też jestem, kiedy oni skończą reperacyę tego zegaru...
— Ja tam pójdę do nich — rzekł pan Karol.
— Lepiej nie chodź — ojciec nie lubi, gdy oko profana podgląda takie ważne tajemnice — zostaw ich w spokoju. Jak się już dostatecznie zakurzą i zasmolą i gdy ojciec przekona się po raz setny, że kukułka stanowczo nie chce kukać... wtedy przyjdą tu sami. Ja tymczasem pójdę się przebrać...
— Ja zajmę się obiadem — rzekła panna Weronika.
— A ja poczekam tu — zakonkludował pan Karol — uprzedzam cię tylko, Lucynko, że z panem Symplicyuszem trzeba się trzymać dyplomatycznie, ostrożnie.
— Jak z jajkiem — odpowiedziała, śmiejąc się.
Reperacya zegaru nie poszła tak szybko, jak się spodziewano. Młynarz wyjawił kilka genialnych pomysłów, które miały w przyszłości całą sztukę zegarmistrzowską zreformować. Jajko trącał kukułkę w dziób ze wszystkich stron — a pan Mikołaj małym młotkiem wyrównywał kółka. Pierwsza część połączonej pracy trzech mechaników — to jest rozebranie zegaru, poszła wyśmienicie, druga nie wiodła się zupełnie. Napróżno młynarz pocił się, wynajdując coraz to nowe kombinacye, napróżno Jajko manewrował z kukułką, a pan Mikołaj z wagami — całość na żaden sposób złożyć się nie dała.
Po wielu niefortunnych próbach, postanowiono odłożyć zmudną pracę do wieczora.
Akurat panna Weronika dała znać, że obiad na stole.
W jadalnym pokoju znajdowała się już pani Lucyna i jej brat.
Gdy Jajko wszedł, ukłonił się paniom z uprzedzającą galanteryą, lecz pani Lucyna zbliżyła się sama do niego i podając mu rękę, rzekła:
— Zamiast przywitania, należy się panu wymówka: godziłoż się od tak dawna w Maciejowie nie być?
— Pani dobrodziejko — odrzekł — od dziś rana naprawiam to przewinienie.
— Tak, naprawiasz pan zegary, jak słyszę.
— A wiesz, Lucynko, — zawołał z ożywieniem pan Mikołaj — Symplicyusz jest majster. Jak zaczął kukułkę na wszystkie strony obracać, za sznurki ciągnąć, mieszkami ruszać, tak kuknęła.
— Zdaje ci się.
— Przecież słyszałem na własne uszy. Słowo honoru daję, kuknęła; jak nie wierzysz, to się młynarza zapytaj — przecież był przy tem...
— Ha! skoro mówisz, że kuknęła, to niechże i tak będzie.
— Pan Symplicyusz cudów dokazuje, jak widzę — odezwała się pani Lucyna — bo nam owa starożytna kukułka stale odmawiała posłuszeństwa.
— Co ty się znasz, moja Lucynko, co ty się znasz? — rzekł niechętnie pan Mikołaj — oto lepiej posadź pana Symplicyusza przy sobie i pilnuj, żeby głodny nie wstał od stołu. Weronisiu, a dajże nam wódeczki... tylko dobrej wódeczki. Sięgnij-no tam do szafki, do swoich skarbów...
Panna Weronika przyniosła flaszkę. Obiad się rozpoczął.
Pan Symplicyusz był w doskonałym humorze. Opowiadał anegdoty i pobudzał wszystkich do śmiechu.
Po obiedzie pan Mikołaj zaczął się na ból głowy uskarżać.
— Niech ojciec się położy na chwilę — rzekła pani Lucyna — to pomoże.
— Jakże możesz radzić mi coś podobnego przy gościu.
— Ależ, mój jegomość, mój panie Mikołaju kochany — rzekł Jajko — znam twoje usposobienie, wiem, że lubisz przespać się po obiedzie, więc idź bez ceremonii.
— Skoro tak powiadasz, to pójdę, ale tylko na godzinkę, mój Symplicyuszu kochany. Starość nie radość, mój bracie, a przyzwyczajenie to druga natura — to nawet gorsze niż natura — bo przyzwyczajenie...
Pan Symplicyusz roześmiał się.
— Idź, idź jegomość — rzekł — nie trać czasu.
— Ale na godzinkę, tylko na godzinkę — wiesz, że robota nas czeka...
— Ojciec — rzekł do Symplicyusza pan Karol po odejściu staruszka — zawsze jest jednakowy. Zegary, zegary i to nieszczęśliwe gospodarstwo!
— Nieszczęśliwe? — zapytał Jajko — w czem że ono nieszczęśliwe, mój łaskawco.
— Wszystko idzie „lelum polelum“, bez ładu żadnego i składu, służba rozpuszczona, pola źle uprawne, nie zbiera się nawet połowy tego, co się zbierać powinno.
— No, proszę, a przejeżdżając widziałem, że na waszych polach wcale nieźle...
— Rok bo wyjątkowy, panie szanowny, rok wyjątkowy — ale przy słotnem lecie, to u nas niema co zbierać...
— Jednak żyjecie państwo i nie słyszałem, żeby ojciec długi zaciągał...
— Niby nie zaciąga na hypotekę — ale rachunków różnych drobnych jest dosyć... no — a jak wypadnie płacić towarzystwo, wtedy przez dwa tygodnie przynajmniej chodzi jak struty i jęczy, wyrzeka, prawie że do łóżka się kładzie.
— Ale płaci?
— I cóż stąd, że płaci — odezwała się pani Lucyna niechętnie. — My wolelibyśmy, żeby sobie odpoczął, żeby tych kłopotów i ciężarów nie miał... Stary człowiek, należy mu się odpoczynek...
— Racya, najsłuszniejsza racya! Ślicznie pani dobrodziejka powiada; kupcie państwo ojcu z dziesięć starych zegarów, żeby miał co nakręcać i naprawiać — a pan Karol niech gospodarstwo obejmie. Człowiek młody, energiczny, w samym kwiecie życia, to, panie dobrodzieju, cuda może wyrabiać. Ręczę, że za lat trzy, cztery, niktby nie poznał Maciejowa.
— Cóż też pan mówisz, co pan mówisz! — odezwała się pani Lucyna — ojciec by też pozwolił Karolowi wtrącać się do gospodarstwa!
Pan Karol ramionami wzruszył.
— I chociażby nawet pozwolił, to jabym nie chciał — rzekł.
— Z powodu?
— Z wielu przyczyn. Najprzód, że nie miałbym chwili spokojnej. Ojciec chodziłby za mną krok w krok, krytykował, ganił, jednem słowem, nudził — a powtóre, że gospodarować na Maciejowie nie sposób. Szkoda czasu i zachodu; lepiej zdolności, jakie są, zużytkować w innym kierunku — tu stanowczo szkoda...
— Hm — mruknął Jajko — tłomacz się pan dobrodziej jaśniej; ja już stary, głowę mam przyciężką i muszę się dobrze zastanowić, zanim główną myśl zrozumiem.
— Wolne żarty, panie Symplicyuszu, znają dobrze ludzie pańską głowę przyciężką, ale skoro pan chcesz, to panu powiem, dla czego szkoda. Tu trzebaby wszystko, jak to powiadają, do góry nogami przewrócić, zupełnie inny system zaprowadzić, kapitał znaczny włożyć. Tak, tobym może się podjął, ale gospodarować, jak teraz: „Maciek zrobił, Maciek zjadł“ — to szkoda czasu i zdolności... Cóż pan na to, panie Symplicyuszu...
— A nic. Teorya piękna, ani słowa... Zresztą, więcej ja jurysta jestem, niż agronom... Powiadasz pan: „Maciek zrobił, Maciek zjadł“ — na ciężkie czasy i to dobrze, przynajmniej Maciek nie głodny.
— Może dla Maćka ta pociecha wystarcza, ale też nie każdy chce być Maćkiem...
Pan Karol zaczął po pokoju chodzić, pani Lucyna obrywała różę leżącą na stole, Jajko zaś fajeczkę swoją nakładał, powoli, z rozmysłem przedłużając tę czynność.
W pokoju panowała cisza, przerywana tylko brzęczeniem wielkiej muchy, która się tłukła po szybie...
— Widzi pan — odezwała się pani Lucyna — że my też nie jesteśmy szczęśliwi.
— No, pan Mikołaj przynajmniej nie skarży się na losy.
— Ojciec bo zdziwaczał już — wegetuje i to mu wystarcza, my jednak pragniemy żyć. Pobądź-no pan tu u nas i przypatrz się. Ojciec marudzi przez cały dzień. Weronisia, zwłaszcza gdy ją zęby rozbolą, jest niemożliwa. Nie bywamy prawie u nikogo i u nas prawie nikt, bo tych kilku najbliższych sąsiedztw, z któremi utrzymujemy stosunki, nie liczę; dnie schodzą powoli, zabijająco nudnie — jeden do drugiego podobny — bez żadnego urozmaicenia, bez zmiany. Istne więzienie, niewola!
Mówiąc to, pani Lucyna zaczęła się gorączkować. Z ładnie zarysowanych jej usteczek uciekł uśmiech, a w oczach migotały iskierki nieukrywanego gniewu.
Pan Karol niepostrzeżenie wyszedł z pokoju.
— O, nie uwierzysz pan, panie Symplicyuszu — mówiła dalej — pan nie możesz wytworzyć sobie pojęcia, jakie tu życie, jaka niewola, jakie kajdany!
— Co do tych ostatnich, pani dobrodziejko, to przecież już koniec i, prawdę rzekłszy, wyobrażałem sobie, że zastanę panią wesołą, uśmiechniętą, szczęśliwą... Nie byłem ja już dawno w tych stronach, ale włócząc się po świecie, słyszałem, że już i w drugiej instancyi zapadł wyrok. Małżeństwo pani unieważnione, więc też i niewoli koniec. Dziś wolno pani rozporządzać sercem i ręką wedle upodobania...
— O tem najmniej myślę — odrzekła. — Pierwszy raz trafiłam niefortunnie na człowieka, który...
— Przepraszam panią, przecież już teraz on nie jest pani mężem, ani pani nie jesteś jego żoną — można więc mówić o nim obojętnie, jak o obcym... nieprawda?
— Zapewne. Ja do niego nienawiści nie mam, owszem, życzę mu jaknajlepiej, życzę mu, żeby sobie znalazł osobę, która go uszczęśliwi...
— To życzenie spełni się prędzej, niżby pani sądziła.
— Ach, więc mój były małżonek żeni się!?
— Tak ludzie powiadają...
— Winszuję tej osobie, którą ma zamiar uszczęśliwić, ale od zazdrości jestem bardzo, a bardzo daleko. Czy widziałeś go pan dawno?
— Widziałem, pani dobrodziejko, w Warszawie... On był bardzo do pani przywiązany — płakał, słowo uczciwości daję, że płakał. Co się dziwić? Ja sam płakałbym, jak bóbr, gdybym stracił takie śliczności...
— Pocieszyłbyś się pan równie prędko, jak on.
— Moja pani dobrodziejko, cóż miał robić? Gospodarstwo duże, dom ogromny, wszystko na łasce służby... Nic dziwnego zatem.
— O wiem, wiem; pan Marceli jest bardzo dobry gospodarz, przedewszystkiem gospodarz... praktyczny, bardzo praktyczny.
— A ja sobie dotychczas głowę łamię, dla czegoście się rozeszli? — i dalibóg, zgadnąć nie mogę.
— Ach, panie! dzieliła nas cała przepaść. Charakter, pojęcia, upodobania. On chciał, żebym była kucharką, szafarką, gospodynią folwarczną — a ja tego nie lubię, od tego jest służba... Bawił mnie rozmową o gipsie, marglu, torfie i Bóg wie o czem jeszcze, a na pierwsze imieniny kupił mi... nie, nie zgadłbyś pan nigdy, co on mi kupił. Jakąś szwedzką maszynę do robienia masła i przyrząd do wygniatania serów. Tego już było zanadto. Kazałam zaprządz do powozu i nazajutrz byłam w Maciejowie. Z jednej niewoli w drugą...
— Finansowo pan Marceli świetnie stoi — rzekł w zamyśleniu Jajko — a człowiek z niego dobry i uczciwy... Opinię między ludźmi ma i poważanie.
— Tem lepiej dla niego... Co do mnie, szczęśliwa jestem, że tych honorów nie dzielę już. Gdybym była wyszła za poczciwego ekonoma, miałabym takie same szczęście.
— A, pani dobrodziejko, toż Marceli człowiek wysoko wykształcony...
— Niech go Pan Bóg kocha, nie mówmy już o nim... Ja mam do pana prośbę, panie Symplicyuszu, serdeczną prośbę...
— Ho! ho! niebezpieczne są prośby młodych rozwódek...
— Boisz się pan? — zapytała z uśmiechem.
— Jeszcze nie wiem, jaka prośba... a raczej jakie rozkazanie, spadnie na moją głowę starą...
— O, nie lękaj się pan, ciężar nie będzie zbyt wielki.
— Zawsze jednak ciężar, moja pani, a jak kto ma stare kości...
— Cóż znowu!
— Niechże pani tedy powie, o co idzie, słucham.
— Usiądź pan sobie wygodnie i racz zapalić swoją fajeczkę, bo to długa, długa historya... Wiesz pan już, jak nam tu źle, jak smutno. Ja nieraz miewam takie szalone bóle głowy, że miejsca sobie znaleźć nie mogę.
— To może kataralne, pani dobrodziejko...
— Ależ...
— Albo może reumatyczne, z przeciągu... lecz to bagatelka... Ja mam na to cierpienie pyszne lekarstwo. Trzeba, uważa pani dobrodziejka, nałapać mrówek...
— Jesteś pan niemożliwy! Ja odzywam się jak do przyjaciela, do starego, doświadczonego przyjaciela, a pan to w żarty obracasz.
— Bogiem się świadczę, że nie... Ilu już ludzi mrówkami wyleczyłem, żebym tyle tysięcy miał.
Pani Lucyna obraziła się.
— Trzeba panu wiedzieć — rzekła wstając — że reumatyzmu wcale nie mam, a gdybym potrzebowała się leczyć, to udałabym się do doktora, lecz nie do pana.
— Gniewamy się! A, pani dobrodziejko, przepraszam, sto tysięcy razy przepraszam... woli złej nie miałem...
— Więc po cóż te żarty? Czy pan nie domyślasz się, o co mi idzie, o co idzie nam obojgu, to jest mnie i Karolowi! Czy pan nie widzisz, że my tu schniemy, marnujemy się, że Karol traci lata najpiękniejszej młodości... Panie! panie Symplicyuszu, jeżeli co dobrego nam życzysz, wyrwij nas z tego przeklętego Maciejowa!!
To mówiąc, złożyła błagalnie białe rączki i spojrzała na starego szlachcica oczami łez pełnemi.
Jajko zerwał się z krzesła.
— Wyrwij! wyrwij! Jakżeż ja państwo stąd wyrwę! Jesteście, przepraszam panią dobrodziejkę, ale co tu w bawełnę owijać, jesteście oboje pełnoletni. Źle wam w Maciejowie, to wyjedźcie.
— A ojciec?
— Ha! pan Mikołaj pomarudzi, potęskni, a potem zacznie znów koło gospodarstwa dreptać, zegary nakręcać... Może mu będzie przykro... ale skoro taka wola pani i pana Karola...
— Wyjechać... — powtarzała w zamyśleniu — wyjechać... Jeszcze mnie pan nie zrozumiałeś, panie Symplicyuszu.
— Zdaje się...
— To nie o wyjazd chodzi, lecz o pozbycie się tej wsi utrapionej, tego zakazanego kąta, w którym niema do kogo ust otworzyć, o rozpoczęcie życia w innem otoczeniu i innych warunkach... Niech ojciec sprzeda majątek, niech nam da, co nam się należy, niech nam nareszcie ręce rozwiąże!... Czyż pan nie widzisz, że Karol marnuje takie piękne zdolności... że ja...
— Ach... ależ pani dobrodziejko, to nie moja rzecz. Ja przecież Maciejowa nie sprzedam, bo nie mój.
— Tak... lecz jedno słowo ze strony pana wywrze wpływ, zachęci ojca, przekona... Może pan nie wie o tem, że mamy kupców i to doskonałych kupców, że taka sposobność nie zdarzy się prędko... A otóż i Karolek! — zawołała, widząc wchodzącego brata — właśnie przedstawiam panu Symplicyuszowi nasze położenie i proszę, ażeby chciał wpłynąć na ojca i skłonić go do sprzedaży.
Pan Karol zrobił poważną minę.
— Pan Symplicyusz — rzekł — sam, jako znakomity znawca stosunków wiejskich i obecnych warunków gospodarowania, wie doskonale, że dziś ten najlepiej na majątku ziemskim wychodzi, kto go dobrze sprzedać potrafi... Pan Symplicyusz wie także doskonale, że za rok, dwa, a najdalej trzy, cena ziemi spaść musi — i że kto dziś majątku dobrze nie sprzeda, ten nie sprzeda go nigdy, albo sprzeda ze stratą... Wszak podzielasz pan to przekonanie...
Jajko chciał odpowiedzieć, lecz młody człowiek nie dał mu przyjść do słowa.
— Jestem aż nadto pewny tego. Siostra mówiła panu, o co nam głównie idzie. Co do mnie, mam kilka znakomitych projektów, które po sprzedaży Maciejowa natychmiast urzeczywistnię. Jakiego rodzaju są te projekta, na ten raz mówić nie będę. Przedewszystkiem sprzedajmy majątek. Kupców mam, idzie tylko o ojca. Jeżeli pan dobrodziej ten szkopuł przezwycięży... to jest, właściwiej mówiąc, jeżeli zechce przezwyciężyć, bo że potrafi, nie ulega najmniejszej wątpliwości...
— O tak! — wtrąciła pani Lucyna — pan jeden możesz ojca przekonać...
Starszy szlachcic milczał.
— My — rzekł pan Karol — z niejakiem wahaniem się, my, to jest ja i siostra, jakby to powiedzieć... No... ostatecznie, nie sądzę, żeby w tem, co chcę mówić, było coś obrażającego — ręka rękę myje, panie łaskawy, a w dzisiejszych czasach trzeba się liczyć. Sam pan to powiadasz przy każdej sposobności. Możesz pan być przekonany, że będziemy znali się na rzeczy...
W oczach starego szlachcica mignęły błyskawice gniewu, potrafił jednak zapanować nad sobą i przybrawszy wnet swój dobroduszny wyraz twarzy, rzekł spokojnie:
— Zrobi się, zrobi.
— Dla pewności — odezwał się pan Karol — możnaby umowę naszą jakoś, że tak powiem, utrwalić...
— Skrypcik niby...
— Naturalnie.
— Na co? Nie trzeba.
— Ale zawsze... przecież jesteśmy śmiertelni.
— Bez skrypciku zrobię, co do mnie należy.
— Jakżesz podziękować panu mamy? — zawołała pani Lucyna.
— Nie trzeba, pani dobrodziejko, nie trzeba... Zresztą później o tem, dotychczas jeszcześmy nic nie zrobili...
— Ja już spokojny jestem — odezwał się pan Karol — jestem spokojny tak dalece, że nawet na kilka godzin wyjadę. Jutro znajdziemy chwilę czasu do pomówienia, przedstawię panu warunki, na jakie się nabywcy zgadzają, i napiszę do nich, żeby przyjechali... czas drogi...
— Do Czarnej jedziesz, Karolu? — zapytała pani Lucyna.
— Będę w tamtej stronie, może wstąpię, a może i nie... Do widzenia, panie Symplicyuszu, do jutra.
— Dziwna rzecz — rzekła pani Lucyna po wyjściu brata — co on zajmującego widzi w Czarnej.
— W Czarnej? — odezwał się stary szlachcic — w Czarnej dużo rzeczy zajmujących jest... gospodarstwo...
— To dla Karola najmniej ciekawe...
— A panna?
— O taki zły gust nie śmiem go posądzać...
— Zły?
— O i jaki zły! jaki fatalny gust! Ale mniejsza o to; pójdę i zobaczę, czy ojciec już wstał.
Ledwie drzwi się za nią zamknęły, wbiegła zapłakana panna Weronika.
— Panie dobrodzieju! panie najłaskawszy! — zawołała — ja już dłużej tu nie wytrzymam! Jak mi Bóg miły, nie wytrzymam... albo ucieknę, albo sobie życie odbiorę.
Wybuchnęła wielkim potokiem żalu: że jest najnieszczęśliwszą istotą pod słońcem, że wszystko spada na jej głowę — że pan Karol jest złośliwy, pani Lucyna przykra, a pan Mikołaj tak zrzędzi, że wytrzymać nie ma sposobu.
Za głowę chwycił się pan Symplicyusz i rzekł:
— No, moja panno Weroniko, widzę, że epidemia wielkich nieszczęść spadła na wasz Maciejów! Istny czyściec, dalibóg!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.